Kamienie Wilhelma

Internetowe wydanie ksiązki Andrzeja Czaplinskiego

Get Adobe Flash player

Cesarskie Łowy. Miejsca i ludzie, z którymi polował

Wielkie pruskie rody były często spokrewnione lub zaprzyjaźnione z rodami królewskimi czy cesarskimi. Gospodarzowi ogromny zaszczyt sprawiało goszczenie książąt i władców Prus oraz Niemiec we własnym majątku. Doskonałą ku temu okazję stanowiły polowania. Szczególnie jeśli dobra rodowe obfitowały w zwierzynę łowną.

 

Sława rogaczy z Prakwic spowodowała, że w 1872 roku, właśnie na polowanie, przybył tu pierwszy członek rodu królewskiego. Był to książę Friedrich Carl von Preussen (prawdopodobnie kuzyn Wilhelma II, zmarły w 1885 r.). Zauroczony łowiskami i wielkością poroży, przyjechał do Prakwic jeszcze trzykrotnie. W sumie ustrzelił około dwudziestu rogaczy, których poroża po jego śmierci powróciły do dworu w Prakwicach i stały się zaczątkiem kolekcji cesarskich trofeów. O jego pobycie zaświadcza najstarszy kamień ustawiony w lasach prakwickich, pochodzący z 1882 r. Wyryty na nim napis głosi, że „Jego Królewska Wysokość Książę Carl Friedrich von Preussen, 30 maja 1882 roku strzelił w tym miejscu kapitalnego rogacza. (niem. S.K.H ( Seine Königliche Hochheit) Prinz Friedrich Carl von Preussen erlegten 30 Mai 1882 einen capitalen Rehbock). Na mapce kamień ten oznaczono numerem jeden.

Seine Königliche Hochheit) Prinz Friedrich Carl von Preussen erlegten 30 Mai 1882 einen capitalen Rehbock


Friedrich Carl von Preussen

Parostki (perukarz) pozyskane w Prakwicach 13 sierpnia 1872 r.

Wieńce byków pozyskanych przez księcia w Puszczy Rominckiej w 1872 r. i 1882 r.

Inne trofea Friedricha Carla von Preussen

Friedrich Carl von Preussen z żoną i dziećmi

Pasją księcia oprócz polowania było rolnictwo a zwłaszcza sadownictwo

Friedrich Carl von Preussen ur. 28 marca 1828 r. w Berlinie, zm. 15 czerwca 1885 r. w Kleinglienicke w Poczdamie, był pruskim księciem i wybitnym dowódcą wojskowym. Pochodził z rodu Hohenzollernów. Zapalony myśliwy i doskonały jeździec. Książę lubił samotne życie, z dala od dworu i wielkiego świata. Większość swego życia spędził w "Jagdschloss Dreilinden", w dworku, który zbudował w 1869 r., w lesie Dreilinden,  gdzie polował i zajmował się rolnictwem.

Dworek w 1875 r.

Jagdschloss 1880 r.
Przed dworkiem myśliwskim stoi kamień pokryty tajemniczymi runami - prawdopodobnie  Wikingów. Fot. z 1939 r.
Kamień runiczny, przed dworkiem myśliwskim w Dreilinden – Książę Friedrich Carl von Preussen odnalazł głaz podczas ekspedycji w Danii niedaleko Hadersleben. Runy (8 znaków)  przetłumaczył  Ernst Friedel. Niestety nie dysponuję tłumaczeniem.
 
W 1859 roku założył Zakon Białego Bardzo Szlachetnego Jelenia - Sancti Huberti. Ustanowił też Order Białego Jelenia ("Der sehr edle Orden vom weißen Hirschen Sancti Huberti"), przyznawany wybitnym myśliwym, członkom rodziny królewskiej.

Orden vom weißen Hirschen Sancti Huberti - Pruski order Sancti Huberti

Na wstążce wyhaftowana dewiza Orderu - VIVE LE ROY SES CHASSEURS (Niech żyje król i jego myśliwi).

 

Miniaturka orderu wykonana z pozłacanego srebra. Jeleń z drobno grawerowanym futrem i krzyżem na czole, zawieszony na jelenim grandlu pod koroną królewską  po obu stronach. Na zielonej wstążce kokardka z guzikiem producenta "J. GODET & SOHN KGL. HOFJUWELIER". Mały rubin symbolizuje kropelkę krwi.

Bardzo Szlachetny Zakon Białego Jelenia Sancti Huberti został założony 3 listopada 1859 r. przez księcia Friedricha Carla von Preussen "aby zapobiec niebezpieczeństwu całkowitego zniknięcia szlachetnego myślistwa, zachowując pradawne statuty, godne pochwały zwyczaje i  prawa". Ta prywatna inicjatywa  księcia była de facto ekskluzywnym, wysoce arystokratycznym klubem myśliwskim. Po śmierci księcia w 1885 r. Zakon na cztery lata został uśpiony.

 

Jednak w 1889 roku Cesarz Wilhelm II przejął nad Zakonem protektorat i w 1909 r. reaktywował order jako Pruską Myśliwską Odznakę Honorową przyznawaną zapalonym myśliwym, kontynuatorom pruskiej tradycji polowań. Odznaka została wyprodukowana przez firmę jubilerską "Sy&Wagner". Jej produkcja została sfinansowana przez parę cesarską ze specjalnego funduszu ufundowanego do tego celu. Odznaczenie miało być przyznane w ilości 26 szt. stanowiącą  symboliczną ilość odpowiadającą dokładnie liczbie żyjących jeszcze nagrodzonych osób początkowego Zakonu, Otrzymało je w sumie 25 szlachciców. Dwudziestaszósta została zarezerwowana dla samego Wilhelma II.

Odznaka była trzystopniowa - złota, srebrna i brązowa

Na fotografii widoczna pod lewą kieszenią Cesarza Pruska Myśliwska Odznaka Honorowa 

O Zakonie "Białego jelenia" wspomina księżniczka pszczyńska Daisy von Pless w swoich pamiętnikach: "... W Berlinie zawsze można było przeżyć jakieś nadzwyczajne ceremonie. Kiedyś leżałam w hotelu chora na grypę, gdy wpadł Hans ( jej mąż książę pszczyński Jan Henryk XV Hochberg - dop. autora) pieniący się ze wściekłości, bo został przez Cesarza zaproszony do klubu „Biały Jeleń". By uzyskać członkostwo, trzeba było przybrać na krześle pozycję klęczącą i opowiedzieć sprośną historyjkę, po czym Cesarz pasował kandydata na rycerza waląc go po siedzeniu płaską stroną szabli. Insygniami był łańcuch z jelenich zębów zawieszany na szyi. Klnącego przez cały czas Hansa ubraliśmy w czerwony mundur huzarski i wysłaliśmy na ceremonię ...".


„15 lutego 1904 r., Pałac Pless, Berlin […]
Dziś wieczorem Cesarz je tu obiad z Vaterem (książę Hans Heinrich XI), to bankiet dla mężczyzn mający coś wspólnego z polowaniem; wydaje mi się, że nazywa się Świętem Białego Jelenia. Idę do Cyrku z Sierstorpffami, hrabią Vico Vossem i dużą grupą, by usunąć się w cień […]”.  (Hans Heinrich XI był Wielkim Mistrzem Orderu Białego Jelenia - dop. autora).

 

Zakon istniał w Niemczech po zakończeniu monarchii do 1930 r. Od tego momentu Zakon został zawieszony. Dopiero 6 maja 1952 r. został przywrócony przez szefa Królewskiego Domu Hohenzollernów, Ludwika Ferdynanda z Prus, 14 czerwca 1955 r. Otrzymał nowy statut i odtąd określa się jako stowarzyszenie.

Jako drugi królewski myśliwy przybył do Prakwic w 1884 r. książę Wilhelm von Preussen - późniejszy Cesarz Niemiec i Król Prus Wilhelm II. W swych wspomnieniach Aleksander Dohna opisuje, że o cesarskich wizytach opowiadał mu służący, a potem dozorca dworu w Prakwicach - Hoffmann. Właśnie w 1884 roku książę strzelił pierwszego kapitalnego rogacza. Uczynił to będąc zaproszonym na polowanie do pobliskiego majątku Lipiec (niem. Lippitz), nie stanowiącym własności Dohnów. Na pamiątkę tego wydarzenia właściciel Lipiec ustawił na granicy ziem prakwickich i lipieckich kamień z wyrytym napisem.

Poszukiwałem wśród pól owego kamienia i prawdopodobnie go odnalazłem. Kamień leżał przewrócony w rumowisku innych głazów ściągniętych z pól przez rolników. Rumowisko znajduje się w wyschniętym bagienku na granicy ziem prakwickich i lipieckich. Niestety upływ czasu zatarł litery i jedynie z wielkim trudem udało mi się odczytać litery S.K.H. Nie zrobiłem fotografii tego kamienia, ponieważ uznałem, że na zdjęciu napis ten byłby słabo widoczny. Jego waga nie pozwalała na to, żeby go odwrócić i zbadać dokładnie. Tym niemniej z dużą dozą prawdopodobieństwa można stwierdzić, że jest to kamień, o którym wspomina Aleksander von Dohna. Świadczy o tym jego położenie na granicy pól prakwickich i lipieckich oraz litery S.K.H., którymi oznaczano kamienie książęce. Obeliski cesarskie miały trochę inne oznaczenie, ale o tym napiszę w dalszej części niniejszej publikacji. W 2008 roku myśliwy z Niemiec Burkhard Steins - Winsmann, goszczący w naszym kole na tzw. polowaniu dewizowym, pokazał mi starą niemiecką mapę, na której oznaczono pierwotne położenie tego kamienia. Niestety nie ma go już w tym miejscu.

 

Udane polowanie w 1884 roku spowodowało, że Wilhelm von Preussen odwiedzał Prakwice corocznie do 1910 r. W lasach prakwickich do dnia dzisiejszego znajduje się kamień nazywany przez miejscowych myśliwych „Drewnianym”. Kiedy jest obrośnięty mchem, przypomina z daleka pień drzewa. Jest to największy kamienny obelisk pochodzący z 1887 roku, ostatni z odnalezionych kamieni, ustawionych dla Wilhelma jeszcze jako księcia. Napis w języku niemieckim brzmi „S.K.H Prinz Wilhelm von Preussen erlegten hier am.15 Mai 1887 einen capitalen Rehbock”, co znaczy, że rogacz padł z książęcej ręki 15 maja 1887 roku. W 2009 roku odnaleziono jeszcze jeden kamień postawiony dla Wilhelma II jeszcze jako księcia datowany na 16 maja 1887 roku. Ciekawostką jest, że leży na polach wsi Protajny (niem. Protainen) nie będących wówczas w posiadaniu rodziny von Dohna.

Kamień z 1886 roku. Ustawiony jeszcze dla księcia z wyrytą koroną cesarską i datą. Później w ten sposób oznaczano drewniane słupy - pale ustawiane tam gdzie rogacz, którego strzelił Monarcha, nie był kapitalny

Drewniany Kamień - S.K.H Prinz Wilhelm von Preussen erlegten hier am.15 Mai 1887 einen capitalen Rehbock

S.K. Hoheit Prinz von Preussen erlegten am 16 Mai 1887 einen capitalem Rehbock

Rok później, w 1888 r. księcia Wilhelma koronowano na Cesarza Niemiec i Króla Prus - Wilhelma II. Objął on schedę po ojcu Cesarzu Fryderyku III, który panował tylko 99 dni, ponieważ zmarł w 1888 roku, z powodu raka krtani. Cesarz Wilhelm II był wnukiem brytyjskiej królowej Wiktorii, (matka Wilhelma była jej córką). Urodził się 27.01.1859 r. Koronowano go w wieku 29 lat i panował do 9.11.1918 roku. Zmuszony do abdykacji, zbiegł do Holandii, gdzie w miejscowości Doorn zmarł 04.06.1941 r.

Wyjazd na polowanie - Berlin 1886 r. Drugi z lewej następca tronu Wilhelm von Preussen, trzeci Cesarz Fryderyk III

Powróćmy jednak do pasji łowieckich Wilhelma II. Cesarz w początkowym okresie przybywał do Prakwic w otoczeniu świty, która składała się, z:

Friedricha von Ilberga - osobistego lekarza cesarskiego

Grafa Gustava von Kessela - osobistego adiutanta

Kuno Grafa von Moltke (młodszgo) - przybocznego adiutanta

W tym towarzystwie zawsze polowali goście:

Philipp Fürst Eulenburg - przyjaciel Cesarza

Graf Dohna Waldburg (Waldburg - Pribreschny k. Królewca)

Graf Finckenstein - Simnau (Simnau - Szymonowo)

Graf Dohna - Mallmitz (Mallmitz - Małomice)

W okresie późniejszym do orszaku cesarskiego dołączyli:

generał - pułkownik Hans von Plessen - adiutat generalny

adiutant przyboczny Wilhelm von Dommes- (niem. adiutant skrzydłowy)

adiutant przyboczny Friedrich von Gontard- (niem. adiutant skrzydłowy)

doktor Otto von Niedner - osobisty lekarz, który zastąpił dr von F. Ilberga.

 

Warto przedstawić towarzyszy Cesarza, którzy uczestniczyli w polowaniach Wilhelma II. Opiekę lekarską sprawowali lekarze, najpierw dr. Friedrich von Ilberg a następnie dr Otto von Niedner.

Obok  Cesarza w mundurze generała-porucznika dr Friedrich von Ilberg-Generalarzt, kaiserliches Heer Deutschland (generalny lekarz Armii Niemieckiej).

Wilhelm II i dr Otto von Niedner

Dr Otto von Niedner-osobisty lekarz Cesarza Wilhelma II

Wilhelm II zawsze miał kilku adiutantów, z którymi nie rozstawał się nawet na polowaniach. Niektórzy z nich towarzyszyli Cesarzowi nawet na wygnaniu w Doorn.

Hans Georg Hermann von Plessen (26 listopada 1841 r. - 28 stycznia 1929 r.) był pruskim generałem-pułkownikiem (niem. Generaloberst) i Kanonem Brandenburgii, który pełnił funkcję honorową Generalfeldmarschalla w roli komendanta niemieckiego Sztabu Generalnego podczas I Wojny Światowej.


Generał von Plessen sprawował także urząd generalnego adiutanta Jego Królewskiej Mości (niem . SM diensttuender Generaladjutant) u Cesarza Wilhelma II , co czyni go jednym z najbliższych powierników Cesarza. W 1918 r. był najstarszym oficerem służącym w Cesarskiej Armii Niemieckiej. W 1918 r. Von Plessen otrzymał Pour le Mérite , najwyższy order wojskowy Niemiec. Pozostał oddany Kaiserowi aż do upadku monarchii w listopadzie 1918 r.

Wilhelm Ernst Justus von Dommes (15.09.1867 - 15.05.1959).  niemiecki oficer kawalerii, służył przez większość Wielkiej Wojny jako szef sztabu na poziomie korpusu. Był żonaty z księżną Elisabeth von Kanitz. W latach przedwojennych von Dommes funkcjonował przez kilka lat w kwaterze głównej Wielkiego Sztabu Generalnego w Berlinie, najpierw jako adiutant Alfreda von Schlieffena, a następnie pełnił tę samą rolę pod rządami Helmuta von Moltke. Był także zaangażowany jako adiutant skrzydłowy (flügeladjutant) Cesarza Wilhelma II.

Hans Albrecht Heinrich Friedrich von Gontard (urodzony 28 stycznia 1861 r. W Wesel , zm.  20 czerwca 1931 r. w Gut Großwudicke pod Rathenow ) był pruskim generałem porucznikiem. Od 1904 r. Gonhard był pierwszym adiutantem skrzydłowym Cesarza Wilhelma II, a później jego generałem. Gontard został awansowany na generała porucznika 17 lutego 1914 r. Podczas pierwszej wojny światowej awansował na generała adiutanta na służbie, a także pełnił funkcję marszałka dworu.


Po abdykacji monarchy Gontard podążył za nim na wygnanie do Doorn i działał jako nadworny marszałek.

Cesarz otoczony przez swoich przybocznych adiutantów, między innymi von Gontarda, von Dommesa, von Ilsemanna i von Mewesa

W cesarskiej świcie polowali także inni pruscy i niemieccy arystokraci:

Kuno Augustus Friedrich Karl Detlev Graf von Moltke (ur. 13 grudnia 1847 w Neustrelitz, zm. 19 marca 1923 we Wrocławiu) – niemiecki generał, fligeladiutant (adiutant przyboczny) Cesarza Wilhelma II, komendant wojskowy Berlina.


Pochodził z wirtemberskiej linii rodu Moltke. Jego ojciec Friedrich Karl Ludwig von Moltke (1798–1866) był nadwornym koniuszym wielkiego księstwa Mecklenburg-Strelitz. Kuno von Moltke od 1893 r. do 1902 r. był fligeladiutantem Wilhelma II, który radził się go zwłaszcza w kwestiach muzycznych (Moltke był utalentowany muzycznie, skomponował marsz kawaleryjski dla 1. regimentu lejbkirasjerów, Des Großen Kurfürsten Reitermarsch). W 1897 roku przez krótki czas był wojskowym attaché w Wiedniu.

Gustav Emil Bernhard Bodo von Kessel (06.04.1846 - 28.04.1918) miejsce urodzenia: Poczdam. Pruski generał August von Kessel był adiutantem Cesarza Wilhelma II podczas Wielkiej Wojny. Gustav urodził się jako syn generała dywizji Emila von Kessela i jego żony Julie von Canstein. Po studiach w Ritterakademie w Liegnitz wstąpił do wojska w 1864 r.


Okres międzywojenny w Prusach zapewnił von Kesselowi szybką ścieżkę kariery wojskowej, z zadaniami w Wielkim Sztabie Generalnym i w ramach Korpusu Gwardii Berlina. Równolegle von Kessel został przydzielony do pruskiego dworu królewskiego jako adiutant przyszłego Cesarza Fryderyka III. Pozostał na tym stanowisku, po tym, jak Fryderyk III zmarł i został zastąpiony przez Cesarza Wilhelma II. W 1896 r. Von Kessel został mianowany adiutantem Kaisera, pozostając nim aż do swojej śmierci.


Generał von Kessel był żonaty z Friedrike von Esebeck. Mieli jedną córkę, Elisabeth, która stała się znaną artystką. Generał zmarł w Berlinie 28 maja 1918 r., na krótko przed zakończeniem działań wojennych.

Hans Nikolaus Graf von Finck von Finckenstein – Simnau (ur. 1860  w Simnau (Szymonowo) – zm. 1948 r. Treysa (Hessen). Syn Albrechta Karla Georga Graffa  Finck von Fincfestein (1821-1863) i Agnes Auguste Marii von Kuenheim (1833-1915). W latach 1899-1900  kammerjunker (kamerdyner) i kammerherr (szambelan) dworu Księżniczki Viktorii Luise von Preußen – córki Wilhelma II. Towarzyszył Cesarzowi podczas polowań w Prakwicach.

Eberhard z żoną

Eberhard Richard Emil zu Dohna-Schlobitten (ur. 23 grudnia 1875 r. Waldburg; zm. 1957 r. Laubach). Syn Ebercharda Friedricha Grafa zu Dohna Schlobiiten i Elizabeth Gräfin von Kanitz. Mąż Renate Gräfin von Hochberg . Prawdopodobnie towarzyszył Cesarzowi podczas polowania w Prakwicach 4 czerwca 1889 r. (nie mam jednak pewności czy to, czy jego ojciec). Prawdę mówiąc trudno jest się połapać w imionach i nazwiskach pruskiej szlachty. Posiadają kilka imion używanych różnie w różnych opisach i mimo chęci, po przeszło stu latach, trudno wszystkie postacie umiejscowić. Istniało kilka lini poszczególnych rodów, koligacących się ze sobą  a opisy nie zawsze wyjaśniają ich rodowód. Np. widoczna na fotografii żona Eberharda Renata von Hochberg zu Fürstenstein (von Hochberg) pochodzi z innego sławnego  rodu Hochbergów z Książą, córka Hansa Heinricha XIV Bolka Hendricka Grafa von Hochberga i Eleonore, Prinzessin von Schönaich-Carolath. Urodzona w Rohnstock (Roztoka; zm. Lauenburg).

 

Postacie Philipa Fryderyka Alexandra von Eulenburga, cesarskiego ulubieńca i faworyta przedstawiam w innym miejscu jak i Księcia Richarda Wilhelma zu Dohna-Schlobitten właściciela Słobit i Prakwic.

 

W latach 1884 - 1910 każdego roku w maju Cesarz spędzał w Prakwicach kilka dni na polowaniu. W następnych latach, nie polował, mocno zajęty polityką: kryzysami marokańskimi 1905 i 1911, kryzysem bałkańskim 1908-1909, rozbudową floty oraz armii. Polityka „na krawędzi” w sumie doprowadziła do wybuchu I Wojny Światowej.

Skrupulatni biografowie zanotowali nawet ile czasu spędzał Cesarz w ciągu roku na polowaniach, nie tylko w Prakwicach. I tak:

- rok 1895 - 40 dni,

- rok 1896 - 57 dni,

- rok 1897 - 66 dni,

- rok 1898 - 22 dni,

- rok 1899 - 45 dni,

- rok 1900 - 43 dni,

- rok 1901 - 41 dni,

- rok 1902 - 35 dni,

- rok 1903 - 40 dni,

- rok 1904 - 39 dni,

- rok 1905 - 24 dni,

- rok 1906 - 40 dni,

- rok 1907 - 28 dni,

- rok 1908 - 51 dni,

- rok 1910 - 33 dni,

- rok 1911 - 48 dni,

- rok 1912 - 38 dni,

- rok 1913 - 27 dni.

Z zestawienia wynika, że średnio w roku oddawał się swojemu ulubionemu zajęciu czyli polowaniom przez 39 dni. Nie wliczono tutaj czasów dojazdów i odjazdów na miejsca polowań. Właściwie to urlopy spędzał na polowaniach. Nie polował w ogóle od chwili abdykacji aż do swojej śmierci.

 

W 1906 roku Cesarz mocno poróżnił się z Ryszardem Wilhelmem von Dohna. Ochłodziło to stosunki pomiędzy Jego Wysokością a właścicielem Prakwic. Dokładnie nie wiadomo jakie było podłoże tego konfliktu. Wspomina o nim polski malarz Wojciech Kossak: „Ryszard Wilhelm Dohna niekiedy przeciwstawiał się Cesarzowi. W 1906 roku musiało dojść do tak poważnych rozbieżności, że Wilhelm od tego czasu ograniczył przyjazdy na polowania do Prakwic”. O konflikcie pisze też Julian Fałat w swoich "Pamiętnikach". Jako uczestnik jednego z polowań w Rominten, Julian Fałat, zauważył, że Ryszard von Dohna poróżniony był mocno z ulubieńcem Cesarza, Philipem von Eulenburg. Zapewne to było źródłem nieporozumień Wilhelma II i Ryszarda von Dohna. Dzisiaj już wiem, że podłożem konfliktu był skandal obyczajowy zwany aferą Eulenburga. Piszę o tym w innym miejscu.


W 1910 roku, przy okazji manewrów wojskowych (cesarskich), Wilhelm na pewno przebywał w Prakwicach. Dowodem tego jest fotografia. Wiadomo, że polował podczas tej wizyty. Dworskie uniformy łowieckie Cesarza i jego świty, przedstawione poniżej, potwierdzają ten fakt. Warto zwrócić uwagę, że Cesarz, pozując do zdjęć zawsze ukrywał chorą lewą rękę.

Manewry Cesarskie 1910 r. – wizyta Cesarza w Prakwicach (trzeci od lewej).
Cesarz i inni panowie ubrani są w mundury myśliwskie.

Od lewej:  Generał pułkownik Hans Georg Hermann von Plessen (generaladjutant) Cesarza, Wilhelm Ernst Justus von Dommes adiutant skrzydłowy (flügeladjutant) Cesarza, Cesarz Wilhelm II, Generał porucznik Friedrich von Ilberg, generalny lekarz Armii Niemieckiej, Richard Wilhelm zu Dohna-Schlobitten, Generał porucznik Hans Albrecht Heinrich Friedrich von Gontard, adiutant skrzydłowy (flügeladjutant) Cesarza Wilhelma II

Niestety nie potrafię zidentyfikować osoby drugiej licząc od lewej strony. Prawdopodobnie jest to kolejny  adiutant przyboczny Kuno von Moltke

Jak podają źródła historyczne, Wilhelm II w sumie strzelił w Prakwicach około 500 sztuk rogaczy. Spowodował tak znaczny ubytek populacji, że przez następne 20 lat odbudowywano ich stan.

 

Był on fanatykiem polowań nie tylko na rogacze, a właściwie na wszystko. Strzelał nie tylko sztuki o okazałym porożu, ale także te słabe, niczym specjalnie się niewyróżniające. W każdym miejscu, gdzie strzelił rogacza, ustawiano drewniany pal-słup, na którym były wyryte: data pozyskania zwierza, cesarska korona i literka „W”. Do czasu upadku monarchii, słupy te corocznie odnawiano i konserwowano. Tylko w miejscach, gdzie z cesarskiej ręki padł kapitalny rogacz, ustawiano kamienny obelisk z napisem: „S.M. Kaiser u König erlegten hier (tutaj następowała data) einen capitalen Rehbock”. Ile tych kamieni ustawiono? Różne źródła podają różne dane. Prawdopodobnie było ich 100 - 105. Do dziś znajduje się ich dwadzieścia dwa. Są zinwentaryzowane, ponumerowane i naniesione na mapę w miejscach, w których się znajdują.

Łowczy Schmidt 

Łowczy Gustaw Adolf Schmidt. Fotografia wykonana w obecnej leśniczówce leśnictwa "Królewskie" w Starym Mieście.

Rekordowe parostki rogacza z 1903 r.

Zastanawia ogromna pasja Cesarza Wilhelma do polowań. Być może miało na to wpływ jego kalectwo. Cierpiał on bowiem na niedowład lewej ręki i właściwie posługiwał się tylko prawą. Jakby chciał sobie i światu coś udowodnić.

W łowach na terenie Słobit i Prakwic, Wilhelmowi towarzyszył zawsze nadworny łowczy von Dohnów, Gustaw Adolf Schmidt, który pomagał Cesarzowi w oddaniu strzału. Służył mu swoim ramieniem jako podpórką i nastawiał przyrządy celownicze. Jego Wysokość podczas łowów używał broni myśliwskiej z ruchomą szczerbinką, kal. 5,2x34R, zwanej 5,2mm - Kronprinz). Schmidt potem opowiadał, że Cesarzowi z emocji tak silnie chwiała się broń, że musiał zakrywać szczerbinkę aby dostojny myśliwy mógł się uspokoić i odprężyć przed oddaniem strzału. Cesarz nieraz żartobliwie przygadywał Schmidtowi, „że skoro tak dobrze mu wszystko ustawia, to niech też ustawi mu księżyc, żeby lepiej świecił”. Łowczy towarzyszył Cesarzowi w tych wyprawach przez szesnaście lat. Gustaw Adolf Schmidt był jednocześnie leśniczym i mieszkał w Starym Mieście, które wchodziło w skład dóbr von Dohnów. Dzisiaj w tym budynku nadal mieści się siedziba leśnictwa "Królewskie" i mieszka w nim leśniczy i też łowczy  tyle że, nie łowczy nadworny ale łowczy Koła Łowieckiego "Knieja" w Starym Dzierzgoniu, kol. Marian Maślanka.

 

W tym miejscu warto zacytować fragment artykułu pt. "Cesarz II Rzeszy Niemieckiej Wilhelm II w Pasłęku" autorstwa Pana Józefa Włodarskiego (Źródło: „Głos Pasłęka“, nr 6 z 1999 r.):

"W 1897 r. młody 37 letni Cesarz sprawujący od niespełna 9 lat rządy był jeszcze ulubieńcem swoich poddanych, nie popełnił póki co większych gaf, oddawał się z upodobaniem różnym rozrywkom, z których obok rewii wojskowych i ćwiczeń najbardziej cenił sobie myślistwo. Cesarz znał dobrze Prusy Wschodnie jedną z prowincji swego rozległego cesarstwa. Miał tu wielu znajomych i przyjaciół, wśród nich był burgrabia i hrabia Richard zu Dohna, z którym łączyły Cesarza długoletnie węzły przyjaźni. To właściciel majoratu w Słobitach był inicjatorem zaproszenia Wilhelma II do wspaniałego pałacu w Słobitach zwanego też "Atenami północnej Europy" z racji słynnych kolekcji bibliofilskich, starych instrumentów, obrazów, fajek, tabakier etc. Jednak Cesarza i Richarda zu Dohna Schlobitten łączyło myślistwo, a pałac w Słobitach był jedynie etapem w wyprawie do bogatych w zwierzynę lasów dzierzgońskich. Droga do Słobit wiodła przez Pasłęk.  Cesarską nieoficjalną wizytę tak relacjonowała w 1897 r. miejscowa gazeta "Oberländer Volksblatt" (cytuję za Robertem Helwigiem): 24 maja Jego Wysokość Wilhelm II przyjechał ze Śląska w celu odwiedzin swojego przyjaciela Burgrabiego i Hrabiego Richarda zu Dohna Schlobitten w pałacu w Słobitach. Następnego dnia wraz z gościnnym gospodarzem i świtą miał udać się do pałacu myśliwskiego w Prӧkelwitz koło Dzierzgonia, gdzie w tamtejszych lasach, już od wielu lat oddawał się swojej pasji – myślistwu. Przy okazji tej podróży Jego Wysokość po raz czwarty będzie przejeżdżać przez Pasłęk. Mimo, że Cesarz nie życzył sobie oficjalnego przyjęcia, ulice, którymi wjeżdżał Jego Wysokość były udekorowane bramami honorowymi i zielenią, wybrane domy na przedmieściu były bardzo gustownie przybrane. Wśród ogromnej masy ludzi witających Cesarza wyróżniały się korzystnie związki kombatantów, ochotnicza straż pożarna i uczniowie miejscowych szkół. Po południu przed wpół do pierwszej tworzący swoistą straż przednią konni jeźdźcy zameldowali o nadjeżdżającym cesarskim ekwipażu. Cesarz siedział w otwartym powozie, który ciągnął zaprzęg składający się z czwórki wspaniałych koni. Obok Cesarza zajmowali miejsca Richard zu Dohna Schlobitten, jego brat hrabia i burgrabia Eberhard zu Dohna - Waldburg i poseł niemiecki w Wiedniu hrabia Philip zu Eulenburg. Wszyscy z uśmiechniętymi twarzami pozdrawiali wiwatujących pasłęczan. W kierunku powozu rzucano kwiaty i wznoszono okrzyki. Niech żyje Cesarz! Szkoda, że ta chwila uniesienia trwała dla każdego witającego Cesarza tylko kilka sekund, bo tylko tyle czasu starczyło na wzniesienie gromkiego Hura... W trzecim powozie siedział Landrat pasłęcki, który reprezentował wobec cesarskiego Majestatu powiat pasłęcki i miasto Pasłęk.

 

Tyle krótkie doniesienie z 1897 roku, który był datą szczególną w historii miasta obchodzącego wówczas 600-lecie. Od czasów wojny prusko-francuskiej (1870 - 1871) miasto cieszyło się spokojem, nastąpił rozwój gospodarki wspomaganej francuskimi reparacjami wojennymi. Twórcy II Rzeszy Cesarzowi Wilhelmowi II pasłęczanie ufundowali pomnik, który także pełnił funkcje pomnika poświęconego uczestnikom wojny 1870 r. Rodzina cesarska cieszyła się wielką estymą i pasłęczanie na każdym kroku manifestowali swoje do niej przywiązanie. Jak podaje R. Helwig mieszkańcy Pasłęka albo opowiadali się za rodziną Hohenzollernów albo byli apolityczni. Nie był to jeszcze okres wielkich politycznych sporów, życie płynęło powoli regulowane wymogami codzienności, miasto ożywiało się tylko w okresie świąt. Takim świętem była też nawet nieoficjalna, ale za to pełna serdeczności i uwielbienia wizyta Cesarza Wilhelma II."

             

Broń myśliwska Wilhelma II

 

Andreas Gautschi,  opisuje w swojej książce broń myśliwską Jego Wysokości, podając w jakich latach i okresach ewaluowały cesarskie upodobania co do broni myśliwskiej.

 

W latach 1877 do 1879 ulubioną bronią myśliwską Wilhelma była para wielkokalibrowych, 11 mm, kurkowych sztucerów firmy J.P. Sauer & Sohn z Suhlu. Był to prezent ślubny od Naczelnego Łowczego Prus, księcia von Pless. Później Wilhelm II używał 8 mm sztucera, jednak około 1895 roku, nagle zainteresował się kalibrem 6 mm, którym osiągał zaskakujące wyniki. W 1895 roku wspomina Rollfing, „W tym roku kaliber 8 mm nie dawał nigdy przestrzału u jeleni w Romintach i zraniony jeleń dawał niewiele farby. Natomiast w Schorfheide pocisk 6 mm gładko przebijał się na wylot i powodował dużą ranę wylotową i obficie sfarbowany trop. Także w Bückeburg miał Cesarz dobre wyniki z jeleniami ze sztucerem o bardzo długiej lufie. Pocisk posiadał niklowy płaszcz odkryty na 1/5 długości i napędzany był przez 2.55 g małodymnego (bezdymnego) prochu płytkowego. Jelenie padają najczęściej w ogniu lub padają tak szybko, że nawet, poza ogrodzeniami, po krótkim czasie zostają znalezione. Zawsze powstaje sfarbowany trop”. (Zdanie o ogrodzeniach potwierdza fakt, że Wilhelm lubił polować w rewirach ogrodzonych i przydworskich parkach – dop. autora).

 

Julian Fałat będący cesarskim malarzem podczas polowań w Hubertsstock w swoich "Pamiętnikach" tak pisze: "Cesarz polował bardzo chętnie z tak zwanych "hochstände" (przypominających kazalnice, ambona - dop. autora), pobudowanych w najrozmaitszych punktach lasu. Na taki "hochständ", wysłany - jak i prowadzące nań stopnie - mchem, dla stłumienia odgłosów, wchodzi Cesarz z forstmeistrem i ze mną, aby czatować na jelenia, przychodzącego na kartofle o pewnej stałej porze. (...) Cesarz z bronią gotową, opartą o poręcz, obserwuje jelenia, ewentualnie namyśla się nad wyborem - wreszcie zniża głowę do poziomu  luf i strzał pada.(...) Cesarz Wilhelm II był doskonałym strzelcem i najczęściej trafiał zwierzynę pierwszym strzałem: bardzo rzadko zdarzało się, aby musiał strzelać ponownie, już do uciekającego jelenia.(...) Broń Cesarz miał skromną, wyrobu Sauer & Suhl, dobrze ostrzelaną, ale straszliwie ciężką. Dopiero około 1900 roku zaczął używać nowej broni, którą nazywał "die Waffe der Zukunft" (broń przyszłości), była to machina ciężka bardzo, ale ogromnie precyzyjna, o cieśnieniu i jak twierdzili forstmeistrzy - dwu tysięcy atmosfer. Widziałem efekty celności strzału i siły wprost zastraszającej." (...).

Cesarz strzelał z przygotowanych specjalnie dla niego stanowisk, na których w celach bezpieczeństwa zawsze towarzyszył mu strzelec. Na fotografii doskonale widać, że z powodu kalectwa strzelał z jednej ręki.

Cesarz na stanowisku z ubezpieczającym go strzelcem 

Podczas polowań w zagrodzonych zwierzyńcach towarzyszyła Cesarzowi cała świta dworaków

W następnych latach Wilhelm II używał w Romintach i Schorfheide, prawie wyłącznie, 6 mm sztucera o wysokiej prędkości pocisku, wyposażonego w lunetę celowniczą, którego dane balistyczne, strzelał on w punkt w odległościach od 100 do 300 m, przy dalekich strzałach imponowały Cesarzowi. Jedynie jeszcze na polowaniach dworskich, gdzie strzelano na krótkie odległości, używany był kaliber 8 mm. Dotyczyło to przy tym krótkiego karabinka systemu Schlegelmilch produkcji Koenigliche Gewehrfabrik (Królewskiej Fabryki Karabinów) w Spandau. Poza tym, na polowaniach dworskich, Cesarz strzelał niekiedy ze sztucerów o łamanych lufach tego samego kalibru.

 

Jednak po przypadkach opisanych podczas polowania na żubry, dnia 10 grudnia 1901 roku w obwodzie księcia Hansa Heinricha von Pless, w Pszczynie, Jego Wysokość, począwszy od jesieni 1905 roku, ponownie przeszedł na kaliber 8 mm.

Polowanie w dobrach pszczyńskich 1901 r.

Księżna Daisy von Pless w swoich pamiętnikach "Taniec na wulkanie" tak opisuje polowanie w grudniu 1901 r. "W grudniu urządziliśmy przyjęcie w Pszczynie. Wziął w nim udział Cesarz - najważniejszy nasz gość. Był wyjątkowo zadowolony, gdyż udało mu się ustrzelić dwa żubry jedną kulą". Stoi to w sprzeczności z opisem poniżej z tego polowania. Sądzę, że była to historia stworzona przez usłużnych dworaków a prawdziwy jest poniższy opis.

Polowanie na żubry w Pszczynie w 1909 roku

Opis wspomnianego wyżej polowania na żubry w Pszczynie - 10 grudnia 1901 r.:

„Oba żubry - samce, siedmioletni i sześcioletni zostały przewiezione z wielkim trudem, ze swoich ostoi w liczącym 10 000 ha zwierzyńcu pszczyńskim, do dwóch oddzielnych, mocno i trzykrotnie ogrodzonych zagród. Samo polowanie odbywało się w dodatkowo ofladrowanym, spiczasto w kierunku cesarskiego stanowiska pędzeniu tak, że żubry zmuszone były - przy respektowaniu fladr – wyjść Cesarzowi na strzał. Po, niezupełnie zgodnym z programem, przebiegu polowania na pokocie leżały oba byki. Cesarz, mimo odradzania mu tego, użył małego, 6 mm kalibru, o wysokiej prędkości pocisku. Wskutek czego przy jednym żubrze potrzebował czterech strzałów oraz dodatkowo jednego na dostrzelenie, a przy drugim zużył aż siedem pocisków. Sytuacja stała się problematyczna, gdyż jeden z postrzelonych byków, „w pełnym pędzie” przerwał linię naganiaczy, następnie przełamał najbliższe ogrodzenie i gładko przeskoczył dwa następne. Z wielkim trudem oraz dzięki rozwadze doświadczeniu urzędników leśnych można było byka ponownie wcisnąć do pędzenia, tak że polowanie mogło się ponownie rozpocząć. W międzyczasie, wskutek założenia, że pierwszy byk już padł, zwolniono z zagrody także drugiego. Cesarz Wilhelm położył go siedmioma strzałami. Przy oględzinach stwierdzono jednak, że nie był to postrzelony uprzednio żubr i pośpiesznie udano się ponownie na bezpieczne stanowisko, gdyż spotkania z pierwszym, zranionym już bykiem, chciano jednak uniknąć”.

 

Dlaczego Cesarz, począwszy od jesieni 1905 r., także w Romintach i Schorfheide ponownie przeszedł na kaliber 8 mm, nie wiadomo. W każdym razie kilka nieprzyjemnych przypadków, które zawsze mogą mieć miejsce przy strzelaniu grubej zwierzyny małokalibrowymi, bardzo szybkimi pociskami, a także duże uszkodzenia tuszy, mogły spowodować ponowne stosowanie sztucerów 8 mm. Dotyczyło to systemu powtarzalnego Mausera z nowym typem pocisku, posiadającym  na 1/5 długości płaszcz i ostry ołowiany wierzchołek.  Ładunek 3,2 g wojskowego prochu płytkowego. Bardzo szybko ten pocisk został zastąpiony przez tzw. pełnopłaszczowy - spiczasty pocisk typu S. Cesarz do końca kariery łowieckiej używał sztucera 6 mm „tzw. kilometrowego”  wyłącznie do odstrzału rogaczy ewentualnie głuszców.

 

Wilhelm II używał także optyki myśliwskiej. Luneta celownicza firmy Goert „Certar” względnie od Voigtlaendera z Brunszwiku miała ośmiokrotne powiększenie. Na używanie takich przyrządów celowniczych namówił Cesarza  leśniczy von Hoevel, który miał wpływ na wprowadzanie do użytku przez Cesarza celowników optycznych oraz na poprawianie ich jakości. Zdumiewającym jest, że w lunetę zaopatrzony był również krótki sztucer do polowań dworskich.


Cesarz brał stale żywotny udział w rozwoju technicznym broni. W dniu 12 lutego 1897 r. polecił przedstawić sobie w Pałacu Królewskim, w Berlinie, automatyczną śrutówkę systemu Browninga, która wykonana została przez Fabrique Nationale d`Armes de Guere w Herstal. W  dniu 26 marca 1897 r. odwiedził Die Deutsche Versuchsanstalt fuer Handfeuerwaffen (Niemiecki Zakład Badawczy dla Broni Ręcznej w Hallensee) i okazał duże zainteresowanie działalnością tej instytucji, której prezydentem był książę Wiktor von Ratibor. Cesarz z uwagą wysłuchał 1,5 godzinnego referatu, kilkakrotnie go przerywając uwagami o swoich doświadczeniach z producentami broni oraz rusznikarzami i wyraził nadzieję, że także w produkcji broni myśliwskiej, jak i w pozostałej technice, uda się Niemcom wyprzedzić zagranicę. Cesarz mówił, że  niezrozumiałym jest niewielkie zainteresowanie myśliwych działalnością Zakładu Badawczego. On sam na własny użytek dawno już wykorzystuje korzyści płynące z jego działalności oraz że nie będzie nigdy używał broni, której przydatność nie byłaby uprzednio stwierdzona w Hallensee.

 

Z powodu kalectwa Wilhelm II miał trudności ze strzelaniem z normalnej strzelby. Specjalnie dla niego wykonano dubeltówkę, w której rolę języków spustowych pełniły przyciski na szyjce kolby. Strzelba wykonana około 1900 roku przez Johanna Jacoba Reeb, nie miała języków spustowych i kabłąka.

Cesarska strzelba guzikowa (dł. lufy 75 cm, kaliber 16/70). (Fot. Z książki "1000 Handfeuerwaffen")

Na polowaniu 24 i 15 grudnia 1898 r. w Springer Saupark, gdzie Cesarz m.in. strzelił 92 grube dziki, wypróbował po raz pierwszy nowy, samopowtarzalny karabinek Mausera z Obersdorfu o bardzo krótkiej lufie. Z karabinka tego można oddać kolejno 10 strzałów bez odczuwalnego odrzutu i bez odejmowania broni od ramienia. Przy bardzo wysokiej szybkostrzelności Rollfing, w swoim odnośnym sprawozdaniu łowieckim, dał wyraz swego zaniepokojenia, że ta broń, stanowiąca idealną broń kłusowniczą, będzie jeszcze odgrywała pewną rolę „w późniejszych aferach kłusowniczych”. Użytkowanie tej automatycznej broni była szczytowym punktem w łowieckich eksperymentach z bronią Cesarza Wilhelma. Korzystał z tego „Maximkarabinka jeszcze kilka razy, gdy można było strzelać na krótkie odległości, np. w Grunewald lub Wildpark. W późniejszych sprawozdaniach nie mówi się już o „sztucerze dla kłusowników”. Jego Wysokość prawdopodobnie uznał jednak, że „niemyśliwskie” było użycie tej szybkostrzelnej broni na polowaniu. W dzienniku „Berliner Morgenpost” z dnia 17 marca 1899 r. ogłoszono, że pogłoski jakoby Cesarz używał broni całkowicie nowego typu, są błędne.

Fotografia z 1902 r.

Prezentacja sztucera podczas polowania w Letzlingen - od lewej: książę Solms-Baruth, Cesarz Wilhelm II, z prawej nadleśniczy von Lindequist, drugi syn Cesarza - Eitel, generał pułkownik von Plessen, szef gabinetu Cesarza von Valentini (ubrany po cywilnemu) i książę Putbus.(żródło: Bilder der Kaiserzeit - Herzogin Viktoria Luize).

Cesarz Wilhelm II szanując tradycje rodzinne nakazał aby wszystka, będąca w jego dyspozycji, broń myśliwska i sprzęt łowiecki jego przodków, panujących w Brandenburgii i Prusach, zastała wyeksponowana na specjalnej wystawie w ramach Międzynarodowej Wystawy Sportowej w 1907 r.

 

Na polowaniach na zwierzynę drobną, zazwyczaj strzelał z czterech lub pięciu bezkurkowych, dubeltówek z centralnym zapałałem (zapłonem), o osadzie (kolbie) typu niemieckiego, bez policzka, (baki). Dubeltówki wyprodukowane zostały przez Foerster’a w Berlinie, kalibru 20, z różnymi czokami. Stosowany był śrut nr 7, z bezdymnym prochem Rottweil. Ponieważ Cesarz strzelał jedynie jedną ręką, środek ciężkości tych broni przesunięty był bardziej do tyłu, aby uniknąć zmęczenia ramienia. Cesarz miał także korzystać z dubeltówek Anson o kalibrze 20 z różnymi czokami. Strzelby te posiadały tzw. spust guzikowy. Dworski rusznikarz Filip Reeb z Bonn wykonał około tuzina takich dubeltówek ze spustami guzikowymi na zamówienie i na rachunek Urzędu Polowań Dworskich. Kilka broni myśliwskich Cesarza Wilhelma II jest obecnie wystawianych w Deutsches Jagdmuseum (Niemieckim Muzeum Łowiectwa) w Monachium.

Mimo kalectwa, Wilhelm II, jako doskonały strzelec był ceniony i szanowany wśród innych myśliwych. Podczas pobytów w Prakwicach rozkład dnia podporządkowywano rytmom związanym z polowaniem.

Cesarz wstawał wcześnie rano. Około godz. 3:00 – 4:00 jadł śniadanie, które składało się z ciepłego mięsa z przysmażanymi ziemniakami, świeżego ciasta drożdżowego z jabłkami, podpiekanych chrupiących bułeczek i kawy.

Potem jechał do lasu odkrytym powozem w otoczeniu innych myśliwych i łowczego Schmidta. Polował do godziny 8:00-9:00. Przed obiadem spał parę godzin. Posiłek podawano o godz.16:00. Cesarz gustował w prostych, niewyszukanych potrawach. Służba serwowała: zupę, rybę i pieczeń z sałatą oraz kompot. Potem jadano warzywa, słodki deser, paluszki serowe, owoce. Bardzo często podawano raki, które dzielono na mniejsze porcje, ponieważ Cesarz jadł tylko jedną ręką. Odławiano je w Prakwicach, bądź sprowadzano aż z Berlina. Cesarz zawsze miał przy sobie osobisty widelec, który służył mu także jako nóż. Był to rodzaj „niezbędnika”- z jednej strony widelec, a z drugiej ostrze noża. Nigdy z tym „przyrządem” się nie rozstawał.

Po obiedzie ponownie udawał się na polowanie, które trwało do wieczora. Rozkład dnia, (dwa do pięciu rogaczy), otrąbiany był przez strzelców. Na kolację jadł tylko bułkę obłożoną wędliną, drobne ciasteczka i pił herbatę. Przed snem, przez około dwie godziny, gawędził z towarzystwem, bądź czytał, popijając przy tym niskoprocentową, truskawkową nalewkę.

Na spoczynek udawał się około godz. 22:00-22:30. Następne dni pobytu wyglądały niemal identycznie. Nic nie mogło odwieść Cesarza od udania się na łowy. Podczas jednego z pobytów Wilhelm II zachorował, był przeziębiony. Osobisty lekarz dr Ilberg namawiał go, żeby nazajutrz rano nie jechał na polowanie. Cesarz twardo odpowiedział, „że tylko padający deszcz może mu przeszkodzić w polowaniu”. Doktor Ilberg w porozumieniu z gospodarzem dworu użył fortelu. O godz. 2:00 obudzono służbę, która wodą z konewek polewała okno sypialni cesarskiej. Cesarz obudziwszy się, zobaczył padający za oknem deszcz i ponownie poszedł spać. Jednak przy późnym śniadaniu zorientował się, że użyto wobec niego jakiegoś wybiegu i niby to żartobliwie, ale jednak z sarkazmem, rzekł do Ilberga: „Panie doktorze na przyszłość wypraszam sobie robienie takiej pogody”.

Najpiękniejsze trofea, a właściwie ich gipsowe kopie Cesarz podarował właścicielom Prakwic (80 sztuk). Stanowiły one wystrój dworu, wzbudzały zachwyt gości i były powodem dumy Ryszarda Wilhelma von Dohna.

Oryginały poroży prakwickich były ozdobą wnętrz pałacu w Poczdamie. Jednak część została rozkradzion podczas ruchów rewolucyjnych, jakie po zakończeniu I Wojny Światowej ogarnęły Europę, oraz w czasie rewolucji listopadowej (1918) w Poczdamie. Kilkadziesiąt parostków ocalało i WilhelmII zabrał je na wygnanie do Doorn, gzie stanowiły wystrój cesarskiego pałacu.

 

W 2008 roku odwiedził mnie niemiecki fotograf i myśliwy Burkhard Steins – Winsmann, który podarował mi książkę Andreasa Gautschi pt. „Wilhelm II a łowiectwo. Łowiska i polowania ostatniego Cesarza Niemiec” (niem. „ Wilhelm II und das Waidwerk. Jagen und Jagden des letzten Kaisers Deutschlands“. Wiele ciekawych informacji znajduje się w tej książce. Niektóre z nich są odmienne od przytaczanych wcześniej a inne potwierdzają  informacje z innych źródeł. M.in. znajduje się w niej tekst autorstwa Philipa Eulenburga, cesarskiego faworyta pt. „Cesarskie dni w Prakwicach”.

 

Philip Fryderyk Alexander Eulenburg ( ur. 12 lutego 1847 w Königsberg, Prusy; zm. 17 września 1921 w zamku Liebenberg w Löwenberger Land), był politykiem i dyplomatą Cesarstwa Niemieckiego. Był też faworytem Cesarza Wilhelma II. Książę Filip, nazywany "Phili" był ulubieńcem i doradcą Cesarza Wilhelma. Kajzer, spośród ludzi ze swego najbliższego otoczenia, jedynie na Philipa potrafił patrzeć przychylniejszym wzrokiem. Ten zaś darzył go prawdziwe szczerym uczuciem, graniczącym z kultem. Kanclerz Bismarck żartował, że wielbił Cesarza oczyma. Cesarz zaś odwzajemniał się swojemu ulubieńcowi, opisując go jako "promień słońca rozjaśniający ponury dzień". Zimny i autorytarny Cesarz łagodniał w towarzystwie księcia. Nie należał do rzadkości obrazek kiedy to Phili grał na fortepianie, a stojący obok kajzer odwracał mu nuty. Tych dwóch mężczyzn łączyła dziwna, trwająca ćwierć wieku, przyjaźń pełna romantycznej egzaltacji i wzajemnej adoracji. Posądzano ich nawet o związki homoseksualne.

Był jednym z nielicznych, którzy potrafili szczerze rozmawiać z Wilhelmem i tonować jego ekstrawaganckie wypowiedzi. Jedynie on potrafił przemówić do tego lepszego, delikatniejszego i bardziej sentymentalnego księcia. Zrobił w sumie to czego nie udało się zrobić wychowawcom i rodzicom przyszłego Cesarza.


Wilhelm przyjaźnił się z Filipem Eulenburgiem, choć musiał wiedzieć, o opisywanych często w brukowej prasie, homoseksualnych skłonnościach hrabiego. Ich zażyłość była powodem zazdrości wielu wysoko postawionych osobistości życia politycznego ówczesnych Niemiec. Pochlebcy, którzy chcieli wkraść się w łaski Cesarza często zabiegali o przyjaźń i względy Filipa. W 1900 roku Cesarz nadał hrabiemu Eulenbergowi tytuł książęcy i godność jaśnie oświeconego.

Filip Eulenburg

Zamek Liebenberg siedziba rodowa Filipa Eulenburga

Sala myśliwska zamku Liebenberg

Polowanie z Phillipem Eulenburgiem w 1900 r.

Polowanie w dobrach Eulenburgów w Liebenbergu

Afera Eulenburga

"Hrabia Filip Eulenburg był przyjacielem Cesarza Wilhelma II, i tak naprawdę, to chyba jedynym człowiekiem, który miał na niego wpływ. Poznali się na polowaniu w Prakwicach w 1886 r. O bytności Eulenburga na polowaniach cesarskich pisze we wspomnieniach Julian Fałat. "Grono przyjaciół spotykało się również w dobrach Eulenburga, w pałacu Lieibenberg, leżącym na północ od Berlina. Było to tzw. Liebenberg Kreis (Koło Liebenberg), w skład którego wchodzili oprócz Filipa Eulenburga również Richard zu Dohna-Schlobitten, Georg von Hülsen-Haeseler, Kuno Graf von Moltke, Emil Graf von Schlitz, Axel Freiherr Varnbüler. Trudno zaprzeczyć, że kontakty przyjaciół z koła nie miały wpływu na decyzje polityczne Cesarza. Oczywiście nie podobało się to wielu odrzuconym arystokratom i skorzystano z okazji, aby tę dworską kamarylę rozgonić. Doskonałą powodem był proces sądowy redaktora Hardena z grafem von Moltke, który rozpoczął się w 1907 roku. Dostarczył mnóstwo sensacyjnych informacji, udowodnił kontakty homoseksualne Filipa Eulenburga, traktowane jako przestępstwo z art. 175 niemieckiego kodeksu karnego. Była to tzw. nienaturalna rozpusta. Rozpusta naturalna była dozwolona i nikt z tego nie robił żadnych problemów. Eulenburga oskarżono również o krzywoprzysięstwo. Postępowanie zostało zamknięte w 1909 r. z powodu oświadczenia lekarzy, że stan jego zdrowia uniemożliwia dalsze prowadzenie procesu. Jednak skompromitowany arystokrata musiał wycofać się z życia dworskiego i politycznego. Osiadł na stałe w swoim pałacu Liebenburg. Sprawa Eulenburga i Koła Liebenberg była najgłośniejszą aferą epoki wilhelmińskiej i spowodowała duże przetasowania na dworze cesarskim." (być może ta afera była powodem ochłodzenia stosunków Wilhelma II z księciem Dohna). Wybuchła w okresie, w którym Cesarz przestał odwiedzać Słobity i Prakwice - dop. autora).

 

Jako faworyt Cesarza, Philip Eulenburg był oczywiście w świcie cesarskiej podczas polowań. Gazeta Olsztyńska z wielką satysfakcją podawała informacje o polowaniach cesarskich.


„Nr 42 (sobota, 25 maj 1895). W towarzystwie Cesarza niemieckiego, bawiącego obecnie na polowaniu pod Kiszporkiem (Dzierzgoń), znajduje się hr. Filip Eulenburg, ambasador niemiecki z Wiednia. Jest to poeta i muzyk, a wielu obawia się, że na monarchę wielki wpływ wywiera, jak kiedyś poeta i muzyk Wagner na króla bawarskiego".

 

Nic więc dziwnego, że cesarski faworyt z emfazą opisywał pobyty Monarchy w Prakwicach. Oryginalny tekst przyjaciela Wilhelma II pt. "Cesarskie dni w Prakwicach" przetłumaczył kol. Stanisław Łaga i podaję go w całości ponieważ oddaje atmosferę pobytów Wilhelma II w Prakwicach.

Philip Eulenburg

 

Cesarskie dni w Prakwicach
(z notatek Philipa Eulenburga)

4 czerwca 1889

 

„Życie w Prawicach jest wysoce nieskrępowane i wypoczynkowe. Wstaje się wcześnie rano, około godziny 6:00 , by spotkać się z Cesarzem przy śniadaniu w lesie. Piecze się tam ziemniaki w dużym ognisku a następnie, nadziane na patyki, wręczane są Panom przez strzelców. Do tego otrzymuje się kromki chleba z masłem oraz różne wina. Cesarz wyjeżdża do lasu już w nocy, około godziny 2:00, uprzednio zjadłszy befsztyk. Podczas śniadania układamy się swobodnie w zieleni, mówi się o szczegółach podchodu i opowiada wesołe historyjki. Cesarz jest w swawolnym nastroju, śmieje się i przekomarza z wszystkimi, tak że trudno jest przy takim beztroskim stosunku przypomnieć sobie o cesarskiej purpurze.

Cesarskie śniadanie na Szwedzkim Szańcu (fot. Wild und Hund 1908)

Po śniadaniu jedzie się do domu, o ile nie jest przewidziane jeszcze jakieś łowieckie przedsięwzięcie np. przepędzenie szkółki leśnej, w którym my także mamy uczestniczyć. Około godziny 11:00 jesteśmy w Prakwicach, gdzie, w skromnej, wybielonej i udekorowanej setkami parostków jadalni, jemy ciepłe śniadanie. Po śniadaniu Cesarz kładzie się do łóżka aby spać do godziny około 15:00.

 

Pomiędzy godz. 15:00 a 16:00 Cesarz załatwia osobiste sprawy rządowe, które dotarły do mnie z Berlina. W tym czasie jestem stale u niego, referując przychodzące dokumenty i wiadomości i oraz omawiam z nim sprawy służbowe. O godzinie 16:00 ma miejsce obiad. Obowiązuje surdut bez jakiegokolwiek luksusu. Jada się wybornie i dobrze pije. Jednak potrawy podawane są skromnie. Trudno wyobrazić sobie bardziej beztroskie i wygodniejsze stosunki.

 

Po posiłku pije się kawę w ogrodzie, a Cesarz zabawia się poszukiwaniem belemnitów, których mnóstwo znajduje się wśród kamyków piasku (zwłaszcza gdy Eberhard Dohna sporo ich domieszał). Około 16:30 Cesarz ponownie wyjeżdża na podchód, a pozostali jadą na spacer aż do 21:30, gdy Cesarz powraca. Rozbrzmiewa sygnał, gdy powóz Cesarza widoczny jest przed wsią.

Powóz Cesarza przed dworkiem w Prakwicach (fot. Wild und Hund 1906 rok)

Widoczne na zdjęciu "girlandy" z gałązek świerkowych na ścianach dworku były ozdobą przygotowywaną specjalnie na wizyty Cesarza w Prakwicach. Podobnie przyozdabiano pałacyk myśliwski w Hubertusstock.

 

Zapalone zostają dwie duże pochodnie smołowe przed domem. Pod starymi lipami, strzelcy stają w szeregu, a my zbieramy się przed drzwiami gdy wjeżdża wóz podjazdowy. Następnie zdejmowane są rogacze z wozu, układany jest pokot a strzelcy trąbią sygnał „Śmierć sarny” (pisownia oryg.). W języku polskim sygnał nazywa się "Rogacz na rozkładzie", (dop. autora).

Pokot przed dworkiem w Prakwicach. Cesarz odbiera raport od samego księcia Ryszarda Dohna - Schlobitten. (fot. Wild und Hund 1908)

 

Zwykle jest godzina 22:00, gdy wszyscy zbierają się w salonie, gdzie nakryto do kolacji. Kanapki z masłem, truskawki i kruszon. Cesarz zasiada na swoim krześle, ja siadam obok niego i po wesołej rozmowie muszę śpiewać ballady lub Cesarz odczytuje przesłane mu wycinki z gazet i omawia je, tematycznie nawiązując do zawartych w nich informacji.

 

Po 23:00 Cesarz wycofuje się, a ja udaję się do łóżka w moim pokoju na pierwszym piętrze, który dzielę wspólnie z Ryszardem i Eberhardem Dohna. Tak upływa dzień za dniem a ten, niezwyczajny w moim życiu błogi spokój, odczuwam w pełni, podobnie jak mój Pan - jeżeli nie spadnie na mnie wodospad wiadomości politycznych i przykuje mnie do roboczego stołu aż do późnych godzin nocnych”.

 

Także w Prawicach spotykał się Wilhelm II z członkami wschodniopruskich właścicieli innych włości, jak np. z burgrafem Georgem zu Dohna auf Schloss Finkenstein, z grafem Alfredem zu Dohna – Mallmitz lub z grafem Hansem Finck von Finckenstein - Simnau auf Canten.

 

Zdarzały się też niedzielne wycieczki samochodowe ze zgromadzonymi w Prakwicach panami do liczącego sobie ponad pół tysiąca lat, zamku Schöenberg (Szymbark pow. Iława dop. autora), będącego własnością Hrabiego Konrada Finck von Finkenstein.

Cesarz Wilhelm II podczas polowania w Prakwicach

We wspomnianej książce Andreasa Gautschi, są podane informacje, że „do wschodniopruskich Prakwic, w powiecie morąskim okręgu regencyjnym Królewiec, Cesarz przybył po raz pierwszy, już jako książę następca tronu w roku 1885, na polowanie na rogacze jako gość hrabiego Richarda Wilhelma zu Dohna (1807 – 1894) oraz jego syna (1843 – 1916), o tym samym imieniu, często wymienianym w niniejszej książce, a piastującym urząd Zastępcy Wielkiego Łowczego. Dalsze pobyty następowały co roku lub dwa lata aż do 1910 roku. Nieco koryguje to poprzednią informację, że pobyty w Prakwicach odbywały się corocznie. Typowy dla Prakwic, falisty krajobraz morenowy o ciężkiej glebie, pokryty wielkimi łanami zbóż i rozległymi lasami liściastymi, stanowił idealny biotop dla saren. Tutejsze sarny były bardzo silne w tuszy. Przykładowo, jeden z rogaczy, strzelony przez Cesarza w 1894 roku, ważył 52 funty – ok. 24 kg”. Prawdopodobnie chodzi tu o rogacza strzelonego na granicy ziem lipieckich i prakwickich, o którym już wcześniej wspominałem. Andreas Gautschi podaje także dokładne ilości zwierzyny pozyskanej przez monarchę w czasie każdego pobytu w Prakwicach. Jednak są to niepełne dane ponieważ opisują lata 1895 - 1910 a przecież znaleziono w Prakwicach wiele kamieni z wcześniejszymi datami.

 

Polowania Cesarza Wilhelma II w Prakwicach wg Andreasa Gautschi:

 

17 – 24 maja 1895 r. Prakwice (Prusy Wschodnie)

Właściciel łowiska: Hrabia Richard zu Dohna – Schlobitten

Rodzaj polowania: z podjazdu

Pokot cesarski: 22 rogacze

Kamień z 24 maja 1895 roku

16 – 23 maja 1896 r. Prakwice (Prusy Wschodnie)

Właściciel łowiska: Hrabia Richard zu Dohna – Schobitten

Rodzaj polowania: z podjazdu

Pokot cesarski: 28 rogaczy, 1 orlik (orzeł krzykliwy)

24 - 27 maja 1897 r. Prakwice (Prusy Wschodnie)

Właściciel łowiska: Hrabia Richard zu Dohna – Schlobitten

Rodzaj polowania: z podjazdu

Pokot cesarski: 11 rogaczy

2 – 6 czerwca 1899 r. Prakwice (Prusy Wschodnie)

Właściciel łowiska: Hrabia Richard zu Dohna – Schlobitten

Rodzaj polowania: z podjazdu

Pokot cesarski: 13 rogaczy

21 - 25 maja 1901 r. Prakwice (Prusy Wschodnie)

Właściciel łowiska: Książe Ryszard zu Dohna – Schlobitten

Rodzaj polowania: z podjazdu

Pokot cesarski: 20 rogaczy

22 - 26 maja 1903 r. Prakwice (Prusy Wschodnie)

Właściciel łowiska: Książę Richard zu Dohna – Schlobitten

Rodzaj polowania: z podjazdu

Pokot cesarski: 27 rogaczy, 1 kot

Rogacz o masie poroża 620 g - pięknie uperlony, waga tuszy 23 kg.

Kamień z datą strzelenia rogacza - 22 maja 1903 roku

24 maja 1904 r. Prakwice (Prusy Wschodnie)

Właściciel łowiska: Książę Richard zu Dohna – Schlobitten

Rodzaj polowania: z podjazdu

Pokot cesarski: 18 rogaczy

22 - 26 maja 1906 r. Prakwice (Prusy Wschodnie)

Właściciel łowiska: Książę Richard zu Dohna – Schlobitten

Rodzaj polowania: z podjazdu

Pokot cesarski: 12 rogaczy

Kamień z 26 maja 1906 roku

22 - 27 maja 1908 r. Prakwice (Prusy Wschodnie)

Właściciel łowiska: Książę Richard zu Dohna – Schlobitten

Rodzaj polowania: z podjazdu

Pokot cesarski: 31 rogaczy, 1 błotniak stawowy

Kamień z 25 maja 1908 roku

6 – 7 września 1910 r. Prakwice (Prusy Wschodnie)

Właściciel łowiska: Książę Richard zu Dohna – Schlobitten

Rodzaj polowania: z podjazdu

Pokot cesarski: 5 rogaczy

Z tych danych wynika, że Cesarz w Prakwicach strzelił 187 szt. rogaczy, a nie jak podano wcześniej, że około 500. Które dane są prawdziwe nie wiem. Podejrzewam, że  te drugie, czyli 187 szt.,  odnoszą się do tylko kapitalnych rogaczy. Poza tym dane Gautschiego są podane od 1895 r. a Cesarz polował tutaj już w 1885 r.  Liczbą 500 szt. operuje ostatni właściciel dóbr, który wizyty Wilhelma II znał tylko z ustnych przekazów swojego ojca i może dotyczyć wszystkich strzelonych rogaczy. Przecież odkryto kamień, na którym umieszczono informację o tym, że  25 maja 1908 roku Cesarz strzelił czterysetnego rogacza na terenie Prakwic. Również liczba ustawionych kamieni u Gautschiego jest inna. Operuje on liczbą ok. 100-105, podczas gdy Aleksander von Dohna podaje, że było ich około osiemdziesięciu - tyle ile wykonano gipsowych odlewów kapitalnych rogaczy.

W książce Andreasa Gautschi znajduje się wiele wiadomości, które w dosłownym brzmieniu (po przetłumaczeniu), podaję jako ciekawostki potwierdzające, że Wilhelm był doskonałym strzelcem.

…str. 123

 

W dniu 22 maja 1908 r. podczas polowania w Prakwicach Cesarz Wilhelm II, ponieważ „nic poza tym się nie pokazało”, strzelił po mistrzowsku na 200 kroków błotniaka stawowego. Pocisk 6 mm w płaszczu niklowym o ołowianym wierzchołku (a więc półpłaszczowy – dop. tłumacza) prawie całkowicie rozerwał drapieżcę.

… str. 127

 

Podobnie ryzykownie strzelił Monarcha podczas podchodu rogacza w Prakwicach w maju 1901 r. Strzelał kulą 6 mm, na wymierzonych 312 kroków, ze sztucera z lunetą celowniczą. Sztucer bił w punkt, jak wspomniano, na 250 – 300 m, i dla trafienia na dalszą odległość potrzeba było jedynie niewielkiej korekty wysokości, aby oddać pewny strzał.

 

W dniu 22 maja 1903 r. Jego Wysokość odstrzelił, także u Księcia Dohna, siedzącego rogacza: „Pocisk poszedł jednak nieco za krótko i odbił rogaczowi trzy cewki (nogi), tak że musiano go dostrzelić.” Wszystkie odległości strzelania były na tym polowaniu stosunkowo dalekie: 192, 204, 210 kroków. Inny rogacz, którego Cesarz postrzelił na dużą odległość w cewkę, został dobity dopiero po trzech dniach poszukiwania. Dalszy ekstremalnie daleki strzał nastąpił w Prakwicach podczas polowania w dniu 23 maja 1908 r.: „Rogacz który zatrzymał się na wzgórzu i był dobrze widoczny, otrzymał strzał komorowy na 300 kroków”. W dniu 5 września 1910 r. strzelił tamże rogacza, który stanął na widok zbliżającego się wózka podjazdowego, na odległość 320 kroków.

Cesarz Wilhelm II na polowania do Prakwic przybywał pociągiem. Zdarzało się jednak, że przyjazd odbywał się w inny sposób, szczególnie wtedy gdy był jeszcze księciem. Tak było w 1888 roku. Donosiła o tym Gazeta Toruńska nr 129 z 7 czerwca 1888 r. W rubryce Kronika i Rozmaitości napisano (pisownia oryginalna – dop. aut.) „Z pobytu ks. następcy tronu Wilhelma w Prusach Zachodnich donoszą pisma prowincyonalne, że książę przybył w sobotę o godz. ½ 9 rano do Tczewa, zjadł tamże w salonie królewskim dworca kolejowego śniadanie. Około ½ 10 przybył książę do Malborka, na lewym brzegu Nogatu (Kałdowo dop. autora) wysiadł książę ze swym adjutantem majorem Schwerinem, gdzie ich powitali hr. Dohna z Schlobitten, landrat Döring i inspektor robót wodnych Görz. W towarzystwie tych panów udał się książę pieszo tamą nadbrzeżną do stojącego w pogotowiu parowca, na którym przejechał do Jonasdorf, (miejscowość Janówka) gdzie prawa strona niziny Nogatu poniosła ciężkie straty z powodu powodzi wywołanej pęknięciem wału pod Janówką (Jonasdorf), 25 marca 1888 r, w niedzielę palmową. Osiem mil kwadratowych z 77 miejscowościami i ponad 20 000 mieszkańców (tylko w powiatach elbląskim i malborskim, zostało zalanych - dop. aut.) gdzie podczas ostatniej powodzi woda tamę przerwała. Tutaj powitał księcia prezes regencyi gdańskiej Heppe. Po obejrzeniu szkód, kazał książę wręczyć przez swego adjutanta landratowi większą sumę pieniędzy do rozdzielenia jej pomiędzy mniejszych gospodarzy przez powódź poszkodowanych, poczem udał się powozem hr. Dohna w cztery konie zaprzężonym, przez Stare Pole i Kiszpork (Dzierzgoń) do Prökelwitz (Prakwic) na polowanie”.

Wilhelm II i książę Ryszard von Dohna

Jednak aby ułatwić mu przyjazdy do Prakwic pobudowano we wsi małą, ale bardzo urodziwą, stacyjkę kolejową. Powstała ona przy uruchomionej w 1893 roku linii kolejowej Małdyty – Malbork, przebiegającej w pobliżu Prakwic. Trasa ta liczyła 55,514 km i obejmowała następujące stacje: Malbork (niem. Marienburg), Szropy (niem. Schroop), Tropy Igły (niem. Troop-Iggeln), Waplewo Wielkie (niem. GroßWaplitz), Morany (niem. Morainen) – przystanek uruchomiony dopiero w końcówce lat 60, Dzierzgoń (niem. Christburg), Prakwice (niem. Prökelwitz), Myślice (niem. Miswalde), Połowite (niem. Pollwitten), Budwity (niem. Ebenhöh) i Małdyty (niem. Maldeuten).

Była to przepiękna budowla, bardziej przypominająca wyglądem architekturę parkową niż budynek stacji kolejowej. Ponieważ Wilhelm II był miłośnikiem budowli w stylu architektonicznym staronorweskim (w tym stylu zbudowano dwór myśliwski Cesarza w Rominten), drewnianą budowlę wzniesiono pomiędzy 1893 a 1898 rokiem, nawiązując do tego stylu. Drewniany budynek zadaszony był siodłowym, dwuspadowym dachem pokrytym ceramiczną dachówką. Pierwotnie był w kształcie podkowy. Końce były zwrócone frontem w stronę drogi dojazdowej do stacji i miały formę wysuniętych werand-skrzydeł. Wschodnie skrzydło było szersze z wielkim, trójdzielnym oknem. Na dachu zachodniego skrzydła znajdowała się wieżyczka z poligonalnym (okrągłym) dachem, zwieńczonym cebulastą, blaszaną kopułką. Kilkumetrowy maszt umieszczony na wieżyczce był dekorowany flagą cesarską podczas jego wizyt w Prawicach. Od strony torów kolejowych, od północy, pod wieżyczką znajdował się wykusz z dużym, potrójnym oknem.

 

W początkach stacji była tutaj również długa, zadaszona weranda podparta ażurowymi słupami. Około 1910 roku została zabudowana i w ten sposób powstało nowe skrzydło. Zakończenia spadzistych dachów od frontów były ścięte naczółkowo, okna zwieńczone ostrymi łukami (podobnie jak w architekturze neogotyckiej). Ponieważ budowla nawiązywała do stylu staronorweskiego elementy ozdobne snycerki kojarzyły się z kulturą wikingów np. ozdobne osłony rynien zakończono stylizowanymi smoczymi głowami, smocze głowy umieszczono także na wieżyczce. Przykrycia drewnianych konsolek podpierających okapy dachu miały formę listew z trójzębem, a weranda od strony torów oraz skrzydło wschodnie były zwieńczone okazałymi śparogami (śparogi - ozdobne zwieńczenie krokwi szczytowych lub desek przybitych do szczytu dachu dwuspadowego w kształcie baranich rogów, głów zwierzęcych, toporków wystających poza kalenicę.

Budynek dworca nazywano „cesarskim pawilonem powitalnym” (niem. Kaiser-Empfangs Pavillon) lub prościej „pawilonem cesarskim” (niem. Kaiserpavillon). Stacyjkę tę, po upadku monarchii (1918 rok), w całości rozebrano i przeniesiono do miejscowości Budwity, w obecnym woj. warmińsko-mazurskim. Jak podaje w filmie, „Prökelwitz und Schlobbiten” ostatni właściciel Słobit i Prawic, stało się to nie w 1918 roku, ale w 1920 roku. Przeniesiono ją w całości ponieważ konstrukcja stacji była drewniana, a w Prakwicach pozostał tylko pusty plac. Budwity nazywały się wtedy Ebenhoh (nazwa pochodziła od nazwiska właścicieli okolicznych dóbr, rodu von Eben). W 1855 roku właścicielem majątku Budwity został Ferdynand Wilhelm von Eben. Jego syn Johannes von Eben był pruskim generałem, oficerem niemieckiego sztabu generalnego, zasłużonym w pierwszej wojnie światowej, brał udział w wojnie na froncie francuskim, rosyjskim i w Karpatach, posiadał najwyższe odznaczenia niemieckie. Od 14 lutego 1919 r. pozostawał na emeryturze i mieszkał w Budwitach, gdzie zmarł 30 czerwca 1924 roku.

                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                       

 
Kolejne losy budynku stacyjki, to przebudowy, które zmieniły pierwotny wygląd „cesarskiego pawilonu”. Po przeniesieniu  zmieniono formę architektoniczną dworca, a w kolejnych latach (l. 20/30-te XX w.), w ramach modernizacji stacji kolejowej, dobudowano do drewnianego dworca murowaną nastawnię.
 

Budowa stacyjki w Prakwicach związana była także z faktem przeniesienia letniej siedziby Cesarza do Kadyn (niem. Cadinen) k. Elbląga. Z Prakwic do Kadyn Cesarz udawał się pociągiem. Warto przy okazji wspomnieć też o Kadynach. O tej miejscowości, jako posiadłości Wilhelma II, pisze Andreas Gautschi: „Posiadłość Kadyny, położona jest pomiędzy Elblągiem a miasteczkiem Tolkmicko, na północno wschodnim skraju Prus Zachodnich w powiecie elbląskim, gdańskiego okręgu regencyjnego. Od 1814 roku znajdowała się posiadaniu rodziny Birkner. Dwaj ostatni bracia z tej rodziny postanowili, że w przypadku gdy pozostaną bez spadkobierców, przekażą posiadłość władającemu Królowi Prus, jako dziedzictwo. O zamiarze tym zawiadomili Cesarza Wilhelma II pismem skierowanym bezpośrednio do niego. Cesarz ogłosił gotowość przejęcia posiadłości. Za radą Burggrafa Ryszarda zu Dohna – Schlobitten, na początku września 1898 r., zgłosił gotowość do przyjęcia tej oferty. Silnie zaniedbana, wymagająca wysokich inwestycji posiadłość przeszła w tym samym roku do prywatnych włości królewskich (Privatschatulle). „Przy dużych nakładach finansowych, posiadłość świetność powinna odzyskać już około 1899 roku”, pisał Ryszard zu Dohna do Wilhelma II, dodając … „ dobrze zaopatrzonym w zwierzynę łowiskiem dla Najwyższego Myśliwego”. Kierownictwo łowieckie oraz gospodarkę leśną przejął łowczy Dohnów Gustaw Adolf Schmidt. Zatem od 15 grudnia 1898 roku właścicielem Kadyn został Król Prus i Cesarz Niemiec Wilhelm II Hohenzollern.

Okazuje się, że Wilhelmowi II stawiano kamienne obeliski nie tylko czcząc jego łowieckie sukcesy. Ten kamień ustawiono w Kadynach, a wyryty napis w trochę dowolnym tłumaczeniu głosi: "Tędy wkroczył w swoim majestacie Najmiłościwszy Pan po raz pierwszy do Kadyn. 2.6.1899". 

Jednak przejęcie Kadyn wywołało uwagi na cesarskim dworze. Zaufany przyjaciel Wilhelma II Filip hr. Eulenburg z przekąsem mawiał: „Birkner podarował Cesarzowi Kadyny z zobowiązaniem, wypłacania mu corocznie 30 000 Marek oraz przejęcia posiadłości z wszystkimi długami. Wspaniała transakcja dla tego Pana. Ryszard Dohna „zaaranżował” to ze swoim przyjacielem von Etzdorf, aby Cesarza silniej przywiązać do Prus Wschodnich. Lucanus skarżył się wobec mnie, że już teraz powstały niesamowite koszty i to dla jedynie kilkudniowego pobytu podczas roku. Jest to naprawdę szalonym posunięciem wciągać Cesarza w takie sprawy. „Ofiarodawca” śmieje się cichcem w swojej willi, którą nabył w Wiesbaden – w chwili gdy stał się bankrutem.”

 

Wg Valentini (Kaiser und Kabinettschef, 1931, str. 64) Jego Majestat zakupił majątek wielkości około 1000 ha za przejęcie długów hipotecznych, przekraczających ówczesną wartość majątku, oraz wypłacanie dożywotniej renty rocznej w wysokości 15 000 marek”.

 

Początkowo liczący 766 ha, później powiększony do 924 ha las był, podczas przejęcia przez Cesarza, stosunkowo mocno wykorzystany i w większości występowały głównie jedynie młodsze wiekiem drzewostany, które jednak dzięki pięknemu krajobrazowo położeniu w bezpośrednim sąsiedztwie Zalewu Wiślanego i urozmaiconemu krajobrazowi moreny końcowej czyniły z posiadłości szczególny klejnot. Przez wydzierżawienie sąsiednich łowisk znacznie poprawiły się możliwości hodowli zwierzyny. Warunki bytowania saren były szczególnie korzystne, przednie były polowania na kaczki i bytowały tu nawet bażanty. W 1899 roku zamierzano całkowicie wystrzelać występujące tu także daniele tworząc lepsze warunki bytowania dla saren.

Kadyny - studnia

1936 r.

Kadyny - piec w pałacu cesarskim

Park

Cesarski park w Kadynach

Cesarska kaplica w parku

Pałac Wilhelma II w Kadynach. Stan obecny

Kadyny corocznie odwiedzane były przez rodzinę cesarską i tworzyły okazję do przebywania w prywatnej atmosferze, wolnej od dworskiego przymusu. Wilhelm II próbował tam także okazyjnie polować z budki na … wrony. Np. 21 września 1909 roku długo przebywał w budce, jednak strzelił tylko jedną wronę.

Podczas pobytów w Kadynach Cesarz bardzo się interesował stanem gospodarki i maszynami rolniczymi. Cesarz i jego świta ubrani są w ubrania myśliwskie.

Kadyny. Wyjazd Cesarza na polowanie

Jednak pierwsze kadyńskie wrażenia Cesarza nie były najlepsze i nie wystawiają dobrej opinii o dotychczasowych właścicielach majątku. Gazeta Olsztyńska w numerze 68 z 10 czerwca 1898 roku zamieszcza opinię Wilhelma II na temat Kadyn: „Elbinger Zeitung donosi, że Cesarz Wilhelm wyraził się niepochlebnie o pomieszczeniach robotników swoich na dobrach Cadinen, które niedawno przeszły na własność Cesarza. Cesarz powiedział dosłownie: W Cadinen musi się niejedno zmienić, mianowicie pod względem mieszkań robotniczych. Te mieszkania są widocznie jeszcze ogólnem złem tu na wschodzie. Piękna obora w Cadinen jest prawdziwym pałacem w porównaniu do pomieszczeń robotniczych. Trzeba więc postarać się o to, by świńskie chlewy nie były lepsze od mieszkań robotniczych". (por. Moje wędrówki. Jerzy Zaskiewicz).

Dawna zabudowa Kadyn

Kadyny jednak przypadły do gustu zarówno Wilhelmowi II jak i jego małżonce - Auguście Wiktorii. I to do tego stopnia, że stały się letnią rezydencją cesarskiej małżonki. Podniosło to oczywiście bardzo rangę Wysoczyzny Elbląskiej oraz samego Elbląga.

Dwór w 1901 r.

Dwór 1902 r.

1910 r.

1914 r.

1925 r.

Pałac - oranżeria

Wyjazd cesarzowej Wiktorii Augusty z pałacu w Kadynach - 1902 rok

Co dalej działo się w Kadynach? Rozpoczęto całkowitą przebudowę wsi na styl willowy. Wybudowano szkołę, urząd pocztowy i dom opieki społecznej. Jednocześnie trwała przebudowa dworu.

Gorzelnia

Widoczny komin gorzelni

Aleja brzozowa

Kuźnia

Zabudowa willowa w tzw. stylu zakonnym (Ordenstil), według projektów architektów berlińskich

Willa zarządcy Kadyn Rüdigera von Etzdorfa

Szkoła

Dom opieki

Kościół

 

Neogotycki kościół. Budowę - planowaną już w 1907 roku - rozpoczęto w 1913 roku z inicjatywy Cesarza Wilhelma II. 12 lipca 1913 roku położono kamień węgielny pod budowę. Projekt przygotował Arthur Kickton a budowę ukończono w 1916 r. Budowa kościoła przebiegała z dużymi przerwami, spowodowanymi działaniami pierwszej wojny światowej. Cesarz wyraził życzenie, by nowo zbudowany kościół nazwany został Świątynią Pokoju i przyczyniał się do jego ustanowienia na świecie. W kościele chętnie urządzano koncerty organowe, ze względu na doskonałą akustykę. Wszystkie cegły oraz kształtki, użyte do budowy kościoła, powstały w kadyńskiej majolice. W czasie wojny, kościół uległ nieznacznemu uszkodzeniu, a następnie, w 1955 roku został rozebrany. Dziś główny jego ołtarz znajduje się w kościele Św. Mikołaja w Elblągu,

Gospoda Fritza Gottschalka

Wnętrze gospody

Około 1904 roku powstała „Królewska Fabryka Przemysłowa Kadyny” a później w 1905 r. „Królewskie Wytwórnie Majoliki Kadyny”. Rozbudowano cegielnię.

Cegielnia

Fabryka Majoliki

Cesarz przed cegielnią

 

Majolika to ceramika pokryta nieprzezroczystą polewą ołowiowo - cynową o bogatej kolorystyce. Kadyńska Wytwórnia Majoliki powstała w 1905 roku. W początkowym okresie wytwarzano w niej wyroby artystyczne wzorowane na motywach etruskich i greckich oraz kopiowano majolikę włoskiego renesansu. Cesarz był żywo zainteresowany jej funkcjonowaniem - poprzez wydawanie opinii miał wpływ na każdy nowy projekt. Uhonorowaniem rozwoju myśli technicznej oraz wspaniałej stylistyki były dwie nagrody, które otrzymały kadyńskie wyroby na wystawie światowej w Turynie. Po 1918 roku wytwórnia wypracowała swój własny, niepowtarzalny styl określany jako "brg". Skrót pochodził od słów blau-rot-gold i nawiązywał do kolorystyki wyrobów, które były kompozycją czerwieni kadyńskiej (rot) z błękitem kobaltowym (blau) i złotem (gold). W wytwórni pracowali najlepsi niemnieccy rzeźbiarze i ceramicy, m.in.: Karl Begas, Stanislaus Cauer, Reinhold Felderhoff, Else Furst, Johannes Goetz, Paul Heydel, Albrecht H. Hussman, Josef Limburg, Ludwig Manzel, Heinrich Splieth, Cuno von Vechtritz-Steinkirch, August Vogel. Jednak to Cesarz sam decydował, które wzorce mają być produkowane.

Przedmioty powstałe w najlepszym dla wytwórni okresie (lata 30. XX wieku) cieszyły się ogromnym zainteresowaniem i były niegdyś sprzedawane w sklepach firmowych w Elblągu, Krynicy Morskiej, Berlinie, Hamburgu i Stuttgarcie. W tamtym czasie w zakładzie było zatrudnionych 50 pracowników. Dzisiaj wyroby Kadyńskiej Wytwórni Majoliki również mają swoich wielbicieli, którzy zajmują się kolekcjonowaniem wielkiej spuścizny artystycznej kadyńskiego zakładu.

Kadyńska waza do kruszonu, zaprojektowana przez Hansa Hofferichtera - rzezbiarza i wykładowcę w Wyzszej Szkole Pedagogicznej w Elblągu w latach 1931-1933

Filiżanka z kadyńskiej fabryki z herbem Cesarza

Warto w tym miejscu dodać, iż w Kadynach powstała także ceramika architektoniczna, wyroby stanowiące wyposażenie budynków i pałaców. Do dzisiaj można ją oglądać m.in. na stacji metra berlińskiego przy Teodor Heuss Platz oraz w holu zakładu kąpielowego w Wiesbaden. Także kasetonowy strop w holu siedziby NBP w Gdańsku i płaskorzeźba z kogą na jednym z budynków w Tolkmicku (dzisiejsze przedszkole) pochodzi z kadyńskiej Majoliki.

Płaskorzeba z kogą

                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                         

Przedszkole w Tolkmicku

Poprzez stosowanie specyficznych metali szlachetnych i kombinacji kolorów (zakład opracował własne receptury farb) wytwórnia wniosła swój wkład do światowej historii ceramiki. Ciężki okres dla zakładu nastąpił po zakończeniu I Wojny Światowej, gdy Cesarz musiał udać się na wygnanie. Wytwórnia, aby "utrzymać się na powierzchni" zmuszona została do rozpoczęcia masowej produkcji. W dużej mierze dzięki determinacji kierującego zakładem Wilhelma Dietricha, kadyńska ceramika nie straciła na jakości. Obok naczyń, serwisów i innych użytkowych przedmiotów, zakład zaczął wytwarzać charakterystyczne figurki zwierząt - koni, byków, łosi, ptaków, psów w kolorze kadyńskiej glinki.

Figurka wzorowana na ulubionym jamniku Cesarza

Do dziś można spotkać tego typu figury. Znajdują się m.in. jako elementy architektoniczne w budynkach stadniny w Kadynach oraz w jednym z domów w Ornecie. Pod koniec lat 30. XX wieku fabryka nawiązała współpracę ze złotnikami z Królewca, w wyniku której powstawały przedmioty łączące ceramikę, srebro i bursztyn. Produkowano m.in. wazy i dzbany ceramiczne zaopatrzone w uchwyt z bursztynu lub srebra, oraz naczynia, których obrzeża były wykładane srebrem. Wytwórnia zakończyła działalność pod koniec II Wojny Światowej. W 1945 roku około 500 mieszkańców Kadyn ratowało się ucieczką w obliczu zbliżającego się rosyjskiego frontu. Próby reaktywowania zakładu podjęte po 1950 roku zakończyły się, niestety, niepowodzeniem.

 

Dla Kadyn rozpoczął się "złoty wiek". Cesarz kilkakrotnie odwiedzał kadyński majątek, przyjeżdżał tutaj na kilkudniowe pobyty w okresie letnim – częściej jednak przebywała tutaj cesarzowa z dziećmi. Wilhelm II zajeżdżał  do Kadyn również, kiedy był w podróży na polowania w Rominten. Docierał tutaj swoją salonką podłączoną do pociągu pospiesznego relacji Berlin-Królewiec lub pociągiem specjalnym, który zatrzymywał się na dworcu w Elblągu, gdzie doczepiano ją do pociągu Kolei Nadzalewowej HUB. Bywało też, że dalszą drogę z Elbląga do Kadyn odbywał  Cesarz samochodem, odwiedzając po drodze miejscowości Wysoczyzny Elbląskiej. Kadyny były też miejscem wypoczynku rodziny cesarskiej. Ze względu na rangę właścicieli i znaczenie majątku, rezydencję kadyńską zaczęto nazywać pałacem, a nawet zamkiem (Schloss). Administratorem kadyńskich dóbr Cesarza w latach 1898-1930 był Rüdiger von Etzdorf, starosta (landrat) powiatu elbląskiego (w latach 1888-1907), właściciel majątku i cegielni w Wogenap (Jagodno).

Za cesarskim powozem Rüdiger von Etzdorf

Rüdiger von Etzdorf - zarządca Kadyn w latach 1898-1930. zginął w wypadku lotniczym nad okolicznymi lasami. W tym miejscu ustawiono kamienny obelisk ku pamięci Rüdigera von Etzdorfa, który zginął 19 marca 1935 roku.

Kamień znajduje się na dnie głębokiego wąwozu, tuż przy strumieniu. Na jego pionowej ścianie wyryta jest inskrypcja: Exellenz v. Etzdorf, Generalbevollmächtigter, Cadinen, 1898-1930. (źródło: Lech Słodownik, Dziennik Elbląski)

Kolej w okolicach Suchacza - 1930 rok

Założycielami Kolei Nadzalewowej (niem. Haffuferbahn, w skrócie HUB), której przypisano regionalne – gospodarcze znaczenie, były władze prowincji wschodniopruskiej i prywatne kolejowe towarzystwo budowlane Lenz & Co. ze Szczecina. Później była to jedyna prywatna linia kolejowa zarządzana przez samodzielną spółkę akcyjną z siedzibą w Królewcu. 
Kolej na odcinku Elbląg Dworzec-Miasto – Frombork została uruchomiona 20.5.1899 r. a dalej, do Braniewa, gdzie łączyła się z Koleją Wschodnią - 7.9.1899 r. Jej trasa liczyła 48,3 km i pociągi pokonywały ją w ciągu 1 godziny i 35 minut.

Stacja główna HUB - Elbląg Stare Miasto

Kolej Nadzalewowa (niem. Haffuferbahn – HUB) – linia kolejowa, która w zamyśle niemieckich projektantów miała połączyć Elbląg z Królewcem. W latach 1897–1899 zbudowano odcinek łączący Elbląg z Braniewem, gdzie Kolej Nadzalewowa łączyła się z Koleją Wschodnią umożliwiając dalszą podróż aż do Królewca. Od momentu powstania Kolej Nadzalewowa stanowiła ważny fragment lokalnej sieci kolejowej w Prusach Wschodnich, łącząc dwa większe miasta (Elbląg i Braniewo). Do 1918 r. na odcinku Elbląg – Kadyny spotkać można było pociąg Cesarza Niemiec, Wilhelma II, który w Kadynach miał swoją letnią rezydencję. Kiedy w grudniu 1899 roku Cesarz Niemiec Wilhelm II zakupił majątek kadyński, życie spokojnej dotąd nadzalewowej miejscowości zmieniło się nie do poznania. Nowości czekały nie tylko mieszkańców, ale też kolej przebiegającą przez włości kajzera. Kolej Nadzalewowa uważana była za jedną z najładniej położonych kolejek w prowincji pruskiej. Atrakcję stanowiły nie tylko tamtejsze urokliwe miasteczka, ale też widoki, jakie można było podziwiać po drodze z okien pociągu.

 

Pociągi Kolei Nadzalewowej nie jeździły z oszołamiającą szybkością, ale było to aprobowane przez pasażerów, którzy mogli podziwiać uroki okolicy. Mówiono, że była to szybkość do 20 km/h i z tego powodu na wagonach znajdowały się napisy: „Blumen, Pilzen pflücken während der Fahrt verboten”! – zabrania się zrywania kwiatów i grzybów podczas jazdy! 
W pobliżu torów kolejowych powstało z czasem wiele obiektów oraz domów prywatnych. Wśród ich właścicieli przyjął się wkrótce zwyczaj, że swe domy zaczęli ozdabiać różnymi wersami, wyrażającymi radość z miejsca zamieszkiwania w tak pięknej okolicy. Jeden z takich napisów zachował się do dzisiaj w Suchaczu, tuż przy przystanku kolejowym, gdzie w obszernej willi mieszkał Otto Frieseler, dyrektor Kolei Nadzalewowej w latach 1919-1945. Napis ten brzmi: Ein glücklich Los ist dem beschieden, der ferne vom Gewühl der Stadt in einem stillen Erdenwinkel ein trautes Heim gefunden hat, czyli „Szczęśliwa dola jest temu wyznaczona, który z dala od miejskiego zgiełku, w zacisznym zakątku ziemi znalazł swój przytulny dom“.

 

W 1938 r. Kolej Nadzalewowa Spółka Akcyjna (Haffuferbahn AG) miała 9 lokomotyw parowych, 20 wagonów osobowych, 3 wagony pocztowe, 111 towarowych a pracę miało 120 robotników. W dni robocze trasę pokonywało tam i z powrotem 5 pociągów parowych – mijanki były tylko w Tolkmicku. Co ciekawe, żadna lokomotywa Kolei Nadzalewowej nie została wyprodukowana w Elblągu, pochodziły one z fabryk „Hohenzollern”, „Henschel,”, „Union” i „Vulkan”.

Lokomotywa (ELNA typ 3, firmy Krauss z Monachium), ostatnia lokomotywa jaką spółka Kolej Nad Zalewem otrzymała w 1922 roku. Właściwie przeznaczona była dla Berlina, wylądowała jednak w Elblągu

Dwie starsze lokomotywy: pierwsza  zbudowana w 1892 r. przez Henschel’a i druga firmy Hohenzollern z Duesseldorf z 1898 roku

Pociąg HUB przed elbląskim browarem z wagonami, będącymi własnością browaru. Po lewej widać otwarty wagon z lodem, którym rozwożono lód do klientów.

Kolej Nadzalewowa miała również swoje autobusy, które obsługiwały chętnych z Rubna Wielkiego, Nabrzeża, Łęcza, Próchnika, Pogrodzia i Tolkmicka. 
Linia obsługiwała ruch osobowy oraz towarowy, przewożąc w latach 30. ponad 400 tys. pasażerów oraz 250 tys. ton towarów.

Przystanek autobusowy w Pęklewie

W okresie międzywojennym na trasie kursowały także pociągi turystyczne Niemieckich Kolei Państwowych. W Tolkmicku podróżni mieli możliwość przesiadki na 9 statków "białej floty" kursujących codziennie do Krynicy Morskiej. Prawie 500 osób zabierał stąd parowiec „Tolkemit” należący do Towarzystwa Żeglugowego F. Schichau. (źródło Lech Słodownik)

Stacja HUB w Tolkmicku, w której był napis. "Kto teraz ma ochotę na przejażdżkę parowcem, może tutaj przesiąść się na „Tolkemit” i za 30 minut być w Krynicy na Mierzei Wiślanej. – Szczęśliwej podróży!"

Statek parowy "Tolkemit" kursujący z Tolkmicka do Krynicy Morskiej

Kolej Nadzalewowa HUB - przystanek w Kadynach

W początkowym okresie istnienia kolei istniały trudności, bowiem jadące pociągi nie zawsze zatrzymywały się w Kadynach. Isniejący tam przystanek był zdaniem cesarskiego dworu należał tylko do Cesarza Wilhelma II. Ostatecznie sprawę roztrzygnął sąd.

 

Doskonale to opisuje Pani Magdalena Pasewicz - Rybacka w artykule pt. "Spór o Kadyny" zamieszczony na stronie internetowej https://haffbahn.com, który za zgodą autorki zamieszczam:

 

"Plany zmieniły się, gdy ostatni z Birknerów, bezdzietny Artur, sprzedał Kadyny Cesarzowi. Wilhelm II urządził tam swoją letnią rezydencję, którą w czasie jego nieobecności zarządzał elbląski landrat, Rüdiger Etzdorf (od 1899 roku von Etzdorf). To właśnie on przysporzył władzom Haffuferbahn najwięcej kłopotów.


W umowie sprzedaży Kadyn Birkner zagwarantował spółce wieczyste użytkowanie ziemi na terenie Kadyn i Kikołów, po której miała biec kolej. Nie sprecyzowano tam jednak kwestii korzystania z przystanku. W związku z tym von Etzdorf przy pierwszej nadarzającej się okazji złożył wniosek o wyłączenie tamtejszego postoju z ruchu publicznego.


Odtąd z przystanku mógł korzystać jedynie Cesarz oraz członkowie jego rodziny przybywający co jakiś czas do majątku. Pozostali podróżni musieli wysiadać w Pęklewie i pieszo udawać się do Kadyn. Z tego też względu przystanek nie był uwzględniany w rozkładach jazdy.


Zarząd Haffuferbahn postanowił natychmiast interweniować u władz centralnych. Jednak dopiero po długich rozmowach udało się wynegocjować pewne ustępstwa. Firma Lenz & Co., największy udziałowiec w spółce HUB A.G., zobowiązała się na własny koszt wybudować prywatną bocznicę do cegielni cesarza. W zamian za to zarząd majątku zgodził się, by podróżni mogli korzystać z przystanku podczas nieobecności rodziny królewskiej w Kadynach. W praktyce oznaczało to niemal cały rok, za wyjątkiem kilkudniowych wizyt panujących. Pod rozkładami pojawiała się niekiedy adnotacja:


„Kadyny posiadają tor przyłączeniowy, który służy wyłącznie do prywatnego użytku królewskiego majestatu z Kadyn”

 

Droga wciąż była jednak uznawana przez zarząd majątku za prywatną. W związku z tym Ernst Hantel, prezes zarządu Haffuferbahn, postanowił wytoczyć kajzerowi proces sądowy. Powołując się na zapisy umowy Birknera, dążył do nadania Kadynom statusu przystanku publicznego. Ponadto zabiegał o upublicznienie całego odcinka drogi od przystanku do kadyńskiej karczmy, by podróżni mogli bez problemów z niej korzystać.”

Wyjazd cesarskiej rodziny z Kadyn - przy drzwiach wejściowych do pociągu widoczny dywan

Dąb Bażyńskiego

Przy wjeździe do Kadyn od strony Elbląga rośnie okazały dąb, zaliczany do jednego z najstarszych w Polsce. Liczy znacznie ponad 700 lat. Jego obwód to ok. 10 metrów, a wysokość ponad 20 m. Przy ziemi znajduje się okazała dziupla, powstała prawdopodobnie ponad 100 lat temu. Na zlecenie Cesarza była tam stróżówka, a drzewa strzegł umundurowany strażnik. W czasach Birknera w dziupli mieściło się 11 żołnierzy.


Dawniej nazywano go 1000-letnim Dębem Niemiec, od końca XIX w. był znany jako Dąb Królewski, a po 1945 r. jako Dąb Kadyny, potem  Dąb Odrodzenia Polski. Obecnie nazywany jest Dębem Bażyńskiego. Obok niego rośnie sześć okazałych dębów, liczących ponad 300 lat. Symbolizują one według legendy sześciu synów księżniczki Kadyny, którzy mieli bronić tego terenu przed Krzyżakami. Obecnie Dąb Bażyńskiego otoczony jest płotkiem, ale niestety drzewo stopniowo umiera.

Przystanek w Pęklewie

W tym miejscu warto zacytować fragmenty innego artykułu Pani Magdaleny Pasewicz - Rybackiej ze strony internetowej https://haffbahn.com pt. "Kłopotliwy czerwony dywan".

 

"Kolej Nadzalewowa z przystankiem w Kadynach była dużym udogodnieniem dla rodziny cesarskiej w trakcie przyjazdu do prowincjonalnej rezydencji. Dzięki połączeniu Haffuferbahn z Koleją Wschodnią możliwe było odbycie podróży bez przesiadek – na Staatsbahnhof w Elblągu dwie lokomotywy HUB przejmowały cesarskie wagony i mknęły przez miasto aż do samych Kadyn. Tym sposobem kajzer i jego rodzina byli jednymi z nielicznych, którym dane było zaznać przejażdżki ulicami Elbląga."

Dworzec w Elblągu gdzie doczepiano cesarskie wagony

Przejazd pociągu przez miasto Elbląg, akwarela z 1936 r. Źródło Pangritz Kurier

Pierwsze 2,5 km od Dworca Wschodniego (dzisiaj Dworzec Główny) do nowego dworca Elbląg-Miasto przy Brandenburgerstraße 22 (obecnie ul. Hoża) przecinało centrum miasta i ten odcinek używany był wyłącznie do transportu towarowego – z wyłączeniem wizyt jadącego do Kadyn Kajzera Wilhelma II. Przejazdy pociągów przez centrum były uciążliwe dla mieszkańców, ale nie dla wszystkich. Otóż uczniowie elbląskich szkół, spóźniający się na lekcje mieli tradycyjną wymówkę, że przyczyną ich spóźnienia był… pociąg. Podobnie tłumaczyli się spóźnialscy mieszkający na Wyspie Spichrzów, że długo czekali na opuszczenie zwodzonych mostów!

 

Na terenie miasta do tej linii kolejowej podłączonych było niegdyś 15 bocznic prowadzących m.in. do stoczni F. Schichau, zakładów F. Komnicka, fabryki cygar, browaru (stacja Angielska Studnia), elektrowni a nawet na teren jednostki wojskowej przy ul. Mazurskiej. Natomiast „po drodze” do Braniewa znajdowało się dalszych 12 bocznic prowadzących do cegielni i zakładów leżących nad Zalewem Wiślanym.

 

Któż z elblążan nie przypomina sobie naszej Kolei Nad Zalewem, którą wiele rodzin wykorzystywało do niezapomnianych wycieczek na wybrzeże Zalewu, szczególnie w okresie kwitnienia czereśni. Któż nie korzystał z ukochanej kolei, gdy chciał szybko dostać się do kąpieliska morskiego Kahlberg (Krynica Morska). Wtedy już dało się zauważyć rozgniewanie na HUB codziennie jadący przez miasto, gdy kolejarz z czerwoną chorągiewką i dzwonkiem szedł przed nim aby umożliwić parowej lokomotywie pierwszeństwo przejazdu. Z uśmiechem wspominamy jeszcze i dzisiaj tego małego elbląskiego bowkę, który do jednego wytwornie odzianego pana spieszącego się przez Carlson Platz na dworzec kolejowy wołał: „Herrchen, loofe Se man, der Zuch fuhr all!” (elbląski dialekt, odpowiednik naszego: panocku, pośpieszcie się, pociąg zaraz odjeżdża). Lub któż nie zna tego epizodu gdy maszynista jadąc trasą nad Zalewem krzyknął do swojego znajomego listonosza, jadącego rowerem: „Jadę wolno, wsiadaj z rowerem, możesz dojechać parę kilometrów!”. A odpowiedź brzmiała: „Nie dzisiaj, mam ekspresowy list.”

 

"O cesarskich wizytach zazwyczaj donosiła lokalna prasa. Gazety nie tylko podawały termin przyjazdu jaśnie państwa, ale też szczegółowo omawiały plan pobytu czy elementy przybywającego ekwipunku. Przykładowo 15 września 1913 roku w „Elbinger Neueste Nachrichten” pisano:


„W niedzielę przed południem przybył z Berlina transport z dobrami cesarskimi, potrzebnymi podczas pobytu w Kadynach, który został przewieziony do Kadyn Koleją Nadzalewową. Część cesarskiego wyposażenia z Berlina, 4 samochody, 5 wozów, konie, służba i szoferzy, znajdują się w drodze i dojadą dziś po południu, aby również niezwłocznie dostać się do Kadyn Koleją Nadzalewową. We wtorek, tj. 16 września, wszystko powinno być gotowe na przyjazd kajzera, który, jak już wcześniej donoszono, przybędzie do Kadyn prawdopodobnie w środę 17 września" (por. Magdalena Pasewicz - Rybacka, pt. "Kłpotliwy czerwony dywan", https://haffbahn.com ).

 

"Dziś o godz. 14.05 Cesarz dotarł do Elbląga, przybył do naszego miasta autem. Elbląg to miejsce na trasie do Kadyn, które były ostatecznym celem podróży Jego Królewskiej Mości. Mieszkańcy naszego miasta bardzo serdecznie przywitali zacnego gościa. Część z zebranych czekała na Niego na ulicy od wielu godzin...


Cesarz przejechał ulicą Warszawską (niem. Berliner Str.), Mostową (niem. Brückstr.), Starym Rynkiem (niem. Alter Markt), następnie przez Bramę Targową obok budynków administracyjnych Schichaua, przez ulicę Królewiecką (niem. Königsbergerstr.), zmierzając dalej w kierunku Kadyn (niem. Cadinen).


Nasz dostojny gość w drodze do Kadyn nie zatrzymywał się. Monarcha pozdrowił bardzo liczną masę ludzi wylegającą na ulicach uprzejmym skinieniem głowy. Władca miał na sobie uniform myśliwski, podobnie jak większość jego towarzyszy, która podążała za nim w trzech autach. Za świtą podążało dwóch mężczyzn w cywilu." (Elbinger Neuste Nachrichten, środa, 17.09.1913 r.)

 

Odnośnie cesarskiej wizyty w Kadynach

 

"Wartę honorową podczas pobytu Cesarza w Kadynach będzie pełnić i tym razem 152 Pułk Piechoty im. Zakonu Niemieckiego (niem. Deutsch Ordens-Infanterie-Regiment Nr. 152). Oficerowie i szeregowi z tego pułku już wczoraj przybyli do Kadyn z manewrów. Jednostka, (Wachkommando), która składa się z żołnierzy obu batalionów, uda się we wtorek pod dowództwem kapitana Heyma z 1. Kompanii oraz dwóch innych oficerów, kapitana Schwendiga i podporucznika von Wussowa, do Tolkmicka (niem. Tolkemit), gdzie zostanie zakwaterowana.


W niedzielę przed południem z Berlina do Elbląga przybył ładunek z asortymentem cesarskim, potrzebnym na czas pobytu Cesarza w Kadynach. Część asortymentu cesarskiego: cztery samochody, pięć wozów, konie, służba i szoferzy już dziś po południu zostali przewiezieni koleją nadzalewową do Kadyn [...]." (Elbinger Neueste Nachrichten, poniedziałek, 15.09.1913 r.)

 

Jeszcze odnośnie wizyty Cesarza


"Na temat wizyty Cesarza w Królewcu (niem. Königsberg) można znaleźć w tamtejszej prasie następujące informacje: w następną niedzielę, 21 września, do Królewca przybędzie Cesarz i będzie brał udział w nabożeństwie w katedrze. Jak podaje rada parafialna, bilety wstępu na nabożeństwo, w którym będzie uczestniczył sam Cesarz, są do nabycia (tylko dla parafian katedry) w czwartek i piątek w godz. 16-18 w katedrze. Bilety te są darmowe. Nabożeństwo uświetni uroczysta akademia. [...].


Z okazji przyjazdu Cesarza do Romnit (niem. Rominten) ruszyły już pierwsze przygotowania na tamtejszym dworcu. Pociąg cesarski na czas pobytu cesarza w Romnitach będzie stał na dworcu Gr. Romniten w specjalnie do tego celu wybudowanej hali." (Elbinger Neueste Nachrichten, wtorek, 16.09.1913 r.)


"Przyjazdy Cesarza odbywały się z honorami godnymi panującego. Na kadyńskim przystanku czekał specjalny urzędnik z królewieckiej spółki kolejowej, ubrany w cylinder i białe rękawiczki, który witał kajzera i jego rodzinę. Jaśnie państwo wysiadali z pociągu i po czerwonym dywanie przechodzili do powozu, który wiózł ich bezpośrednio do dworu. Cesarz był ponoć niezwykle wymagający w kwestii odpowiedniego ustawienia pociągu względem tegoż dywanu. Według jednej z anegdot, kiedy czerwony kobierzec nie leżał dokładnie przed wyjściem z wagonu, kajzer nakazywał wycofanie składu i ponowny, poprawny wjazd na przystanek."

 

„Jak udało nam się dowiedzieć, we wtorek, 19 maja przez nasz dworzec będzie przejeżdżał Cesarz Wilhelm. Cesarz będzie wtedy w drodze do Słobit (niem. Schlobitten), gdzie zapoluje na sarny, a 20 maja uda się wozem przez Pasłęk (niem. Pr. Holland) do Prakwic (niem. Prӧekelwitz).     ("Westpreußische Zeitung", wtorek, 12.05.1891 r.)”


Inna z lokalnych opowieści wspominała o nietypowej sytuacji, jaka miała wydarzyć się w 1905 roku w trakcie wizyty rosyjskiego Cara w Kadynach. Przybywająca wraz z panującym świta była tak liczna, że nie sposób było wszystkich pomieścić w kadyńskim pałacyku. Wobec tego zarządzono, by panie przeniosły się na pokoje, zaś męską część dworu, ku uciesze wszystkich, ulokowano w wagonach cesarskiego pociągu. Ponoć wszyscy goście jeszcze długo wspominali tę wizytę u kajzera." (por. Magdalena Pasewicz - Rybacka, pt. "Kłopotliwy czerwony dywan", https://haffbahn.com ).

 

Trzeba przyznać, że Wilhelm II zrobił dla Kadyn wiele dobrych rzeczy. Również dla łowiectwa. Przede wszystkim zasiedlił tutaj jelenia sika. W 1910 r. jelenia sika – podgatunek chiński ( mandżurski) przywieziono do ośrodka hodowlanego w pobliżu Kadyn, których właścicielem był wówczas Cesarz Wilhelm II. Był to prezent dla Cesarza od Carla Hagenbecka handlarza egzotycznymi zwierzętami oraz właściciela ogrodu zoologicznego pod Hamburgiem (niektóre źródła błędnie podają, że był to prezent od Cesarza Japonii). Pakiet hodowlany, aklimatyzowany wcześniej w Anglii, składający się z sześciu łań i jednego byka zasiedlono w Uroczysku Leśny Spokój. Do 1939 r. liczebność  siki wzrosła do kilkudziesięciu sztuk. Po wypuszczeniu na wolność, sika zadomowił się doskonale w lasach Wysoczyzny Elbląskiej.

Jelenie sika
Dla niego też wybudowano leśniczówkę. Biała Leśniczówka została zbudowana na początku XX wieku. Położona w samym środku lasu na terenie Parku Wysoczyzny Elbląskiej, w odległości 2,5 km od miejscowości Kadyny. Prawdą jest jednak to, że Cesarz przebywał w niej tylko dwa razy - pierwszy raz przez jeden dzień, a drugi przez pół dnia.
Biała Leśniczówka - stan obecny
Po abdykacji Cesarza w 1918 r. majątek kadyński do 1945 r. pozostał w rękach Hohenzollernów. Od zakończenia I Wojny Światowej, budynek pałacu nie był zamieszkany do czasu przybycia tutaj w 1940 roku wnuka Cesarza, księcia Ludwika Ferdynanda (II) von Preußen (Pruski) z żoną Kirą, prawnuczką brytyjskiej królowej Wiktorii oraz z dwoma najstarszymi synami: Fryderykiem Wilhelmem i Michałem.
Kira Kiriłłowna Romanowa (ur. 9 maja 1909 w Paryżu; zm. 8 września 1967 w Saint-Briac-sur-Mer), wielka księżna Rosji.
Kira Kiriłłowna Romanowa była córką wielkiego księcia Cyryla, głowy rodu Romanow, i jego drugiej żony, Wiktorii Melity, księżniczki brytyjskiej. Jej praprababką była królowa Wiktoria, a pradziadkiem car Aleksander II.
Ludwik Ferdynand von Preussen. Fot. z 1930 r.
Ludwik Ferdynand był drugim synem kronprinza Wilhelma, następcy tronu Niemiec i Prus, i jego żony Cecylii Mecklenburg-Schwerin. Był ulubionym wnukiem Cesarza Wilhelma II, który chętnie wysłuchiwał jego opowieści o podróży do Stanów Zjednoczonych i zwierzeń o związku z francuską aktorką, Lili Damitą. Po powrocie do Niemiec młody książę uporządkował swoje życie.
Kira i Ludwik Ferdynand w 1938 roku
Ludwik Ferdynand z żoną Kirą i dziećmi
Pałac wyposażono właściwie od nowa w meble przywiezione z zamku w Coburgu. Książę był namiętnym myśliwym i hodowcą. Tu odbywały się słynne na całe Prusy Wschodnie polowania i pogonie za lisem. Corocznym gościem polowań był wielki łowczy Rzeszy, feldmarszałek Hermann Göring i dygnitarze Rzeszy. W obliczu zbliżającego się zagrożenia, a pewnie też dlatego, że księżna Kira była w ciąży, już w sierpniu 1944 roku książę  ulokował swoją rodzinę w Golzow, posiadłości Hohenzollernów w Brandenburgii. Sam musiał pozostać w Kadynch ponieważ był majorem służby technicznej Luftwaffe na lotnisku w Elblągu i tak pisał w swoich wspomnieniach:
Jako major Luftwaffe
"Wytrwanie na swoim posterunku praktycznie nie miało znaczenia, lecz jako właściciel Cadinen musiałem pozostać; nie chciałem stwarzać wrażenia, że zmykam i wszystko pozostawiam własnemu losowi. Moi obydwaj zarządcy nie chcieli słyszeć o możliwości ewakuacji. (...) Ostatnie czternaście dni w Cadinen w styczniu 1945 roku przebiegały, jakby na ironię, prawie normalnie. Każdy wiedział, że wkrótce spadną nieszczęścia, ale równocześnie szerzył się ów fatalizm, który jest typowy dla podobnych sytuacji. Jak corocznie, urządziłem - jako dziedzic Cadinen - zimowe polowanie z nagonką. Wziąłem także udział  w kuligu na saniach. (...) Nieprzerwany strumień aut, koni, ludzi rozlał się po tak spokojnej wsi. Wszyscy mieli na oku jeden cel - zbawczy Zalew. Z poplątanych wypowiedzi mogliśmy odtworzyć obraz beznadziejnego położenia. Łączność telefoniczna z Elbingiem już nie funkcjonowała. Kolejka nadbrzeżna nad Zalewem przestała chodzić. Sowieckie czołgi wdarły się do Elbinga". (L. Adamczewski, op. cit., s.104.) Dopiero 25 styczniu 1945 roku, tuż przed nadejściem Rosjan, uciekł książę Ludwik Ferdynand saniami przez zamarznięty Zalew Wiślany - była to jedyna droga ucieczki, kolejka nadzalewowa nie kursowała i drogi na zachód były już przecięte przez Rosjan. Większość mieszkańców Kadyn odmówiła opuszczenia rodzinnej miejscowości. "Było dosyć koni i sań - wspominał  książę -  jednak większość mieszkańców wsi odmówiła porzucenia miejscowości rodzinnej i wyrzeczenia się domków, które kiedyś mój dziadek Wilhelm II dla nich zbudował. Uważali, że jest wszystko jedno, czy wpadną w ręce Rosjan, czy też podczas ucieczki umrą z głodu i zimna". Służba łowiecka, strażnicy i leśnicy dokarmiali do końca,  w lasach zwierzynę. Była sroga zima i bez dokarmiania skazana była na padnięcie. Być może, z powodu tego, że mieszkańcy nie opuścili swych domostw Kadyny uniknęły zniszczeń wojennych i są do dzisiaj bardzo ciekawym miejscem na skraju Wysoczyzny Elbląskiej.
Fotografia ślubna z Cesarzem
Ślub odbył się  m.in. w Doorn
Kira była niezwykle piękną kobietą, obdarzoną bardziej niemieckim niż rosyjskim temperamentem. Miała talent do rysunków. Dnia 4 maja 1938 roku wyszła za mąż za Ludwika Ferdynanda, księcia Prus. Uroczystość ślubna odbyła się wedle dwóch obrządków: protestanckiego i prawosławnego, najpierw w Poczdamie, później w Doorn. Kira Kiriłłowna Romanowa wspierała swojego męża w walce z narodowym socjalizmem i ukrywała się wraz z dziećmi przed gestapo aż do ucieczki z Niemiec, możliwej dzięki fałszywym dokumentom. Wyczerpana latami walki i wyrzeczeń zmarła w wieku 57 lat.
Książę Ludwig Ferdynand pretendentem do tronu cesarskiego został, gdy jego starszy brat Wilhelm zawarł małżeństwo morganatyczne (ożenek z osobą niższego stanu - dop. autora). Sam starał się zachować to, co pozostało z dobrego imienia Hohenzollernów.  Do ślubu włożył mundur Luftwaffe, z którego nakazał zdjąć swastyki. Z Kirą doczekał się siedmiorga dzieci. Ludwik był wielkim wrogiem nazizmu. Począwszy od  1950 roku dzielił czas pomiędzy domy w Berlinie i Bremie. Podejmując się misji zagranicznych, usilnie działał na rzecz swojego kraju, mając zawsze przy boku Kirę. Umarł w 1994 roku.
 
Wróćmy jednak do stacyjki i jej losów. Wspomniałem już, że nazywano ją Kaiserpavillon i zachowała się na starych, niemieckich pocztówkach.

Pocztówka ze stemplem datowanym na 25.04.1903 r. 

Po zakończeniu drugiej wojny światowej - w 1945 r. - tory linii kolejowej Małdyty-Malbork zostały zdemontowane przez Armię Czerwoną; w 1949 r. wznowiono połączenia na trasie. Dworzec w Budwitach przeszedł na własność PKP. W budynku zamieszkały wówczas rodziny kolejarskie. W latach 50-tch XX w. przeprowadzono prace remontowo-adaptacyjne przystosowując dworzec do celów mieszkalnych (m.in. budowa komina). W 1999 r. zamknięto linię kolejową, przy której znajdował się dworzec, pełniący od tej pory przez kolejne lata funkcje mieszkalne.

 

W obecnym województwie warmińsko-mazurskim istnieje do dnia dzisiejszego i przez lata służył jako mieszkanie dróżnika kolejowego. Niestety obecnie jest w opłakanym stanie.

Budwity – stan obecny stacyjki

Budwity – lata dziewięćdziesiąte ubiegłego wieku

Całe szczęście, że losem stacyjki w Budwitach zainteresowało się Stowarzyszenie na Rzecz Ochrony Krajobrazu Kulturowego Mazur „Sadyba”, które powstało na początku 2004 roku, z inicjatywy Danuty i Krzysztofa Worobców, mające na celu jasno określony cel. Chce bronić to co zagrożone jest zniszczeniem z powodu ludzkiej niewiedzy, bezmyślności i bardzo często świadomego działania. Przedmiotem troski stowarzyszenia jest mazurski krajobraz wiejski (w tym dworki i pałace) jak i krajobraz miejski. Dzięki staraniom stowarzyszenia "Budynek dawnego dworca kolejowego w Gumiskach Małych (Budwity - Torfownia)" wraz z działką z numerem ewidencyjnym 110/7 obręb 7 Leśnica, o powierzchni 0.1603 ha, został wpisany w dniu 10 kwietnia 2008 r. do Rejestru Zabytków Województwa Warmińsko - Mazurskiego pod numerem A-4507. Miejmy nadzieję, że dzięki temu ocaleje stacyjka mająca bardzo ciekawą historię i będąca perełką architektury. W 2010 r. dowiedziałem się, że stacyjka jest już własnością prywatną i nowy właściciel rozpoczął remont budowli. Jednak w 2012 r. stacyjka przedstawiała opłakany widok. Nic przy niej się nie remontuje, a proces dewastacji przebiega nadal.

Budwity - stan w ruinie

 

Jednak w ostatnich latach coś drgnęło. Obecny właściciel rozpoczął remont dbając o szczegóły. Tak wygląda stacyjka w 2018 r. Wydaje się, że ten piękny budynek z niesamowitą historią został ocalony. Chwała za to jej obecnemu właścicielowi..

Dworzec w Budwitach zlokalizowany jest w sąsiedztwie wybudowań Budwity - Torfownia oraz siedliska Gumniska Małe, po południowej stronie dawnej, nieczynnej obecnie linii kolejowej.

 

Wilhelm II z natury był ruchliwy. Na jachcie „Hohenzollern” spędzał rocznie ponad cztery miesiące. Uwielbiał spacery po parku i lesie. Najwięcej czasu Jego Wysokość poświęcał polowaniom - swej życiowej pasji. Znosił przy tym największe trudy jakim poddaje się człowiek, który całym sobą jest zaangażowany w to, co robi. „Bóg wie, z jaką ochotą hołdowałem szlachetnemu zajęciu - łowiectwu. Zawsze gdy czas bliski, gdy jelenie ryczały w borze, to chciałem chwytać za ulubioną fuzję i iść na łowy!”, pisał z żalem na wygnaniu w Doorn.

Cesarski jacht SMY Hohezollern

Wilhelm od czasów młodości był opętany manią łowiectwa. Pierwszym ptakiem jakiego ustrzelił był bażant. Gdy miał siedemnaście lat upolował pierwszego jelenia. Protokoły jego łowieckich wyników są zastraszającym świadectwem wprost „morderczej” mentalności myśliwych tamtej epoki. Jednak wówczas wzbudzało to ogólny podziw. W czasie polowania, w rewirze księcia Lichnowskiego Jego Wysokość ustrzelił 1224 bażanty, dziesięć zajęcy i dwie sowy. Czasopismo „Reichsanzeiger” z dumą donosiło, gdy Cesarz ustanawiał kolejne rekordy. W 2012 r. Pan Tomasz Krawczyk przesłał mi zestawienie "sukcesów" łowieckich Cesarza.

 

"Cesarz niemiecki Wilhelm II, w ciągu 30 lat,  podług ostatniej statystycznej tabeli ubił: 1302 jelenie, 66 łań, 1596 danieli-samców, 96 danieli-samic, 2507 dzików, 316 dzików-warchlaków, 798 sarn, 121 kozic, 17 881 zajęcy, 1627 królików, 4 bawoły, 7 łosi, 3 renifery, 3 niedźwiedzie, 3 borsuki, 26 lisów, 1 kunę, 84 głuszce, 24 cietrzewi, 18 891 bażantów, 703 kuropatwy, 25 pardw szkockich, 3 słonki, 56 kaczek dzikich, 826 czapli, 473 różnych zwierząt, 1 wieloryba, 1 szczupaka; razem 47 443 sztuk".

 

Biorąc przeciętną wagę każdego rodzaju zwierzyny, mniej wiecej uczyniłaby suma ubitej zwierzyny 950,091,25 kilogramów, które aż nadto wystarczyłyby do wyżywienia przez jeden dzień 1900,182 osób tj. takiej ilości mieszkańców, jaką obecnie liczy Berlin. (źródło: Łowiec Polski, nr. 23 z 1903r.).

 

Cesarz Wilhelm II do Prakwic przyjeżdżał polować tylko na rogacze. W toku dalszego gromadzenia informacji o „kajzerze” wynikło, że uwielbiał polować nie tylko na tę zwierzynę. Polował właściwie na wszystko i wszędzie. Chętnie, jako koronowaną głowę, zapraszano go na łowy, podczas których ustanawiał niechlubne „rekordy”. Dumnie o tym donosiła ówczesna prasa niemiecka. Mimo niechęci do brytyjskiego tronu lubił polować, zapraszany przez Króla Edwarda VII, na terenie Anglii gdzie "wyżywał" się w strzelaniu do ptactwa. Często popisywał się strzelając z jednej ręki do ptaków z wielu strzelb, które po kolei podawał mu przyboczni strzelcy.

                                                                                                                                                                                                                                                           

 

Na polowaniu w Anglii - dama na zdjęciu to pierwsza żona Cesarza.

Król Edward i cesarska para na polowaniu w Windsorze (fotografia za zbiorów Tomasza Krawczyka)

Hiszpania 1905 r.

Hiszpania - polowanie z udziałem Cesarza Wilhelma II, kronprinza Wilhelma i Króla Hiszpani Alfonsa

Szwecja 1899 r.

W Szwecji też stawiano mu kamienne obeliski w miejscu strzelenia rogacza

W Austri polował w Eckartsau na zaproszenie następcy tronu austro-węgierskiego arcyksięcia Franciszka Ferdynanda - 1908 r.

Austria - przed Schloss Eckartsau

Wilhelm II czterokrotnie polował na Węgrzech w Bellye. Informację o tym i fotografie przekazał mi Pan Tomasz Krawczyk. Bilje (węg. Bellye) to miasto i gmina w regionie Baranja w powiecie Osijek-Baranja, w północno-wschodniej Chorwacji. To jest 8 km na północny wschód od Osijek, na skraju parku przyrody Kopački Rit. Na przełomie XIX i XX wieku Bilje była częścią hrabstwa Baranya w Królestwie Węgier.

Wilhelm II, Izabella von Croy-Dülmen, Cesarz Franciszek Józef, arcyksiążę Fryderyk Habsburg. (Izabella von Croy-Dülmen to jego małżonka).  Za Cesarzem Wilhelmem II stoi hrabia Hanke. Był on szefem kancelarii Cesarza. Kobieta z tyłu to księżna Marie Henrieta Chotek. - zdjęcie wykonane na tarasie pałacyku myśliwskiego. Rok 1897 - Bellye Węgry.

Wilhelm II, Izabella von Croy-Dülmen,  Anna Harlotta Habsburg, arcyksiążę Fryderyk Habsburg. Drugi na prawo od Wilhelma II - kwatermistrz Dokupil, szef rządu Nemegyei Áko, radca dworski Rampelt, baron Prónay, hrabia St. Quentin, szef sztabu generał Löwenfeld, hrabia Allenburg.
1903 r. - Bellye

Z fotografii wynika, że Cesarz na Węgrzech polował na jelenie ale też spotykał się zmieszkańcami

Kaiser i Fürst Max Egon zu Fürstenberg

Wilhelm II i arcyksiążę Franciszek Ferdynand

Wilhelm II, ostatni Cesarz Niemiec i król Prus, sfotografowany w listopadzie 1902 r. w czasie polowania, które król Edward VII zorganizował na jego cześć w swojej wiejskiej rezydencji w Sandringham. Fotografia ukazała się w magazynie Ladies‘ Field 28 marca 1903 r.

W 1902 r., gdy powstała ta fotografia, Cesarz wciąż lubił przyjeżdżać do Anglii, gdzie był goszczony przez rodzinę królewską i arystokrację brytyjską, między innymi przez siostrę Daisy, Shelagh i jej męża, księcia Westminsteru. Jego rozrywki stanowiły regaty, parady wojskowe i polowania. Podczas gdy w Pszczynie na Śląsku polował na grubego zwierza – jelenie i żubry, to Sandrigham w Norfolk było dla niego miejscem odstrzału tysięcy przepiórek, bażantów i zajęcy, doskonale się rozmnażających na tamtejszych piaszczystych glebach.

W czasie tej wizyty Cesarz, za którym „podążali czterej ubrani na jasnoniebiesko myśliwi z rogami i załadowaną bronią", dał pokaz strzelania z jednej ręki, chwytając jedną strzelbę za drugą i oddając strzały z zadziwiającą prędkością, zaś jego torba z bażantami zyskała podziw uczestników polowania. Odwiedziny w Sandringham Wilhelm II uznał za taki sukces, że następnego roku powiedział ojcu królowej Aleksandry, królowi Danii, że w Anglii poczuł się w pełni zaakceptowany „jako członek rodziny“.

Marzeniem Cesarza Wilhelm II było polowanie w Puszczy Białowieskiej na żubry. Białowieza przed I Wojną Światową znajdowala sie na terenie zaboru rosyjskiego i polowanie w niej bylo uzaleznione od Cara Rosji. Cesarz Wilhelm II z natury był gwałtowny i popędliwy, miał ponadto o sobie bardzo wysokie mniemanie, lubił wszystkich pouczać, uciekał się również do intryg. Te cechy charakteru raziły zarówno Cara Aleksandra III, jak i jego syna — Cara Mikołaja II, który przejął od ojca antypatię i nie znosił Cesarza. Rosyjski władca skarżył się w swoich pamiętnikach na listy „nudnego pana Wilhelma”, na które musiał odpowiadać, tracąc czas, który mógłby spożytkować na „ważniejszą robotę”. O słynnym łowisku w Białowieży, wówczas chyba najsłynniejszym w Europie, Cesarz wiele słyszał i z niecierpliwością czekał na łowieckie przeżycie w pradawnym lesie. Oczywiście, najpierw Car musiał go zaprosić. Niestety, ani Aleksander III, który polował w Białowieży tylko raz — w dniach od 21 sierpnia do 3 września 1894 roku, ani też jego syn — Mikołaj II, który urządzał w Puszczy polowania w 1897, 1900, 1903 i 1912 roku, nie wyświadczyli mu tej przyjemności. Generał Aleksander A. Mosołow, naczelnik kancelarii ministra dworu Mikołaja II, w wydanych w 1992 roku w Sankt-Petersburgu wspomnieniach "Pri dworie posledniewo impieratora" (Przy dworze ostatniego imperatora) wspominał, ... prawie po każdym spotkaniu z Cesarzem, Car mówił: „Znowu się on (Wilhelm) wpraszał na polowanie w Puszczy Białowieskiej, jednak udałem, że nie wiem o co mu chodzi”.

Jednak Imperator planował urządzić we wrześniu 1914 roku łowy, na które chciał zaprosić Cesarza Wilhelma II. Przygotowania w Spale rozpoczęto w lipcu 1913 roku. Wydział hofmarszalski zajął się wynajmowaniem podwód, a dyrekcja kolei przygotowała wystrój pawilonu na carskiej rampie kolejowej. Przed pawilonem wyrosła sylwetka żubra, wykonana z kwiatów. Chór cerkiewny wyćwiczył jeden z utworów religijnych Piotra Czajkowskiego. Niestety wybuchła I Wojna Światowa i cały ten trud okazał się daremny. Kuzynowie stali się śmiertelnymi wrogami a dalsze ich losy okazały się tragiczne.

Dopiero w 1915 r. w czasie początkowych sukcesów w I Wojnie Światowej, kiedy wojska niemieckie zajęły Puszczę Bałowieską, Cesarz mógł spełnić swoje marzenie. 

Andreas Gautschi w swojej książce Wilhelm II. und das Waidwerk, wydanej w 2000 roku w Handstedt, podaje na stronie 212, że Cesarz w dniu 12 listopada 1915 roku odbył polowanie w Puszczy Białowieskiej. Upolował jednego żubra. Polowanie odbyło się w rewirze Czerlonka, a więc w okolicach niewielkiej osady puszczańskiej o tej samej nazwie, którą Niemcy założyli właśnie w czasie I Wojny Światowej, a która przetrwała do naszych czasów. Polowanie Cesarza zostało uwiecznione na powyższym zdjęciu.

Wojska niemieckie, wchodzące w skład 12 armii dowodzonej przez gen. Maximiliana von Gallwitza, wkroczyły do Białowieży i Puszczy w dniu 17 sierpnia 1915 roku. Okupacja niemiecka tego terenu trwała do grudnia 1918 roku. Cesarz Wilhelm II, przebywając w Białowieży, prawdopodobnie zatrzymał się w tzw. Domu Świckim, tym samym, w którym później ulokował się okupacyjny Zarząd Wojskowy Puszczy pod kierunkiem majora dr. Georga Eschericha.


Wspomniany już generał A. A. Mosołow w swych wspomnieniach podawał, że przy jednym z zabitych w Białowieży żołnierzy znaleziono rozporządzenie Cesarza o ochronie żubrów. Za zabicie żubra lub innego większego zwierzęcia groziły ostre sankcje, do kary śmierci włącznie. Rzeczywiście, zarządzenie w intencji ochrony żubrów było wydane przez władze niemieckie 25 września 1915 roku. Jednocześnie sprowadzono z Bawarii straż leśną, która miała chronić zwierzynę przed kłusownictwem. Niestety, w styczniu 1916 roku w Puszczy Białowieskiej naliczono już tylko 178 sztuk żubrów. (źródło: Piotr Bajko).

Cesarz Wilhelm II i Car Mikołaj II

Cesarz z Carem Mikołajem II

Puszcza Romincka

Jednak najważniejsza w łowieckiej pasji Cesarza była inna Puszcza - Puszcza Romincka. Cesarz polował w niej na jelenie byki – ustawiano tam, podobne do starodzierzgońskich, kamienne obeliski. Warto zatem napisać kilka słów o Puszczy Rominckiej i polowaniach w niej "kajzera".

 

Puszcza Romincka jest częścią Pojezierza Litewskiego. Zajmuje teren 36 tys. ha, z czego po polskiej stronie znajduje się 15 tys. ha. W części rosyjskiej nazywa się Czerwony Las. Dominującą formacją roślinną w puszczy jest bór świerkowo-sosnowy. Charakter lasu jest zbliżony do lasów północy. Puszcza czasami jest nazywana "polską tajgą". Teren to przykład rzeźby polodowcowej, pełno tu wzgórz, pagórków, rynien, niecek, małych zbiorników wodnych i strumieni. Jako znakomity teren łowiecki Puszcza pojawiła się w kronikach już w XVI wieku. Na mapie Prus Caspara Hanneberga wydanej w 1576 r. w Królewcu zaznaczony został dwór myśliwski nad rzeką Błędzianką, obok którego umieszczono sylwetki dwóch jeleni o imponujących porożach. Jest to jedyna tego typu sygnatura na mapie, a więc dobitnie świadcząca, że łowisko w Puszczy Rominckiej już wówczas budziło emocje i podziw. Cesarz Wilhelm II przybył tu po raz pierwszy w 1890 r. z 9-dniową wizytą. W roku następnym kazał wybudować drewniany zameczek myśliwski w stylu norweskim, w którym każdego roku mieszkał przez 14 dni w okresie godowym jeleni.

Nazwa miejscowości kilkakrotnie się zmieniała. W 1895 roku nazwę Rominty zmieniono na Rominty Wielkie (niem. Groß-Rominten), a nazwę przysiółka Theerbude, znanego od 1763 roku, gdzie znajdował się cesarski pałacyk myśliwski, na Cesarskie Rominty (niem. Kaiserlich Rominten). W 1938 roku nazwę Groß-Rominten zmieniono na Hardteck (w pobliżu istniało również Klein-Hardteck). W 1945 roku, po II Wojnie Światowej, gdy wieś weszła w skład ZSRR, jej nazwę zmieniono na Krasnolesie, choć do 1948 roku nazwy niemiecka i rosyjska były używane równolegle.

 

Aby dojechać do pałacyku trzeba było wcześniej przejechać przez most cesarski (Keiserbrücke) zwany też mostem jeleni Hirschenbrücke nad rzeką Rominty, ponieważ przy wjeździe na most i wyjeździe znajdowały się cztery rzeźby leżących jeleni autorstwa Richarda Friese.

Most cesarski (Keiserbrücke)

Inne mosty, mosty w Stańczykach są niewątpliwie największą atrakcją turystyczną Puszczy Rominckiej. Para ogromnych mostów kolejowych łączy brzegi rynny polodowcowej, dołem której płynie niewielka rzeczka Błędzianka. Mosty zostały zaprojektowane przez włoskich architektów. Swoim wyglądem nawiązują do rzymskich akweduktów, stąd zyskały sobie miano "Akweduktów Północy". Są zabytkiem techniki. Jako pierwszy, w latach 1912-14, zbudowany został most północny, po którym pociągi kursowały do 1944 roku, m.in. pociąg Cesarza Wilhelma II. W latach 1923-26 wzniesiono drugi most. Nie był on jednak nigdy wykorzystany. Po wojnie oddziały Armii Czerwonej tory rozebrały.  Oba mosty są budowlami 5-przęsłowymi o pełnych łukach. Wysokość mostów sięga 36,5 m, długość 190 m, a szerokość każdego z nich wynosi 5,7 m. Czyni to z nich najwyższy tego typu obiekt w Polsce. Fasady mostów zdobione są ażurowymi balustradami oraz wykuszowato wysuniętymi balkonami usytuowanymi na każdym z filarów.

Mosty w Stańczykach – dwa mosty kolejowe z lat 1917–1918 w Stańczykach, w powiecie gołdapskim, wpisane do rejestru zabytków nieruchomych województwa warmińsko-mazurskiego.


Są to elementy nieczynnej infrastruktury linii kolejowej łączącej Gołdap z Żytkiejmami. Czasami nazywane Akweduktami Puszczy Rominckiej.


Mosty należą do najwyższych w Polsce. Konstrukcja jest 5-przęsłowa, długości 180 m, wysokości do 36,5 m. Pod budowlami przepływa rzeka Błędzianka. Historia powstania mostów została stosunkowo niedawno rozwikłana – najpierw wybudowano most południowy (lata 1912-14, ukończony w 1917 r.), a później, w 1918 r. most północny. Obie budowle są względem siebie równoległe, a architektura wyglądem przypomina rzymskie akwedukty w Pont-du-Gard. Wiosną 1917 r. rozpoczęto budowę tzw. trzeciego korytarza transportowego z Chojnic przez Czersk, Smętowo, Kwidzyn, Prabuty, Myślice, Morąg, Ornetę, Lidzbark Warmiński, Bartoszyce, Kętrzyn, Węgorzewo, Gołdap, Pobłędzie, Kalwarię do Olity na Litwie. Większość z wymienionych odcinków wówczas już istniała, więc ta ogromna inwestycja sprowadzała się m.in. do poszerzenia nasypów na całej trasie dla drugiego toru. Ponieważ budowa odcinka Botkuny - Pobłędzie do wybuchu I Wojny Światowej była już dość zaawansowana, więc na tej trasie postanowiono dobudować bliźniacze obiekty mostowe i nowe wiadukty na skrzyżowaniach z drogami kołowymi. Owej inwestycji nie udało się ukończyć do końca I Wojny Światowej i większość odcinków pozostała jednotorowa.

Lata 1915 - 1920

Pociąg Wilhelma II na stacji w Rominten ...

... i na moście w Stańczykach

Stacja kolejowa w Rominten

Na stacji kolejowej wybudowano specjalnie dla Cesarza budynek stacyjny tzw. Kaiserpavillon

Para cesarska przed Kaiserpawilonem

Puszcza Romincka, oprócz przyrodniczego ma również istotne znaczenie historyczne. Od XV wieku była obszarem polowań wielkich mistrzów krzyżackich, potem książąt i królów pruskich. O jej atrakcyjności świadczy również fakt, że na polowania przyjeżdżali tu również myśliwi III Rzeszy, a wśród nich pruski premier i wielki łowczy - Herman Göring. Znamienitych gości przyciągały do puszczy przede wszystkim niezwykłe trofea – bardzo dorodne poroża żyjącego tu jelenia rominckiego. W 1937 roku Zarząd Lasów III Rzeszy uznał Puszczę Romincką za rezerwat łowiecki.

Pomnik byka na fotografii powyżej po II Wojnie Światowej został przeniesiony do miejscowości Sosnovka niedaleko Moskwy

Demontaż i wywózka rominckich jeleni przez Rosjan

Byk strzelony przez Cesarza w Puszczy Rominckiej w 1911 r. o 22 odnogach. (źródło: A. Gautschi "Wilhelm II"

Zatem Puszcza Romincka (Rominten Heide) przez stulecia była rewirem łowieckim władców Prus. W połowie XIX stulecia rozpoczęto w niej planowaną gospodarkę łowiecką. Jeleń romincki stał się światowym symbolem sukcesów myśliwskich.  Co roku polował w Puszczy Cesarz niemiecki Wilhelm II. Ustanowił on Puszczę Romincką cesarskim rewirem łowieckim.

W 1891 roku w Romintach Cesarskich (17 km na płn-wsch. od Gołdapi, obecnie Radużnoje po stronie rosyjskiej) powstały wybudowane w stylu norweskim – cesarski pałac myśliwski Jagdschloss Rominten oraz kaplica św. Huberta. Dwór Wilhelma po II Wojnie Światowej przeniesiono do Kaliningradu.  Obie budowle powstały w Norwegi i w całości przeniesiono je do Rominten.

Pałac myśliwski

Cesarski pałac myśliwski wzniesiono z norweskiego drewna w miejscowości Theerbude, przemianowanej w 1897 r. na "Cesarskie Rominty". Projektowali go, podobnie jak kaplicę św. Huberta - norwescy architekci Munthe i Swerre.

W 1893 r. wybudowano i poświęcono kaplicę św. Huberta, drewniany kościółek w stylu norweskim.

Kaplica św. Huberta

Zdjęcie lotnicze wykonane ze sterowca

 

Jagdschloss w Rominten czyli zamek myśliwski

Widok od strony wjazdu

Domek herbaciany Cesarzowej

Cesarz pojawiał się w Romintach zwykle w ostatnim tygodniu września z niewielką świtą. W ostatnich latach towarzyszyła mu też regularnie Cesarzowa, dla której zbudowano drugi zameczek myśliwski, podobny do zameczku Cesarza.

Skrzydło zameczku wybudowanego dla Cesarzowej w Romintach

Budynki administracji pałacu

Obsługa (administracja) pałacyku mieściła się w położonych nieopodal budynkach  zbudowanych z zachowaniem stylu, w którym zbudowano Jagdschloss Rominten. Chodzi o dragestill – nawiązujący do tradycji wikingów styl architektoniczny, modny w krajach skandynawskich na przełomie XIX i XX wieku. Również z zachowaniem elementów tego stylu zbudowano wiele budynków znajdujących się we wsi – leśniczówki, sanatoria i domy wypoczynkowe.

Budynek poczty

Leśniczówka

Dom wypoczynkowy pracowników poczty

Poczta

Sanatorium dla dzieci

Księżniczka Wiktoria Luiza w oknie pałacu - 1907 rok

Wiktoria Luiza także nosiła myśliwski kordelas - Rominty 1907 r.

Jadalnia w Jagdschloss

Rominten - cesarski gabinet

Brama wjazdowa do posiadłości

Zdjęcie lotnicze całego kompleksu z 1915 r.

Hubertus - Kapelle w Rominten czyli kaplica św. Huberta

Wnętrze kaplicy

W pobliżu postawiono pomnik jelenia, którego pierwowzorem był byk strzelony przez Cesarza 5 października 1909 r. Rosjanie po II Wojnie Światowej przenieśli pomnik do parku w Smoleńsku i stoi tam do dziś.

Transport zdemontowanego pomnika do Smoleńska

Pomnik byka z Rominten w smoleńskim parku
Puszcza Romincka stanowiła łowisko władców Prus Wschodnich już od końca XVI stulecia. Jednak to Wilhelm II był pierwszym Królem Prus,  który tu polował. Do puszczy przyjeżdżał od 1890 r., zawsze w czasie rykowiska. Do wizyty Cesarza starannie przygotowywali się leśnicy. Każdego roku, na przełomie lutego i marca, w poszukiwaniu zrzutów przeczesywali okolice paśników. Za byka łownego uchodził wówczas ten, którego wieniec ważył co najmniej 6 kg. Gdy leśnicy dochodzili do wniosku, że waga poroża jest odpowiednia, prezentowali Cesarzowi zrzuty (Abwurfparade), niekiedy skompletowane z ostatnich kilku lat. Monarcha podczas przeglądu zrzutów decydował, którego z byków mają dla niego otropić. Zwyczaj ten stosował później Herman Goering. (por. Łowiec Polski nr 11/2014 art. Bartosz Marzec).
 
Naturalne jest, że dla „Najwyższego Myśliwego”, który tylko kilka dni może poświęcić łowiectwu, poczynić należy rozmaite przygotowania, by ułatwić podchód. Już w sierpniu wstrzymuje się przewóz drzewa, tak aby był jeszcze czas na wyrównanie rozjechanych dróg. Liczne bagna i trzęsawiska zostały zmeliorowane i zamienione we wspaniałe łąki, na które chętnie wychodzi zwierzyna. Każda łąka otoczona jest w odpowiedniej odległości myśliwską ścieżką, którą przed przybyciem Cesarza oczyszcza się ze wszystkich suchych gałązek. Aby umożliwić podejście zwierzyny z ukrycia, z każdej strony na łąkę prowadzi ścieżka, przesłonięta chrustem.

W Rominten (Rominty) informowano Cesarza tylko o najważniejszych sprawach politycznych, lecz mimo to nie mógł całkowicie uwolnić się od swoich obowiązków zawodowych i nieraz pracował do późnej nocy. Ministrowie i sekretarze stanu stawiali się, by zdać sprawozdanie, nieprzerwanie dźwięczał telegraf, a listonosze stale śpieszyli z poczty do zameczku i z powrotem. Kilka linii telefonicznych łączyło to odcięte od świata miejsce bezpośrednio z Berlinem, tak aby monarcha mógł prowadzić konferencje ze swoimi ministrami. Cesarz uwielbiał długie spacery. W Romintach wędrował zupełnie sam przez park lub schodził do wsi i nawiązywał rozmowę z poczciwymi kmieciami pracującymi na swoich polach. Palił przy tym prawie bez przerwy, ale tylko jasny, lekki tytoń holenderski, którego cena nie przekraczała 1 feniga. Podczas dłuższych polowań używał krótkiej fajki, oryginalnie zdobionej emblematami łowieckimi, a w zameczku sięgał też czasem po papierosy.
Prezentacja zrzutów Abwurfparade
Na czas rykowiska wszyscy pracownicy, włączając w to praktykantów i referendarzy, spieszyli do kniei. Obserwowali niemal każdą linię w kniei i każdy dukt, a nadleśniczy na bieżąco otrzymywał szczegółowe raporty o przemieszczaniu się byków. Jeżeli wymagało tego ukształtowanie terenu, kopano rów, którym monarcha mógł podejść w pobliże areny rykowiska. Na brzegu lasu, między dwoma potężnymi drzewami, stawiano parawan z gałęzi, który miał zapobiec spłoszeniu chmary. Resztki takiego „okopu” widoczne są do dziś w miejscu gdzie stoi głaz upamiętniający strzelenie przez Cesarza … dwutysięcznego byka. ( por. Łowiec Polski nr 11/2014, Bartosz Marzec)
Ambona zbudowana dla Cesarza w Nadleśnictwie Gołdap. Z tej ambory Cesarz strzelił swojego dwutysięcznego byka. Strzelec dochodził do niej wykopanym rowem, a obudowane deskami boki drabiny czyniły go niewidzialnym dla zwierzyny (Łowiec Polski nr 11/2014)
Kamień upamiętniający strzelenie dwutysięcznego byka z ambony
To chyba najbardziej znany głaz postawiony dla Wilhelma II w Puszczy Rominckiej. Położony jest w oddziale 282, po południowej stronie drogi biegnącej pomiędzy oddziałami 201 i 282. Niegdyś przy głazie rosły dwa czerwone dęby, z których do dziś zachował się tylko jeden. Za głazem zobaczymy specyficzne wgłębienie w ziemi, to rów którym Cesarz podchodził do odbudowanych deskami schodów ambony. Na głazie zobaczymy napis który w tłumaczeniu na język polski brzmi mniej więcej tak: "Darz bór! Z tej ambony jego wysokość Cesarz i Król Wilhelm II 28 września 1912 roku upolował swego dwutysięcznego jelenia szlachetnego, kapitalnego czternastaka". Na głazie zobaczymy również ślady po kulach. Według legendy poroże tego jelenia ważyło 7,5 kg. Niestety ambony po tylu latach już nie zobaczymy.
 

Cesarz w Rominten gościł arystokrację całej Europy na corocznych polowaniach. Od 22 września do 2 października 1913 r., Wilhelm II polował w  Rominten po raz ostatni. W ciągu  23 lat łowów w Rominten upolował 327 jeleni. Tam też w miejscach, gdzie upolowano wyjątkowo okazałe egzemplarze, upamiętniano to granitowymi głazami z odpowiednimi napisami. Do dziś zachowało się 15 głazów, z których 6 znajduje się po polskiej stronie puszczy, a dziewięć po stronie rosyjskiej.

 

            awers                                                                                 rewers

Jeden z „głazów Wilhelma”, tzw. Dwustronny, z inskrypcjami na dwu powierzchniach w języku niemieckim, (w tłumaczeniu na polski):
„Stąd Jego Wysokość Cesarz Wilhelm II 1 października 1904 roku podczas wieczornych podchodów upolował kapitalnego jelenia o 28 odnogach i na pamiątkę tego wydarzenia 3 listopada 1904 roku założył Fundację św. Huberta na rzecz urzędników leśnych Puszczy Rominckiej.”
Napis z drugiej strony brzmi: „Ten kamień postawili swemu najwyższemu myśliwemu Jego Wysokości Cesarzowi Wilhelmowi II z myśliwskim podziękowaniem urzędnicy leśni z Puszczy Rominckiej.” Oddz. 256.


Jeden z „głazów Wilhelma”, tzw. czterodwudziestak (lub Mały), z inskrypcją w j. niemieckim (w tłumaczeniu na polski): „Jego Wysokość Cesarz Wilhelm II ustrzelił tu 24.9.1900 kapitalnego jelenia o 24. odnogach”. przy linii między oddz. 77 i 136.

Głaz Wilhelma II - W błocie
opis
Hier erlegte Seine Majestät Keiser Wilhelm II, am 23 September 1908 einen kapitalen 20-Ender.
Tutaj Jego Wysokość Cesarz Wilhelm II upolował 23 września 1908 r. kapitalnego jelenia o dwudziestu odnogach

Głaz Wilhelma II - Pod Dębami

W okolicach miejscowości Żytkiejmy, daleko od szosy przy ledwo widocznej drodze "zrywkowej" znajdziemy głaz "Pod Dębami". Leży on na podmokniętych łąkach i z biegiem czasu przechylił się na lewą stronę, dęby ze względu na podmoknięty teren wyschły, lecz nadal otaczają głaz. Na głazie widnieje napis w języku niemieckim, który brzmi mniej więcej tak: “Jego Wysokość Cesarz Wilhelm II ustrzelił tutaj 5 października 1903 roku po dwunastokrotnych podchodach kapitalnego jelenia dwudziestaka. Niezrażony Myśliwy ustrzelił tak kilka jeleni.” Poroże tego jelenia było tak piękne że stało się pierwowzorem poroża jednego z jeleni leżących na moście w Romintach (obecnie Rosja). Miejsce jest trudno dostępne, ale warte odwiedzenia.

 

Oprócz Głazów Wilhelma można odnaleźć w puszczy głazy upamiętniające niemieckich pracowników leśnych - nadleśniczych (C.S.W. Reiffa, J. Speck von Sternburga, O. Kahnerta), kamienie przy rzekach z nazwami mostów (Zeidler-Brücke, Leonardt- Brücke), kamień poświęcony córce leśniczego o imieniu Dora , tajemniczy głaz narzutowy z wyrytym imieniem Annita. Przy leśnych drogach i liniach oddziałowych zachowały się dawne, niemieckie słupki oddziałowe z czerwonego granitu, a także kamienne drogowskazy.

Pamięci C.S.W Reiffa

Oberförster Carl Reiff
opis
Hier wurde der Königl. Preuß. Oberförster Carl Fried. Reiff am 19. Juli 1867 von Wildererhand ermorden.
W tym miejscu 19 czerwca 1867 roku został zamordowany przez gang kłusowników nadleśniczy Carl F. Reiff

Pamięci J. Speck von Strenburga

Forstmeister Joseph Speck von Sternburg
Na kamieniu napis:
Forstmeister Joseph Speck von Sternburg 1863-1942
Kamień upamiętniający nadleśniczego Josepha Speck von Sternburg postawiony współcześnie przy Żytkiejmskiej Strudze z inicjatywy Andreasa Gautschi.

Joseph Speck von Sternburg, któremu poświęcono pamiątkowy głaz w Puszczy Rominckiej. Baron Joseph Speck von Sternburg (ur. 1863, zm. 1942), był także nadleśniczym w Puszczy Rominckiej, właścicielem dworu „Vierlinden” w Żytkiejmach i towarzyszył Cesarzowi Wilhelmowi II w Puszczy Rominckiej.

Kajzer w Gołdapi w 1917 r. Za Cesarzem Joseph Speck von Sternburg

Pamięci O. Kahnerta

Oswald Kahnert
opis
An dieser Stelle erschossen Wilddiebe Hilfsförster Oswald Kahnert aus aus Jörkischken am 16. August 1919
Kamień upamiętniający śmierć podleśniczego Oswalda Kahnerta z Jurkiszek, zastrzelonego 16.08.1919 r. przez kłusowników

 

Zeidler Brucke (Most Zeidlera). Głaz przy mostku na Czerwonej Strudze, koło rezerwatu pióropusznika strusiego. Nazwa mostu od nazwiska urzędnika cesarskiego, prawdopodobnie z Rominten

 

Głaz - Leonhardt Brucke (Most Leonhardta)
opis
S.M. Kais. (Seine Majestät Kaiser) Wilhelm II benannte diese Bruecke nach d. Maj. Leonhardt, Kdr. d. Pion. Bat. Nr. 1
Jego Wysokość Cesarz Wilhelm II nazwał ten most na cześć majora Leonhardta (prawdopodobnie komendanta Pionier-Bataillon Fürst Radziwill (Ostpreußisches) Nr 1 z Królewca

Obelisk Dora - 1913-1926
opis
Dora (1913-1926)
Kamień poświęcony córeczce leśniczego - zmarła właśnie w wieku 13 lat.

Potwierdza to żyjący jeszcze wnuk leśniczego - Dora była jego ciocią.  (info. Jaromir Krajewski). Niektóre źródła mylnie podają, że kamień poświęcony jest psu o imieniu Dora.

Głaz narzutowy z wykutym napisem ANNITA w pobliżu drogi „Kamiennej” biegnącej ze wsi Budwiecie w kierunku granicy państwa. Obwód około 12 m, wysokość około 1,40 m, szerokość około3,2 m i długość około 4,5 m. (fotografie i opisy: https://goldap.org.pl/2014/01/glazy-i-kamienie-w-puszczy-rominckiej

Kamienie Wilhelma po stronie rosyjskiej Puszczy

Pierwszy jeleń Wilhelma II w P. Rominckiej
opis
Hier erlegte Seine Majestät Kaiser und König Wilhelm II am 23 Sept. 1890 den ersten Hirsch in der Romintener Heide einen Zwölfender.
W tym miejscu Jego Wysokość Cesarz i Król Wilhelm II 23 września 1890 roku ustrzelił pierwszego jelenia w Puszczy Rominckiej dwunastaka

Hier erlegte Seine Majestät Kaiser Wilhelm II am 25 Sept. 1896 einen Hirsch von 20 enden.
Tu Jego Wysokość Cesarz Wilhelm II na 25 września 1896 r. ustrzelił jelenia dwudziestaka

Hier erlegte Seine Majestät Keiser und König Wilhelm II am 25 Sept. 1901 hundertsten Hirsch in der Rominter Heide einen ungeraden Zwölfender
W tym miejscu Jego Wysokość Cesarz i Król Wilhelm II ustrzelił 25 września 1901 r. swego setnego jelenia w Puszczy Rominckiej, nietypowego dwunastaka

Dieser Stelle hier erlegte Seine Majestät der Kaiser und König Wilhelm II am 30 September 1902 am Tage allerhöchste eines 30 jährigen Jägerjubiläums auf der Frühpursche einen Doublette auf zwei starke Hirsche einen zwölfenden und einen zuruckgesertzen ungeraden Zehnenden.
W tym miejscu Jego Cesarska Mość Cesarz i Król Wilhelm II świętując 30 lecie polowań, położył dnia 30 września w 1902 roku, dwa okazałe jelenie, jednego dwunastaka, drugiego dziesiątaka z odrostkami odgiętymi do tyłu

Auf diesem Hirschwechsel erlegte Seine Majestät Keiser Wilhelm II folgende kapitalhirsche:
am 3.10.1903 einer 14 Ender,
          3.10.1905  ’’      16 ’’
          2.10.1907  ’’      16   ’’
          7.10.1908  ’’     14   ’’
W tym miejscu jego wysokość Cesarz Wilhelm II upolował następujące kapitalne jelenie:
3 października 1903 r. (czternastak),
3 października 1905 r. (szesnastak),
2 października 1907 r. (szesnastak),
i 7 października 1908 r. (czternastak)

Hier erlegte Seine Majestät Kaiser Wilhelm II am 30 September 1909 auf von Abendpursche einen KapitalHirsch von 22 enden.
Tutaj Jego Wysokość Cesarz Wilhelm II upolował 30 września 1909 r. na wieczornym polowaniu kapitalnego jelenia o dwudziestu dwu odnogach

Hier erlegten Seine Majestät der Kaiser und König Wilhelm II am 30 September 1912 am Tage allerhöchstseines 40 jährigen Jägerjubiläums das 70846 Stuck Wild einen starken Hirsch von 18 Enden.
Tu 30 września 1912 w dniu jubileuszu 40 lat myślistwa, w których upolował 70846 sztuk zwierzyny, Jego Wysokość Cesarz i Król Wilhelm II ustrzelił okazałego osiemnastaka

Udało się ustalić położenie 15 kamieni Wilhelma (6 po stronie polskiej i 9 po stronie rosyjskiej). Być może nie jest to jeszcze lista zamknięta. Wiele kamieni szczególnie po stronie rosyjskiej zostały odnalezione w ostatnich latach. Po rosyjskiej stronie znajduje się najstarszy z pamiątkowych kamieni, ustawiony niedaleko dawnego dworku myśliwskiego kamień upamiętniający  księcia Fryderyka Karola Pruskiego, który polował w Romintach w latach 1869-1884.

Dem Andenken des Prinzen Friedrich Carl von Preussen. Hier Stand die Försterei Theerbude in welcher dieser edle Waidmann wohnte wenn er zur Pürsche in Rominten weilte, 1869-1884.  
Ku pamięci księcia Fryderyka Karola Pruskiego. Tu stała leśniczówka Theerbude w której mieszkał ten szlachetnie urodzony leśnik gdy przebywał na polowaniu w Romintach w latach 1869-1884.

Byki strzelone przez Friedricha Carla von Preussen w Puszczy Rominckiej w 1872 r. i 1882 r.

Nadleśniczy Dr Paul Richard Barckhausen. Urodzony 10 maja 1902 r. poległy 19 wrzesienia 1939 roku pod Warszawą

Ciekawostką jest to, że fotografię wykonał Lutz Heck, który chciał w Puszczy Rominckiej reaktywować tura          

Dr Paul Richard Barckhausen z ubitym jeleniem

Drogowskaz w Tollmingen Чистые Пруды
Na kamieniu napisy
Na Goldap przez Warnen  3 mile
Na Goldap przez Iszlaudzen 3 mile
Pillupöhnen - 3 mile

            

Wilhelm II strzelał dobrze mimo kalectwa i to nawet na dystans 300 metrów. Chętnie pozował do fotografii przy ubitym zwierzu, często przyjmując pozę zwycięzcy np. z nogą na ubitej sztuce. Upolowane byki malował także wybitny malarz animalista Richard Friese (1854 – 1918).


Cesarz odwdzięczał się za upolowame jelenie. Leśniczy, na którego terenie Cesarz strzelił byka, otrzymywał na pamiątkę gipsowy odlew poroża. Kolejna kopia wieńca, wykonana w drewnie, trafiała do myśliwskiego pałacu w Rominten, natomiast oryginały zawsze wyjeżdżały do Berlina. W 1904 r. Cesarz strzelił ośmiodwudziestaka. Wspaniałego jelenia posiadającego wieniec o 28 odnogach Cesarz upolował podczas polowania w lasach Rominten. Zwierzę ważyło 374 funty, odległośc pomiędzy końcami tyk (rozłoga) wynosiła 1,32 m.  Nadleśniczemu który, podprowadził Cesarza na wspaniały okaz jelenia, Cesarz kazał wypłacić 500 marek nagrody. Prócz tego ofiarował 28 000 marek (po 1000 marek za każdą odnogę wieńca) gminie Rominten na wsparcie dla wdów i sierot.


Jaki był wówczas stan jeleni w Puszczy Rominckiej? W sierpniu 1912 r. na 24 tys. ha lasu doliczono się 1683 sztuk, przy czym stosunek byków do łań wynosił 1,1 : 1. Wiemy też, że podczas rykowiska w 1911 r. Cesarz położył 24 byki, w 1912 r. – 20, a w 1913 r. – 16. Wtedy też po raz ostatni przebywał w Rominten. Rok później wybuchła I Wojna Światowa. Niestety, zdecydowana większość z blisko 300 wieńców zdobytych przez Cesarza w Puszczy Rominckiej spłonęła. Do dziś przetrwało tylko około 20. (por. Łowiec Polski nr 11/2014, Bartosz Marzec)

 

Powszechnie wiadomo, że Cesarz gustował w prostym, żołnierskim jadle. Bywający w Rominten Alfred von Tirpitz, niemiecki admirał, w „Pamiętnikach” wydanych w 1920 r. wspomina, że ulubionym daniem Cesarza był „Rominter Jagdpastete”. W dokładnym tłumaczeniu oznacza to”romincki pasztet myśliwski”, jednakże każda osoba parająca się choć trochę kucharzeniem stwierdzi, że był to rodzaj zapiekanki.


"Była ona przygotowywana w sposób następujący: dwa solone śledzie pozostawiano na noc w mleku, które należało raz wymienić na nowe. Śledzie obierano ze skóry, filetowano i krojono w drobną kostkę. Około trzydziestu bogatych w skrobię ziemniaków ugotowanych w garnku po wystudzeniu cięto na równe plastry. Dwie cebule, 750 gramów szynki wraz z boczkiem krojono w kostkę. Produkty wkładano do blaszanej formy lub do gładkiego, ogniotrwałego gliniaka, przedtem smarując je wewnątrz masłem.
Na dnie naczynia wstępie układano warstwę ziemniaków, następnie szynkę, śledzie i cebulę przekładając to masłem aż do wypełnienia naczynia. Na górze układano warstwę ziemniaków . Polewało się to gęstą śmietaną roztrzepaną z odrobiną pieprzu i soli, i piekło przez godzinę w gorącym piekarniku. W przypadku braku śmietany, użyć można było sosu beszamelowego".


Admirał von Tirpitz był niewątpliwie wielkim politykiem i admirałem, czy daje to nam jednak gwarancję, że dokładnie spisał recepturę? Nie gwarantujemy niezapomnianych walorów smakowych ponieważ nie przetestowaliśmy przepisu, traktując go jako ciekawostkę.

 

Ogromnym wydarzeniem było strzelenie przez Wilhelma II byka z czterdziestoma czterema odnogami na wieńcu jelenia. Świadkiem tego polowania był Julian Fałat, który opisał te polowanie w swoich "Pamiętnikach". Pisownia oryginalna: "Najważniejszym wypadkiem polowania w Rominten było zabicie jelenia, mającego na rogach czterdzieści cztery kończyny (Vierunvierzigender). Stanowiło to wielkie ewenement w świecie myśliwskim i Cesarz kazał wiadomość o tym roztelegrafować na wszystkie strony. Dla mnie to również było przyjemne, gdyż na tę wyprawę towarzyszyłem Cesarzowi wraz z sympatycznym bardzo ekselencją Hollmanem, o którym Cesarz mawiał, że szczęście mu przynosi. Uprzedzeni przez forstmeiera danego rewiru o niezwykłości tego okazu, ujrzeliśmy go z bliska na polance, w późny, bardzo mglisty wieczór; mgła podnosiła sylwetkę jelenia pod jaśniejącym jeszcze niebem. Byłem razem z Cesarzem, podczas gdy Hollman wraz ze strzelcem zostali na krawędzi lasu. Cesarz strzelił na odległość 50 metrów. Jeleń zaznaczył dobrze, ale miał jeszcze dość siły, aby wpaść w zagajnik, ciągnący się na parę kilometrów. Mając dobry wzrok, zauważyłem miejsce, w którym jeleń znikł wśrod drzew, więc aby nie stracić tego punktu z oczu, podążyłem wprost ku niemu. Po drodze wpadłem do rowu z wodą, ale nie wyszedłem z kierunku i w odległości jakichś 15 kroków znalazłem jelenia już nieżywego. Radość była wielka; zaraz wysłano umyślnego do zameczku, aby przygotowali szampana na tę intencję. Kiedy wracaliśmy, Cesarz kazał mi usiąść obok siebie, a widząc, że jestem całkowicie przemoczony, zdjął ze swoich kolan ogromne futro z lisów i kazał mi się nim okryć, sam je poprawiając. Ujęło mnie to bardzo. - Na pamiątkę obdarzył Cesarz ekselencję Hollmana i mnie złotymi spinkami ze swoimi inicjałami". (...).

 

Złom wręczany na kordelasie bądź  kapeluszu był zwyczajem znanym z XIX – wiecznych opisów autorstwa Juliana Fałata, towarzyszącego Cesarzowi Wilhelmowi II w polowaniach w Hubertusstock i Rominten.


Po jednym z wyjazdów w łowisko mistrz pędzla napisał: "Po strzale zbliżamy się wszyscy do zabitego jelenia. Cesarz zwykle pierwszy ogląda skutki strzału i ocenia jelenia, czy zasługuje na „ein kapitalhirsch”. Forsmeisterster obcina tymczasem gałązkę świerku lub dębiny i salutując, podaje ją na kordelasie Cesarzowi, który zatyka tę oznakę zwycięstwa za wstążkę kapelusza."

 

Warto przedstawić kilka fotografii z cesarskich polowań w Puszczy Rominckiej, zwłaszcza zdjęcia ogromnych poroży byków strzelanych przez Wilhelma II. Są one unikatowe i pochodzą z książki Andresa Gautschi pt. "Wilhelm II. und das Waidwerk".

 

Cesarz z bykiem, którego strzelił 28 września 1898 r. Poroże miało 44 odnogi. Obok przyboczny strzelec Josef Roffinger

 
 

Byk posiadał na obu tykach 44 odnogi - czyli był czterodwudziestakiem

Kamień upamiętniający to wydarzenie znajduje się po rosyjskiej stronie Puszczy

An dieser Stelle erlegte Seine Majestät Kaiser Wilhelm II einen Hirsch von ungerade 44 enden auf von Abendpursch am 27 Sept. 1898.
W tym miejscu Jego Cesarska Mość Cesarz Wilhelm II na wieczornym polowaniu położył jelenia z 44 odrostkami 27 września 1898 r.

Pocztówka upamiętniająca strzelenie byka o 44 odnogach

Fotografia byka, który nazywał się "Pascha" i padł z cesarskiej ręki 29 października 1910 r. Poniżej kamień upamiętniajacy to wydarzenie.

 1910-09-29 Pascha
opis
Waidmannsheil. Hier erlegte Seine Majestat der Keiser und König Wilhelm II. den Pascha, einen kapitalen Hirsch von 24 Enden am 29. September 1910.
Darz Bór! Tu Jego Wysokość Cesarz i Król Wilhelm II dnia 29 września 1910 upolował Paszę, kapitalnego jelenia o 24 odnogach 
Tabela przedstawiająca rozwój wieńca, na podstawie zrzutów, byka Pascha.
Z dołu tabeli najpiękniejsze wieńce strzelonych byków rominckich
Byka Pascha (Pasza) namalował Richard Friese
Rominten 1896 r.
Rominty 1913 r.
Rominten 1896 r.

Rominten 30 września 1912 r.

Cesarz z księciem zu Dohna - Schlobitten

Fotografie z polowania w 1906 r. w Rominten

Abwurfparade – prezentacja zrzutow jeleni

Pierwotnie fotografię podpisałem jako Parade Hirchs - prezentacja wieńców jeleni. Tymczasem Pan Alexander Jakubietz w emailu skierowanym do mnie zwrócł mi uwagę, że jest to prezentacja zrzutów jeleni czyli Abwurfparade. Wg Pana Alexandra "Zwyczaj zbierania zrzutow jeleni jest praktykowany w Niemczech do dzisiaj dla pokazania rozwoju osobnika i przy okazji pochwalenie się potęgą łowiska. Przywłaszczenie sobie zrzutu jelenia w Niemczech jest traktowane jako kradzież i jest karalne". Dziękuję za wyjaśnienie pojęcia i sceny fotograficznej, a mój błąd wynikał z nieznajomości języka niemieckiego. Rzeczywiście po dokładniejszym przyjrzeniu się fotografii widać, że są to zrzuty jelenie.

Rominten 5 października 1909 r.

Rominten 1911 r.

Rominten - wyjazd Cesarza na polowanie. Na koźle obok woźnicy Forstmeister Joseph Freiherr von Speck zu Sternburg

Forstmeister Joseph Freiherr von Speck zu Sternburg był w Rominten nadleśniczym w latach 1893 - 1924. Jego życie opisał Andreas Gautschi, niestety w języku niemieckim, w książce "Joseph Freiherr Speck von Sternburg".

Nadleśniczy Joseph Freiherr von Speck zu Sternburg z żoną Anną

Obszerne, bo liczące blisko 700 stron wydawnictwo zostało bogato zilustrowane. Znalazły się tu liczne reprodukcje grafiki i malarstwa myśliwskiego, fotografie, a w części obejmującej I Wojnę Światową również mapy. Książka obejmuje ponad 80 lat historii terenów, na których mieszkamy, niestety dostępna jest tylko w języku niemieckim.                                                                                                                                                

Joseph Freiherr Speck von Sternburg. Ein treuer Diener Wilhelms II (Baron Joseph Speck von Sternburg. Wierny sługa Wilhelma II). Nadleśniczy Nadleśnictwa Rominten, którego siedziba mieściła się w Żytkiejmach i obejmowała teren Puszczy Rominckiej.

Głaz z inskrypcją „Forstmeister Joseph Fchr. Speck v. Sternburg 1865–1942” upamiętniający nadleśniczego z Żytkiejm

Nadleśnictwo Rominten miało swoją siedzibę w miejscowości Żytkiejmy.

Żytkiejmy nadleśnictwo

Żytkiejmy to duża wieś sołecka o cechach miasteczka. Jest ona położona na północnym krańcu Polski, zaledwie 0,5 km od granicy z Rosją (Obwodem Kaliningradzkim). Miejscowość usytuowana jest na przedpolu Parku Krajobrazowego Puszczy Rominckiej. Administracyjnie przynależy do województwa warmińsko-mazurskiego, powiatu gołdapskiego, gminy Dubeninki.


Do 1945 roku wieś znajdowała się w granicach Prus Wschodnich. Niemiecka nazwa miejscowości to: „Schittkehmen”, a później „Wehrkirchen”.

Żytkiejmu: dworzec, szpital Joannitów, nadleśnictwo i sklep w centum wsi

Nadleśnictwo i szpital Zakonu Joannitów

W latach 1905-1906 został tu zbudowany szpital Zakonu Joannitów. Pracowało w nim 8 lekarzy i 3 położne. Budynek posiadał charakterystyczne detale nawiązujące do „architektury wikingów” (zwieńczenia dachów w kształcie dziobów łodzi, tzw. drakkarów). Prawdopodobnie wzór wzięty został z budowanej kilkanaście lat wcześniej cesarskiej rezydencji w Jagdhaus Rominten. Opiekunem tego szpitala był  Joseph Speck von Sternburg, któremu poświęcono pamiątkowy głaz w Puszczy Rominckiej. Baron Joseph Speck von Sternburg (ur. 1863, zm. 1942), był także nadleśniczym w Puszczy Rominckiej, właścicielem dworu „Vierlinden” w Żytkiejmach i towarzyszył Cesarzowi Wilhelmowi II w polowaniach w Puszczy Rominckiej

W centrum, przy ulicy prowadzącej ku północy, do dzisiaj stoi jeszcze budynek słynnego hotelu „Świętego Huberta” („Heilige Hubert”). W latach 1935-1939 mieściła się tu siedziba niemieckiego ośrodka szkolenia dywersantów i agentów hitlerowskich. Ośrodek ukierunkowany był przede wszystkim na prowadzenie działalności szpiegowskiej i dywersyjnej na terenie Białostocczyzny i Suwalszczyzny. Poza szkoleniem ludzi, przerzucano stąd przez granicę broń, radiostacje i materiały propagandowe. Placówką kierował SS Hauptsturmführer – Herman Dylba.

Hotel Hubertus w Żytkiejmach

Na północ od wsi, przy dawnej granicy z Rosją znajdowal się cmentarz z okresu I Wojny Światowej, z mogiłami żołnierzy rosyjskich i niemieckich: 35 grobów żołnierzy niemieckich, 5 rosyjskich oficerskich i 1 zbiorowy żołnierzy rosyjskich.

Żytkiejmy cmentarz - denkmal

W 1869 roku wprowadzono nowe zmiany administracji leśnej Puszczy Rominckiej. Z nadleśnictwa Warnen wydzielono nadleśnictwo Gołdap, a z Nassawen - nadleśnictwo Żytkiejmy. Szybkie i znaczące zmiany w gospodarowaniu puszczą, stały się zasługą Cesarza Wilhelma II, który był wielkim miłośnikiem polowań i szczególnie upodobał sobie te tereny.

Wieńce jeleni strzelonych przez Wilhelma ii w Puszczy Rominckiej - od lewej: 1904 r., 1890 r.; w środku 1890 r., 1898 r.; z prawej 1896 r., 1901 r.

 

Polowanie w 1904 r.

Łoś strzelony przez Cesarza w nadleśnictwie Nemonien - dzisiejsze Gołovkino

Leśniczówka

Dokarmianie jeleni w Romintach

Romincki jeleń

Księżniczka Wiktoria Luiza - Rominty 1907 r. Wiktoria Luiza była bardzo lubiana przez ojca. Często brała udział w jego wyjazdach do Romint, Kadyn i na Korfu.

Rominty 1910 r

Już wtedy chwytano rysie i próbowamo je rozmnażać

Polowania w Puszczy Rominckiej Hermanna Göringa

Podobnie jak w Prakwicach, od 1933 roku, polowania w Puszczy Rominckiej rozpoczął premier Prus Herman Göring. Były to początkowo wizyty na dwa do trzech tygodni w czasie rykowiska. Gdy po ataku hitlerowskich Niemiec na ZSRR sztab Luftwaffe przeniósł się do Gołdapi i Göring miał bliżej, każdą wolną chwilę spędzał w kniei.

 

W latach 30. XX wieku - 1936 r., w epoce Trzeciej Rzeszy, tereny łowieckie w Romintach wzbudziły zainteresowanie Hermanna Göringa. Po nieudanej próbie zajęcia cesarskiego pałacu w Romintach (Wilhelm II nie wyraził zgody) kazał wybudować dla siebie drewniany dwór myśliwski, nazywany Reichsjägerhof Rominten, Jägerhof Rominten lub Emmyhall (od imienia drugiej żony Göringa, Emmy Göring), zaprojektowany przez niemieckiego architekta Friedricha Hetzelta (1903–1986), mający imitować starogermańską siedzibę książęcą, położony na wysokim brzegu rzeki Rominty. Znajdował się on ok. 2 km na północ od dawnej rezydencji cesarskiej. Budowę rozpoczęto w 1935 roku i obiekt oddano do użytku 26 września 1936 roku.

Reichsjägerhof Rominten

Aby ułatwić Göringowi dojazd do rezydencji, wybudowano przeznaczoną specjalnie dla niego niewielką stację kolejową w miejscowości Eichkamp (przed 1938 rokiem Schackummen, obecnie Jemieljanowka), w odległości ok. 10 km na północny-wschód od Romint, gdzie dojeżdżał swoim pociągiem specjalnym "Azja" (niem. Sonderzug "Asien"), przemianowanym 1 lutego 1943 roku na "Pomorze I" (niem. Sonderzug "Pommern I"). Właściwie Herman Göring miał do dyspozycji dwa pociągi: Asien oraz od 1 lutego 1943 roku Pommern I. Sztab Luftwaffe przebywający w pobliżu miejsca pobytu marszałka Göringa dysponował pociągiem specjalnym Robinson (od 1 lutego 1943 roku Pommern II). Pociągi specjalne, stale gotowe do wyjazdu, stacjonowały pod parą na dwóch stacjach kolejowych: Eichkamp oraz Kumiecie Wielkie. Po śmierci Wilhelma w 1941 r. Göring jednak zmusił  spadkobierców Cesarza by mu  sprzedali  cesarski dworek myśliwski - (żródło: Tomasz Krawczyk).

Stacja Kumiecie: 19.08.1943; pociąg specjalny „Pommern-I” lub „Pommern-II” przy charakterystycznym, drewnianym peronie stacji; w dali widoczny maszt z flagą opuszczoną do połowy z powodu śmierci gen. Hansa Jeschonka (fot.: Eitel Lange).

 

Jego osobisty pociąg poprzedzał pociąg - pilot złożony z normalnych wagonów, a także platformy do transportu samochodów; następnie jechał własny pociąg Göringa z otwartymi platformami na każdym końcu, na których ustawione były działa przeciwlotnicze. Wagon, w którym podróżował Göring, miał dwie sypialnie, gabinet i luksusową toaletę, był też połączony bezpośrednio z następnym wagonem, przeznaczonym na pokój dzienny z aparaturą do wyświetlania filmów. Trzeci wagon zawierał stanowisko dowodzenia Göringa i pokój operacyjny, a w czwartym znajdowała się jadalnia. Inne wagony były dołączone dla wygody gości i starszych oficerów. Pociągi zazwyczaj stacjonowały tam, gdzie łatwo je było przetoczyć do tunelu w przypadku nalotu.

 

Przed wybuchem II Wojny Światowej gośćmi rezydencji byli m.in. Car Bułgarii Borys III, polski ambasador Józef Lipski i brytyjski ambasador sir Neville Henderson. Rominty odwiedził również Adolf Hitler. Niektóre źródła podają, że na początku lutego 1940 roku w dworze Göringa w Rominatch spotkali się Heinrich Himmler - Reichsführer SS, i Ławrientij Beria - szef NKWD; prowadzili tam tajne rozmowy na temat współpracy Gestapo i NKWD w eksterminacji społeczeństwa polskiego i zwalczaniu polskiego ruchu oporu. W spotkaniu tym uczestniczył gauleiter Prus Wschodnich Erich Koch.


W drugiej połowie 1940 roku Göring koordynował z Romint działania niemieckiego lotnictwa w czasie bitwy o Anglię W 1941 roku, po ataku Niemiec na ZSRR, Rominty stały się jego kwaterą główną na froncie wschodnim; dwór był wyposażony w bunkier zabezpieczający przed atakiem z powietrza, zbudowany w 1940 roku. Była to jedna z części systemu niemieckich kwater dowódczych współpracujących z kwaterą główną Hitlera w Wilczym Szańcu koło Kętrzyna, rozlokowanych w Prusach Wschodnich. W odległości ok. 14 km na południowy-zachód od rezydencji Göringa, w lesie Kumiecie koło jeziora Gołdap, znajdowała się kwatera główna dowództwa Luftwaffe o nazwie "Robinson" (niem. Oberbefehlshaber der Luftwaffe-Hauptquartier).


W latach 1936–1942 ochroną rezydencji Göringa zajmował się Batalion Wartowniczy Pułku "General Göring" (niem. Wach-Bataillon des Regiment General Göring). W 1942 roku został on przekształcony w Pułk Wartowniczy "Hermann Göring" (niem. Wachregiment Hermann Göring), a w kwietniu 1944 roku w Pułk Przyboczny "Hermann Göring" (niem. Begleit-Regiment Hermann Göring). Była to jednostka naziemna Luftwaffe o sile jednego batalionu, wyposażona w broń przeciwlotniczą, składająca się z grenadierów pancernych. 24 września 1944 roku Pułk Przyboczny "Hermann Göring" został rozformowany i na jego bazie utworzono 4 Pułk Pancerno-Spadochronowy "Hermann Göring" (niem. Fallschirm-Panzergrenadier-Regiment 4 Hermann Göring), o sile 2 batalionów, który w listopadzie 1944 roku przemianowano na 1 Pułk Pancerno-Spadochronowy "Hermann Göring" (niem. Fallschirm-Panzergrenadier-Regiment 1 Hermann Göring) i powiększono do 3 batalionów.


1 sierpnia 1944 roku, w związku ze zbliżaniem się frontu, Göring wydał rozkaz podjęcia przygotowań do zniszczenia dworu myśliwskiego w Romintach i dawnego pałacyku Wilhelma II. Po raz ostatni przebywał w dworze 16 października 1944 roku; według niemieckich historyków Volkera Knopfa i Stefana Martensa rezydencja została podpalona i zniszczona w dniu 20 października 1944 roku (tzw. "Akcja Ogień Świętojański", niem. Aktion "Johannisfeuer", obejmująca również zniszczenie kwatery "Robinson"). Pałacyk Wilhelma II nie został zniszczony, podobnie jak dom nadleśniczego przy rezydencji Göringa.


W nocy z 21 na 22 października 1944 roku wieś Rominty została zdobyta przez oddziały 18 Gwardyjskiej Dywizji Strzeleckiej Armii Czerwonej, wchodzącej w skład 11 Armii Gwardii (3 Front Białoruski).

Przejazd jednostek Armii Czerwonej przez Rominty w dniu 5 stycznia 1945 roku, rysunek G. Fiłatowa w zbiorach Muzeum Historii Sztuki w Kaliningradzie

Ze źródeł rosyjskich wynika, że przed nadejściem regularnych oddziałów Armii Czerwonej rezydencję Göringa opanowali zwiadowcy radzieckiej specjalnej grupy dywersyjno-wywiadowczej "Maksim", podlegającej 3 Oddziałowi (dywersyjnemu) Zarządu Wywiadu 3 Frontu Białoruskiego, przerzuconej 17 sierpnia 1944 roku na tyły linii niemieckich w Prusach Wschodnich. 27 października 1944 roku radziecki dziennik "Krasnaja Zwiezda", oficjalny organ Ministerstwa Obrony ZSRR, pisał, że rezydencja Göringa została zdobyta przez wojska radzieckie w stanie nienaruszonym. Rosyjskie źródła podają, że 2 listopada 1944 roku zwiadowcy radzieccy działający w Puszczy Romnickiej zameldowali przez radio, że odnaleźli rezydencję Göringa, i poinformowali, że "najbardziej wartościowe rzeczy wywieziono, wyłączono telefony i zdjęto ochronę". Później linia frontu ustabilizowała się i aż do rozpoczęcia przez Armię Czerwoną operacji wschodniopruskiej w styczniu 1945 roku przebiegała w odległości ok. 5 kilometrów na zachód od wsi Rominty. Według niektórych źródeł rosyjskich rezydencja Göringa nie została spalona i rozlokował się w niej sztab radziecki. Faktem jest, że obiekt uległ całkowitemu zniszczeniu i kto to zrobił nie wiadomo.

Ruiny Jagerhof

Historia budowli

Jagerhof w budowie - 1935 r.

Makieta obiektu

Wieniec "Matadora" wyeksponowany na dziedzińcu

Gabinet Göringa

W 1938 roku Puszczę przekształcono w państwowy rewir łowiecki. W tym okresie liczebność i jakość rominckich jeleni osiągnęły najwyższy poziom (około 1500 sztuk), a ustrzelony byk "Matador" miał poroże rekordowe w skali światowej. W puszczy prowadzono prace nad odtworzeniem populacji tura. Warto przybliżyć tę historię ponieważ jest mało znana. Materiał powstał na podstawie artykułu pt. Bydło Hecka autorstwa Piotra Gulińskiego i Ewy Salamończyk (Przegląd Hodowlany nr 2/2016) oraz Piotra Bajko pt. "Bawoły" w Puszczy Białowieskiej (31 sierpnia 2016 by czasopis.pl).

 

Tur swoją siłą, wielkością i "trudnym charakterem" imponował już starożytnym, a jego zabicie uznawano za akt odwagi. Tura upamiętniają nie tylko malowidła naskalne we Francji, ale i folklor Teutonów, czyli jednego z ludów germańskich. Nic dziwnego, że Hitler zafascynowany germańska mitologią i próbami stworzenia rasy panów postanowił wskrzesić dzikiego przodka bydła. Zadania tego mieli podjąć się na jego rozkaz bracia Lutz i Heinz Heck – znani zoolodzy, a zarazem dyrektorzy największych niemieckich ogrodów zoologicznych. W efekcie kojarzenia różnych ras bydła, po kilku latach powstało zwierzę „turopodobne” znane dzisiaj jako bydło Hecka. O ile jednak rasa ta wyglądem przypomina tura, o tyle genetycznie ze swoim dzikim przodkiem ma mało wspólnego. Bydło to jest dziś ozdobą kilkunastu safari parków i prywatnych hodowli w całej Europie.

Z lewej Heinz Heck, z prawej Lutz Heck. W środku ich ojciec Ludwig

W 1920 roku niemieccy zoologowie, bracia Heinz i Lutz Heck, rozpoczęli próby odtworzenia tura. Obydwaj byli dyrektorami ogrodów zoologicznych – Lutz w Berlinie, Heinz w Monachium, a ich ojciec prowadził badania na żubrach. Zwłaszcza Lutz Heck był pod wielkim urokiem romantycznych mitów zawierających opisy walk wielkich bestii z bohaterami germańskimi. Zabiegał o przychylność Göringa, jednego z twórców i głównych postaci III Rzeszy, jako najlepszego kandydata na mecenasa i sponsora programu odtworzenia tura. Bracia Heck pracowali oddzielnie, jeden w Berlinie, drugi w Monachium. Tylko program realizowany w Monachium przetrwał II Wojnę Światową. Gdy w 1933 roku w Niemczech władzę przejmowali poplecznicy Hitlera Lutz Heck błyskawicznie związał swój los i swój projekt odtworzenia tura z partią nazistowską. Potężne, pierwotne zwierzę, które słynęło z dzikiego i agresywnego usposobienia błyskawicznie zawładnęło wyobraźnią wielkiego łowczego Rzeszy, Hermana Göringa. Jako jeden z najwyżej postawionych dworzan Adolfa Hitlera uczynił z myślistwa niemal narodowy sport, wplótł je do ideologii rasowej, propagował na każdym kroku. A cóż lepiej pasowało do zmitologizowanej wersji pierwotnych aryjskich myśliwych niż potężny i agresywny tur? Wielu naukowców oczywiście podśmiewało się z doświadczeń Hecków. Jednak po dojściu nazistów do władzy (1933 r.) patronat nad tymi eksperymentami objął marszałek Hermann Göring, naczelny łowczy III Rzeszy. Prace nad odtworzeniem tura nabrały przyspieszenia, finansowane były ze specjalnego funduszu SS. Nazistowski aparat władzy dopatrywał się w "odtworzonym turze" symbolu germańskiej siły. Göring szykował się już do polowań na "tura". Kilkakrotnie zapraszał Lutza Hecka na łowy do Puszczy Rominckiej.

Z prawej Lutz Heck na polowaniu z Göringiem

Projekt odtworzenia tura oparty był na założeniu, że gatunek nie wyginął tak długo, jak długo żyją wszystkie jego geny, a geny tura są nadal obecne w populacjach różnych ras bydła. Na drodze krzyżowania i selekcji bracia Heck chcieli otrzymać zwierzę posiadające wszystkie pierwotne cechy typowe dla tura. Miał to być zrekonstruowany fenotypowo wizerunek dzikiego gatunku, także pod względem behawioru. Poprzez krzyżowanie szeregu prymitywnych ras europejskich udało się wytworzyć zwierzęta nazywane „bydłem Hecka”, „odtworzonym turem” lub ”krowami Hitlera”. W eksperymencie, łącznie na różnych jego etapach, udział wzięło 15 ras bydła pochodzących z Hiszpanii, Francji, Korsyki, Węgier i Wielkiej Brytanii. W 1932 roku urodził się pierwszy buhaj tej rasy, o imieniu Glachi.

Zwolennicy bydła Hecka uważają, że rezultaty uzyskane w ośrodku w Berlinie i w Monachium były identyczne. W rzeczywistości wyhodowane bydło nie było do siebie podobne. W zasadzie wyglądem przypominało tury z czasów paleolitu, miało olbrzymie rogi i dymorfizm płciowy w umaszczeniu, ale było mniejsze i niższe w kłębie. Miało też niewiele wspólnego z pradawnym, wymarłym królem puszczy. Było chorowite, miało kruche kości, brak mu było siły i umiejętności przetrwania – wymagało karmienia przez człowieka. To należało zmienić. Jesienią 1938 roku stado przewieziono do pruskiego rezerwatu leśnego Rominten, należącego do Göringa, i wypuszczono na wolność. Z relacji mieszkańców wiadomo, że zwierzęta były bardzo agresywne, atakowały ludzi przychodzących do lasu. Podobno Göringa najbardziej drażnił fakt, że przeszkadzały w dokarmianiu jeleni. Lutz Heck wziął się też za żubry, które wydały mu się nieco zdegenerowane. Postanowił dodać im nieco witalności poprzez krzyżowanie z bizonami. Nad żubrem zawisło poważne niebezpieczeństwo. Po pewnym czasie okazało się, że uzyskane w Schorfheide krzyżówki nie wyglądają ani jak żubry, ani jak bizony. Heck oddzielił więc samice krzyżówek i jeszcze raz krzyżował je z samcami żubrów. W końcu stado żubrów i krzyżówek urosło do 200 sztuk. Heck, choć nie było do tego żadnych powodów, triumfował, twierdził że "pragermańskie zwierzę" zostało odtworzone.

Bydło Hecka

Wystawa łowiecka Berlin 1937 r. Makieta Puszczy Białowieskiej. Pierwszy z lewej Lutz Heck. Pierwszy z prawej Hermann Göring

W styczniu 1942 roku Lutz i Heinz Heckowie przyjechali do Białowieży, gdzie zainteresowali się prowadzoną tutaj od 1936 roku przez prof. Tadeusza Vetulaniego regeneracją tarpana leśnego. W rezultacie tej wizyty, do Niemiec wywieziono w latach 1942-1944 aż 32 koniki, które trafiły do ogrodów zoologicznych w Berlinie, Monachium i Królewcu. W 1942 roku, po zajęciu przez Niemców wschodnich obszarów Europy, "pseudotury" przetransportowano z Puszczy Rominckiej i wypuszczono na wolność w Puszczy Białowieskiej. W zamysłach hitlerowców Puszcza Białowieska, po połączeniu z Puszczą Augustowską i Puszczą Knyszyńską, miała stanowić największy na świecie naturalny obszar leśny. Puszcza miała być całkowicie dzika i pierwotna – wstęp do niej mieli mieć tylko nazistowscy myśliwi. Dlatego właśnie po zajęciu Polski znalazła się w granicach Rzeszy, a nie w Generalnym Gubernatorstwie. Dzikie bydło błyskawicznie zaadaptowało się do nowych warunków. Zwierzęta przetrzymywały bez dokarmiania mroźne zimy. Liczne było także potomstwo, pojawiające się w kolejnych latach. Niestety nie zachowały się żadne fotografie przedstawiające bydło Hecka w Puszczy Białowieskiej. Zatem do Puszczy Białowieskiej, uważanej przez nazistów za "najlepiej zachowany starogermański las", przywieziono w 1942 roku pierwszą partię fałszywych turów. Później trafiały tutaj prawdopodobnie kolejne sztuki, zarówno samce jak i samice. Zwierzęta te trzymały się głównie północnej części Puszczy. Dobrze się czuły w puszczańskim środowisku. Miały pod dostatkiem soczystej trawy. Wychodziły często na łąki, które nie były koszone, gdyż większość okolicznych wsi została wcześniej przez Niemców spacyfikowana.

Uważa się, że Sowieci wybili po wojnie całe stado, kończąc nazistowski wysiłek wskrzeszenia tura, choć okoliczni mieszkańcy jeszcze w 1946 roku widywali pojedyncze sztuki tego bydła. Pod koniec wojny utracono kontrolę nad bydłem Hecka. Pomimo braku jakiejkolwiek opieki, potrafiło ono jednak samodzielnie przetrwać. Mieszkańcy Puszczy Białowieskiej nie bardzo wiedzieli, co to są za zwierzęta. Ktoś rzucił nazwę "bawół", inni ją podchwycili i tak już zostało. O "bydle Hecka" w owym czasie na tym terenie nikt nie wspominał. Nic też nie wiedziano o eksperymentach dokonywanych przez braci Hecków. Ci, którzy podczas okupacji pracowali w administracji leśnej, mówili tylko tyle, że zwierzęta te przysłał do Puszczy Göring. Tutejsi mieszkańcy zaczęli kłusować na "bawoły" już pod koniec okupacji niemieckiej. Zwierzęta nie były płochliwe, na widok człowieka nie uciekały, tak jak np. jelenie. Broń kłusownicy przechowywali w lesie owiniętą w jakąś szmatę w dziupli w drzewie. Mięso tego dziwnego zwierzęcia było podobno bardzo smaczne. Solono je i przechowywano w drewnianych beczułkach, nazywanych na tym terenie "raszkami". Obecnie, w Holandii znajduje się ok. 600 sztuk bydła Hecka, niewielkie stada utrzymywane są w pobliżu Berlina, Jeny i Auerbach na terenie Niemiec, a także we Francji, Anglii i innych krajach. W Polsce znajduje się jedno stado w Dobrosułowie w woj. lubuskim. Stado to liczy 45 sztuk, a zostało zakupione przez właścicieli w Niemczech.

Podczas II wojny światowej Heck wziął udział w grabieży warszawskiego ZOO, najcenniejsze okazy zwierząt zabierając do niemieckich ogrodów zoologicznych. Był członkiem SS i zagorzałym nazistą. Zmarł  6 kwietnia 1983 r. w Wiesbaden.

Warszawskie ZOO, które, gdyby nie wybuchła wojna, byłoby w 1940 roku gospodarzem kongresu Międzynarodowego Stowarzyszenia Ogrodów Zoologicznych, poważnie ucierpiało nie tylko od bombardowania, ale i od wywiezienia rzadkich okazów do ogrodów zoologicznych w Niemczech. Heck szybko wysłał słoniczkę Tuzinkę do Królewca, wielbłądy i lamy do Hanoweru, hipopotamy do Norymbergi, konie Przewalskiego do Wiednia, a rysie i zebry do Schorfheide. Podczas pierwszej zimy okupacji, pomimo obietnic Hecka, kilku gestapowców nie powstrzymało się przed grasowaniem na terenie ZOO i polowaniem na resztki zwierzyny.

Tur uznawany był za symbol germańskiej potęgi, nawiązywał do czasów starożytnych, w których Germanię pokrywały ciemne puszcze. Jego postura, siła i dzikość imponowały nazistom. Misja odtworzenia tura polegała na przywołaniu go do życia nie za pomocą sklonowania próbek zachowanych sprzed lat, ale dzięki genetycznym krzyżówkom istniejących jego krewnych, czyli bydła. W rezultacie Lutz Heck uzyskał stado zwierząt bardzo podobnych wyglądem do dawnych turów. Bydło Hecka wyglądało jak tury, ale w gruncie rzeczy genetycznie nie różniło się od pastwiskowych krów. Jednak zewnętrzne podobieństwo daje wyobrażenie jak wyglądało to mityczne zwierzę. Bydło Hecka miało w kłębie wysokość (buhaje) 1,6 metra a tury 2 metry. Już to prównanie uzmysławia nam moc turów.

.

Bydło Hecka

Tur (Bos primigenius) był jednym z największych zwierząt jakie kiedykolwiek zamieszkiwały Europę. Jego wygląd i biologię odtworzono częściowo dzięki bogatej dokumentacji historycznej, zapiskom starożytnym i średniowiecznym, rysunkom oraz analizie materiałów kostnych z wykopalisk. Cechował go wyraźny dymorfizm płciowy: samce były znacznie większe od samic i miały silnie rozwinięte rogi. Dorosły samiec osiągał do 3 metrów długości i 2 metrów wysokości, ważył 800-1000 kg. Miał muskularny kark i dość masywny przód ciała. Duże, ostro zakończone rogi rosły na boki i ku przodowi, a ich czarne końce były lekko zawinięte do góry. Samiec tura prawdopodobnie był czarny, a po jego grzbiecie biegła jasna pręga. Na głowie miał coś, co przypominało rudą czuprynkę.

Porównanie zrekonstruowanego wyglądu tura (na górze) i bydła Hecka (na dole). Choć bydło Hecka jest nieco mniejsze, ale równie silne i muskularne jak tury. Jak widać bracia Heck rozminęli się dość mocno z oryginałem.

 

Herman Göring, dowódca Luftwaffe, Łowczy III Rzeszy, od 1940 roku Marszałek III Rzeszy znany był z wystawnego trybu życia, Herman Göring, urządzał tutaj prawdziwe uczty. Przede wszystkim jednak polował. Strzelił tutaj legendarnego byka „Matadora”. Za jego czasów Puszcza była właściwie tylko do dyspozycji Göringa. Polował w niej nawet na dwa dni przed wejściem wojsk radzieckich.

W aranżowaniu wnętrza brał udział sam Goring

 

Przygotowanie do przyjęcia w Reichsjagerhof

 

Narada z udziałem Goringa

Oto kilka fotografii z polowań Hermanna Göringa w Rominten. Pełno w nich symboliki faszystowskiej, jakże obco wyglądającej na polowaniu.

Abwurfparade – prezentacja zrzutow jeleni

Podczas prezentacji zrzutów od lewej:Walter Frevert, Hermann Göring i nadłowczy Ulrich Scherping – specjalny pełnomocnik Hermanna Goeringa. W czasie okupacji niemieckiej kierował Zarządem Państwowego Obszaru Łowieckiego, którego siedziba mieściła się w Białowieży

Wiernymi towarzyszami łowów Göringa byli Walter Frevert (1897–1962), ostatni niemiecki nadleśniczy Puszczy Romnickiej oraz nadłowczy Ulrich Scherping.

Walter Frevert

Na przedwiośniu leśnicy wędrowali kilometrami, by znaleźć zrzucane przez jelenia poroża. Na ich podstawie Göring razem z przybocznym łowczym Walterem Frevertem oceniali, czy jesienią, w czasie rykowiska, konkretny byk będzie miał poroże nadające się na trofeum Łowczego Rzeszy. Oberforstmeister Walter Frevert był wybitnym znawcą w tej dziedzinie. W pamięci Polaków zapisał się jednak  jako zajadły nazista i zbrodniarz hitlerowski.

Walter Frevert (pierwszy z lewej) na polowaniu w Puszczy Białowieskiej

'

Walter Frevert 1959 r.

Z Walterem Fevertem związana jest taka oto historia - Gertruda Frevert była pierwszą żoną nadleśniczego Waltera Freverta. Zastrzeliła się z pistoletu męża. Przyczyna banalna  - zazdrość. Jej mąż w tym czasie miał romans z pewną młodziutką wdową. Gertruda pochowana została w pięknym miejscu – na zalesionym wzniesieniu niedaleko od leśnictwa Nassawen, którego szefem przez okres kilku lat był jej niewierny mąż. Sam Frevert był postacią niejednoznaczną. Był cenionym leśnikiem ale jednocześnie ulubieńcem Goeringa.

Urlich Scherping

Nadłowczy Ulrich Scherping – specjalny pełnomocnik Hermanna Goeringa. W czasie okupacji niemieckiej kierował Zarządem Państwowego Obszaru Łowieckiego, którego siedziba mieściła się w Białowieży. Nazista - członek NSDAP.                                                        

 

Jak już wspomniałem Hermann Göring strzelił, 22 września 1942 r., właśnie w Rominten byka "Matadora", który wówczas był rekordem świata w punktacji CIC. Był to dwudwudziestak o wadze wieńca 11,6 kg., obwód róży 27,7 cm. i długości tyki 113,7 cm.

Z "Matadorem"

Hans-Ludwig Loeffke (1906–1974) – leśniczy i oficer, który w 1958 r.  założył i prowadził „Wschodniopruskie Muzeum Myśliwskie – Dziczyzna, Las i Konie”  w Lüneburgu („Ostpreußische Jagdmuseum – Wild, Wald und Pferde“), prezentuje „Matadora”.

"Matador"

                                                    Matador - obraz namalował Gerhard Loebenberg                                                         

W ten sposób opisywano na czerepie byki strzelone przez Marszałka Rzeszy. "Matadora" ...

... i "Odina"

Wieniec byka "Odina"

Srebrny kubek upamiętniający strzelenie byka o imieniu "Gigant"

Byk "Gigant"

Z żoną Emmą podziwia strzelone byki

Od lewej: Hermann Göring i leśnicy - Remanowski, Barckhausen i Schade

Sceny z polowań "Grubego Hermanna"

                                                                                                 

Łowczy Rzeszy polował z ekspresem kalibru 8 x 75R oraz repetierem systemu Mauser 98 kalibru 9,3 x 70 Magnum, wykonanym przez berlińskiego rusznikarza Ludwiga Schiwy`ego. Strzelał tylko do byków obustronnie koronnych. Za łowne uważano wówczas wieńce o wadze powyżej 7 kg. Selekty łaskawie pozostawiał swoim gościom. Jak mocno przeżywali polowania Göringa podprowadzający opowiada historia opisana przez Pana Bartosza Marzec w Łowcu Polskim nr 14/2014 r. Opowiada jeden z podprowadzających Helmut Ziebell:

 

"Byka o imieniu Starangolis, dwudwudziestaka, otropiono w uroczysku Dziki Kąt, pośrodku leśnej uprawy. Ziebell, który był podprowadzającm wszedł z feldmarszałkiem do środka młodnika, a Wili Schade - leśniczy i asystent Göringa do spraw łowieckich, pozostał na skrzyżowaniu śródleśnych dróg. Kiedy buchnął drugi strzał, Schade padł na dukt. "Przecież dziś rano przystrzelałem broń" - krzyczał. Obawiał się, że Göring spudłował, a gniew niefortunnego strzelca skupi się na nim. Tymczasem feldmarszałek dostrzelił byka i z młodnika wyszedł w doskonałym humorze. Nic dziwnego bo wieniec ważył 9 kg., obwód róż wynosił 27,3 cm, a długość tyk - 98,5 cm. [ ... ]

 

Göringowi wydawało się, że jest wszechwładny. Jako Łowczy Rzeszy osobiście zatwierdzał prawo łowieckie, a później je łamał. Nie dbał np. o to, że sezon łowiecki na jelenie byki kończy się 31 stycznia i 9 lutego 1936 r., nieopodal Warnen w Puszczy Rominckiej (obecnie Oserki w obwodzie kaliningrackim), strzelił wspaniałego byka o imieniu Raufbold (Zabijaka) - dwudziastaka nieregularnego o masie wieńca 8 kg., obwód róży 25,3 cm, długość tyki 109, 7 cm. Na pamiątkę polowania kazał wykonać pomnik byka. Zadanie to zlecił znamemu rzeźbiarzowi Johannesowi Darsowowi.

Efekt jego pracy mogli zobaczyć odwiedzający Międzynarodową Wystawę Łowiecką w Berlinie, w 1937 r. Ponadnaturalnej wysokości posąg stanął przed głównym wejściem do pawilonu wystawowego. Po zakończeniu wystawy rzeźba znalazła się na terenie rezydencji feldmarszałka Carinhall".

Wejście do pawilonu wystawowego

 

Przy ułożonym pokocie

Byk Matador - filmuje Ulrich Schultz z firmy DEFA

Przywóz jelenia 1935 r. - Rominten

Otwarcie Międzynarodowej Wystawy Łowieckiej - Berlin 1937 r. Polskie stoisko.

Hala Hermanna Göringa

Międzynarodowa Wystawa Łowiecka - Berlin 1937. H. Goring ogląda polskie trofeum - wieniec jelenia karpackiego...

... i makietę Puszczy Białowieskiej

Ostatnim bykiem, na którego zasadzał się Göring w puszczy był czterodwudziestak  "Leutnant". Był październik 1944 r. Za swoją ostoję byk obrał sobie rejon miejscowości Hajnówka. Podczas rykowiska przemierzał ok. 20 km. Otropiono go i tym razem Hermann Göring "wykładanego" byka spudłował. Chyba feldmarszałka bardziej zajęło nasłuchiwanie nadchodzącego frontu. Następnego dnia byk jednak padł z ręki nadleśniczego Waltera Freverta. Wieniec ważył 10,1 kg. Trofea Hermanna Göringa przetrwały wojnę. Kilka z nich znajduje się w zbiorach Niemieckiego Muzeum Łowiectwa i Rybołóstwa w Monachium, ale ze zrozumiałych względów nie są eksponowane.

Byka "Leutanta" strzelił Walter Frevert

Jednak „Matador” i dwa inne byki: „Augustus” i „Odin” powróciły na muzealne sale w Monachium gdzie wyeksponowano je (pomimo protestów niektórych środowisk antynazistowskich) z innymi trofeami.

Wystawa byków Göringa w Muzeum Łowiectwa i Rybołówstwa

Byk "Augustus"

"Matador" wyeksponowany w Muzeum

Byki Göringa. Od lewej: "Augustus", "Matador" i "Odin"

Carinhall

Dworek, rezydencja marszałka III Rzeszy Hermanna Göringa, położona na północny wschód od Berlina w lasach Schorfheide. Nazwa tej luksusowej budowli wzięła się od imienia pierwszej, przedwcześnie zmarłej żony marszałka – Carin (z domu Fock. Na temat willi krążyły wśród ludzi odwiedzających posiadłość istne legendy. Nie były one bezpodstawne – potężny kompleks budynków krył w sobie kilkanaście sypialni, pokojów dla gości i szereg nowinek technicznych. W posiadłości wybudowano podziemne mauzoleum, do którego złożono, sprowadzone ze Szwecji, doczesne szczątki pierwszej żony Göringa.

 

Opis posiadłości wg Rogera Manvella i Heinricha Fraenkela pt. „GÖRING” - przełożyła Iwona Chlewińska Wydawnictwo Dolnośląskie:

 

"Chcąc go niejako nagrodzić i uczynić jego ulubiony sport łowiectwo częścią jego obowiązków zawodowych,  Hitler pozwolił mu w maju 1933 r. zostać Łowczym Rzeszy, a także  Zwierzchnikiem Niemieckich Lasów, a w 1934 r. stworzono specjalne ministerstwo dla tego stanowiska. Jako Łowczy Rzeszy Göring zaprojektował  dla siebie specjalny mundur z ulubionymi bufiastymi rękawami, na który  zakładał przepasany pasem bezrękawnik z miękkiej skóry.  Göring łączył różne formy władzy sprawowanej przez poszczególne  landy nad lasami i zwierzyną. Rozległe lasy Niemiec są ważne dla ich go¬ spodarki, a on zainicjował szereg korzystnych reform w leśnictwie. Jego miłość do wsi wyrażała się w projektach ponownego zalesiania, irygacji i zachowania terenów naturalnego piękna. Wprowadził prawa ochrony  dzikiego życia i zachowania takich wymierających gatunków, jak łoś, żubr, dzik, dziki łabędź, sokół i orzeł. Wtedy właśnie niezwykle zainteresował się Schorfheide - wielkim obszarem lasu i torfowisk, nawilżanym przez jeziora, który rozciągał się od północy Berlina do ówczesnej granicy z Polską i wybrzeża Bałtyku; na nowo wypełnił go dziką zwierzyną i postanowił kupić ten teren dla siebie. Odwiedzał także Puszczę Romnicką przy wschodniej granicy Niemiec. Sprowadził żubry i łosie ze Szwecji, Polski i Kanady, mając w planie eksperymenty, które nie zawsze były udane. W ich wyniku chciał ożywić hodowlę tych zwierząt. W lipcu 1934 r. zaostrzył niemieckie ustawy o ochronie zwierzyny, zakazując odstrzału ponad ściśle określoną liczbę, a nawet wtedy zgodę otrzymywali tylko ci, którzy udowodnili, że wiedzą, jak trzymać strzelbę. Wszystkim myśliwym musiał towarzyszyć retriever, aby każde zranione zwierzę mogło zostać odnalezione i zabite. Göring zakazał wiwisekcji zwierząt i wszystkich form kłusownictwa, polowania na koniu i używania wnyków, pułapek z drutu, sztucznych świateł lub trucizny wobec zwierząt. „Ten, kto torturuje zwierzę, rani uczucia narodu niemieckiego" - powiedział W 1933 r. zaczął planować swój wielki dom wiejski - Carinhall. Jako drugi człowiek po Hitlerze w nazistowskich Niemczech, jako premier  Prus, Łowczy Rzeszy i Zwierzchnik Niemieckich Lasów czuł, że ma prawo do najpiękniejszego terenu, jaki można było znaleźć w rozsądnej odległości od Berlina. Wybrał obszar w Schorfheide, gdzie w pobliżu jeziora Wackersee znajdował się niemiecki cesarski drewniany domek myśliwski.

Setki tysięcy akrów będących parkiem narodowym miały stać się miejscem dla planowanego przez niego domu i dla polowań, które postanowił  urządzać dla swych strzelających towarzyszy.

Carinhall - makieta

Schorfheide było pagórkowate i zalesione, a jego wrzosowiska i torfowiska porastały sosny, dęby i buki. Jesienią krzaki jałowca nadawały scenerii odcień złoto-brązowy, podczas gdy głóg, berberysy i żarnowiec kolorowały krajobraz, przecięty otoczonymi sitowiem bagnami i małymi jeziorami z brzegami porośniętymi sosnami i jodłami. Dzięcioły stukały w drzewa, a dzikie łabędzie z małymi przelatywały nad taflą jeziora. Göring uczynił z Schorfheide sanktuarium dla zwierzyny płowej, jelenia, łosia i dzikich koni, a następnie zaczął planować dom, który, unieśmiertelniając pamięć jego żony, byłby również odbiciem jego żywej osobowości.

Carinhall miał być wyjątkowy wśród pomników zbudowanych przez książęta i milionerów w wyrazie ich dumy. Hitler, Göring i Goebbels, wszyscy byli architektami amatorami, którzy dzięki sukcesowi politycznemu mogli dać upust upodobaniom do architektury, wyposażenia wnętrz i umeblowania. Lecz ze wszystkich budowli stworzonych podczas reżimu nazistowskiego Carinhall był najbardziej niezwykły, znacznie powiększany i wzbogacany przez lata, stał się symbolem wielu marzeń jego budowniczego. Göring, wspomagany przez dwóch młodych architektów - Helzelta i Tucha z Pruskiego Państwowego Wydziału Architektury, próbował uwiecznić w kamieniu, drewnie, glinie i strzesze swoje ambicje, uczucia, wspomnienia i próżność. Sam zaprojektował każdy detal, łącznie z klamkami; nazwał go swoim Waldhof, a rezultat był monumentalną osobliwością, swego rodzaju starożytnym niemieckim wielkopańskim dworem, wyposażonym we wszystkie luksusy i łączącym masywną prostotę z pokazem bogactwa i władzy. Jak ujął to Gritzbach: „Hermann Göring rozrysował plan i konstrukcję na liniach wyrażających jego własną siłę i upartą osobowość". Rozrastając się z roku na rok, dom stopniowo przekształcał się w rezydencję o niezwykłych rozmiarach i wyglądzie. Wielka aleja drzew prowadziła do rezydencji przykrytej spadzistym dachem, otaczającej z trzech stron duży dziedziniec z rabatami kwiatowymi, stawem z liliami i fontanną, nad którą górował pomnik konia z nagim jeźdźcem. Krużganki, których dach opierał się na grubych dębowych belkach i kolumnach, znajdowały się wokół dziedzińca. Wspaniałe bramy importowane z południa zostały zaś wkomponowane w ciężkie drewno i kamień głównej struktury architektonicznej, do której użyte zostały bloki różnokolorowego granitu. Sam budynek zaprojektowano tak, żeby każde okno wychodziło albo na jezioro, albo na las. Ten dom ze spadzistym mansardowym dachem, obrzuconymi żwirem, białymi ścianami i szarymi kamiennymi obwódkami, miał symbolizować niemiecką tradycję architektoniczną. Centralna fasada była w stylu gotyckim, a kiedy Göring został marszałkiem Rzeszy, jego herb - wyciągnięta pięść trzymająca maczugę - wyrzeźbiono na frontonie nad gankiem. Oprócz pierwszego głównego dziedzińca był także czworokątny dziedziniec podzielony na ciąg trawników z przystrzyżonym żywopłotem i statuami z brązu, przedstawiającymi Apolla, Artemidę i Ceres. Kolejny dziedziniec był zamknięty pnącymi roślinami, a kopia Porcellino z Florencji stała na wpół ukryta między krzewami róż.

W centralnej części budynku znajdował się szeroki na około sto pięćdziesiąt stóp hol wejściowy, w którym Göring prezentował zbiory. Był dumny ze swojego centrum, gdzie płynęły prezenty w postaci dzieł sztuki oraz inne skarby, które właśnie zaczynał kupować albo dostawać - obrazy starych mistrzów flamandzkich i niezwykle podziwianego niemieckiego artysty Lucasa Cranacha oraz gobeliny. Bliźniacze klatki schodowe z błyszczącymi białymi poręczami prowadziły z holu wejściowego na piętro. Wśród innych głównych pokoi znajdowała się sala zgromadzeń w średniowiecznym stylu, centrum pracy zawodowej z wielkimi belkami i granitowym kominkiem, główna biblioteka, rząd, w którym przyjmował gości, oraz pokój z mapą, gdzie pod portretami Fryderyka Wielkiego i Napoleona odbywały się zebrania sztabowe. Później pojawiła się także duża sala bankietowa z kolumnami z czerwonego marmuru pochodzącego z Werony. Stół przykrywano jedwabiem, krzesła były białe ze skórzanymi obiciami, zasłony wyszywane złotą nicią w literę H z wieńcem laurowym. Ściany pokrywała tkanina przedstawiająca alegoryczne postaci Młodości, Zdrowia i Radości; u sufitu wisiały wielkie kryształowe żyrandole. Okna wyposażone w mechanizm elektryczny otwierały się, ukazując bezkresny widok na ogrody i las. Na zewnątrz, na tarasie goście obsługiwani byli przez lokai w butach do jazdy konnej i zielonych kurtkach lub przez dziewczęta w butach ze skóry kozłowej i zielonych kurtkach i spódnicach. Główny salon miał dwa przedpokoje, tzw. Pokój Złoty i Pokój Srebrny, w których Göring wystawiał na pokaz swoje bajeczne prezenty. Schody na wyższe piętro ozdabiały pamiątki i trofea z polowań Göringa. W wielkiej attyce zainstalował model kolejki, a do zabawy z nią zapraszał wielu dystyngowanych gości. Pokój miał osiemdziesiąt, a prosty tor koleki sześćdziesiąt stóp długości. Pociągami kierowano z panelu kontrolnego, umieszczonego obok dużego, czerwonego fotela.

Göring miał także mały, odizolowany pokój do pracy z zabytkowymi tyrolskimi meblami i z dostępem do prywatnej biblioteki, w której trzymał najcenniejsze dla niego książki, a między nimi dzieła na temat historii nordyckiej, historyczne i topograficzne tomy o Niemczech, studia z nauk militarnych i lotnictwa oraz książki o sztuce, podróżach i odkryciach. Latem pracował w całkowicie prywatnej loggii, która pozwalała mu siedzieć na powietrzu i patrzeć na jezioro.

Carinhall miał również suterenę, w której znajdowała się sala gimnastyczna, słabo oświetlony basen ozdobiony rzeźbami i pokój zabaw. W sali gimnastycznej Göring mógł ćwiczyć strzelanie, celując do poruszających się przedstawień zwierząt wyświetlanych na ścianie; w pokoju zabaw znajdował się zasilany prądem system modeli samolotów i kolei żelaznych na mapie. Nocą sala gimnastyczna stawała się kinem, w którym siedziała służba. Każdy miał wyznaczone miejsce, jakby był to kościół pana na włościach. Pokoje gościnne dla gości i personelu oraz pokoje dla służby były wygodne i dobrze urządzone; Göring chciał uchodzić za modelowego pracodawcę.


Carinhall, jak opisywało go wielu gości, był wynikiem nieustannych zmian i rozbudowy, które ciągnęły się do pierwszych lat wojny. Początkowo budynek był znacznie mniejszy, przypominał raczej wyszukany domek myśliwski, ukończony przez armię budowniczych w ciągu dziesięciu miesięcy. Naprzeciw, na brzegu jeziora, Göring zbudował mauzoleum z brandenburskiego granitu. Miał zamiar pochować w nim ciało żony, której grób w Lóvoe w Szwecji został, jak twierdził, sprofanowany przez szwedzkich antynazistów. Göring na grobie Carin położył nową płytę nagrobkową ozdobioną swastyką, a podczas wizyty w Szwecji złożył wieniec w kształcie swastyki. Usunęli go szwedzcy antynaziści, pozostawiając kartkę informującą, że „Niemiec, Göring" popełnił akt wandalizmu i nie powinien wykorzystywać grobu swojej żony jako środka propagandy. Nowa krypta została zbudowana pod ziemią, prowadziły do niej schody. Göring zamówił obszerną cynową trumnę w firmie Svensk Tenn, której luksusowe wystawy z meblami i wyrobami metalowymi przyciągnęły jego uwagę, kiedy był w Sztokholmie, i nie mógł sobie pozwolić na takie ozdoby. Cynowa trumna została zaprojektowana w takim rozmiarze, żeby oprócz Carin mogła ewentualnie pomieścić również jego ciało.

Carin Göring - pierwsza żona Hermanna Göringa

Cynowa trumna jego pierwszej żony Carin

Podobnie jak z całego Carinhall, Göring był dumny z krypty, która stała się stałym punktem wycieczek jego gości. Na jednym z pierwszych przyjęć zorganizowanych przez Göringa w nowym domu, 10 czerwca 1934 r., było blisko czterdzieści osób, w tym ambasadorzy Anglii i Ameryki. Nowy ambasador brytyjski Sir Erie Phipps wysłał Sir Johnowi Simonowi długi, ironiczny opis tego spotkania. Göring późno przybył na miejsce w lesie, w którym zebrali się goście; przyjechał szybkim samochodem wyścigowym, ubrany w „strój lotnika z elastycznej gumy, w wysokie buty i z dużym nożem myśliwskim za pasem". Najpierw przez mikrofon wygłosił wykład na temat niemieckiegoado leśnictwa. Następnie próbował nakłonić jednego ze swych byków do pokrycia kilku krów, lecz była to porażka; byk „wyszedł ze swojej przegrody z największą niechęcią i po kilku dość smutnych spojrzeniach na krowy, próbował do niej wrócić". Potem Göring zniknął, każąc swoim gościom jechać samochodami przez lasy do Carinhall, gdzie ponownie ich przyjął ich ubrany teraz w białe buty do tenisa, białe drelichowe spodnie, białą flanelową koszulę i zieloną kurtkę skórzaną, z wielkim nożem myśliwskim za pasem i oprowadził po domu: cały czas trzymał, długi, przypominający harpun „przyrząd". Emmy Sonnemann była tam i pełniła honory domu podczas doskonałego posiłku; Göring przedstawił ją jaką osobistą sekretarkę.


Opowiadając tę historię w swoim pamiętniku, ambasador Dodd napisał, że Göring – którego określił jako „wielkiego, grubego, dowcipnego człowieka, uwielbiającego ponad wszystko wystawność i ostentację" - oprowadził ich później po posiadłości „i na każdym kroku manifestował swoją próżność, często powodując, że goście spoglądali na siebie z rozbawieniem". W końcu zostali zaprowadzeni do krypty, „najbardziej wyszukanej budowli tego rodzaju, jaką kiedykolwiek widziałem". Göring „był dumny z tego wspaniałego grobowca swojej pierwszej żony, w którym, jak twierdził - pewnego dnia zostaną złożone jego szczątki". Dodd dodawał, że on i Phipps „znudzili się tym osobliwym popisem" i pospieszyli z powrotem do Berlina.

 

Kilka dni później, 19 czerwca, zwłoki Carin przetransportowane w sarkofagu, na którym widniały herby rodziny Göringów i Flocków, zostały pochowane w krypcie z makabryczną pompą. Po prostej mszy w Lóvoe przykryta flagą ze swastyką trumna została wstawiona do ozdobionego roślinami i wypełnionego kwiatami wagonu kolejowego. Do wieńca z białych róż od Göringa przyczepiona była kartka „Dla mojej jedynej Carin". Strzeżona przez oddział nazistów trumna pojechała promem do Sussnitz, a następnie koleją przez miasteczka północnych Prus, które na czas przejazdu zostały postawione w stan żałoby, aż ostatecznie dotarła do Eberswalde, gdzie została położona na samochodzie i zawieziona drogą do Carinhall. Umundurowani członkowie partii stali wzdłuż drogi, a orkiestra wojskowa grała Marsz żałobny Zygfryda ze Zmierzchu bogów. Hitler też tam był.

Kondukt żałobny Carin

Lecz tak dokładnie zaplanowana ceremonia została nagle przerwana. Himmler przyjechał spóźniony, blady i roztrzęsiony. Twierdził, że przeprowadzono zamach na jego życie i że kula roztrzaskała szybę jego samochodu. On sam nie był ranny i nie słyszał odgłosu strzału. Pogrzeb został przerwany na kilka minut, gdy Himmler opowiadał szeptem swoją historię Hitlerowi i Göringowi. Następnie, kiedy zabrzmiały rogi myśliwskie i trąbki, a sarkofag został spuszczony do krypty, w której stało sześć zapalonych świec. Kiedy karawaniarze wyszli, Göring i Hitler zeszli po schodach, żeby złożyć Carin milczący hołd."

Ponowny pochówek Carin z udziałem Adolfa Hitlera w kryppcie

Dawanie i otrzymywanie prezentów stało się częścią renesansowego rytuału życia Göringa. Otrzymywał znacznie więcej, niż dawał, lecz nie był skąpy w rozdawaniu niezliczonych prezentów swoim pracownikom przy takich okazjach jak Boże Narodzenie. Pakowano i wysyłano setki prezentów, a jeszcze więcej wręczano osobiście na spotkaniach organizowanych w Carinhall. Rozdawano na przykład srebrne ołówki, a nawet, w dowód szczególnej życzliwości, piękną strzelbę dla sportowca. Lecz kiedy kończyło się Boże Narodzenie, przchodził styczeń, czyli okres dostawania prezentów, i ci, którzy chcieli zachować jego przychylność, wysyłali mu drogie prezenty urodzinowe, które wybierali intuicyjnie lub informując się, czego pragnie marszałek. Setki prezentów, niektóre z nich bardzo cenne, stanowiły co roku znaczny dodatek do kolekcji sztuki Göringa. Przykładami mogą tu być holenderskie nadrzeczne krajobrazy pędzla Salomona van Ruysdaela, sprezentowane przez przemysłowca dr. Friedricha Fricka, o wartości 80 000 marek; XVI-wieczny francuski gobelin przekazany przez dr Plancka z Kolonii, wyceniany na 45 000 marek; krajobraz zimowy Jana van Goyena sprezentowany przez marszanda Aloisa Miedla, który załatwił wiele prac dla Göringa, lecz ten obraz o wartości 80 000 marek dał mu w prezencie. Przypadkiem, który szczególnie zdenerwował Goebbelsa w środku jego osobistej kampanii na rzecz wojny totalnej, była skierowana do niego w styczniu 1944 r. przez burmistrza Berlina prośba o sugestię, co miasto powinno dać Göringowi w tym roku; w latach ubiegłych, według zapisków Semmlera o gniewnych komentarzach Goebbelsa, adiutant Gӧringa dzwonił do władz miasta i doradzał w kwestii odpowiedniego prezentu dla Göringa - może powinien to być Van Dyke za 250 000 marek? Goebbels czuł, że 25 000 marek byłoby bardziej odpowiednią kwotą, lecz co ciekawe nawet on zaakceptował fakt, że miasto powinno dać Göringowi jakiś prezent. Zapiski w rzeczywistości pokazują, że w 1942 r. Berlin dał Göringowi obraz Tintoretta wyceniany na 220 000 marek, lecz w 1944 r. władze miejskie przyjęły radę Goebbelsa i dały mu obraz ze szkoły Antonio Moro, który kosztował jedynie 25 000 marek.

Carinhall - od lewej Emmy Göring, Benito Mussolini i Hermann Göring

Słynący z zamiłowania do luksusu Göring dbał, aby posiadłość wzbudzała podziw. Ogromny basen z podgrzewaną wodą, kręgielnia, zajmująca kilkaset metrów kwadratowych, makieta kolejowa z domkami, tunelami i górami – to wszystko miało służyć Göringowi aż do późnych lat starości.

Słynna kolejka, którą marszałek się szczycił przed gośćmi

Ciekawostką może być też fakt, że to właśnie w rezydencji marszałka zamontowano jedną z pierwszych wówczas produkowanych zmywarek do naczyń firmy AEG. Nie sposób zliczyć też dzieł sztuki (rzeźb, figur i starodruków), które zostały zrabowane, bądź też nabyte przez marszałka w różnych miejscach Europy.


Po śmierci Göringa Carinhall miało być przekształcone na muzeum, które nie tylko uświetniałoby osiągnięcia Tysiącletniej Rzeszy, ale i samego gospodarza tych terenów. Odpowiednie plany opracowywano jeszcze w styczniu 1945 roku. Stało się inaczej – historia przewidziała zupełnie inne miejsce dla Carinhallu i ludzi z nim związanych. 20 kwietnia 1945 r. Göring Carinhall opuścił po raz ostatni. W momencie zbliżania się Armii Czerwonej (2 Front Białoruski, 2 Armia Uderzeniowa) Göring nakazał 28 kwietnia 1945 roku wysadzić budynki w powietrze oraz ukryć zwłoki Carin w pobliskim lesie. Żołnierze sowieccy, szukając skarbów, odnaleźli i zbezcześcili nowy grób Carin. Ostatecznie, przy pomocy miejscowego leśnika i berlińskiego pastora pochodzącego ze Szwecji, odszukano szczątki i w 1951 r. powróciły do ojczyzny.

 

Hermann Göring Puszczy Białwieskiej i jeg związki z Prezyentem Ignacym Mścickim.

 

W połowie lat 30-tych H. Göring, z polecenia Hitlera zaczął nawiązywać kontakty z najwyższymi osobistościami II RP, szukając wśród nich sojuszników we wspólnym działaniu przeciwko Rosji. Zaproszenie H. Göringa do Polski na reprezentacyjne polowanie zasugerował rządowi polskiemu po raz pierwszy wiosną 1934 roku Józef Lipski, ambasador Polski w Berlinie. Ponieważ było już po sezonie łowieckim, postanowiono odłożyć tę sprawę do następnego roku. Przyjazd H. Göringa do Polski w końcu lutego 1935 roku wywołał w Korpusie Dyplomatycznym Warszawy duże poruszenie i zainteresowanie. Gość noszący obok wielu funkcji i tytułów także tytuł wielkiego łowczego III Rzeszy, wyraził życzenie zapolowania na wilki i rysie w Puszczy Białowieskiej. Nie było to proste, gdyż zima tego roku nie była specjalnie śnieżna.


H. Göring przyjechał do Białowieży na drugą turę polowania reprezentacyjnego, która odbyła się w dniach 28-29 stycznia 1935 roku (pierwsza – kilka dni wcześniej). Obok premiera Prus polował wówczas m.in. prezydent RP Ignacy Mościcki, marszałek Senatu Władysław Raczkiewicz, dyrektor Lasów Państwowych Adam Loret, generałowie Kazimierz Sosnkowski i Kazimierz Fabrycy, kilku posłów i ministrów – krajowych i zagranicznych.

Polowanie w 1935 roku. Prezydent Ignacy Mościcki w rozmowie z Hermannem Göringiem

W trakcie polowania H. Göring przedstawił generałom Sosnkowskiemu i Fabrycemu propozycję przystąpienia do przygotowywanego paktu antykominternowskiego. Roztaczał też przed nimi obraz wielkich korzyści, jakie Polska mogłaby uzyskać przez zajęcie Ukrainy aż po Morze Czarne. Ofertę swą powtórzył później w trakcie audiencji u marszałka Józefa Piłsudskiego. Marszałek propozycji jednak nie przyjął, trzymał się bowiem swojej doktryny zachowania równowagi pomiędzy obu ościennymi mocarstwami.


Swego pierwszego polowania w Białowieży H. Göring raczej nie mógł zaliczyć do udanych. Upolował tylko 2 dziki, ranił też ponoć jednego wilka. Pozostał w puszczy jeszcze na jeden dzień, by dobić postrzelonego drapieżnika, ale to mu się nie udało. Stefan Charczun, ówczesny łowczy Puszczy Białowieskiej, dostrzelił dla Göringa tego wilka, ale tak naprawdę był to zupełnie inny osobnik. „Wilk Göringa” został następnie odprawiony do Berlina specjalnym samolotem. Polski Związek Stowarzyszeń Łowieckich, w osobach prezesa gen. K. Sosnkowskiego i wiceprezesa gen. K. Fabrycy, postanowił niejako „zrekompensować” H. Göringowi tę porażkę łowiecką i nadał mu najwyższe odznaczenie łowieckie „Złom”.

Pokot po polowaniu w lutym 1935 r.

W dniu 1 lutego 1935 r. tak oto "Dziennik Białostocki" relacjonował wizytę dostojnych myśliwych w Białowieży. "Po powrocie uczestników polowania z puszczy ułożono na pomoście przed pałacem myśliwskim wszystkie trofea. Dookoła ułożonej zwierzyny zapalono 8 kagańców. Karpina nasycona benzyną oświetliła cały dziedziniec pałacowy, roztaczając olbrzymią łunę nad Białowieżą. O godz. 18.30 wyszedł z pałacu p. prezydent Rzeczypospolitej wraz z gośćmi. Siedmiu trębaczy zagrało na waltorniach “Honor panów myśliwych", następnie łowczy Charczun złożył ogólny raport z przebiegu polowania. W dalszym ciągu nastąpiła oryginalna część ceremonii. Mianowicie trębacze grali melodie łowieckie na cześć ubitych dzików, rysiów, rogaczy. Wreszcie na zakończenie odegrano “Pożegnanie panów myśliwych". (źródło: Lasy: Goering i prezydent polowali w Puszczy Białowieskiej, Alicja Zielińska, 14 maja 2011).

 

Po raz drugi H. Göring gościł w Białowieży w lutym 1936 roku. Reprezentacyjne polowanie odbyło się w trzech turach, w dniach 14-15, 17-18 i 20-22 lutego, przy śnieżnej i mroźnej pogodzie. H. Göring uczestniczył tylko w trzeciej turze (przez prasę określaną jako polowanie prywatne), już bez udziału prezydenta I. Mościckiego. H. Göring ponownie ustrzelił tylko 2 dziki. Chciał też za wszelką cenę upolować rysia, ale to mu się nie udało.  Niemiecki gość był podejmowany śniadaniem przez ministra J. Becka oraz Józefa Potockiego z MSZ, na których podzielił się swymi wrażeniami z polowania w Puszczy. Złożył także wizyty prezydentowi RP i premierowi Kościałkowskiemu. Podczas rozmów akcentował szczególnie wolę i chęć Niemców do dalszego rozwoju stosunków z Polską, nie ukrywał też antysowieckiego nastawienia, ani niemieckich zamiarów w kwestii remilitaryzacji Nadrenii.

Göring, ubrany w grubą szubę, z olbrzymim, pochodzącym chyba z czasów Nibelungów, kordelasem u boku, jadł dużo, pił dużo, interesował się orderami – „ten mam, tego nie mam, a ten, to ciekawy egzemplarz, jeszcze go nie widziałem” – i dowcipkował.

Pokot po polowaniu w 1936 r.

Stała się też rzecz niewiarygodna! Prezydent I. Mościcki odznaczył wówczas H. Göringa Orderem Orła Białego – najwyższym odznaczeniem honorowym Rzeczypospolitej, przyznawanym za znamienite zasługi zarówno cywilne jak i wojskowe. Ten jakże kuriozalny dzisiaj fakt został starannie wymazany z historii. Nazwiska Göringa – jak pisze znany polski dziennikarz, felietonista, eseista i pisarz Aleksander Jerzy Wieczorkowski – nie znajdziemy zatem na liście kawalerów tego orderu, ani w jego szczegółowej biografii. Nie ma też o tym ani słowa w encyklopediach.

Göring przyjeżdżał  do Białowieży głównie by polować na rysie. Tyle, że z rysiami jakoś mu nie wychodziło. Polowanie na tego drapieżnika wymaga zachowania wszelkich środków ostrożności, a Göring na stanowisku palił i głośno rozmawiał. Trzeba więc było ambicje myśliwskie gościa zadowalać dzikami, często… podstawionymi.

W 1937 roku Hermann Göring wziął udział w pierwszej turze polowania reprezentacyjnego w Białowieży, która odbyła się w dniach 17-20 lutego. Obok prezydenta I. Mościckiego i premiera Prus wziął w nim udział m.in. marszałek Edward Rydz-Śmigły, minister spraw wojskowych gen. Tadeusz Kasprzycki, minister Michał Mościcki, dyrektor kancelarii wojskowej gen. Kazimierz Schally, komendant główny Policji Państwowej gen. Józef Zamorski-Kordian, szef protokołu dyplomatycznego dyrektor hr. Karol Romer, generałowie Kazimierz Fabrycy, Kazimierz Sosnkowski i Stanisław Skwarczyński, ambasador RP w Niemczech Józef Lipski. H. Göring polował tylko 17 lutego. Zgodnie z jego życzeniem polowano w tym dniu wyłącznie na drapieżniki (rysie, wilki). Premierowi Prus udało się ustrzelić 3 wilki i 2 dziki. Wilki zostały wcześniej osaczone na terenie nadleśnictwa Hajnówka. Po posiłku auta przewiozły myśliwych do nadleśnictwa Gródek. Rysie wyszły jednak nie na Göringa, a na towarzyszącego mu łowczego Ulricha Scherpinga, który ubił 1 sztukę. Jeszcze tego samego dnia Göring udał się w towarzystwie gen. Kazimierza Fabrycego na Polesie. W trakcie polowania w Białowieży prezydent został obdarowany przez wielkiego łowczego Rzeszy posokowcem hanowerskim, ułożonym do tropienia. Podróż z Berlina do Warszawy odbył w osobnym przedziale w towarzystwie opiekuna łowczego Freverta.

Posokowiec hanowerski - prezent od Göringa. Pies ten zdobył jesienią 1936 roku na próbach na Węgrzech drugą nagrodę. Prezydent polecił przewieźć psa do Białowieży.

Posokowiec hanowerski – dar Göringa

Wśród osób zapraszanych przez prezydenta RP Ignacego Mościckiego na reprezentacyjne polowania, organizowane w latach trzydziestych w Puszczy Białowieskiej, był ówczesny premier Prus – Hermann Göring. Przyjeżdżał on do Białowieży czterokrotnie – w 1935, 1936, 1937 i 1938 roku.


W 1937 roku Göring przywiózł ze sobą, w podarunku dla głowy polskiego państwa, posokowca hanowerskiego, ułożonego do tropienia. Hodowla posokowców było jedną z pasji wielkiego łowczego Rzeszy. W 1934 roku Göring wydał zarządzenie, by każde nadleśnictwo, względnie łowisko o stałym stanie oraz etacie odstrzału jeleni, posiadało przynajmniej jednego posokowca. Inżynier Leon Ossowski napisał w „Łowcu Polskim” – nr 16 z 1935 roku, że z tego właśnie powodu sprowadzenie posokowca z Niemiec do Polski było w owym czasie bardzo utrudnione z powodu zarówno popytu na nie w samych Niemczech, jak też bardzo wysokiej ceny.


Premier Prus przywiózł posokowca do Warszawy. „Kurier Bydgoski” – nr 39 z 1937 roku tak relacjonował ten fakt: „Gen. Göring przybył z Berlina na dworzec wschodni w towarzystwie sekretarza stanu Körnera oraz dwóch adiutantów, Menthego i Scherpinga. Z dworca wschodniego, gdzie przedsięwzięto szczególne środki bezpieczeństwa, gen. Göring pojechał do ambasady niemieckiej, a następnie przybył na zamek, ażeby wpisać się do księgi audiencjonalnej i złożyć prezydentowi w podarunku psa, specjalnie hodowanego i rzadkiej rasy (z wykręconymi nogami). Następnie Göring złożył wizytę premierowi Składkowskiemu. O godz. 13 był na śniadaniu u wiceministra spraw zagranicznych Szembeka, a o godz. 19 przyjęty był przez marszałka Śmigłego-Rydza. (…) Do Białowieży premier Göring wyjechał w nocy”.


Podarowany prezydentowi posokowiec („Wahrtoo vom Feuerstein” nr 873), był psem wysokowartościowym. Jesienią 1936 roku zdobył on podczas prób na Węgrzech II nagrodę i był tam najlepszym posokowcem hanowerskim, pochodzącym z Niemiec. Prezydent zdecydował, że czworonożny prezent zostanie przewieziony do Białowieży i oddany pod opiekę oddziałowi łowiectwa tutejszej Dyrekcji Lasów Państwowych. Osobiście zaopiekował się nim szef działu – inspektor, następnie łowczy Maksymilian Doubrawski, wielki miłośnik tej rasy psów. W „Łowcu Polskim” – nr 3 z 1939 roku możemy zobaczyć go na zdjęciu, z trójką posokowców własnej hodowli.

Inspektor Maksymilian Doubrawski ze swoimi posokowcami. (Źródło: "Łowiec Polski" nr 3/1939 r.)

Maksymilian Doubrawski organizował polowania reprezentacyjne w Puszczy Białowieskiej w latach 1936-1939. On też składał prezydentowi RP Ignacemu Mościckiemu raporty o wyniku polowania podczas uroczystych przeglądów zwierzyny, urządzanych przed pałacem w Białowieży. Mieszkając i pracując w Białowieży, prowadził hodowlę posokowców, które były oczkiem w jego głowie.  Opiekował się hodowlą łosi w Puszczy Białowieskiej. Osobiście sprowadzał je z Ordynacji Dawidgródeckiej. Organizował i nadzorował prowadzone tutaj od 1936 roku prace nad regeneracją tarpana leśnego. Czuwał także nad przebiegiem prac związanych z restytucją żubra oraz ponownym wprowadzeniem do Puszczy niedźwiedzia.


Podarowany posokowiec podczas polowania reprezentacyjnego w 1937 roku nie był użyty. Wykorzystano go natomiast w następnym roku, gdy w Puszczy polował regent Węgier Miklos Horthy. Pies miał wytropić postrzelonego przez regenta rysia. Wspomniany już inż. L. Ossowski wypomniał organizatorom tego polowania na łamach poznańskiego czasopisma „Myśliwy” – nr 4 z 1938 roku, że pies został użyty niewłaściwie, ponieważ tego typu psów nie można wykorzystywać do tropienia postrzelonego rysia. Inżynier twierdził, iż: „Prawidłowym (…) tropem dla posokowca jest trop jelenia, daniela, dzika i łosia. Dobry posokowiec, prowadzony wyłącznie na tych tropach, będzie mistrzem w pracy tej”.


Posokowiec Göringa trzymany był w Białowieży w pomieszczeniach dla psów myśliwskich, które ulokowano na wschodnim obrzeżu parku pałacowego (obecnie teren ten zajmuje Instytut Biologii Ssaków PAN). Nieoczekiwanie stał się on atrakcją turystyczną dla licznych grup turystów odwiedzających Białowieżę. Ludzie dowiedzieli się o psie z prasy. Szczególne zainteresowanie nim wykazywali turyści niemieccy. Andrzej Kłyszyński na łamach „Kuriera Bydgoskiego” – nr 204 z 1937 roku scharakteryzował psa następująco: „Rzeczywiście – jest to niezwykły okaz: średniego wzrostu ale za to niezwykle silnej budowy, o oczach nabiegłych krwią. Wygląd jego nie budzi zaufania wśród przybyłych gości, zarówno krajowych i zagranicznych i dlatego też wszyscy omijają go z daleka”.


Z tym omijaniem to jednak nie do końca prawda. Pies w rzeczywistości nie sprawiał jakiegoś odstraszającego wrażenia. Strażnikowi łowieckiemu, który bezpośrednio opiekował się psami myśliwskimi DLP, dość często przychodziło prezentować „dar Göringa” zainteresowanym nim osobom. Szczególną ciekawość psem wykazywali myśliwi. Jak często i czy w ogóle posokowiec był wykorzystywany podczas łowów, nie tylko prezydenckich – nie wiadomo. Nic nie wiadomo również o losach psa po wybuchu II Wojny Światowej. (Oprac. Piotr Bajko)

 

Hermann Goring i Prezydent Ignacy Mościcki

Oczywiście i tym razem nie obyło się bez rozmów politycznych. Göring przeprowadził je z marszałkiem Edwardem Rydzem-Śmigłym, premierem Sławojem Składkowskim i wiceministrem spraw zagranicznych Janem Szembekiem.   W dniu 3 listopada 1937 roku H. Göring otworzył w Berlinie Międzynarodową Wystawę Łowiecką, której był współorganizatorem. W polskim pawilonie można było zobaczyć m.in. mapę plastyczną Białowieży oraz wypchanego żubra. W hali zawierającej wyłącznie trofea Göringa prezentowano 2 wilki, które ustrzelił w Polsce.

Premier Prus Hermann Goring (pierwszy z lewej), prezydent RP Ignacy Mościcki (trzeci z lewej), gen. Kazimierz Sosnkowski (drugi z prawej) i myśliwi przy upolowanych przez premiera wilkach w Puszczy Białowieskiej

Po raz czwarty marszałek H. Göring polował w Białowieży w 1938 roku. Wziął udział w drugiej turze polowania, która odbyła się w dniach 24-25 lutego, przy dość wysokiej już temperaturze, która w dzień dochodziła do +5°C. Uczestnikami tego polowania byli: prezydent I. Mościcki, ministrowie Paul Körner i Friedrich Alpers, ambasadorowie Hans Adolf von Moltke i Józef Lipski oraz inni. H. Göringowi tym razem udało się upolować 13 dzików i 1 lisa. W przeddzień wyjazdu do Białowieży Göring odbył w Warszawie rozmowy z marszałkiem E. Śmigłym-Rydzem, premierem S. Składkowskim i ministrem J. Beckiem. Ponoć tego ostatniego rozmówcę miał wtajemniczyć co do planów Niemiec wobec Czechosłowacji i złożyć ofertę współdziałania. W Białowieży Göring obiecał, w podzięce za zaproszenia na polowania, podarować prezydentowi Mościckiemu samochód myśliwski. Słowa dotrzymał, samochód marki Mercedes-Benz został dostarczony prezydentowi przez delegację niemiecką w dniu 27 sierpnia 1938 roku.   H. Göring zrozumiawszy, że jego starania wciągnięcia Polski do paktu antykominternowskiego nie przyniosą pożądanego skutku, nie skorzystał z polskiego zaproszenia do przyjazdu na kolejne polowanie w lutym 1939 roku. Zastąpił go tym razem inny bliski współpracownik – Heinrich Himmler. Pół roku później wybuchła II Wojna Światowa. Opis polowania z udziałem Heinricha Himmlera autorstwa Pana Pitora Bajko: "Himmler i jego białowieskie trofea".


"Część Puszczy Białowieskiej w okresie międzywojennym traktowana była jako reprezentacyjne łowisko prezydenta RP - Ignacego Mościckiego. Pierwsze zimowe polowanie reprezentacyjne odbyło się tutaj w styczniu 1930 roku, dwa ostatnie - w lutym 1939 roku. Te ostatnie nie należały już do tak okazałych, jak poprzednie. W powietrzu krążyły zwiastuny nadciągającej wojny. Himmler pod wpływem  opowieści Göringa nabrał chęci na polowanie w białowieskich ostępach. Przedstawiciel polskiego MSZ - Jan Meysztowicz, po latach twierdził, że jego życzenie w Warszawie nie wzbudziło entuzjazmu, odmówić jednak nie wypadało. Oficjalnie H. Himmlera zaprosił do Polski gen. Józef Kordian-Zamorski, komendant główny Policji Państwowej. Himmler przybył do Warszawy 18 lutego 1939 r. Na dworcu gościa witano z udziałem kompanii honorowej Szkoły Policji w Golędzinowie. Obecny był także ambasador Niemiec w Polsce, hrabia Hans A. von Moltke. Generał J. Kordian-Zamorski towarzyszył H. Himmlerowi także w Białowieży. Z ramienia MSZ szefowi niemieckiej policji asystował radca Adam Kurnatowski, który jednak musiał opuścić gościa z powodu śmierci swego ojca. W całej tej grupie dominowała spora liczba umundurowanych esesmanów. Jak wspominał J. Meysztowicz, polowanie przebiegało ono planowo i było pod każdym względem udane. Nie uszło jednak uwagi zarówno polskich, jak i niemieckich myśliwych, że w nagance wystąpili wprawdzie jak zwykle okoliczni chłopi, ale niektórym spod ich kożuchów wyglądały czarne buty wojskowego typu i granatowe spodnie. W czasie polowania zabito 20 dzików, spośród których dwa ustrzelił szef policji III Rzeszy. Podczas urządzonego przed pałacem carskim w Białowieży przeglądu zdobyczy, uczestnicy polowania wysłuchali odegranego na trąbkach myśliwskiego sygnału „Na śmierć dzika”.

Heinrich Himmler i gen. Józef Kordian-Zamorski, komendant główny Policji Państwowej

gen. Józef Kordian-Zamorski, komendant główny Policji Państwowej na polowaniu

Bardzo późnym wieczorem, a właściwie już po północy H. Himmler w towarzystwie gen. J. Kordiana-Zamorskiego, dyrektora lasów państwowych w Białowieży inż. Karola Nejmana i grupy oficerów SS, zwiedził muzeum przyrodnicze Parku Narodowego. Gości oprowadzał znający dobrze język niemiecki leśniczy Parku Roman Jasiński. Wizytę tę zapamiętał on jako dość przykrą ze względu na przytłaczającą sztywność H. Himmlera, człowieka o zimnych, martwych oczach i twarzy bez wyrazu, a także sprawiających niemiłe wrażenie nie spuszczających oka ze swego pana, dygnitarzy SS, jak psy gończe gotowych na każde jego skinienie. Goście wywarli na leśniczym tak nieprzyjemne wrażenie, że „zapomniał” im dać do podpisu księgę pamiątkową Parku Narodowego. Smaczku wizycie niemieckiego gościa w Białowieży nadaje jeszcze jeden fakt, o którym wspomina R. Jasiński w swych książkach „Wrzesień pod Alpami” i „Pieśń Puszczy”. Grupa niemieckich oficerów zaskoczona bardzo bogatym zestawem wędlin, które można było kupić w bufecie kasyna, mieszczącego się w budynku zajmowanym obecnie przez Ośrodek Edukacji Przyrodniczej BPN, zapytała leśniczego, czy to jest tylko na pokaz. Leśniczy zaprowadził wówczas oficerów do pierwszego lepszego sklepiku rzeźniczego w Białowieży. Oszołomieni wyborem towaru, wykupili oni prawie cały jego zapas. Rzeźnik nie posiadał się z radości. Nazajutrz wczesnym ranem, przed odjazdem specjalnego pociągu, widziano ich, jak w konspiracji przed szefem, przemykali do wagonów z pakunkami z wędliną i kiełbasami. Fotografował to wszystko z ukrycia Jakub Szapiro – korespondent białostockiego „Ilustrowanego Kuriera Codziennego”, ale - niestety - artykuł ze zdjęciami nie przeszedł przez cenzurę. Po wyjeździe Heinrich Himmlera z Białowieży, zawitał do niej włoski minister spraw zagranicznych Galeazzo Ciano z żoną Eddą".

Galeazzo Ciano z żoną Eddą

Prezydent Ignacy Mościcki i Miklós Horthy

Miklós Horthy de Nagybánya - węgierski admirał, regent Królestwa Węgier w latach 1920-1944, uczestnik polowania reprezentacyjnego w Puszczy Białowieskiej w lutym 1938 roku. Opis wizyty i polowania:


"W Polsce przebywał z oficjalną wizytą w dniach 5-9 lutego 1938 roku. Zatrzymał się najpierw w Krakowie, a 6 lutego udał się w towarzystwie prezydenta Ignacego Mościckiego i marszałka Edwarda Rydza-Śmigłego do Warszawy, następnie do Białowieży. Prezydent i regent podróżowali osobnymi pociągami. Węgierski pociąg dotarł do Białowieży o godz. 21. Miasteczko powitało dostojnego gościa z należnym szacunkiem. Cała rampa kolejowa była udekorowana polskimi i węgierskimi sztandarami, a także girlandami z gałązek świerkowych, wśród których paliły się kolorowe lampki – białe, czerwone i zielone. Także trasa przejazdu do pałacu była okazale udekorowana. Nad wejściem do pałacu umieszczono tarczę z herbami Polski i Węgier, a po jej obu bokach wisiały sztandary. Całość oświetlały lampki o barwach narodowych obydwu państw. Przywódcy Polski i Węgier oraz najwyżsi państwowi dostojnicy spędzili wieczór w pokojach reprezentacyjnych Prezydenta RP. Na spoczynek udano się o godz. 23.00.

7 lutego, o godz. 7 rano, gości zbudziły dźwięki sygnału myśliwskiego. Godzinę później zabrzmiał kolejny sygnał – tym razem wyjazdu na polowanie. Podstawionymi samochodami uczestnicy polowania udali się do Nadleśnictwa Narewkowskiego, gdzie wyznaczono 15 stanowisk łowieckich. W tym dniu polowali: prezydent I. Mościcki, marszałek E. Rydz-Śmigły, regent M. Horthy wraz ze swym synem Ettelem, książę duński Axel, poseł węgierski w Warszawie Andre de Hory, gen. K. Sosnkowski, gen. Kazimierz Schally i inni.

 

Polowanie odbyło się z naganką, przy słonecznej pogodzie, lekkim mrozie i cienkiej warstwie śniegu. Pierwsze pędzenie zwierzyny (tzw. miot) zakończyło się pomyślnym sukcesem. Regent Węgier ustrzelił 5 dzików, zaś książę Axel wspaniałego odyńca. Poza tym padło jeszcze kilkanaście dzików. Drugi miot odbył się po śniadaniu i nie należał już do udanych. Ustrzelono zaledwie kilka dzików. Podczas ostatniego miotu naganka napędziła pod linię myśliwych wraz z dzikami także wilki. Marszałek Rydz-Śmigły zabił wspaniałego samca – basiora. Pierwszego dnia polowania padło ogółem 29 dzików i 1 wilk.

 

Uczestnicy polowania powrócili do pałacu o godz. 17. Tego dnia regent i inni goście zwiedzili jeszcze muzeum puszczańskie. Oprowadzał w języku francuskim kierownik Parku Narodowego dr Jan J. Karpiński.

 

Po kolacji, o godz. 21, odbyła się uroczystość wręczenia przez prezydenta I. Mościckiego Regentowi Węgier M. Horthy’emu odznaki myśliwskiej św. Huberta (tzw. „spalskiej”). Następnie gen. K. Sosnkowski, w asyście inż. H. Knothego, wręczył dostojnemu gościowi odznakę i dyplom członka honorowego Polskiego Związku Łowieckiego. Z kolei dyrektor Lasów Państwowych w Białowieży inż. Karol Nejman przekazał M. Horthy’emu pamiątkowy album zwierający 50 zdjęć puszczańskiej przyrody, wykonanych przez J.J. Karpińskiego. Album ten został umieszczony w klonowym ozdobnym pudle, rzeźbionym ręcznie w warsztatach przemysłu ludowego przy Parku Narodowym."

Pawilon myśliwski – dar prezydenta RP dla regenta Węgier Miklosa Horthy’ego. Przed wysyłką prezentowany był w Saskim Ogrodzie w Warszawie (Źródło: „Ilustracja Polska” nr 38/1938).

Każdego dnia polowania, przed południem, zarządzano przerwę, podczas której dostojnych myśliwych podejmowano w puszczy śniadaniem. Już zawczasu w ustalone miejsce, które sąsiadowało z terenem polowania, zwożono stoły i ławy. Sprowadzeni ze stolicy kucharze podawali na nich gorący bigos i różne przekąski. Posiłek odbywał się pod gołym niebem. Nie zawsze przy odpowiedniej pogodzie – zdarzało się bowiem, że w tym czasie padał gęsty śnieg lub panował duży mróz. Z tego powodu Dyrekcja Lasów Państwowych w Białowieży postanowiła w końcu, że śniadania będą organizowane w przenośnym pawilonie myśliwskim.


Po raz pierwszy taki pawilon wykorzystany został w zimie 1937 roku, podczas polowania, w którym uczestniczył premier Prus Hermann Göring. Pawilon myśliwski był ustawiany w Puszczy także podczas polowania regenta Węgier Miklosa Horthy’ego w 1938 roku i ministra spraw zagranicznych Włoch hrabiego Galeazzo Ciano oraz jego małżonki Eddy w 1939 roku.


Projekt pawilonu opracowano w dziale łowiectwa Dyrekcji Lasów Państwowych w Białowieży, pod kierunkiem inspektora Maksymiliana Doubrawskiego, który w tym okresie zajmował się organizacją reprezentacyjnych polowań. Wykonawcą pawilonu były podległe DLP Zakłady Drzewne w Hajnówce.


Pawilon wykonano na szkielecie z cienkiej kantówki. Dawał się on łatwo rozbierać i przewozić. Każdego dnia polowania pawilon montowano w pobliżu miejsca łowów. Poszczególne części łączono za pomocą śrub. Do przewozu elementów wykorzystywano specjalną ciężarówkę, z odpowiednio przystosowaną platformą.


Instalacja ogrzewająca pawilon składała się z dwóch małych szamotowych piecyków. Pawilon był widny (miał 12 okien), wygodny, ciepły i przytulny. Pomalowany na kolor seledynowy, harmonizował z otoczeniem i miał bardzo estetyczny wygląd. Cały budynek ważył około 8 ton. Wymiary sali: 23 na 5 m.


W 1938 roku Zakłady Drzewne w Hajnówce wykonały jeszcze jeden pawilon myśliwski, który prezydent RP Ignacy Mościcki przekazał w darze regentowi Węgier Miklosowi Horthy’emu. Przed wysłaniem do Węgier, pawilon można było oglądać w Warszawie – w pobliżu strzelnicy w Saskim Ogrodzie. (Oprac. Piotr Bajko)

                                                                           

Białowieża początkowo znalazła się pod okupacją radziecką, a po napaści Niemiec na ZSRR w czerwcu 1941 roku, zawładnął nią okupant niemiecki. Na życzenie Hermanna Göringa Puszcza Białowieska, obok Puszcz – Świsłockiej, Szereszewskiej i Różańskiej, weszła do tzw. Reichsjägdgebietu, czyli Państwowego Obszaru Łowieckiego, podporządkowanego bezpośrednio centralnym władzom Rzeszy. W Białowieży utworzono jego zarząd, którym kierował specjalny pełnomocnik Göringa – nadłowczy Ulrich Scherping. Puszcza miała stanowić dla naczelnego nadleśnego i głównego łowczego III Rzeszy atrakcyjny rewir łowiecki. Już w 1941 roku, z inspiracji Göringa, przeprowadzono akcję oczyszczania terenu Puszczy Białowieskiej. Niemcy wysiedlali mieszkańców wsi położonych w głębi i na obrzeżach Puszczy, a ich zabudowania palili. Wokół Puszczy miała powstać strefa niezamieszkana. Ludność była wywożona do wsi i osiedli leżących kilkadziesiąt kilometrów poza Puszczą.  W pierwszych latach powojennych po Białowieży krążyła wieść, że Hermann Göring odwiedził tę miejscowość także podczas II Wojny Światowej, w sierpniu 1943 roku. Według nieoficjalnych i niepotwierdzonych źródeł miał on 16 sierpnia ustrzelić żubrzycę „Bisertę”, przywiezioną do Białowieży w 1929 roku. Brakowało jednakże naocznych świadków. O tych słuchach chodzących po Białowieży wspomina prof. Tadeusz Vetulani w artykule zamieszczonym na łamach czasopisma „Ziemia” (Nr 5/1946 r.) i Tadeusz Szczęsny w dwumiesięczniku „Chrońmy Przyrodę Ojczystą” (Nr 1-2/1946 r.). O wizycie naczelnego dowódcy Luftwaffe w Białowieży pisał też Aleksander Omiljanowicz w swej, głośnej w latach 70-tych, powieści szpiegowskiej „Duch Białowieży” (Lublin 1971). Czy była to tylko fikcja literacka? Wydaje się, że tak. Andreas Gautschi, jeden z biografów Göringa, który dość skrzętnie przebadał dokumenty w archiwach niemieckich, przygotowując rozprawę doktorską o Göringu jako wielkim łowczym III Rzeszy, nie znalazł potwierdzenia tej wizyty. Nie znajdziemy zatem takiej wzmianki również w jego książce pt. „Der Reichsjägermeister. Fakten und Legenden um Hermann Göring”, wydanej w 1999 roku w Niemczech, a opartej właśnie na rozprawie doktorskiej, którą autor obronił dwa lata wcześniej. (Oprac. Piotr Bajko) http://www.encyklopedia.puszcza-bialowieska.eu

 

O przedwojennych wizytach Göringa w Białowieży długo jeszcze pamiętali i opowiadali po wojnie ci mieszkańcy, którzy z racji swej pracy stykali się bezpośrednio z hitlerowskim dygnitarzem. Należał do nich m.in. strażnik łowiecki Jan Potoka, który uczestniczył w obsłudze większości polowań reprezentacyjnych. W 1938 roku Göring w podzięce za udane podprowadzenie na dzika zaprosił Potokę do wspólnego zdjęcia przy trofeum. Ten nie zdawał sobie wtedy sprawy, jaką rolę odegra ta fotografia w jego dalszym życiu. Raz je uratowała, a drugim razem omalże zgubiła. W listopadzie 1942 roku Potoka został aresztowany przez Niemców, czekała go śmierć. Na szczęście przypomniał sobie o fotografii z Göringiem. Postanowił ją wykorzystać. Żona zaniosła zdjęcie niemieckiemu łowczemu Wagnerowi, ten obejrzał je, gdzieś zatelefonował i po kilku dniach Potoka został zwolniony. Niestety, tuż po wyzwoleniu jeden z członków rodziny żony Potoki, sądzący się z nim o dom, postanowił wykorzystać zdjęcie jako dowód współpracy Potoki z władzami niemieckimi. Sąd wojenny skazał Jana Potokę na dziesięć lat ciężkich łagrów sowieckich. Po powrocie do Polski Potoka pracował do końca życia w Białowieskim Parku Narodowym. Jako przewodnik często opowiadał turystom o swych „związkach” z Göringiem.

Łowczy Puszczy Białowieskiej Stefan Charczun

Łowczy Stefan Charczun był jedną z najbardziej znanych i rozpoznawanych osób w międzywojennej Białowieży. Znano go również daleko poza białowieskimi opłotkami. Jego charakterystyczna sylwetka pojawiała się w kronikach filmowych, relacjonujących przebieg prezydenckich polowań reprezentacyjnych w Puszczy Białowieskiej, których organizacją się zajmował. Starszy niewysoki pan o sprężystej sylwetce, z siwymi włosami i takąż brodą – świetnie prezentował się również na zdjęciach, ilustrujących zamieszczane w różnych gazetach i czasopismach sprawozdania z białowieskich łowów.

 

Łowczemu Stefanowi Charczunowi Göring podarował na pamiątkę swego pierwszego polowania w 1935 roku kordelas z wygrawerowanym na nim napisem: „Wielkiemu Łowczemu Puszczy Białowieskiej – Wielki Łowczy III Rzeszy – Hermann Göring”. Wykonał też z Charczunem zdjęcie. Ciekawostkę tę opisał Jarosław Abramow-Newerly w opowiadaniu „Sztylet Göringa”. Jednak Andrzej Brosz z Gedajtów twierdzi, że historia ta jest trochę inna, niż ją pisarz przedstawił. Z opowiadań babci Zofii Charczunowej wie, że z pochwy sztyletu odłupali oni najpierw umieszczone na niej ozdoby w postaci żołędzi, a gdy do Polski wkroczyli Rosjanie, ze strachu wyrzucili sztylet do wody. Z kolei jeden z wnuków łowczego (por. Janusz Dynowski) był świadkiem, jak dziadek na kilka dni przed wybuchem wojny oddał ten prezent na Fundusz Obrony Narodowej. Był on wprawdzie pozłacany, ale brzydki. Stefan Charczun mieszkał w tym czasie w Kiercach na Wołyniu. Po wejściu do miasta Niemców, zjawiła się u Charczuna delegacja przysłana przez Göringa. Göring chciał, by Charczun objął stanowisko łowczego w Puszczy Białowieskiej. Ten jednakże wymówił się chorobą i podeszłym wiekiem. Potomkowie łowczego pielęgnują opowieść rodzinną o dostrzeleniu przez dziadka wilka, którego polujący w 1935 roku w Białowieży Hermann Goering tylko postrzelił. Z Göringiem zetknął się także leśniczy Zbigniew Szczerbicki. Dowodził on częścią nagonki podczas jednego z polowań reprezentacyjnych. W 1987 roku wspominał na łamach kieleckiego „Słowa Ludu”, że był świadkiem, jak specjalny kurier przywiózł do Polski buławę marszałkowską, nadaną Göringowi przez Hitlera. Według słów leśniczego, podczas polowania Göring mieszkał w specjalnej, opancerzonej salonce, która stała na bocznicy kolejowej, zbudowanej jeszcze dla Cara.

 

Interesujące wspomnienia o swym słynnym dziadku przekazał mi - pisze Piotr Bajko -  także Zbigniew Charczun, który przez cały rok szkolny 1933/1934 mieszkał u niego w Białowieży, uczęszczając do miejscowej szkoły powszechnej. Tak po latach wspomina tamten okres:


„Obszerny parterowy dom dziadka Stefana znajdował się przy samym rozgałęzieniu dróg biegnących do Hajnówki, na Grudki i do centrum Białowieży. Na dziedziniec posiadłości dziadków wjeżdżało się przez bramę w wysokim, zbitym ze szczelnie przylegających do siebie sztachet, płocie. Podwórze było ograniczone budynkiem mieszkalnym i zabudowaniami gospodarskimi. Mieszkanie składało się z pięciu pokoi w amfiladzie i kuchni. Miało trzy wejścia: frontowe od strony ulicy, kuchenne z podwórka i boczne z ogrodu przez dużą oszkloną werandę.


Tak jak centralną postacią w rodzinie był dziadek, tak też i jego gabinet zajmował ważne miejsce w domu. Przy oknie wychodzącym na dziedziniec stało masywne biurko, a na nim lampa z seledynowym przezroczystym kloszem, urzekająca wieczorem swym światłem, oraz telefon z korbką. Przy ścianie naprzeciwko okna znajdowała się kozetka. Odpoczywał na niej czasem adiunkt Jan Richter, pomocnik łowczego – wysoki rudy Niemiec, który sypiał z otwartymi oczami. Nad kanapą była rozpięta skóra rysia upolowanego przez dziadka. Na podłodze leżały skóry dzikich zwierząt. Od czasu do czasu pojawiali się w gabinecie strażnicy łowieccy.


Niecodziennym wydarzeniem było zawsze polowanie w Puszczy Białowieskiej prezydenta RP Ignacego Mościckiego z gośćmi. Poprzedzała je wytężona praca służby łowieckiej. Widocznym znakiem przygotowań były zwoje sznurów z przymocowanymi do nich chorągiewkami – kolorowymi szmatkami (tzw. fladry). Otaczało się nimi część lasu, aby zatrzymać w niej otropioną zwierzynę. W dniu polowania przed naszym domem, szosą prowadzącą do Hajnówki, przejeżdżała kolumna samochodów. Pojazd prezydenta wyróżniał się tym, że poruszał się na sześciu kołach. Po zakończeniu polowania odbywał się wieczorem przed pałacem uroczysty przegląd ustrzelonej zwierzyny. Ułożona była ona na oświetlonym kagańcami placu. Schodami prowadzącymi z pałacu schodził w otoczeniu gości prezydent, któremu dziadek składał raport z wyników polowania. Grała potem założona przez dziadka orkiestra, a błyski magnezji oświetlały uczestników polowania”. (źródło: Piotr Bajko, Jeszcze słychać echo Charczunowej sygnałówki).

 

Dla wielu czytelników może to być zaskoczeniem, ale Göring zapisał się także w historii parafii prawosławnej w Białowieży. Białowieska cerkiew 1 września 1939 roku została zbombardowana przez podległe mu lotnictwo. Ówczesny proboszcz Klaudiusz Puszkarski podczas okupacji niemieckiej zaczął czynić starania o odbudowę poważnie uszkodzonej świątyni. Gdy ze starostwa otrzymał odmowną odpowiedź, wysłał delegację do Berlina, do samego Hermanna Göringa. Pojechał starosta cerkiewny Jan Smoktunowicz i parafianin Aleksy Wołkowycki oraz duchowny spoza Białowieży. Parafianie włożyli na tę okazję zgrzebne ubrania lniane, na nogi zaś postoły (łapcie z łyka). Zezwolenia na odbudowę wprawdzie z Berlina nie przywieźli, ale ich wizyta nie była daremna, ponieważ gdy o. Puszkarski powtórnie zwrócił się do starosty, otrzymał zgodę od razu. Wyświęcenie odbudowanej świątyni odbyło się w październiku 1943 roku.

Transport upolowanej zwierzyny w Puszczy Białowieskiej

Upolowaną zwierzynę zgodnie z etyką myśliwską wywożono z Puszczy z głową zwróconą w jej kierunku, żeby w ostatniej chwili ją zapamiętała na zawsze. Z aparatem fotograficznym Wlodzimierz Puchalski

Pobyty Göringa w Białowieży długo jeszcze po wojnie wspominali wozacy, którzy dowozili na swych saniach wysoko postawionych myśliwych na stanowiska łowieckie. Jeden z nich, nieżyjący już Michał Bajko z Zastawy, twierdził, że Göring był dość hojny, dawał wozakowi na piwo 10 zł, gdy tymczasem prezydent Mościcki tylko 5 zł. Mówił też, że hitlerowski dygnitarz jako jedyny z gości, podobnie jak prezydent Mościcki, nie losował stanowiska łowieckiego. (por. Piotr Bajko, Polityczne łowy Göringa, 19 luty 2016 r.)

 

Jak Göring  podarował mercedesa prezydentowi Mościckiemu?

 

Biografowie piszą. że była między nimi zażyłość wynikająca ze wspólnych pasji. Jest takie powiedzenie myśliwskie, że "strzelba łączy". Leśnicy mówią też, że "lufa wszędzie zaprowadzi". Patrząc na zdjęcia z tego okresu, można odnieść wrażenie, że dobrze się czuli w swoim towarzystwie. Prezydent chętnie rozmawia z Göringiem, a nawet uśmiecha się, w przeciwieństwie do oficjalnych zachowań w obecności innych dyplomatów zapraszanych na polowania.

Poza myślistwem łączyło ich też zamiłowanie do automobilizmu. W zbiorze pamiątek po Ignacym i Marii Mościckich przechowywanych w Archiwum Jasnogórskim oo Paulinów w Częstochowie można zobaczyć fotografie Prezydenta korzystającego z takich samochodów, jak CWS-2, Buick, Cadillac.

Samchód Rolls Royce Prezydenta I. Mościckiego ...

Rolls Royce był za ciężki do wyjazdów w teren i nie miał dwóch napędów na koła

 

Jak się odbyło przekazanie samochodu podarowanego przez Göringa?

 

Berlin obdarowywał prominentów i głowy państw prezentami. Były to dzieła sztuki, wyroby regionalne, ale również samochody kosztujące od 20 tys. do 35 tys. marek. W przypadku Prezydenta Mościckiego była inna płaszczyzna porozumienia, bardziej osobista, prywatna, więc Göring nie chciał tego robić oficjalnie. Prezydent również wolał, aby wydarzeniu nie nadawać rozgłosu. Sprawą zajął się adiutant Göringa Peter Menthe, zaufany człowiek do specjalnych poruczeń, który uczestniczył z nim w polowaniach w Polsce. W kilka miesięcy fabryka przygotowała pojazd na specjalne rządowe zamówienie, a 27 sierpnia samochód został dostarczony. Chciano, by wiadomość ta pozostała w kręgu tylko wtajemniczonych.

Sierpień 1938 r. Ignacy Mościcki (drugi z lewej) ogląda podarowanego mu przez Göringa  mercedesa. (fot. Fot. Muzeum klasztoru na Jasnej Górze)

W tajemnicy też trzymana była marka samochodu. W biografiach Mościckiego informacji o mercedesie, lub w ogóle o samochodzie myśliwskim od Goeringa, próżno szukać. A dzienniki adiutanta Prezydenta, Józefa Hartmana, który prowadził je przez sześć lat służby, spaliły się podczas zbombardowania przez Niemców Zamku Królewskiego w 1939 r. Z zebranych dokumentów wynika, że od początku sprawie niemieckiego prezentu starano się nadać znamiona niepełnej informacji, z klauzulą: najściślej tajne. Z zachowanych do dzisiaj siedmiu informacji o przekazaniu samochodu prezydentowi, tylko w jednym pojawia się marka, w pozostałych używa się określenia: samochód myśliwski. Początkowo sądzono że, był to Hrch 901 4x4. Obecnie tych samochodów już się nie produkuje, spuściznę po marce przejęło Audi. Ale Audi infrmuje, że takiego zamówienia w 1938 r. koncern nie realizował. A Heino Neuber z Muzeum w Zwickau napisał, że model Horcha 901 4x4, nie mógł być samochodem myśliwskim, bo była to wyłącznie produkcja dla wojska. W Archiwum Akt Nowych w Warszawie znaleziono dwa ważne dokumenty, potwierdzające fakt motoryzacyjnego prezentu od Hermanna Göringa. Pierwszym był list wysłany z ambasady polskiej w Berlinie do polskiego MSZ, że samochód jest gotowy, i że "przyrzeczenie Göringa z białowieskiej kniei będzie spełnione”. Drugim było pismo szefa gabinetu wojskowego prezydenta RP do Ministerstwa Skarbu z prośbą o zwolnienie z opłat celnych samochodu myśliwskiego ofiarowanego panu Prezydentowi RP przez premiera Rzeszy Niemieckiej. I tu generał Schally podaje markę wozu: Mercedens-Benz. Pobyt w Archiwum przynosi jeszcze jedno cenne odkrycie. To osobisty list Prezydenta Mościckiego do Göringa. Prezydent odmownie dziękuje za zaproszenie na polowanie i szczerze dziękuje za podarowany samochód, który "sprawdza się wyśmienicie i dostarcza mi poprzez swoje precyzyjnie i praktyczne wykonanie dużo radości.” W tamtych czasach terenowymi samochodami były dwa mercedesy: jeden duży, sześciokołowy, bardzo elegancki Mercedes-Benz G4. Wyprodukowano ich tylko 57 egzemplarzy, do dzisiaj pozostały trzy. Drugi, skromniejszy to model G5. W lutym Nils Beckkamann z koncernu Mercedes-Benz w Stuttgarcie przysłał maila, że według niego samochodem myśliwskim podarowanym przez Göringa Mościckiemu był Mercedens-Benz G5. Na jednym ze zdjęć z 1938 r., które dołączył, był model z plakietką PL. Mercedes-Benz model G5 o numerze rejestracyjnym BPR-065 był podarwany Prezydentwi I. Mościckiemu przez Hermanna Göringa. (źródło: Autor: Alicja Zielińska/ Kurier Poranny).

 

Informacja z „Dziennika Białostockiego” z 1 lutego 1935 r.: Polowanie reprezentacyjne w Białowieży. Wspaniałe trofea myśliwych. Pisownia oryginalna.

 

"W dniu onegdajszym powrócił do Warszawy z wielkiego polowania w Białowieży P. Prezydent Rzplitej wraz z towarzyszącemi mu osobami. Reprezentacyjne łowy w najpiękniejszym zakątku Polski zostały ukończone. Ostatni, wtorkowy, dzień łowów obfitował w szereg sensacyj. Ogółem na rozkładzie było: 42 dziki, 4 rysie, 7 lisów, 1 rogacz i 9 zajęcy. Z tego P. Prezydent Rzplitej upolował 1 dzika i jednego kozła. Syn P. Prezydenta Rzplitej, Józef Mościcki dwa lisy, a premjer Prus p. Göring położył dwa dziki i jednego postrzelił.


Pierwszego dzika zastrzelił w puszczy na daleką odległość w następujących okolicznościach. W poniedziałek podczas polowania, dzik wyszedł z puszczy na P. Prezydenta Rzplitej. P. Prezydent, z którego z lewej strony stał premjer Göring nie strzelił, oddając jako gospodarz ten zaszczyt premjerowi Göringowi, który strzelił i położył dzika trafiając go w komorę.


Po powrocie uczestników polowania z puszczy ułożono na pomoście przed pałacem myśliwskim wszystkie trofea. Dookoła ułożonej zwierzyny zapalono 8 kagańców. Karpina nasycona benzyną, oświetliła cały dziedziniec pałacowy roztaczając olbrzymią łunę nad Białowieżą (...). Uczestnicy polowania oglądali jeszcze swe trofea, poczem Pan Prezydent wraz z otoczeniem wrócił do pałacu, natomiast premjer Göring w olbrzymiem futrze z kołnierzem z wydry i wielkiej czapie z szarych karakułów, pozostał jeszcze przez dłuższy czas na miejscu rozprawiając żywo o polowaniu”.


O polowaniach napisał w diariuszu dyplomata i wiceminister spraw zagranicznych w II RP Jan Szembek, że „stały się już zwykłym sposobem organizowania politycznych spotkań polsko-niemieckich”. Powód był i ten, że głównym niemieckim rozmówcą był Hermann Göring, piastujący w Rzeszy również urząd łowczego, sam zapalony myśliwy.


"Göring przyjeżdżał do Polski na polowania kilkakrotnie. W samej tylko Białowieży uczestniczył w trzech reprezentacyjnych – z udziałem prezydenta Ignacego Mościckiego – łowach. Prezydent wraz z zaproszonymi gośćmi z upodobaniem celebrował duże polowania z myśliwskim rytuałem. Czuł się dobrze w roli gospodarza, a niemiecki dygnitarz na każdym uroczystym polowaniu w Polsce doznawał satysfakcji z niezapomnianych przeżyć, tym większej, że łowy zawsze kończyły się jego osobistym sukcesem myśliwskim i miały niepowtarzalną oprawę w śnieżnej scenerii puszczy".


Jak dostarczono samochód myśliwski?


W świecie dyplomacji powszechna jest praktyka obdarowywania oficjalnych gości. Zagraniczni goście z Berlina otrzymywali jednak cenne prezenty różniące się od tych, które zwykły ofiarowywać inne rządy europejskie. Nie chodziło już tylko o dzieła sztuki, wyroby regionalne czy porcelanę, ale również o samochody kosztujące do 35 tys. marek. Mercedesa takiej wartości otrzymali między innymi: Paweł – regent Jugosławii, Faruk I – król Egiptu, Zoglu I – król Albanii (biały kabriolet w prezencie ślubnym), Francisko Bahamonde Franco – generał, dyktator Hiszpanii, Carl Mannerheim – marszałek Finlandii, Ghazi I – król Iraku.


Do grona wybrańców dołączyć miał prezydent Polski, który już i tak korzystał ze środków transportu dodających mu splendoru. W dyspozycji Ignacego Mościckiego znajdowała się bowiem kolumna samochodów, złożona z 4–6 limuzyn i kilkunastu innych aut, oraz wagon kolejowy – salonka. W zbiorze pamiątek po Ignacym i Marii Mościckich, przechowywanym w Archiwum Jasnogórskim oo. Paulinów w Częstochowie, można zobaczyć fotografie prezydenta w takich samochodach jak CWS-2, Buick i Cadillac.


O prestiżu, jakim przed II Wojną Światową cieszył się rządowy samochód, może świadczyć anegdota wspominana przez Antoniego Słonimskiego: „Panował wówczas straszny snobizm na Piłsudskiego. Kiedy marszałek przed prezentacją szopki w Belwederze przysłał po Skamandrytów swój służbowy samochód (znanego w całej Warszawie Packarda), Tuwim, zajmując w nim miejsce, westchnął z dumą: Ach, gdyby teraz tak przejechać jakiegoś znajomego”.


Już w trakcie białowieskiego polowania w 1937 r. Göring podarował głowie państwa polskiego posokowca hanowerskiego, ułożonego do tropienia. Rok później zapowiedział kolejny podarunek. Tym razem miałby on umożliwiać spełnienie powszechnie znanych pasji prezydenta: myślistwa i automobilizmu, a więc samochód myśliwski. Jaki? Otóż Mercedes-Benz od 1928 r. zaprzestał produkcji ciężkich, niekształtnych podwozi i konstruował modele szybkich aut, wyposażonych w potężne silniki. Celem firmy było tworzenie luksusowych samochodów dla bogatych klientów. Fabryka cieszyła się przychylnością rządu. Dygnitarze niemieccy cenili markę za komfort i linię.


Sprawą podarunku zajął się Peter Menthe – od września 1934 r. do maja 1945 r. adiutant Hermanna Göringa – pełniący również funkcję oberjägermeistra w urzędzie leśnym i łowieckim Rzeszy (Jagd und Forstreferent des Reichsforst). Zaufany człowiek do specjalnych poruczeń.


W kilka miesięcy fabryka przygotowała pojazd na specjalne rządowe zamówienie. 27 sierpnia 1938 r. kpt. Menthe dostarczył samochód myśliwski dla prezydenta Ignacego Mościckiego. Polska Agencja Telegraficzna odnotowała ten fakt. Jednak nienadanie temu wydarzeniu reprezentacyjnej rangi i udział w nim personelu co najwyżej średniego szczebla ambasady niemieckiej i polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych sugerują, że chciano, aby o prezencie wiedział jedynie krąg wtajemniczonych.


Po kilku dniach polski prezydent w osobistym, odręcznym liście podziękował Wielkiemu Łowczemu Rzeszy za: „precyzyjnie i praktycznie wykonany” prezent, przy okazji odmówił jednak udziału w polowaniu na byki, na które zapraszał Göring. Samochód dostarczony z zagranicy wymagał oclenia. W dokumentach podatkowych wszystko musiało być dokładnie i konkretnie opisane. Szef Gabinetu Wojskowego prezydenta RP wymieniał nazwę marki otrzymanego samochodu w piśmie skierowanym w październiku 1938 r. do Ministerstwa Skarbu w sprawie zwolnienia z opłat celnych: Mercedes-Benz.


Das Auto, nr rejestracyjny BPR-065


Na archiwalnych zdjęciach widać, że prezydent, oddając się swojej pasji, nie oszczędzał limuzyn. Zarówno Cadillakiem jak i Rolls-Roycem bez zahamowań wjeżdżał w leśne ostępy. Na stanowiska strzeleckie myśliwi rozwożeni byli zaprzęgami.


Göring chyba musiał dojść do wniosku, że prezydentowi – towarzyszowi łowów przydałby się samochód terenowy, którego konstrukcja dawałaby gwarancję przemieszczania się w leśnym terenie nie mniejszą niż zaprzęgi, ale zawsze lepszą i bezpieczniejszą niż limuzyny. W latach 30. produkowano dwa modele Mercedesów nadające się do jazdy terenowej i celów myśliwskich, oznaczone symbolami G4 i G5. Sześciokołowy Mercedes-Benz G4 to była prawdziwa terenowa limuzyna. Okazały, reprezentacyjny, do dzisiaj imponuje wyglądem i parametrami podawanymi przez fabrykę, która w latach 1934–39 wyprodukowała 57 sztuk. Do czasów współczesnych zachowały się jedynie trzy oryginalne egzemplarze modelu G4, własność hiszpańskiej rodziny królewskiej. Model G5 był mniejszy i nie wyglądał okazale jak na prezent dla głowy państwa.


A jednak – według dr. Nilsa Beckmanna z Brand Communications Mercedes-Benz w Stuttgarcie, wypowiadającego się w prowadzonej z autorem tego tekstu korespondencji – samochodem myśliwskim podarowanym prezydentowi Ignacemu Mościckiemu przez Hermanna Göringa był właśnie Mercedes-Benz G5. Produkcję tego modelu rozpoczęto w 1937 r., był więc nowością na rynku (w porównaniu z produkowanym już od czterech lat modelem G4).


Do swojego listu dr Nils Beckmann dołączył kilka zdjęć modelu G5. Na tych archiwalnych fotografiach – jak można przypuszczać, zleconych przez fabrykę (w lśniącej karoserii odbija się sylwetka fotografa i aparatu na statywie) – widać dokładnie wygląd i detale wyposażenia wnętrza samochodu myśliwskiego. Jedno z tych zdjęć jest niezwykle intrygujące. Przedstawia prezentowany myśliwski Mercedes-Benz G5 od strony bagażnika, do prawej strony tylnego zderzaka przymocowana jest owalna plakietka ze znakiem PL. Czyżby to był właśnie samochód dla prezydenta Mościckiego?

Dziś już wiadomo, że przypuszczenia dr. Nilsa Beckmanna były słuszne. Kilka miesięcy później odkrycie dokonane w Archiwum Jasnogórskim oo. Paulinów w Częstochowie potwierdziło jednoznacznie dotychczasowe przypuszczenia. W zbiorze pamiątek po Ignacym i Marii Mościckich zachowały się dwie fotografie, na których prezydent Mościcki, przebywając w pałacu w Spale, wsiada do samochodu. Jest nim bez żadnej wątpliwości, porównując ze zdjęciami nadesłanymi ze Stuttgartu, Mercedes-Benz model G5 o numerze rejestracyjnym BPR-065.


Czy prezydent Mościcki skorzystał z prezentu?


W liście z podziękowaniami za prezent do Hermanna Göringa prezydent Mościcki napisał: „Korzystam z tej okazji, aby podziękować Panu za wspaniały samochód myśliwski. Proszę mi wierzyć, że bardzo szczególnie doceniam tę uprzejmość ze strony drogiego towarzysza łowów. To mistrzowskie dzieło niemieckiego przemysłu samochodowego sprawdza się tutaj wyśmienicie i dostarcza mi dzięki precyzyjnemu i praktycznemu wykonaniu dużo radości”.


Samochód sprawdzał się znakomicie, ale gdzie? W drugiej połowie listopada 1938 r. prezydent polował w lasach Komory Cieszyńskiej, nie wiadomo jednak, czy korzystał z podarowanego samochodu. W połowie stycznia 1939 r. pojechał na kilka dni do Białowieży, ale nie ma informacji, że był na polowaniu. Jeszcze w styczniu 1939 r. wyjechał wagonem salonowym na bażanty i jelenie do nadleśnictwa Jasne Pole pod Krotoszynem.


Na polowanie do Białowieży, organizowane w lutym 1939 r. z okazji pobytu włoskiego ministra spraw zagranicznych Galeazzo Ciano, prezydent Mościcki z powodu choroby nie pojechał (delegował tam ministra Becka). Włoski gość podróżował do Białowieży nocnym pociągiem. Na zdjęciach z tego wydarzenia nie widać samochodów, ale – jak to często bywało – zaprzęgi konne. Natomiast ze wspomnień Jana Meysztowicza, pracownika polskiego MSZ, towarzyszącego ministrowi Ciano, dowiadujemy się, że goście na polowanie wyjechali pojazdami i podwodami.


Czy zatem prezydent nie używał myśliwskiego Mercedesa? Wszystko na to wskazuje. Raczej niewygodny w podróżowaniu, zwłaszcza dla głowy państwa, terenowy Mercedes myśliwski w dalsze trasy mógłby być przewożony pociągiem. Kancelaria prezydenta miała opracowaną procedurę transportu limuzyny prezydenckiej, ponieważ w czerwcu 1938 r., udając się kolejową salonką na kurację do Włoch, prezydent zabrał ze sobą samochód Buick, przewożony w składzie pociągu na specjalnej platformie.


Nie bez znaczenia mógł być też fakt, że ówczesna prasa o każdym wyjeździe prezydenta na polowania pisała co najmniej notatki, często wręcz pierwszostronicowe relacje z łowów, a czasem fotoreportaże w dodatkach ilustrowanych. Otoczenie prezydenta być może nie chciało, aby – biorąc pod uwagę europejskie wydarzenia społeczno-polityczne – fotografowano głowę państwa w samochodzie otrzymanym od dostojnika Rzeszy Niemieckiej.


Informacji o Mercedesie lub w ogóle samochodzie myśliwskim od Hermanna Göringa próżno by szukać w biografiach prezydenta Mościckiego. Nie znaleźli ich również autorzy dwóch niemieckich publikacji, opisujący funkcjonowanie niemieckiej dyplomacji w latach 30. minionego wieku. Niepowetowaną stratą było spalenie się, w czasie bombardowania Zamku Królewskiego we wrześniu 1939 r., skrupulatnie prowadzonych przez 6 lat służby dzienników adiutanta prezydenta Mościckiego – Józefa Hartmana. Wojciech Świętosławski, profesor chemii i uczeń prof. Mościckiego, powołując się na notatki Hartmana, podaje, że prezydent Mościcki we wrześniu 1939 r. przejeżdżał przez Warszawę, w drodze ze Spały do Falenicy, opustoszałymi Alejami Jerozolimskimi – Cadillakiem.


Trwająca osiem miesięcy praca ówczesnych niemieckich i polskich dyplomatów, mająca doprowadzić do przekazania samochodu myśliwskiego prezydentowi II RP, opisana jest w zachowanych do dzisiaj siedmiu informacjach: dwóch notatkach prasowych i pięciu oficjalnych dokumentach. Tylko w jednym z nich pojawiła się marka samochodu, w pozostałych widnieje określenie: samochód myśliwski. Z zebranych dokumentów wynika, że od początku starano się nadać sprawie samochodu myśliwskiego – prezentu od Göringa – znamiona niepełnej informacji. Szczęśliwie zachowały się dwa wspomniane zdjęcia ze zbiorów prywatnych państwa Mościckich.

Mercedes-Benz G5, samochód produkowany w latach 1937–41; miał silnik benzynowy 4-cylindrowy o pojemności 2006 cc, chłodzony wodą, zbiornik paliwa 50 l, hamulce hydrauliczne, napęd na 4 koła z niezależnym zawieszeniem, 5-biegową skrzynią biegów; zużycie paliwa 18 l/100 km (jazda po szosie) i 27 l/100 km (jazda terenowa). Prędkość maks. 85 km/h po szosie i 30 km z napędem na 4 koła. Długość ok. 4 m, szerokość powyżej 1,5 m, wysokość niecałe 2 m. Waga ponad 2 t. Wyprodukowano 378 egzemplarzy w wielu wersjach, do najbardziej popularnych należały: bergwacht, colonial car, jagdwagen (myśliwski) i wojskowy. W opisie modelu podano, że samochód był łatwo dostosowywany do potrzeb użytkowników. Mogło nim jechać 4–5 pasażerów.

Mercedes Benz G5 w wersji myśliwskiej - jagdwagen

Główni uczestnicy wydarzenia i ich losy


Hermann Göring, feldmarszałek Luftwaffe, w roku podarowania samochodu myśliwskiego miał 45 lat. W październiku 1946 r. Międzynarodowy Trybunał Wojskowy w Norymberdze skazał go na śmierć za zbrodnie wojenne. Przed wykonaniem egzekucji popełnił samobójstwo zażywając truciznę.
Peter Menthe, adiutant Göringa, w roku dostarczenia samochodu miał 50 lat. W czasie II wojny światowej uzyskał stopień majora Luftwaffe. W 1941 r. był szefem baterii przeciwlotniczej w Poznaniu. W latach 1942–43 stacjonował w Norwegii. Zmarł na gruźlicę w lipcu 1945 r. w Hamburgu.
Rudolf von Scheliha, pierwszy sekretarz ambasady niemieckiej w Warszawie w latach 1932–39, w roku dostarczenia samochodu miał 41 lat. Od 1939 do 1942 r. był tajnym radcą w niemieckim MSZ. Podczas II wojny światowej pomagał ludziom prześladowanym przez gestapo. W grudniu 1942 r. został aresztowany. Skazany za zdradę stanu na śmierć. Wyrok wykonano 22 grudnia 1942 r. w więzieniu Plötzensee.
Leopold hr. Koziebrodzki, radca MSZ, w roku dostarczenia samochodu miał 32 lata. Po wybuchu II wojny światowej przedostał się do Francji. Po wojnie pracował jako przewodnik wycieczek. Wyemigrował do USA. Był tam profesorem wykładowcą prawa na uniwersytecie.

Ignacy Mościcki (ur. 1 grudnia 1867 w Mierzanowie, zm. 2 października 1946 w Versoix) – polski chemik, polityk, w latach 1926–1939 prezydent Rzeczypospolitej Polskiej. Naukowiec, wynalazca, budowniczy polskiego przemysłu chemicznego.

Był zapalonym myśliwym, współzałożycielem Polskiego Związku Łowieckiego i inicjatorem obchodów w Polsce dnia św. Huberta, patrona myśliwych. Najchętniej polował w okolicach Spały, w Karpatach Wschodnich, w lasach niedaleko Wilna lub w Puszczy Białowieskiej. Jego polowania z udziałem członków rządu, posłów i przyjaciół miały wspaniałą oprawę. Po ich zakończeniu rozkładano pokot przy płonących pochodniach. Trębacz odgrywał pożegonne upolowanej zwierzynie oraz hołd królowi polowania. Jeżeli ktoś nie przestrzegał zasad, więcej nie był zapraszany.


On sam zaczął polować we wczesnej młodości. Poza strzelaniem, ćwiczył wtedy jazdę konno i władanie  szablą. Jednak pasji łowieckiej mógł oddać się do woli dopiero, gdy został prezydentem. Znany był z tego, że miał pewną rękę i celne oko. Na słynnych polowaniach dla obcych dyplomatów najczęściej bywał królem polowania. Uczestniczyli w nim m.in. ambasador USA John Cudahy, minister lotnictwa Rzeszy i premiera Prus Hermann Goering, minister spraw zagranicznych Włoch Galeazzo Ciano i regent Węgier Miklos Horthy. Reprezentacyjne polowania w Puszczy Białowieskiej lub w Komorze Cieszyńskiej były nie tylko rozrywką ale i areną wielkiej polityki, dlatego relacjonowała je szeroko prasa krajowa, a czasem nawet zagraniczna.

Polowanie reprezentacyjne w lasach Komory Cieszyńskiej w listopadzie 1932 r.

Grupa uczestników polowania przy upolowanej zdobyczy. Widoczni m.in.: prezydent RP Ignacy Mościcki, radca w MSZ Michał Mościcki, szef Gabinetu Wojskowego Prezydenta RP płk Jan Głogowski, gen. Kazimierz Sosnkowski, gen. Edward Rydz - Śmigły, poseł i minister pełnomocny Czechosłowacji w Polsce Vaclav Girsa, minister spraw zagranicznych August Zaleski, poseł niemiecki w Polsce Hans Adolf von Moltke, ambasador brytyjski w Polsce William Erskine, dyrektor Protokołu Dyplomatycznego Ministerstwa Spraw Zagranicznych Karol Romer, wiceminister skarbu Tadeusz Lechnicki, ambasador Włoch w Polsce Giuseppe Bastianini, wiceminister reform rolnych Wacław Karwacki, minister sprawiedliwości Czesław Michałowski, Wielki Łowczy Koronny inż. Herman Knothe. Myśliwy 1. z prawej trzyma automatyczną strzelbę śrutową Browning A-5.

Polowanie reprezentacyjne w lasach Komory Cieszyńskiej, Stalowa Wola listopad 1936 roku

Uczestnicy polowania przy upolowanych zającach. Widoczni m.in.: prezydent RP Ignacy Mościcki (na pierwszym planie, w skórzanym płaszczu), gen. Kazimierz Sosnkowski, inspektor lasów Buczacki, ambasador USA przy rządzie RP Anthony Drexel - Biddle, gen. Kazimierz Piotr Schally, minister opieki społecznej Marian Zyndram Kościałkowski, poseł nadzwyczajny i minister pełnomocny Czechosłowacji w Polsce Juraj Slavik, ambasador brytyjski Howard Kennard, poseł nadzwyczajny i minister pełnomocny Węgier w Polsce Andreas de Hory, ambasador Niemiec w Polsce Hans Adolf von Moltke, dyrektor Protokołu Dyplomatycznego Ministerstwa Spraw Zagranicznych Karol Romer, Wysoki Komisarz Ligi Narodów w Gdańsku Karl Burckhard.

Polowanie w Komorze Cieszyńskiej

W lasach Komory Cieszyńskiej odbyło się doroczne reprezentacyjne polowanie wydane przez P. Prezydenta Rzplitej dla członków rządu i dyplomacji. Podczas trzydniowych łowów padło przeszło 900 zajecy i bażantów, z czego przeszło 100 sztuk ustrzelił P. Prezydent Mościcki.

Prezydent Ignacy Mościcki w towarzystwie premiera Janusza Jędrzejewicza (na prawo od prezydenta), ministra Bronisława Nakoniecznikow-Klukowskiego (na prawo za prezydentem, w okularach i kapeluszu), swojego adiutanta kpt. Zygmunta Gużewskiego (na lewo za prezydentem (w kaszkiecie i szaliku) oraz swojego syna Józefa (w głębi z lewej, w kapeluszu i szaliku) na polowaniu w Komorze Cieszyńskiej

 

Przytoczę jeszcze jeden artykuł autorstwa Marka Chylińskiego, który znalazłem w Internecie, traktujący o wydarzeniach opisanych powyżej:

 

"W lasach Komory Cieszyńskiej od tygodni trwały przygotowania do polowania reprezentacyjnego z udziałem Prezydenta, najważniejszych ministrów i generałów sanacyjnego rządu. Starannie wybrano naganiaczy, skrzydłowych i dziesiętników. Na rozstajach ustawiono samochody i bryczki, mające dowozić strzelców na stanowiska. Poza jeleniem i dzikiem tutejsze lasy słynęły z głuszca i jarząbka.


Pierwszy Myśliwy Rzeczpospolitej, Profesor Mościcki, w kniei prezentował się znakomicie. Wysoki, z sumiastym wąsem i mlecznobiałymi włosami, w oliwkowej kurtce angielskiego kroju, był równie dystyngowany jak w służbowym fraku. Dla przyjaciół i najważniejszych gości „Ignaś”, był szarmanckim, dowcipnym kompanem, który dbał o staropolską oprawę łowów. Honorowy gość oraz najstarszy wiekiem myśliwy mógł zawsze liczyć, że sam Prezydent ustąpi mu pierwszeństwa w strzale. Biegle mówił po niemiecku, francusku, angielsku. Konstytucja kwietniowa z 1935 r. znacznie poszerzyła jego władzę. Niemal żaden demokratycznie wybierany przywódca europejski nie mógł się z Mościckim równać przywilejami i prerogatywami. W sezonie uczestniczył w co najmniej sześciu łowach urządzanych z pełnym ceremoniałem. Zazwyczaj to on zostawał królem polowania.

Prezydent Ignacy Mościcki siedzący wśród leśników z całej Polski podczas uroczystości św. Huberta w Spale. Fotografia z 5 listopada 1933 roku

Warto przypomnieć, że uroczyste obchody patrona myśliwych – Spalskie Święta Hubertowskie – zainicjował Prezydent II Rzeczpospolitej, prof. Ignacy Mościcki. Pierwsze prezydenckie polowanie odbyło się w Spale w 1927 roku. W okresie międzywojennym Hubertusy w Spale gromadziły elity polityczne i arystokrację II Rzeczypospolitej. To dzięki niemu Spała stała się królestwem łowów i miejscem kultywowania tradycji św. Huberta, czyli patrona leśników i myśliwych.

Prezydent Ignacy Mościcki w Spale

Hubertus Spalski 1932 rok

Spalska Odznaka Hubertowska ustanowiona przez Prezydenta Rzeczpospolitej Ignacego Mościckiego w 1930 r,

W ten sposób prezentowano upolowaną zwierzynę podczas prezydenckich polowań w Białowieży

Pierwsze prezydenckie polowanie reprezentacyjne w Białowieży odbyło się w dniach 12-15 stycznia 1930 roku. Prezydentowi towarzyszyli m.in. wojewoda białostocki Karol Kirst i gen. Kazimierz Sosnkowski. Prezydent ponownie zawitał do Białowieży w dniach 10-14 kwietnia 1930 roku, by zapolować na głuszce. Głowie państwa towarzyszyli: minister rolnictwa Leon Janta-Połczyński i dyrektor Lasów Państwowych Adam Loret. Mościcki upolował piękny okaz głuszca. Z polowania był bardzo zadowolony. Świadczy o tym m.in. fakt podarowania przez niego Stefanowi Charczunowi – łowczemu Dyrekcji Lasów Państwowych w Białowieży, pamiątkowej srebrnej papierośnicy.

Polowanie reprezentacyjne w Białowieży

Prezydent z upolowanym niedźwiedziem ...

... oraz łosiem

Prezydent Ignacy Mościcki z drugą żoną Marią

POLISH HUNTING


Puszcza Nadnotecka, huculskie połoniny, Śląsk, Iwacewicze, polowania urządzane przez dyrektora Lasów Państwowych z dyskretną pomocą warszawskiego MSZ dla koronowanych głów, premierów, ministrów i ambasadorów, cieszyły się zasłużoną sławą wśród elit od Lizbony po Berlin. Wilki, rysie, łosie. Łowy błotne i na białej stopie, polowania pod pieśnią gdy tokuje  głuszec. Zastępca Hitlera Hermann Göring, Wielki Łowczy III Rzeszy, przyjeżdżał do Białowieży cztery razy. Mimo potężnej tuszy, skłonności do używek i luksusu, w kniei uchodził za wybornego strzelca i znawcę łowieckiego obyczaju. W czasie polowań w Polsce bezskutecznie próbuje namówić generała Sosnkowskiego do przyłączenia się Warszawy do paktu przeciwko Moskwie. „Państwo polskie może sięgać od Gdyni do Odessy” – kusi towarzyszy myśliwych z polskiego rządu. Szef dyplomacji Józef Beck, choć sam woli salony i zakulisowe rozmowy niż wędrówki z fuzją, doskonale wie, że las jest stokroć lepszym miejscem do rokowań niż sala konferencyjna. Między myśliwymi tworzy się więź, odchodzą w niepamięć urazy, różnice zdań. Triumfator, który położy rysia albo odyńca może liczyć na poklask całej kamaryli. Ceremoniał przewiduje dekorowanie strzelca „złomem”, wyróżnienie przy pokocie, aplauz również damskiego towarzystwa.

Prezydent Ignacy Mościcki podczas polowania

Poluje niemal cała elita III RP. Zapalonymi myśliwymi byli marszałek Senatu Władysław Raczkiewicz, dyrektor Lasów Państwowych Adam Loret, najwyżsi dowódcy armii - Kazimierz Sosnkowski i Kazimierz Fabrycy. Mogli godzinami rozmawiać o broni, skuteczność strzału, poszukiwaniach ranionej zwierzyny i własnych trofeach. Noszono za nimi angielskie dubeltówki „Vickers” oraz francuskie „Pirlety”. W lasach pszczyńskich, lublinieckich i wiślańskich na jelenie używano Springerów, Manlicherów albo Mauzerów z lunetą. Minister spraw zagranicznych osobiście sugerował, kogo warto zaprosić na jelenie, a kogo na głuszce. W Berlinie, Wiedniu, Madrycie polowania w Białowieży czy na Śląsku Cieszyńskim, uchodziły za szczyt łowieckiego szyku i elegancji. Konkursy strzeleckie, pokazy trofeów, biegi z przeszkodami. Polacy potrafili dbać o ceremoniał, nawet bardziej niż Habsburgowie, którzy gospodarowali na tych terenach blisko sto lat. Kiedy w 1838 r. książę Karol Ludwik Habsburg nabył Państwo Żywieckie, planował nie tylko nowe kuźnie, fryszarnie żelaza i browary. Dobra, które włączył do Komory Cieszyńskiej stanowiły potężne łowieckie imperium, sięgające od Mosonmagyaróvár i Bellye  na węgierskiej nizinie, przez Židlochovice na Morawach i odległe Klachau-Wörschach w Austrii. Doskonałe tereny rozciągały się pomiędzy resztkami puszczy karpackiej, pod Baranią, Kubalonką, Czantorią. W czasie zbiorowych polowań jednorazowy „rozkład” sięgał tu kilkuset upolowanych dzików, zwierzyny płowej i ptactwa.


JAGDGAU OBERSCHLESIEN


Göring uwielbiał polowania na wilki i rysie. Kiedy wreszcie udało mu się ustrzelić w polskiej puszczy kilka dorodnych drapieżników, w podziękowaniu złożył w fabryce w Stuttgarcie zamówienie na terenowego Mercedesa G 5, którego zamierzał ofiarować prezydentowi Mościckiemu. Była to skromniejsza wersja wielkiego sześciokołowego G 4, którego używał sam Führer. Samochód trafił do Mościckiego, lecz w miarę jak pogarszały się stosunki polsko niemieckie, wielkoduszny prezent hitlerowców stawał się coraz bardziej kłopotliwy. Mimo, że terenowy wóz nadawałby się idealnie do polowań na górskich stromiznach i beskidzkich bezdrożach, brakuje dowodów, że Prezydent sprowadził go kiedykolwiek do rządowych garaży do zameczku na Zadni Groń. W ostatnim przed wojną polowaniu dla zagranicznych gości, w lutym 1939 roku, Niemcy mimo zaproszenia z Warszawy, nie wzięli udziału.


Za to sam Göring, już po napaści na Polskę, przyjeżdża w Beskidy. Dowódca Luftwaffe nocował w obszernym dworku, który należał do Brunona Konczakowskiego. Pochodzący z zamożnej rodziny cieszyńskich kupców Konczakowski kupił w Brennej ładnie położoną na południowym stoku Czupla, góralską chałupę. Na jej miejscu, na kamiennej podmurówce, wzniósł dom w stylu tyrolskim. Piętro i poddasze wykonano z limby i modrzewia. Drewno sprowadzono aż z Tyrolu. Göring mógł się poczuć jak w domu.

Dworek Brunona Konczakowskiego

Prawdopodobnie pod wpływem uroku tutejszych terenów łowieckich, pod koniec listopada 1941 roku Wielki Łowczy Rzeszy, decyduje o utworzeniu nowego górnośląskiego obwodu łowieckiego. Zwierzchnikiem obwodu zostaje Fritz Bracht, katowicki gauleiter i nadprezydent. Ten były ogrodnik, który w partii zrobił błyskotliwą karierę, sceny z polowań widywał dotąd co najwyżej na tanich oleodrukach. Teraz, jak każdy kacyk i parweniusz, odkrywa w sobie łowiecką pasję. Kupuje kompletny strój, broń i tak wyposażony oczekuje przybycia szychy z Berlina, ministra finansów Ludwiga Schwerin von Krosigka. Łowy są całkiem udane. Odstrzelono kilka dorodnych kozłów, które skrupulatni urzędnicy zapisują na konta myśliwych. Nazajutrz naziści wyruszają do… KL Auchwitz. Obóz koncentracyjny, do którego trafiają transporty z więźniami z całej Europy, znajduje się pod oficjalną jurysdykcją hitlerowskiego zarządcy Górnego Śląska.


W CESARSKIM ŁÓŻKU


Mirosław Węcki, autor monografii poświęconej gauleiterowi ustalił, że pierwsze zebranie organizacyjne nowego sztabu łowieckiego odbyło się w zameczku myśliwskim książąt pszczyńskich w Promnicach. Szefem sztabu został nadleśniczy Rache, a wśród członków znaleźli się książę Hochenlohe –Ingelfingen z Koszęcina, prezydent Rejencji Opolskiej Schmidt oraz prezes Deutsche Banku z Katowic Richard Gdynia.


Śląska arystokracja, nie potrafi ukryć pogardy wobec ludzi takich jak Bracht, karierowiczów, którzy dzięki partii dochrapali się pieniędzy i stanowisk. Łowczy Okręgowy z Wrocławia von Reibniz kpi, że być może czeladnik ogrodniczy Bracht, oczekując w książęcych lasach na rykowisko jeleni, sypia w promnickim zameczku w łóżku, z którego ongiś korzystał sam Cesarz Wilhelm II".
 
Jak świat światem dyplomacja i łowy podążały obok siebie. W kniei i na polnych łowiskach, w cesarskim łożu w Promnicach, w „leśniczówce Göringa” w Brennej, w prezydenckim pałacyku na Zadnim Groniu, polują i zasypiają w znoju kolejne pokolenia dzielnych łowców od Świętego Huberta".

 

Przedstawienie sukcesów łowieckich Hermanna Göringa mie jest w żadnym wymiarze gloryfikowaniem postaci tego zbrodniarza. Opisuję tą postać tylko z powodów łowieckich i historycznych. Po prostu była i polowała. Trzeba jednak oddać Göringowi, że jako zapalony myśliwy wprowadził w Niemczech pierwsze nowoczesne prawo łowieckie oraz humanitarne ustawodawstwo chroniące przyrodę. W lipcu 1934 r. zaostrzył niemieckie ustawy o ochronie zwierzyny, zakazując odstrzału ponad ściśle określoną liczbę, a nawet wtedy zgodę otrzymywali tylko ci, którzy udowodnili, że wiedzą, jak trzymać strzelbę. Wszystkim myśliwym musiał towarzyszyć retriever, aby każde zranione zwierzę mogło zostać odnalezione i zabite. Göring zakazał wiwisekcji zwierząt i wszystkich form kłusownictwa, polowania na koniu i używania wnyków, pułapek z drutu, sztucznych świateł lub trucizny wobec zwierząt. Hermann Göring właściwie poruszał się ścieżkami łowieckimi Cesarza Wilhelma II. Dobrze, że nie kazał sobie stawiać kamieni. Jednak kult Wilhelma II był w Niemczech większy, a rominckie kamienie kajzera zachowały się do dziś i nawet napisy (po stronie polskiej) zostały poprawione złotą farbą. Tego akurat nie pochwalam, wolę je w naturze, tak jak je wykuto przed laty.

Kamień z Puszczy Rominckiej z 1912 r., postawiony na pamiątkę strzelenia dwutysięcznego byka w karierze łowieckiej Cesarza. Fakt strzelenia tego byka uczczono także stosownym napisem na sztucerze Cesarza.

Kolejny kamień w Puszczy z 1903 r. Fot. R. Simoni

 

Powracamy zatem do cesarskich polowań. Wilhelm II bardzo lubił łowy w prywatnych zwierzyńcach. Podczas polowania w 1885 roku, koło Skierniewic i Lubochni w zaborze rosyjskim, podczas 10 dni ubito około 400 sztuk zwierzyny grubej, głównie dzików i danieli. Wilhelm II polował tam w towarzystwie dwóch monarchów: Rosji i Austro-Węgier: Cara Mikołaja II i Cesarza Franciszka Józefa I.

 

Filmik z polowania Wilhelma II w ogrodzonym zwierzyńcu

 

 

 Przyjazd Cesarza na polowanie - scena z filmiku

Strzał do byka - scena z filmiku

Oglądanie trofeum - scena z filmiku

Polowanie z Carem Mikołajem II w 1910 r.

 

Polowania u Christiana Krafta von Hohenlohe - Oehringen

 

Christian Kraft von Hohenlohe - Oehringen

Christian Kraft, Fürst zu Hohenlohe-Öhringen, Herzog von Ujest (ur. 21 III 1848 -  Öhringen, Niemcy – zm. 14 V 1926, Somogyszob, Węgry, poch. 22 V 1926 w Jaworzynie Spiskiej). Książę niemiecki, generał-major, właściciel rozległych dóbr na Śląsku (wtedy pruskim) i w głębi Węgier oraz w Tatrach (w ich części węgierskiej, potem słowackiej).
Urodzony w 1848 r. książę Chrystian otrzymał staranne wykształcenie - po renomowanej akademii rycerskiej w Legnicy skończył studia prawnicze na uniwersytecie w Bonn. Potem - wzorem ówczesnej młodzieży z arystokratycznych rodzin - przeszedł przez kolejne szczeble kariery wojskowej, której uwieńczeniem był stopień generała, nadany w czasie wojny francusko-pruskiej z lat 1870-1871. Swoistym wyróżnieniem było też przyznanie mu statusu honorowego członka zakonu joannitów.

Zamek w Sławęcicach

Własnością księcia pozostały blisko 42 tys. ha ziemi oraz pakiet większościowy spółki Zakłady Hohenlohe. W 1908 r. jego majątek oszacowano na ponad 150 mln marek.

W Sławięcicach stanął trzypiętrowy pałac w stylu włoskiego baroku otoczony parkiem angielskim z rzadkimi gatunkami drzew i krzewów

Hrabia żył tak, jak lubił (stać go było na to - dop. autora). Urządzał bale i wystawne polowania, a wszyscy znaczący w regionie arystokraci podlizywali mu się i intrygowali za jego plecami. Zielenieli wprost z zazdrości, gdy aż przez dwa lata z rzędu, w grudniu 1901 r. i 1902 r., Cesarz Wilhelm II był gościem honorowym urządzanych z wielką oprawą polowań. Trzeci raz Wilhelm II gościł w Sławięcicach w grudniu 1906 r. Sława urządzanych z rozmachem bankietów dotarła również do Moskwy i skusiła Cara Mikołaja II, który nie omieszkał złożyć wizyty księciu Hohenlohe i napić się sławięcickiej gorzałki.


Po I Wojnie Światowej, aby uniknąć wpłacenia specjalnego podatku, przekazał 15% akcji Hohenlohe Werke A.G. polsko-francuskiej spółce Skarboferm.


W swoich dobrach jaworzyńsko-lendackich, do własnych celów myśliwskich utworzył wielki zwierzyniec, obejmujący prawie całe Tatry Jaworzyńskie tzw.  Zwierzyniec Jaworzyński. W zwierzyńcu tym i na inych swoich terenach tatrzańskich urządzał częste polowania, a także na sąsiednich terenach, na których dzierżawił prawo do polowań, np. w Kiezmarskiej Dolinie.  Sam książę, w ciągu przeszło 40 lat, upolował tysiąc kozic, napędzanych mu pod strzał przez góralskich naganiaczy. W Hawraniej Dolinie upamiętniono to pomnikiem (duża stojąca kamienna płyta) z wykutym przez jurgowskiego górala napisem po polsku: "Najjaśniejszy Książę Christian Kraft Hohenlohe na tem miesci zastrczelił dnia 5ego Septembra 1924 r. tysiącego capa." - pisownia oryginalna. Na swoim terenie tatrzańskim stopniowo ograniczał pasterstwo, zwłaszcza owcze, ale nie zniósł go całkowicie.

 

Christian Kraft von Hohenlohe - Oehringen poluje na terenie Zwierzyńca Jaworzyńskiego

Zwierzyniec Jaworzyński lub zwierzyniec Hohenlohego. Po zakupie dóbr jaworzyńsko-lendackich w 1879 r. Christian Hohenlohe utworzył na ich terenie w swych prywatnych celach myśliwskich wielki zwierzyniec obejmujący prawie całe Tatry Jaworzyńskie (ok. 2000 morgów). Zwierzyniec ten został otoczony wysokim płotem i strzegli go liczni strażnicy, częściowo sprowadzeni z Tyrolu, a przez polskich górali zwani jegrami.


Poza rodzimą fauną (jak kozice, sarny, niedźwiedzie, rysie itd.) Hohenlohe hodował w swym tatrzańskim. zwierzyńcu także zwierzęta sprowadzane, np. jelenie z Kaukazu, Siedmiogrodu i Ameryki, koziorożce z Kaukazu i Alp, żubry z Kaukazu, bizony z Ameryki.


Zwierzyna była w zimie dokarmiana, ale w obrębie zwierzyńca żyła na swobodzie osiągając najwyższe pogłowie w 1912 r. Na ogrodzonym obszarze żyło wtedy ok. 600 kozic, 1200 jeleni, 150 koziorożców, 21 bizonów i żubrów, 30 niedźwiedzi. Po 1912 r., z powodu trudności finansowych, Hohenlohe zmniejszył liczbę strażników i stan zwierzyny, wzmogło się kłusownictwo (m.in. górali podhalańskich), ale liczba zwierzyny była nadal pokaźna. Na terenie tego zwierzyńca Hohenlohe zbudował liczne drogi leśne oraz myśliwskie ścieżki i domki. Urządzał tu często polowania.

Polowanie na niedźwiedzie w Zwierzyńcu Jaworzyńskim

Polowanie w Zwierzyńcu Jaworzyńskim i książę z ubitym bizonem

Hohenlohe zabronił turystom wstępu na ten obszar. Dopiero po licznych protestach turystów w prasie i interwencji węgierskich władz państwowych Hohenlohe zezwolił przechodzić przez zwierzyniec, ale jedynie trzema znakowanymi szlakami: przez Polski Grzebień, Lodową Przełęcz i Przełęcz pod Kopą, natomiast gospodę w Jaworzynie Spiskiej i Schronisko Salamona na Polanie pod Wysoką zamknął dla turystów. Na poruszanie się poza owymi dozwolonymi szlakami w celach taterniczych  czy naukowych trzeba było uzyskać od dyrektora dóbr w Jaworzynie Spiskiej specjalne pozwolenie (z Polaków otrzymał je bodaj jedynie Walery Goetel, geolog i taternik), ale polscy taternicy o to przeważnie nawet się nie starali, tylko unikali strażników. Po śmierci Hohenlohego w 1926 r. jego dobra tatrzańskie odziedziczył jego bratanek, książę August Hohenlohe, który w 1936 r. sprzedał dobra jaworzyńsko-lendackie (z owym zwierzyńcem) państwu czechosłowackiemu.

Christian Kraft z żoną Otylią  Lubraniec - Dąmbską z domu Brauns

Jak donosił „Łowiec Wielkopolski”, w trakcie jednego z polowań w śląskich Sławęcicach Cesarz strzelił w trakcie sześciogodzinnego polowania 1001 sztuk zwierzyny. Cesarz przyjeżdżał do Sławięcic na polowania trzykrotnie. Był tam 10 grudnia 1901 roku, 3 grudnia 1902 r. i jeden raz w 1906 r. Okoliczne lasy, pełne zwierzyny, słynne były na całą Europę.

 

Ostatnio na portalu lokalna24.pl znalazłem fragment tekstu podpisanego inicjałami AR dotyczącego wizyt Wilhelma II w Sławęcicach. Link do portalu przesłał mi Pan Tomasz Krawczyk. Oto fragment tego artykułu "(...) w 1897 roku posiadłość Sławięcice, obejmująca w owym czasie 41587 hektarów gruntów ornych, łąk i lasów, odziedziczył Christian Kraft von Hohenlohe-Oehringen. Jako najstarszy syn księcia Hugona zu Hohenlohe-Öhringen i Pauliny von Fürstenberg, ukończył akademię rycerską w Legnicy, a później studiował prawo w Bonn. Walczył w wojnie z Francją w latach 1870/1871 i awansował na stopień generała-majora w kawalerii. Został też honorowym kawalerem w zakonie joannitów. Za czasów rządów Christiana Sławięcice stały się centrum rolniczym i leśniczym na Górnym Śląsku. Okoliczne lasy kusiły największych myśliwych w państwie pruskim. Dzięki staraniom Krafta odżyły przyjazne stosunki rodu Hohenlohe-Oehringen z dworem cesarskim. Wcześniej, przez blisko sto lat, były one dość oziębłe po niepowodzeniach militarnych Friedricha Augusta von Hohenlohe-Oehringen podczas walk z wojskami napoleońskimi w latach 1806-1807. Na zaproszenie księcia Christiana Sławięcice trzykrotnie odwiedził Cesarz Wilhelm II Hohenzollern. Gościł on w posiadłości w grudniu 1901 oraz 1902 roku, a także cztery lata później w 1906 r. Król Prus nie tylko odpoczywał i bawił się na zamku, ale jako rasowy myśliwy, uczestniczył w specjalnie organizowanych dla niego polowaniach – głównie na jelenie. Przyjazdy Wilhelma do Sławięcic zawsze miały doniosła oprawę. Cesarz przyjeżdżał tu specjalnym pociągiem. Na stacji witał go książę Kraft odświętnie ubrany w mundur gwardzisty pułku ułanów. Towarzyszyli mu bracia – Hans wystrojony w mundur badeńskiego oficera artylerii oraz Max w stroju gwardzisty pułku ułanów. Trzykilometrowemu przejazdowi ze stacji kolejowej do posiadłości towarzyszył szpaler zapalonych pochodni w rękach żołnierzy i członków organizacji kombatanckich. Na pewno było to widowiskowe powitanie znakomitego gościa. W bankiecie powitalnym, odbywającym się w pałacu, uczestniczyli przedstawiciele największych i najbogatszych śląskich rodów – Solm-Baruth, Donnersmark, Lichnowski, Welczek, a także przedstawiciele administracji państwowej i znaczniejsi duchowni".

Sławęcice 1902 r. Wizyta Wilhelma II u Christiana Kraft von Hohenlohe - Oehringen (żródło: Tomasz Krawczyk)

 

Polowania Wilhelma II u śląskich magnatów von Donnersmarck

 

Panami ziem wokół Bytomia i Tarnowskich Gór zostali w pierwszej połowie XVII w. przedstawiciele rodu Henckel von Donnersmarck. Bogactwa naturalne i umiejętne nimi zarządzanie sprawiły, że Donnersmarckowie stali się magnatami przemysłowymi. Zaliczani do grona najbogatszych rodzin Europy, Donnersmarckowie inwestowali swój kapitał w różne dochodowe przedsięwzięcia na całym kontynencie. Świerklaniec i Nakło pozostawały w ich rękach aż do 1945 r.

Zamek w Reptach zwany Starym Zamkiem

Właścicielem Rept był Karol Łazarz Henckel von Donnersmarck (1772-1864), baron i hrabia cesarstwa niemieckiego, który postanowił przekształcić cały teren Rept w Tier Garten (zwierzyniec) przeznaczony do polowań. Dookoła lasu postawiono mur z kamienia wapiennego. W 1840 roku na wschodnim krańcu zbudowano zameczek myśliwski (Jagdschloss). Środkową część lasu wycięto, aby ułatwić polowania.

Zameczek myśliwski (Jagdschloss)

Polowanie w Reptach z udziałem Wilhelma II

 

Guido Henckel von Donnersmarck

Fascynująca jest historia rodu ale też historia wielkiej miłości Guido Henckela von Donnersmarck i budowy w Świerklańcu „Małego Wersalu”. (źródło: Dariusz Pietrucha "Mały Wersal" w Świerklańcu).

 

Femme fatale paryskich salonów


W latach 50. XIX w. Guido Henckel von Donnersmarck przebywał w Paryżu. Tam poznał markizę Blanche de Paiva. Urodziła się w 1819 r. w Moskwie w rodzinie ubogiego, żydowskiego krawca jako Esther (wg. innych źródeł Teresa Paulina) Lachmann. Tak naprawdę nazywała się Teresa Paulina Blanche Lachmann i prawdopodobnie pochodziła ze Śląska. Urodziła się w 1819 r. w żydowskiej rodzinie. Niektórzy twierdzą, że w Nysie. Historia jej życia to prawdziwa esencja Europy w czasach ponapoleońskich. Co na jej temat jest prawdą, a co wymysłem plotkarzy tamtych czasów lub nawet jej samej, nie wiadomo. Była jedną z tych kobiet, które lubią wymyślać legendy na własny temat. Wiadomo, że była niezwykle piękną dziewczyną, która żyjąc w biedzie, marzyła o sławie i bogactwie. Podobno jej ojcem był Natan Lachmann, krawiec, który w poszukiwaniu lepszego życia wyjechał z rodziną z Nysy do Wrocławia. Gdy nie odnalazł tam tego, czego szukał, rodzina wróciła do Nysy.

Markiza La Paiva

Teresa, wówczas 16 latka, zasmakowała jednak życia w wielkim mieście, rychło więc uciekła do Wrocławia. Związała się z młodym czeladnikiem krawieckim, i wspólnie podjęli decyzję o wyjeździe do Moskwy. Jej partner znalazł zatrudnienie w zakładzie krawieckim niejakiego Vilaina (lub Villoinga). Po jakimś czasie Vilain "odbił" swojemu pracownikowi dziewczynę i w 1836 r. ożenił się z Teresą. Wkrótce urodził im się syn. Niebawem Teresa poznaje koncertującego w Moskwie austriackiego pianistę Henri Herza. Romans przerywa jego wyjazd do Francji. Rychło wyjeżdża tam i Teresa. Bynajmniej nie do niego. Zamieszkuje w Paryżu, krótko w Ems, by znowu powrócić do stolicy Francji. Czerpie z życia pełnymi garściami. Po jakimś czasie spotyka Herza i ponownie się z nim związuje. Dzięki jego funduszom otwiera salon, w którym pojawia się ówczesna śmietanka artystyczna i intelektualna Paryża, m.in. pisarz Theophil Gautier, Ryszard Wagner, czy nawet Julius Verne.

     

Blanche de Paiva

Tadeusz Boy-Żeleński pisał: są dziś tylko dwa salony (w Paryżu), w których bywa literatura: salon księżniczki Matyldy i salon pani Païva.


Wzbudzała zachwyt u jednych, innych szokowała. Osoba ponad przeciętna, władająca kilkoma językami, błyskotliwa, doskonale grająca na fortepianie.  Potrafiąca prowadzić konwersacje zarówno na temat sztuki jak i polityki. Słowem: doskonała towarzyszka. Według Dzienników braci Edmonda i Jules’a Goncourtów była najsłynniejszą kurtyzaną swoich czasów. Obdarzona niezwykłą urodą, z burzą rudych loków bardzo szybko zwróciła na siebie uwagę we francuskiej stolicy.


Goście są oczarowani niezwykłą urodą gospodyni. W tym czasie Herz koncertuje w Ameryce zdobywając coraz większą popularność. Nieobecność pianisty wykorzystuje jego rodzina. Oskarżając Teresę o trwonienie majątku Hertza, wyrzuca ją z domu. Pozbawiona środków do życia, znajduje zatrudnienie u niejakiego Girardino. Tam zwraca na nią uwagę Charles Worth, znany projektant strojów, który angażuje ją jako modelkę. Ma nie tylko prezentować stroje szyte dla dam z innego, bogatego świata - dla Teresy nieosiągalnego - ma zachęcić je do ich kupna. Kolejną szansą w jej życiu staje się brytyjski lord Edward Stanley, który ściągnął ją do Londynu. Na krótko jednak.

Wraca do Paryża z kolejnym mężczyzną, księciem Gramont Antoine Agenorem i znacznym majątkiem. Zakupuje rezydencję na Placu Saint Georges, która staje się miejscem spotkań elity paryskiej. W 1849 r. umiera jej mąż Vilain. Podczas kolejnej wyprawy, w Baden-Baden, poznaje portugalskiego arystokratę markiza Albino Francesco de Paiva. Mąż jednak nie cieszył się zbytnimi względami u małżonki. Po dwóch latach markiz wrócił do Portugalii, a żona płaciła mu 200 dolarów miesięcznie na pocieszenie.

 

Historię można by już uznać za zakończoną. Biedna dziewczyna znalazła księcia z bajki i stała się bogatą księżniczką. W tym momencie następuje gwałtowny zwrot akcji. Na scenę wkracza młody i przystojny hrabia. Milioner, najbogatszy człowiek ówczesnej Europy - Guido Henckel von Donnersmarck. Guido oszalał na punkcie Blanche. Była od niego o 11 lat starsza. Hrabia zakochał się i od razu poprosił ją o rękę. "Nie mogę ci jej dać" – odpowiedziała podobno markiza. "Byłam mężatką trzykrotnie". "Nie szkodzi, poczekam" – podobno brzmiała odpowiedź hrabiego. Nota bene młody hrabia był bardzo "kochliwy". Jeszcze przed ślubem posiadał dziecko Jego pierwszym synem był Odo Deodatus I (1885-1926), nieślubny potomek ze związku z Rosalie Coleman (z d. Pareut, 1835–1915).

 

Zakochany w markizie, zaproponował jej małżeństwo, jednak było ono niemożliwe aż do sierpnia 1871, kiedy to Therese Blanche i Albino Francesco de Paiva Araujo uzyskali rozwód. 28 października tego samego roku markiza wzięła ślub z Guido Henckel von Donnersmarck. Markiz Albino de Paiva nie potrafił się z tym pogodzić i 9 listopada 1872 roku zastrzelił się w Paryżu.

Guido Jerzy Fryderyk Erdmann Henryk Adalbert Henckel von Donnersmarck auf Gföhl und Vesendorf (ur. 10 sierpnia 1830 r. we Wrocławiu, zm. 19 grudnia 1916 r. wBerlinie) — górnośląski hrabia węgierskiego pochodzenia, 13. Wolny Pan Stanowy Bytomia, potentat przemysłowy, od 1901 pruski książę.

Jeszcze przed ślubem wybudował dla niej w Paryżu pałac przy Avenue des Champs-Èlysées, zatrudniając do tego słynnego architekta Pierre Manguina.  Po czasie przenieśli się do zakupionego przez Guido zamku Pontchartrain (niedaleko Rambouillet), gdzie zjeżdżała się arystokratyczna i artystyczna elita. Była to jedna z najwspanialszych posiadłości we Francji (pałac miał tyle okien ile dni w roku) oraz na jego zlecenie wybudowano ekskluzywny dom przy Polach Elizejskich (pod nr 25) w Paryżu. Pałac wzbudzał wielkie emocje w ówczesnym świecie. Do jego budowy oraz wykończenia zatrudniono najlepszych swojej epoki. Nie oszczędzano na niczym. W pałacu znajdowały się wspaniałe schody, których każdy stopień był wykonany z malachitu wartego 20 tys. funtów. Łóżko w sypialni kosztowało 100 tys. franków. Markiza kazała w łazienkach zamontować 3 kurki: na ciepłą i zimną wodę oraz na szampana, w którym uwielbiała się kąpać. Kurki wykonane były ze złota ozdobionego drogimi kamieniami.

Pierwsza z prawej Blanche

Ponownie otworzyła towarzyski salon w Paryżu zapraszając najświetniejsze osobistości ze świata polityki i sztuki (gościem był m.in. francuski minister wojny Leon Gambetta). Liczyła, iż w ten sposób załagodzi narastającą wrogość wobec Guido i doprowadzi do pogodzenia się Francuzów z Niemcami. Była jednak żoną znienawidzonego Guido, a jemu Francja nie chciała wybaczyć. Ostatnią próbą Blanche była chęć doprowadzenia do spotkania Gambetty z Bismarckiem.


Liczyła, że dwaj tak ważni politycy będą w stanie coś zmienić we wzajemnych francusko-pruskich stosunkach. Do spotkania nie doszło, gdyż zrezygnował Gambetta. Dla Francuzów Guido stawał się persona non grata. Ostatecznie zasugerowano mu, by wyjechał z Paryża. I tak też się stało. Przeprowadzili się na Śląsk do posiadłości hrabiego w Świerklańcu. W 1870 roku, Guido wywiózł La Paivę do Świerklańca, bojąc się o jej życie (była przez Francuzów posądzana o szpiegostwo). Przeżyła z nim 28 lat, w tym 13 lat w związku małżeńskim, aż do śmierci.

 

"Mały Wersal"


Górny Śląsk nie przypominał Paryża, a Świerklaniec był miejscem cichym i spokojnym. Kamienny XIII-wieczny zamek, w którym zamieszkali, nie gwarantował paryskich warunków do jakich Blanche miała okazję przywyknąć. Wokół podmokły teren powodujący reumatyzm i wszechobecne komary. Pokochała jednak to miejsce, choć zapewne zdarzało się jej narzekać na nudę. Wówczas zakochany w swojej żonie Guido podejmuje karkołomną decyzję. Na tyłach Starego Zamku (niem. Alte Schloss) postanawia wybudować dla niej nowy, wspaniały pałac (niem. Neue Schloss) w stylu Ludwika XIII zwany "Małym Wersalem".

Stary zamek w Świerklańcu

Nowy zamek tzw. Mały Wersal

Mały Wersal

 

Od tego pomysłu nie odwiódł go nawet podmokły teren. Kazał go…osuszyć. Wbito więc w ziemię 2 tys. dębowych pali, każdy o długości 10 m. Projekt pałacu nawiązywał do Wersalu (choć niektóre źródła mówią że miał być kopią nieistniejącego dziś pałacu Tuileries w Paryżu).


Zaprojektował go wybitny francuski architekt Hector Lefuel (1810-1880), nadworny architekt Napoleona III, jeden z twórców Luwru. Sława cesarskiego architekta przyniosła mu zlecenie budowy pałacu w Świerklańcu. Do fazy projektowania przystąpił jeszcze w 1868 roku, czyli przed wybuchem wojny francusko-pruskiej. Budowa została zakończona w 1876 roku. Podstawowym środkiem wyrazu zewnętrznej elewacji świerklanieckiego pałacu, stało się zastosowanie dwubarwnego wątku muru, w którym czerwona cegła lica ścian kontrastowała z bielą obramowań narożników i okiennych otworów. W projekcie Lefuel zastosował różnorodność kształtów pałacu.


Efekt dynamizmu osiągnięto przez sylwetkę dachu i brył kształtujących fasady, które symetrycznie cofały się i występowały w formie ryzalitów. Świerklaniecki pałac został zaprojektowany jako kompleks składający się z korpusu głównego z ryzalitem środkowym, przekrytym wypiętrzonym do góry dachem. Każdy z członów kompleksu odznaczał się wyrafinowanymi proporcjami, wyeksponowanymi dodatkowo za pomocą tarasu, idealnie wpisującego pałac w jego parkowe otoczenie. Całość budowli była utrzymana w stylu francuskiego neorenesansu. Korpus budowli na osi północ-południe miał 92 m długości. W narożach pałacu, od strony ogrodu, wzniesiono dwa kolejne ryzality, a od strony podjazdu dwa płytkie skrzydła z alkierzami, które tworzyły wewnętrzny dziedziniec.

Dowód miłości Guida do Blanche - Nowy Pałac (Neue Schloss) zwany Małym Wersalem - rekonstrukcja. Źródło A. Kuzio-Podrucki, M. Ogiński, Rezydencje śląskiej szlachty. Bytom, Piekary Śląskie, powiat lubliniecki.jpg

Niestety, do dzisiaj udało się odnaleźć iewiele fotografii wnętrz pałacu. Istniała tam m.in. Sala Czerwona udekorowana dziełami znanych malarzy, ale najbardziej reprezentacyjna była trzyczęściowa sala balowa z emporami, gobelinami, mozaikami i okładzinami z malachitu. W pałacu znajdowały się 34 bogato wyposażone komnaty, 6 odrębnych apartamentów z ekskluzywnymi łazienkami (złocona armatura, włoskie i hiszpańskie kafelki, marmurowe okładziny i kryształowe lustra), nowoczesne systemy ogrzewania i wentylacji. Pałacowa biblioteka słynęła z dzieł wybitnych autorów, m.in. Droysen, Schlosser, Goethe i Schiller. Urządzeniem wystroju wnętrz w Neue Schloss zajmowała się francuska firma Dom Christofle.


Ich dziełem jest m.in. wielki kominek z postacią Diany, autorstwa rzeźbiarza Ernesta Eugéne’a Hiolle’go, a także balustrada z pełnoplastyczną rzeźbą pawia z żelaza i złoconego brązu. Pracowali tu również wybitni francuscy artyści. Niestety nie ocalało żadne zdjęcie ich dzieł, a elementy pałacowego wyposażenia zostały rozkradzione w trakcie wojny lub zaraz po niej.

Gabinet księcia Guido Henckel von Donnersmarck w Świerklanieckim pałacu

Salon Myśliwski w Małym Wersalu

Duży Salon w pałacu w Świerklańcu

Korytarz pałacowy


Pałac zachwycał. Wokół niego powstał wspaniały park i dziedziniec bogato i gustownie zdobiony. Obok sporych rozmiarów staw z wysepką na środku. Na pałacowym dziedzińcu umieszczono cztery rzeźby autorstwa Emmanuela Fremieta. Wykonane na zlecenie Guido rzeźby są dowodem zafascynowania tematyką zwierząt i imponują dynamizmem ukazania swoich postaci.

Na uwagę zasługuje fakt, iż świerklaniecki park jest jedynym miejscem skupiającym tak wiele rzeźb tego sławnego francuskiego rzeźbiarza. Jego dzieła znajdują się tam do dzisiaj, choć niewiele osób zdaje sobie sprawę, kto jest ich twórcą. W centralnym miejscu dziedzińca stoi fontanna będąca kopią paryskiej z Obserwatorium Astronomicznego

Częstym gościem w Świerklańcu był Cesarz Wilhelm II (w 1900, 1904, 1906 i 1910 r.), który co prawda nie przepadał za Guido, jednakże ten był bardzo poważany w kręgach politycznych cesarstwa. Guido stał się prawdziwym śląskim potentatem przemysłowym. Był właścicielem hut "Donnersmarck" (Zabrze), "Bethlen-Falva" i "Deutschland" (Świętochłowice), huty cynku "Guidotto" w Chwałowicach, kopalń "Schlesien" (Chropaczów), "Donnersmarck" (Chwałowice), "Karsten-Centrum" (Bytom), "Andaluzja" (Piekary Śląskie) i fabryki celulozy w Kaletach. Był także założycielem pierwszej na Śląsku spółki akcyjnej "Śląskie Kopalnie i Cynkownie" z siedzibą w Lipinach. Wsparł finansowo budowę katolickich kościołów w Reptach, Mikulczycach, Wieszowej, Kamieniu, Starych Tarnowicach, Świerklańcu, Zabrzu i Tarnowskich Górach, choć sam był protestantem. 2,5 miliona marek przeznaczył na istniejącą do dzisiaj fundację "Fürst-Donnersmarck-Stiftung" wspierającą edukację jego urzędników, pracowników oraz ich dzieci. Był szanowany i podziwiany.Miał swoje rezydencje w Paryżu, Berlinie, Rottach-Egern, Reptach oraz Świerklańcu, gdzie był piastowski zamek i nowy pałac zwany „Małym Wersalem”.

Biała dama ze Świerklańca

Blanche Henckel von Donnersmarck

Ogromną miłośniczką wspaniałych klejnotów była markiza de Paiva, pierwsza żona Guido Henckel von Donnersmarck. Zaopatrywała się w biżuterię w założonej w 1780r. firmie jubilerskiej Chaumet, zlokalizowanej w Paryżu na placu Vendome pod nr 12. Klientami tej firmy były koronowane głowy z całej Europy. Znany jest piękny diadem wykonany w firmie Chaumet dla markizy de Paiva. Jednak zdecydowana większość znanych, należących do Niej klejnotów pochodzi z firmy jubilerskiej Boucheron.  Co ciekawe, zachowały się w archiwach firmy zapiski świadczące o poszczególnych transakcjach. W okresie między 1878 a 1883r. markiza de Paiva 30 razy odwiedziła jubilera, zamawiając wspaniałe klejnoty. W archiwach zachował się zapis o jej wizycie w dniu 27 października 1882r., kiedy to zakupiła: 1 perłę za 60 000 franków, 2 szmaragdy 144 karatowe za 14 256 franków, 1 szmaragd 59 karatowy za 4 974 franków, 2 rubiny 10 karatowe  za 17 540 franków, dwa  inne rubiny 12 karatowe za 8 050 franków,  1 szafir 43 karatowy za  23 000 franków i 23 perły za 30 107 franków. Markiza wydała tego dnia 157 957 złotych franków. W wymienionych wyżej latach Markiza de Paiva – hrabina Donnersmarck wydawała rocznie u Buocherona 100 000 franków na swoją biżuterię. Jednym z ważniejszych zakupów była wspaniała obręcz zawierająca kilkaset diamentów, zaprezentowana w 1878r. na Światowej Wystawie. Ostatnia wizyta u Boucherona miała miejsce 14 marca 1883 roku, podczas której markiza oświadczyła, że za kilka tygodni wyjeżdżają do Świerklańca i już tutaj nie wrócą, a podróż jest długa i  jej biżuteria potrzebuje największego komfortu. Frederic Boucheron bez dyskusji zaoferował wykonanie trzech pudeł z narożnikami stalowymi i zamkami , jednego na biżuterię z pereł, drugiego na diamenty i trzeciego na pozostałe klejnoty z szafirów, rubinów i szmaragdów. Ponadto wykonał torbę z marokańskiej skóry na skrzynki z biżuterią. I z tym cennym skarbem markiza udała się na stałe na Śląsk, do swojej pięknej posiadłości w Świerklańcu, wybudowanej dla niej przez jej męża hrabiego (późniejszego księcia) Guido Henckel von Donnersmarck. Większość biżuterii po śmierci markizy otrzymała druga żona księcia – Katarzyna Slepcov, a później ich spadkobiercy. Przez wiele lat ten wspaniały skarb pozostawał w ukryciu,  w ostatnich latach w najlepszych domach aukcyjnych pojawiają się elementy biżuterii Paivy i osiągają zawrotne ceny.

Słynna tiara Blanche

Przepiękny pałac w Świerklańcu, otoczony parkiem stanowił nową siedzibę rodu Donnersmarck. Stał się miejscem spotkań towarzyskich. Niestety, wilgotny klimat Świerklańca nie służył Blance. Chorowała na reumatyzm, a to z kolei spowodowało kłopoty z sercem. Zmarła jednak na skutek wypadku w 1884 roku. Podczas konnej przejażdżki szal zaplątał się w gałęzie drzew i udusił ją. Została pochowana w rodzinnym mauzoleum Donnersmarcków w Świerklańcu. Jednak zanim to nastąpiło Guido Henckel von Donnersmarck, nie mogąc pogodzić się ze śmiercią ukochanej żony, zakonserwował (podobno) jej zwłoki i umieścił w jednej z komnat.

Stare Mauzoleum Donnersmarcków - ostatnią pochowaną tam osobą była markiza de Paiva czyli Blanka Donnersmarck - ukochana pierwsza żona późniejszego księcia Guido

Niestety, w 1945 roku mauzoleum zostało splądrowane, doczesne szczątki markizy okrutnie sprofanowano. Rozrzucone wokół mauzoleum kości zostały skrupulatnie pozbierane przez księdza ze Świerklańca i powtórnie pochowane na starym cmentarzu ewangelickim w lesie na granicy Świerklańca i Chechła. Cmentarz ten jest aktualnie haniebnie zaniedbany i nie wiadomo gdzie spoczywają „resztki” tej prze-wspaniałej kobiety.


O śmierci markizy de Paiva, żony hrabiego Guido Henckel von Donnersmarck donosiły gazety na całym świecie. Już 24 stycznia 1884 roku w Paryżu "La vie parisienne" doniosła, że „księżna Donnersmarck (to błąd autorów – zmarła jako Hrabina - zanim jej mąż w 1901 roku otrzymał tytuł Księcia), znana bardziej jako markiza de Paiva zmarła w rezydencji Neudeck (Świerklaniec) we wtorek wieczorem, o godzinie 16:00. W obszernym artykule przypomniano życiorys zmarłej. Świerklaniec zapisał się na stałe w historii XIX wieku. Blanche Henckel von Donnersmarck zmarła w 1884 roku, mając ok. 67 lat. Nie ma już dzisiaj śladu. Miejsce, gdzie spoczęło ciało Blanche już nie istnieje.


Podobno w 1945 r. jej zmumifikowane zwłoki (Guido po jej śmierci nakazał mumifikację) wywleczono z krypty i oparto o uszkodzoną kratę broniącą wejścia. Wokół walały się drobne przedmioty, kiedyś należące do niej. Potem jej resztki rozwleczono po parku, a ktoś z litości zakopał gdzieś to, co z niej pozostało. Ale pamięć o tej niecodziennej kobiecie przetrwała. Narodziły się też legendy o "Białej damie ze Świerklańca". Podobno Blanche była pierwowzorem dla postaci Nany w powieści Emila Zoli, a także panny Mimi w "Cyganerii" Pucciniego. Jej portret malował sam Eugene Delacroix czy też Franz von Lenbach. Hrabina Blanche Henckel von Donnesmarck była również wielbicielką klejnotów, na które nie szczędziła pieniędzy. 27 października 1882 r. zakupiła klejnoty za sumę 157 957 franków w złocie. W jej szkatule znajdowała się biżuteria należąca niegdyś do koronowanych głów. W dniu ślubu z hrabią miała na sobie diamentowe kolczyki, kosztujące łącznie 300 tys. dolarów.

 

Po śmierci markizy de Paiva Guido Henckel von Donnersmarck ożenił się ponownie w 1887 r. Jego wybranką została   Katarzyna Slepcow.

Guido ponownie się ożenił. Drugą żoną (1887) była Katarzyna Slepcow (1862-1929), pochodząca z Rosji szlachcianka, z którą miał dwóch synów. Guidotto (1888-1959) był 2. księciem von Donnersmarck, a hrabia Kraft (1890-1977) 16. wolnym panem stanowym Bytomia.

 

Z lewej hrabia Kraft, z prawej książę Guidotto - ostatni właściciel Świerklańca

Portret Katarzyny Slepcov

Katarzyna Slepcov - druga żona księcia Guido Henckel von Donnersmarck - Pani na Świerklańcu (w starszym wieku zamieszkała w pałacu w Kozłowej Górze) - zapamiętana przez mieszkańców Świerklańca jako osoba o bardzo dobrym sercu, chętnie niosąca pomoc ubogim, chorym i cierpiącym.

Pałac Kozłowa Góra - po śmierci męża zamieszkała w nim Katarzyna Slepcov

„Slovenski narod” w dniu 7 grudnia 1907r. donosił:
 
„Najdrogocenniejszą kolię na całym świecie ma żona niemieckiego księcia Henckel von Donnersmarck. Książę Donnersmarck jest najbogatszym niemieckim arystokratą, który ma wiele przedsiębiorstw przemysłowych. Jego żoną jest Rosjanka, Katarzyna z domu Slepcov. Wspomniana kolia jest zestawiona z trzech części pochodzących z różnych okresów. Jeden naszyjnik należał kiedyś do Królowej Marii, siostry zmarłej austriackiej Cesarzowej Elżbiety ( Sissi),  drugi naszyjnik nosiła onegdaj żona pierwszego hiszpańskiego granda, trzeci natomiast był własnością Cesarzowej Eugenii.  Z powodu tych historycznych uwarunkowań wartość tej kolii jest trzykrotnie wyższa niż wartość samych klejnotów. Była Cesarzowa Niemiec miała kolię z 32 pereł o wartości 800 000marek." Co do klejnotów, to większość z nich Katarzyna odziedziczyła po Paivie, która była wielką miłośniczką biżuterii. Perły Cesarzowej Eugenii otrzymała jako dar od zakochanego Guido w noc poślubną.

W nocy z 6 na 7 listopada 1917 r. wybuchła w Piotrogrodzie (Petersburgu) Wielka Socjalistyczna Rewolucja Październikowa. Pomimo dystansu dzielącego Górny Śląsk i Rosję, również Donnersmarckowie zetknęli się z tymi dramatycznymi wydarzeniami. Druga żona księcia Guido - Rosjanka Katarzyna Slepcow zaangażowała się w pomoc uciekającym przed bolszewikami Białym Rosjanom, udzielając im tymczasowego azylu w świerklanieckim pałacu.

Guido i Katarzyna

Smutny los spotkał pałac w Świerklańcu. Przetrwał obie wojny światowe, ale niestety nie przetrwał spotkania z Armią Czerwoną i szabrownikami. Rok 1945 położył kres ponad 300 -letniej obecności Donnersmarcków na Śląsku. Zamek i pałac zostały splądrowane i podpalone w 1945 roku i ostatecznie zniszczone w czasach PRL. Nadający się budulec uzyskany z ruin oraz marmury i kamienne bloki posłużyły do budowy Pałacu Kultury Zagłębia w latach 1951-1958. W 1962 bez wiedzy ówczesnego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków wysadzono resztki ruin zamku. Z zespołu pałacowego do dzisiaj ocalały baseny, tarasy i fontanny, Pałac Kawalera oraz kościół z grobowcami rodziny. Autorem rzeźb na tarasie, które ocalały do dziś, był Emanuel Fremiet. Dwie pochodzące z parku pałacowego rzeźby lwów znajdują się w Zabrzu (zdobią wejście do parku przy ulicy 3 Maja), natomiast brama do pałacu zdobi dziś wejście do ogrodu zoologicznego w chorzowskim parku rozrywki. 

 

Pałac Kawalera powstał w latach 1903-1906 jako reprezentacyjna rezydencja dla gości Guido. Jednym z pierwszych był sam Cesarz Wilhelm II Hohenzollern. Cesarz Wilhelm II (polował w 1900, 1904, 1906 i 1910 r.), który co prawda nie przepadał za Guido, jednakże ten był bardzo poważany w kręgach politycznych cesarstwa.

Pałac Kawalera

Rezydencja rodu Donnersmarcków została wybudowana specjalnie dla Wilhelma II, który przyjeżdżał do Świerklańca na polowania. Budowlę wzniesiono w parku świerklanieckim w pobliżu nieistniejącego już pałacu zwanego "Małym Wersalem" lub "Śląskim Wersalem". Obiekt w stylu francuskiego neobaroku został zaprojektowany przez Ernesta von Ihne. Wewnątrz znajdowały się amerykańskie wanny Royal, podłogi z dębowego parkietu, posadzki z marmuru, oraz doskonale działające centralne ogrzewanie. Na frontonie pałacu wyryto napis: "Memento vivere" (Pamiętaj o życiu), napis miał zachęcać do zabawy. Rezydencję rodu Henckel von Donnersmarck otacza 185-hektarowy park w stylu francuskim. Ernst von Ihne stworzył budowlę na planie zbliżonym do kwadratu z ryzalitami na osiach elewacji. Ze względu na podmokły teren pałac postawiono na ołowianej płycie.

 

W innej części parku stoi przepiękny kościół wraz z mauzoleum. Jest kopią znajdującego się niegdyś w Berlinie kościoła St. George’s Anglican Church w kompleksie pałacowym Monbijou - zniszczonych w trakcie alianckich nalotów. Projektantem obydwu był urodzony w Pszczynie Julius Carl Raschdorff, ulubiony architekt Cesarza Niemiec. Świerklaniecki kościół, jako świątynia ewangelicka, został założony na planie prostokąta i zorientowany na kierunku wsch.-zach., gdzie umieszczono wejście główne. Od strony północnej dostawiono zakrystię, od południowej boczną kruchtę. Wnętrze kaplicy ukształtowane zostało tradycyjnie dla świątyń ewangelickich, czyli bez podziału na nawy i prezbiterium.

Do północnej ściany przylega neogotycki krużganek założony na planie litery "L", który łączy bryłę kościoła z mauzoleum Donnersmarcków. Zostało ono założone na planie krzyża i jest budowlą dwukondygnacyjną. W podziemnej części powstała krypta grobowa z 19 komorami grobowymi wykonanymi z betonu. Co ciekawe, podłoga była wykonana w taki sposób, by możliwy był pochówek w ziemi. Stało się tak z powodu drugiej żony księcia Guido, Rosjanki Katarzyny von Slepcow, która jako greko-katoliczka, zgodnie z zasadami swojej wiary, zobowiązana była do takiej formy wiecznego spoczynku. Na szczycie dachu mauzoleum znajduje się przepiękna figura anioła prawdy i pokoju.

Pogrzeb Księcia von Donnersmarck w parkowym kościele-mauzoleum - grudzień 1916 r.

Pogrzeb księżnej Katarzyny Slepcov, drugiej żony księcia Guido H.v Donnersmarck w 1933 r.

Hrabia zapraszał do swojej posiadłości na polowania znakomitych gości. Przebywał tu czterokrotnie Cesarz Wilhelm II. W parku posadzono drzewa i rośliny sprowadzane z całego świata. Rosną tu między innymi: buki japońskie, tulipanowce, chojna kanadyjska, różne odmiany dębów, buków, kasztanowców oraz sosny wejmutki, platanowce oraz wiele innych. Guido jako przyjaciel Alfreda Kruppa i Ottona von Bismarcka posiadał także spore wpływy polityczne. Po Alfredzie Kruppie był najbogatszym człowiekiem w ówczesnych Niemczech. Cesarz niemiecki Wilhelm II, 18 stycznia 1901 r., nadał mu dziedziczną godność pruskiego księcia von Donnersmarck (Primogenitur) z tytułem "Książęca Mość". Gościł tu także syn Cesarza Wilhelma II, kronprinz Wilhelm z żoną Cecylią.

Polowanie z udziałem księcia Wilhelma, następcy tronu Prus i Niemiec. Ilustracja z czasopisma „Sport im Bild” z 1914 r.

Następca tronu Wilhelm i Księżniczka Cecylia z księciem Guido Henckel von Donnersmarck w Świerklańcu, grudzień 1906 r.

 

Kronprinz Wilhelm i książę Guido Henckel von Donnersmarck

Guido Henckel von Donnersmarck

Wiemy czym podejmował Cesarza Wilhelma II gospodarz Świerklańca podczas uczt - tekst pochodzi ze strony internetowej www.kliczkow.com.pl/uploads/ZastolemwKliczkowie.pdf:

Zamek w Świerklańcu

 "Najwykwintniej, by nie rzec - po cesarsku, jadał Wilhelm II na Śląsku podczas odwiedzin księcia Guido Henckela von Donnersmarcka w Świerklańcu, u którego był częstym gościem i którego bardzo cenił - jednego z największych magnatów przemysłowych w Niemczech, właściciela wielu kopalń, hut i stalowni na Górnym Śląsku, posiadającego też liczne inwestycje w Zagłębiu Ruhry, we Francji, na Sardynii, w Karyntii, na Morawach i w Królestwie Polskim na ziemiach zaboru rosyjskiego. Książę hołdował kuchni francuskiej, co znalazło odzwierciedlenie na stole podczas przyjęcia wydanego z okazji przyjazdu Cesarza w listopadzie 1910 roku. W karcie dań znalazły się tego dnia: consomme a la Souvaroff, pączki a la Magador, karp na niebiesko, polędwica wołowa po włosku, filet z bażanta a la Montignano, kaczka pieczona na ruszcie, sałatka orientalna, zielone szparagi po parysku, ananas a la Palermo, rożki z ciasta francuskiego a la Rubino. Menu o tyle wykwintne, iż nawet dziś nie sposób odnaleźć w dawnych książkach kucharskich receptur na wszystkie wymienione specjały. Książę von Donnersmarck nie przejmował się najpewniej przywiązaniem Cesarza do swoiście pojętej prostoty na talerzu. Dodajmy jednak - zielone szparagi po parysku oraz ananas a la Palermo były głębokim ukłonem księcia w stronę Jego Wysokości".

Jedna z ciekawszych fotografii wykonana przez tarnogórskiego fotografa Otto Reiche przed pałacem w Świerklańcu - na zdjęciu właściciel Małego Wersalu Guido Henckel von Donnersmarck i jego znamienity gość Cesarz Wilhelm II.

Powitanie Cesarza Wilhelma II przez księcia Gwidona Henckel von Donnersmarck na starym dworcu w Radzionkowie. Cyframi oznaczeni: 1) Cesarz Wilhelm II Hohenzollern, 2) książę Gwidon Henckel von Donnersmarck, 3) marszałek dworu, hrabia Eulenburg, 4) starosta tarnogórski von Schwerin, 5) książę Krystian Kraft Hohenlohe, 6) hrabia Cuno Moltke, 7) książę von Schönburg, 8) tajny radca dworu Schwerin, 9) hrabia Wollff-Metternich, 10) hrabia Görtz-Schlitz, 11) generał von Scholl. Mamy opis tej wizyty:

 

"Wilhelm II uwielbiał polowania i m.in. z tych powodów odwiedzał śląskich arystokratów, którzy swym bogactwem niejednokrotnie mu dorównywali. Jedna z takich wizyt miała miejsce jesienią 1900 r., gdy zawitał do hrabiego Guido Henckel von Donnersmarcka ze Świerklańca. Upolowaną zwierzynę liczono w setki, a nawet tysiące. Dokładnie dwa miesiące później Cesarz nadał tytuł księcia świerklanieckiemu gospodarzowi hrabiemu Guido. Gdy Wilhelm przyjechał 26 listopada 1904 r. zamieszkał w dopiero co wybudowanym Domu Kawalera, niewielkim pałacyku położonym tuż obok Małego Wersalu. Był tam pierwszym gościem. Plan kolejnej wizyty w 1906 r. opisała ówczesna Gazeta Katolicka: W sobotę 1 - go grudnia br. przyjedzie Cesarz pociągiem osobnym w nocy na dworzec radzionkowski, gdzie zostanie przyjętym przez księcia Donnersmarcka i zaprowadzonym do pałacu w Świerklańcu. Tam odbędzie się w niedzielę 2 - go grudnia nabożeństwo, które będzie odprawiał superintendent Bojanowski z Tarnowskich Gór. Następnie odbędzie się uczta familijna, przechadzki, itd. W poniedziałek o godz. 3/4 8 rozpoczyna się polowanie. We wtorek 4 - go grudnia nastąpi po śniadaniu wyjazd Cesarza osobnym pociągiem z dworca radzionkowskiego."

Przed pałacem w 1910 roku w trakcie cesarskiej wizyty

Wracając do tematu polowań w lasach wokół Świerklańca pocztówka z przełomu wieku XIX i XX

Pałac w Świerklańcu oraz zaprzęg księcia na pocztówce z początku XX wieku

Ostatni raz Cesarz przebywał w Świerklańcu 24-26 listopada 1910 r. Wówczas celem wizyty było odsłonięcie pomnika Króla Fryderyka II Wielkiego w pobliskim Bytomiu oraz oczywiście polowanie.

Grafika, przedstawiająca wizytę Cesarza Wilhelma II Hohenzollerna w Świerklańcu (Cesarz i Książę Guido widoczni są z lewej strony).

 

Podczas polowań w dobrach księcia Guido przestrzegano tradycji i zwyczajów łowieckich. m.in. honorowano szczęśliwego strzelca i ubitą zwierzynę gałązką złomu. Stanisław Cenker (leśnik, myśliwy, śląski działacz polonijny dop. autora) relacjonował:


"(...) Zgodnie z łowieckim zwyczajem podszedłem do kępy świerczyny, uciąłem dwie gałęzie. I jedną z nich złożyłem na jeleniej komorze, w miejscu wlotu kuli. Drugi złom świerczyny, po lekkim zanurzeniu w farbie jelenia wręczyłem przepisowo na kordelasie uszczęśliwionemu myśliwemu. Pułkownik zdjął swój myśliwski kapelusz i odebrał symboliczny złom jako wyraz gratulacji".

Służby leśne Donnersmarcków dbały o zwierzynę łowną w swoich lasach. Na załączonej pocztówce akcja dokarmiania w lesie w okolicach miasteczka (tzw. Tylina)

Takie jelenie strzelano w łowiskach księcia

 

Wilhelm II był lubiany przez jednych, a nienawidzony przez drugich. Bywał na Śląsku często i zawsze polował. Uchodził za kobieciarza. Często się to powtarza w przekazach o jego wizytach. Pokazywany był jako myśliwy, odwiedzający zamki i pałace. Bywał u księcia Donnersmarcka w Świerklańcu i Reptach, u książąt pszczyńskich: Hochberga XI i XV, u hrabiego von Tiele-Wincklera w Mosznej. Mówiono o nim, że był "kobieciarzem" - tak pisze o nim Gabriela Horzela-Szubińska na http://www.montes.pl . Nie wiem czy był kobieciarzem. Prawdę mówiąc nic na to nie wskazuje - dop. autora.

Zamek  w Mosznej

Moszna położona jest na szlaku komunikacyjnym łączącym Prudnik z Krapkowicami. Nazwa wioski pochodzi prawdopodobnie od nazwiska Moschin, rodziny przybyłej do parafii Łącznik w XIV wieku. Jak głosi legenda, Moszna w średniowieczu należała do Zakonu Templariuszy. W 1679 roku właścicielami Mosznej była rodzina von Skall. W 1723 roku po śmierci właścicielki Urszuli Marii von Skall, wieś przeszła w ręce jej kuzyna nadmarszałka dworu Fryderyka Wielkiego - Georga Wilhelma von Reisewitz. Z tego okresu pochodzi pałac - środkowa część dzisiejszego zamku. W 1771 roku rodzina von Reisewitz straciła Moszną, a majątek został zakupiony na licytacji przez Heinricha Leopolda von Seherr-Thossa - którego rodzina posiadała również na własność zamek i dobra w niedalekiej Dobrej. W 1853 roku Karl Gotthard Seherr-Thoss sprzedał Mosznę Heinrichowi von Erdmannsdorfowi, który zbył ją w 1866 roku Hubertowi von Tiele-Winckler z Miechowic.

Zamek Huberta von Tiele-Winckler w Miechowicach

Hubert von Tiele-Winckler założył rozległy park w Mosznej

Pomnik Huberta von Tiele - Winckler - niestety zniszczony po II Wojnie Światowej

Franz Hubert von Tiele-Winckler

Franz Hubert, syn Huberta von Tiele - Winckler,  był pomysłodawcą i budowniczym zamku, wzniesionego po tym, jak w 1896 roku częściowo spłonął barokowy pałac. Niektórzy historycy uważają, że Franz Hubert, ówczesny właściciel zamku, a zarazem pomysłodawca niekonwencjonalnego projektu, rozmachem przedsięwzięcia i oryginalną architekturą chciał zaimponować Cesarzowi Wilhelmowi II. Jeśli istotnie taki był jego cel, udało mu się go osiągnąć. Władca Prus był nie tylko pod wielkim wrażeniem budowli, ale także gościł w Mosznej czterokrotnie przy okazji polowania.

 

Ciekawostką architektoniczną jest również fakt, że w rezydencji znajduje się dokładnie 365 pomieszczeń, a ponadto 99 wież i wieżyczek, symbolizujących posiadaną przez Franza Huberta liczbę majątków. Wokół pałacu utworzono rozległy park, współcześnie należący do najcenniejszych przyrodniczo kompleksów tego typu w regionie.


Na początku XX wieku w ogrodzie badacze natknęli się na pozostałości dwóch średniowiecznych grodzisk, a w późniejszych latach fragment drewnianej palisady. Odkrycie to traktuje się jako potwierdzenie hipotezy, że kilka stuleci wcześniej w tym miejscu znajdowała się siedziba Templariuszy.

 

W tym miejscu zacytuję obszerne fragmenty artykułu "Zamek pod patronatem diabła" Joanny Banik:

 

"Unikalny klimat Mosznej zapewne zrobił ogromne wrażenie na Hubercie, gdyż postanowił zmienić ją w pyszną siedzibę rodu. Z planów nic jednak nie wyszło. Nie dość, że pałacyku nie udało się rozbudować, to jeszcze spustoszył go pożar, który wybuchł w niezwykle tajemniczych okolicznościach w nocy 2/3 czerwca 1896 r. Zgliszcza przypadły w sukcesji najstarszemu synowi Huberta - Franciszkowi, który wkrótce zmienił je w architektoniczną bajkę. Szatańska firma budowlana Hubert i Valeska mieli ośmioro dzieci: czworo synów, tj. wspomnianego już Franciszka Huberta oraz Hansa Wernera i dwóch o nieznanych imionach, a także cztery córki - Helenę, Hildegardę, Klarę i Ewę. Ta ostatnia została zakonnicą i założyła w Miechowicach przytułek miłosierdzia dla ubogich, na który przeznaczyła swój spadek po matce. Najstarszy z rodu, wspomniany już Franciszek odziedziczył cały niepodzielny majątek ziemski wraz z kopalniami, a Cesarz nadał mu tytuł hrabiowski. Moszna natomiast miała stać się siedzibą rodu, miejscem dorocznych zjazdów familijnych. W tym celu w 1896 r. zaczął powstawać bajeczny budynek z dwoma skrzydłami i oranżerią.

 Podczas drugiej wojny światowej zamek nie doznał właściwie żadnego uszczerbku, ale nie oparł się już dewastacji, jakiej dopuścili się żołnierze sowieccy, kwaterowani w Mosznej od 1945 roku. Od 1972 do 2013 roku w pałacowych wnętrzach mieściło się Centrum Terapii Nerwic, natomiast aktualnie rezydencja jest własnością prywatną.


Moszna - sień pałacowa

Moszna - pokój hrabiego zwany Pokojem Pana

Dziadek Franza Huberta, Franz Winckler zaczął pracę jako 16-letni górnik w kopalni srebra „Fryderyk” w Tarnowskich Górach. W Miechowicach Franz Winkler pojawił się w 1830 roku, prowadząc księgowość swojego pana-pracodawcy Aresina, właściciela wielu kopalni galmanu i hut cynku. Po śmierci żony i właściciela kopalni ożenił się z bogatą wdową po nim - Marią Aresin. W 1840 roku król pruski nadał mu tytuł szlachecki. Dziedziczką fortuny była jego córka Valeska, która w 1854 roku wyszła za mąż za Huberta von Tiele i to on zakupił w 1866 roku Moszną. Po małżeństwie używali połączonego nazwiska - Tiele-Winckler. Hubert zmarł w 1893 r., a majątek po nim przypadł, zgodnie z zasadą majoratu, najstarszemu synowi - był nim wspomniany Franz-Hubert. W 1895 wszedł w szeregi arystokracji dzięki tytułowi hrabiowskiemu, nadanemu mu przez Cesarza Wilhelma. W rok później, po pożarze, odbudował on i rozbudował swoją siedzibę. W 1901, 1904 r., a później 1911 i 1912 hrabiego odwiedzał władca Niemiec, przybywając na polowanie i to dla niego wybudowano, w latach 1911-1913 skrzydło zachodnie. Syn Franza Huberta, Claus-Peter w okresie międzywojennym przehulał część fortuny przodków. Umierając bezdzietny, usynowił swojego kuzyna, którego syn miał dziedziczyć majątek i tytuł hrabiowski. Jego rodzina mieszkała do końca wojny w Zamku Moszna, uchodząc do Niemiec przed nadchodzącą armią czerwoną.


Pobyty Wilhelma II w Mosznej - Wolne tłumaczenie z czasopisma WILD UND HUND  -  Moschen,  Erich Reisch. Opracowano na podstawie informacji p. Rozwity Malec z Mosznej (pisownia oryginalna.

 

Są opisy jak to na pięknie udekorowanej stacyjce, niedaleko bramy gladiatorów witał go Franz Hubert von Thiele–Winkler i jak obaj w wytwornym powozie, jechali długą i prostą aleją, pośród wiwatującego tłumu, aż na zamkowy dziedziniec. Od tej pory wszystko podporządkowane tu było tylko polowaniu. W tym celu - na przykład - wybudowano niewielki drewniany budynek, w którym każdego ranka Cesarz jadał śniadania. Na ten czas tworzył się swoisty rytuał. Każde spotkanie przy stole to była cześć spektaklu. Zawsze rano, gdzieś około dziewiątej cisza odchodziła w zapomnienie; w jednej chwili rozbrzmiały trąbki i rogi. Sygnaliści grali na powitanie, a przed zamkiem powoli gromadzili się uczestnicy polowania. Najpierw ciszę wypełniał zgiełk coraz głośniejszych rozmów, a potem myśliwi wraz ze swoimi pomocnikami ruszali, w stronę wcześniej przygotowanych stanowisk strzeleckich. Wraz z odchodzącymi - na polanę przed zamkiem powracała cisza, przerywana od czasu do czasu, ujadaniem co bardziej zajadłych psów. Dopiero po sygnałach dla naganki, dało się słyszeć dochodzące z rożnych stron pojedyncze strzały, które zlewały się chwilami w kanonady. Po każdym polowaniu - wieczorem - Cesarz i hrabia wychodzili na balkon i w świetle palących się pochodni, dokonywali odbioru raportu z polowania. Zawsze było to tak, że sprawozdanie - donośnym głosem - odczytywał miejscowy łowczy. I tak dzień po dniu. Cesarz uwielbiał polowania i uwielbiał te spektakle.

 

1901 rok


Kolejność polowań, dla których Jego Wysokość przybył na Śląsk i które przyobiecał śląskim magnatom, otwiera MOSZNA - posiadłość harbiego von Thiele Wincklera. Cesarz przybył do Mosznej 4. grudnia, wieczorem, pociągiem o godz. 6.35, który zatrzymał się na stacji, specjalnie na tę okoliczność przygotowanej - przy zamku. Tu najważniejszego gościa polowania wita hrabia Franz Hubert von Thiele Wincker i natychmiast udaje się powozem z eskortą do zamku, oddalonego o 5 minut drogi, trasą, w całości oświetloną palącymi się pochodniami. W zamku miało miejsce powitanie z resztą zaproszonych gości. Następnego dnia, rano o godz. 9.00 odtrąbiono rozpoczęcie polowania na bażanty. Dzień był słoneczny, niebo przeźroczyste, wiał lekki wiatr, przy temperaturze minus 3 st.C. W trakcie polowania odbyło się 11 pędzeń, przy udziale 16. myśliwych - strzelców. Szesnastu myśliwych ustrzeliło 6 256 bażantów, 159 zajęcy oraz 16 sztuk innej zwierzyny - w sumie 6 431 sztuk zwierzyny. Biorący udział w polowaniu Cesarz strzelał wyłącznie do bażantów - kogutów i odstrzelił ich 927 sztuk, ponadto 12 zajęcy - w sumie 939 sztuk. Jego pomocnik zabrał ze sobą tylko 1017 sztuk naboi, co daje  wynik 94,37% (powinno być: 92,33% ) oddanych celnych strzałów. Przy kalibrze  broni (20), jakiej używał Cesarz, było to znakomite osiagnięcie, wskazujące na sprawność Cesarza. Pomiędzy szóstym i siódmym pędzeniem, udano się do zamku na śniadanie. Polowanie trwało do godziny 15.30, po czym wrócono do zamku, który był oświetlony pochodniami tak, jak poprzedniego dnia. Przy podjeździe do zamku wyłożono dziczyznę  (pokot) - Jego Wysokość Cesarz oraz pozostali zaproszeni goście, przed kolacją, z balkonu, odebrali pokot, po czym udano się na uroczystą kolację. Następnego dnia, tj. 6. grudnia, po południu,o godz. 2.30, Cesarz wyruszył w dalszą podróż, do hrabiego Henckel von Donnersmarck  (Neudeck - Świerklaniec).

 

1904 rok


Po trzydniowej wizycie i polowaniu w Strzelcach Opolskich, u hrabiego Martimera von Tschirschky - Renard, Cesarz pojawił się w Mosznej. Pobyt u hrabiego von Thiele Winckler'a trwał od 3 do 4 grudnia. W polowaniu, oprócz gospodarza i Cesarza Wilhelma II ze świtą, brali udział także m.in. hrabia generał von Holenau, hrabia von Moltke, właściciel Strzelec - hrabia von Tschirschky oraz książę von Donnersmarck. Cesarz ofiarował Franz - Hubert'owi von Thiele Winckler'owi wiele prezentów i drobiazgów, m.in. swoje zdjęcie z autografem i dedykacją, upamiętniającą  jego wizytę w Mosznej.

 

1911 rok

 

W dniach od 27 do 29 września, hrabia Franz Hubert von Thiele Winckler w swoim pałacu ponownie gości Cesarza Wilhelma II. W polowaniu wzięli udział, m.in. hrabia von Seherr Thoss z Dobrej, hrabia von Puclerz Korfantowa, hrabia Gunter von Thiele Winckler z Meklemburgii, książę von Trachenberg i major von Coprivi. Specjalny pociąg, którym podróżował Cesarz wraz z osobami towarzyszącymi, zatrzymał się w Mosznej na specjalnie przygotowanej na tę okazję i wspaniale udekorowanej stacji, gdzie Wilhelma II przywitał hrabia Frantz Hubert von Thiele Winckler, ubrany w odświetny, kompletny strój myśliwski  (długa marynarka wraz z kapeluszem, udekorowanym trofeum - kępką jeleniego włosia,  tzw. "Hirschfonger"). Cesarz również ubrany był w dworski strój myśliwski, a jego kapelusz, przyozdobiony piórami głuszca. Z wagonu, jak zwykle,  jako pierwsze wybiegły dwa czerwone, krótkowłose charty. Cesarz zasiadł w powozie, zaprzężonym we wspaniałe konie, który zawiózł ich prostą jak sznurek aleją, do zamku. Po obydwu stronach drogi, stały dzieci szkolne z nauczycielami, tworząc szpaler. W tym polowaniu, oprócz Cesarza, wzięło udział również pięciu zaproszonych gości, których listę z wybranymi nazwiskami, należało obowiazkowo przedłożyć w Berlinie, na parę tygodni przed polowaniem. W dniu polowania, wcześnie rano, zaczynało się przeganianie bażantów z pól i tych części lasu, które nie będą objęte polowaniem, w miejsca gdzie przejdzie nagonka podczas polowania. Tych "uciekinierów" wypłaszalii naganiacze małymi, kolorowymi chorągiewkami. Naganiaczami i kierował "Fasanenmeister" Reisch i  była to najważniejsza część przygotowań, od której zależał wynik polowania. Dla samego Reisch'a było to bardzo odpowiedzialne zadanie, z kolei naganiacze byli ludźmi doświadczonymi i godnymi zaufania i byli kierowani do tej pracy przez administrację leśną (Forstbeamtem). Około godziny dziewiatej przyjechali (myśliwi) goście polowania. Po sygnale (na powitanie), odegranym przez brać myśliwską na trąbkach - rogach, ruszyli strzelcy wraz ze swoimi pomocnikami oraz osoby niosące amunicję, do starannie przygotowanych stanowisk strzeleckich, schronień - parasoli. Szczególnie był piekny ten, gdzie stał Cesarz - istne dzieło sztuki. Przy tym stanowisku miał swoje miejsce również hrabiowski pomocnik do spraw polowań (Leibjager) o nazwisku Nordhausen, który był odpowiedzialny za liczenie zestrzelonych bażantów. Cesarz posługiwał się strzelbą o kalibrze 20 oraz stosował do niej żółte naboje marki WOLF. Strzelał wyłacznie z prawej ręki, jedną serię po drugiej. Hrabia Thiele Winckler, jako gospodarz, nie brał w tych dniach udziału w polowaniach. Pojedynczy naganiacze, prowadzeni byli przez cały czas sygnałem z rogu i poruszali się dokładnie "jak po sznurku". Śniadanie było przygotowane w jednym, specjalnie do tego celu zbudowanym, bardzo ładnym drewnianym budynku. Wieczorem, po każdym dniu polowania, obok zamku, wyłożona była "cenna" dziczyzna. Przy oświetleniu z  pochodni, wychodził hrabia z Jego Wysokością Cesarzem na balkon i patrząc z podziwem na upolowaną zwierzynę, odbierali pokot. Wynik polowania odczytywał podniesionym głosem, pełniący funkcję łowczego,  Wildmeister  Gnerlich - strzelono dwa do trzech tysięcy sztuk zwierzyny drobnej, z czego większą część (ilość), stanowiły bażanty. Sam Cesarz, w ciagu dwóch dni,  ustrzelił 1007  bażantów. Jednak oprócz tych zliczonych bażantów wyłożonych do pokotu, nie doliczono tych, które pozostały w lesie nie pozbierane. Takie cesarskie polowania były zawsze bardzo emocjonujące i kosztowne. Tak brzmiały pożegnalne, słowa Jego Wysokości Cesarza, przed odjazdem pociągu  "Mój kochany Thiele, u Ciebie podoba mi się zawsze, jest nadzwyczaj dobrze, dlatego, że wszystko tak łatwo przebiega", którymi gospodarz mógł być nawet nieco (przyjemnie) zaskoczony i wzruszony. Po dniach polowań miejscowi myśliwi z dobrymi psami powtórnie przeszukiwali opolowany wcześniej teren. Niektóre postrzelone i już padłe bażanty przynosiły psy, natomiast część jeszcze żywych postrzałków dostrzeliwano. Wynik samego przeszukania terenu, po takich polowaniach, bywał o wiele wyższy niż efekty obecnie prowadzonych tu polowań przez związek łowiecki. Takie rewiry do polowań jak w Mosznej i innych śląskich posiadłościach, nie napełniały  się zwierzyną naturalnie i efekty polowań, które "rzucały na kolana", nie powstawały samoistnie, lecz były owocem bardzo wytężonej i intensywnej hodowli, pracy i pięlegnacji ... ale to już odrębna historia. (por. WILD UND HUND, Moschen, Erich Reisch; PAŁAC W MOSZNEJ, Marek Gaworski - tekst skompletowała i przetłumaczyła p. Rozwita Malec z Mosznej).

 

1912 rok


Kolejny raz, Cesarz Wilhelma II, zawitał do Mosznej 14. listopada . Cesarz przyjechał specjalnym pociągiem, zszedł po dostawionych schodkach i czerwonym dywanie. Po oficjalnym przywitaniu z gospodarzem, obydwaj zasiedli w powozie i przez bramę z gladiatorami przyjechali do pałacu. Tu nastąpiło powitanie z małżonką hrabiego oraz z resztą zaproszonych gości. W polowaniu, oprócz naganiaczy i służących, brało udział około 12. uczestników, m.in. Książę  Raciborski oraz hrabiowie, specjalnie zaproszeni przez hrabiego Franz'a Hubert'a von Thiele Winckler'a. Ogółem ustrzelono 2839 sztuk zwierzyny, z czego, oczywiści  największa część przypadła na samego Cesarza - ok. 600 sztuk. Wynikało to z faktu, że naganiacze oraz leśnicy, niemalże podtykali władcy zwierzynę wprost pod lufę. Po polowaniu, zadowolony Ceszarz, opuścił pałac 15 listopada.

 

Cesarz Wilhelm II jako ten, który nadal rodzinie tytuł szlachecki, był tutaj traktowany z najwyższymi honorami. Historia głosi, iż podcza polowań Cesarz strzelał setki sztuk zwierzyny, co nawet dla wytrawnego strzelca było liczbą nieprawdopodobną. Tajemnica kryła się w sprytnym zabiegu zastosowanym przez wdzięcznego właściciela dóbr – zatrudnił on naganiacza, który miał sprawić, aby zwierzyna wbiegała wprost pod strzelbę księcia.

Polowanie w Mosznej

 

Polowania u książąt von Ratibor w Rudach Śląskich

 

Wiktor I Maurycy von Ratibor (właśc. Viktor I Moritz Karl, 1. Herzog von Ratibor und 1. Fürst von Corvey, Prinz zu Hohenlohe-Schillingsfürst; ur. 10 lutego 1818 w Langenburg, zm. 30 stycznia 1893 w Rudach) - książę Raciborza i książę Corvey. Wiktor Maurycy I stał się właścicielem dóbr raciborskich i corveyowskich w wieku 16 lat. W tym czasie nie było wcale pewne czy spadek po landgrafie Wiktorze pozostanie przy spadkobiercy. Proces o te dobra wszczął rząd Hesji, ale w 1837 roku wycofał pozew. Przez pewien czas zarządzał więc nimi jego ojciec Franciszek Józef. On sam zaś zajął się studiami w Getyndze, Bonn i Heidelbergu. Za pełnoletniego uznano go w 1840 roku, kiedy to złożył hołd królowi Fryderykowi Wilhelmowi IV. Otrzymał wówczas godność książęcą Herzog von Ratibor und Fürst von Corvey. Zarówno on, jak i jego pierworodni mogli też nosić tytuł Wasza Książęca Mość (Seine Durchlaucht). Jako że Wiktor I. był drugim księciem raciborskim o tym imieniu, więc wszyscy jego potomkowie również je przyjmowali.


Książę zasiadał w 1847 roku w Kurii Panów w Sejmie Zjednoczeniowym, w 1849 roku w pruskiej drugiej Kamerze, a w 1850 roku w parlamencie Unii w Erfurcie. Od 1854 roku był dziedzicznym członkiem, zaś od 1877 roku prezydentem pruskiej Izby Panów. W latach 1867-1890 reprezentował w Reichstagu Partię Wolnokonserwatywną Okręgu Wrocławskiego. Swego czasu poświęcił się także karierze wojskowej. Doszedł nawet do honorowego stopnia generała kawalerii a la suite. Odznaczono go Krzyżem Wielkim Suwerennego Zakonu Rycerzy Maltańskich.


W 1845 roku Wiktor I. ożenił się z księżniczką Amalią von Fürstenberg. Para uczyniła z Rud swą główną siedzibę. Wioska stała się znanym centrum towarzyskim odwiedzanym chętnie przez europejskie elity. Książęta dbali także o mieszkańców wsi. Po epidemii z lat 1847-1849 książę przeznaczył część pałacu dla sierot. Rolników kształcili studenci Akademii Rolniczej z Paczkowa, który opłacała kasa Kamery.


3 października 1846 roku, na zamku w Raciborzu, książęcej parze urodziła się córka Amalia Wiktora. Magistrat miejski polecił wybić z tej okazji medal patronacki. Chrzest pierwszego dziecka odbył się w Rudach. Niestety, Amalia zmarła po 1,5 roku. Było to jedno z dziewięciu dzieci książęcej pary. Wiktor Amadeusz predestynowany został do objęcia majątku. Jego bracia: Franciszek, Egon, Maksymilian, Ernest i Karol otrzymali gruntowne wykształcenie i poświęcali się karierze dyplomatycznej albo wojskowej. Książę był także filantropem. W latach szalejącej na Górnym Śląsku zarazy (1847-1848) sprowadził do Rud lekarza Juliusza Rogera. Ten przyjaciel śląskiego ludu uprosił u księcia budowę szpitali w Rudach, Rybniku, Lyskach i modernizację szpitala bonifratrów w Pilchowicach. Książę nie ukrywał swojej pobożności oraz przywiązania do katolicyzmu na protestanckim dworze cesarskim, chociaż w tym względzie bliżej było mu do stylu życia „oświeconego władcy”, niż do „klęczącego cystersa”. Był przez wiele lat przewodniczącym Śląskiego Związku Kawalerów Maltańskich, a w dobrach rudzkich założył orkiestrę, powołał do życia kilka szkół, przywiózł z Paryża figurę maryjną, stojącą przy wjeździe do sanktuarium, wreszcie patronował wydaniu książki o rudzkich cystersach dzieła młodego doktoranta, a zarazem opiekuna jego starszych synów – Augusta Potthasta.

Rudy Śląskie - opactwo cystersów - siedziba rodu na Górnym Śląsku

Początki opactwa i klasztoru rudzkiego zakonu cystersów wiążą się z okresem 1252—1258. Pierwotne uposażenie klasztoru rudzkiego nie było duże. Około 1260 r. składało się nań siedem wsi oraz pewne, nie skolonizowane jeszcze tereny. Podstawą działalności rudzkich cystersów początkowo było rolnictwo, hodowla bydła i trzody Opactwo rozwijało warzywnictwo, sadownictwo, bartnictwo i leśnictwo, zajęło się również produkcją wełny owczej i pszczelarstwem. Produkowano wosk, miód pitny i likier; istotna była również gospodarka leśna i hodowla ryb w sztucznych stawach. Na terenie klasztoru i w dobrach klasztornych były winnice, kuźnie, smolarnie jak również klasztorna huta szkła, gdzie w latach 1712 – 1740 produkowano szkło okienne, karafki, zwierciadła, dzbanki, butelki, naczynia i perełki, a wyroby eksportowano w głąb Austrii. Ponadto Klasztor posiadał własne kopalnie rudy, które były czynne jeszcze w 1756 r. Opaci rudzcy stracili swoje uprawnienia dopiero po przejęciu większości Śląska przez Prusy. Wiktor I von Hohenlohe-Waldenburg--Schillingsfiirst, książę raciborski, zaczął przebudowywać klasztor na siedzibę magnacką. Zmiany dotyczyły bardziej otoczenia niż samej bryły klasztoru. Wyburzona została większość budynków gospodarczych. Wytyczono i założono park. 

Corvey - siedziba rodu w Niemczech

Wiktor I obrał opactwo na swoją główną rezydencję i nie miał bynajmniej zamiaru burzyć cysterskiej klauzury, a na jej miejscu wznosić nowej budowli wedle modnej podówczas klasycystycznej modły. Zdecydował, że wiekowe założenie zostanie zaadaptowane na okazały pałac książęcy w ulubionym przez niego neogotyckim duchu. W 1859 r. wytrawny niemiecki architekt Karl Lüdecke (1826-1894) skreślił pierwsze rysunki pomiarowe opisujące zamierzoną przebudowę. W 1863 r. architekt przedstawił projekty nowych aranżacji wnętrz oraz ujednolicenia w duchu neogotyku detali architektonicznych elewacji. Swoje zamiary zrealizował jednak tylko częściowo. Nie doszło np. do adaptacji piętra jednego ze skrzydeł na salę balową, nad którym miała się wznosić dodatkowa wieża. Według opisu z tych lat rudzki pałac magnacki liczył 120 sal, halsów, gabinetów, pokojów gościnnych z łazienkami, buduarów itp. Dobra te pozostały przy tym rodzie do 1945 r.

Orkiestra założona przez księcia Wiktora I von Ratibor

Wnętrza urządzono w myśliwskim rycie. Ściany zdobiły trofea, mające łowy za główny temat rysunki (m.in. bezcenne grafiki Johanna Eliasa Ridingera) oraz wypchane okazałe sztuki zwierzyny, w tym ostatni upolowany w tutejszych lasach niedźwiedź. W 1912 r., na łamach niemieckiego czasopisma „Wild und Hund”, nie kryto zachwytu po wizycie w Rudach: - Wewnętrzny charakter pałacu dostosował się do otaczającego krajobrazu i lasu. W domu przodującego myśliwego i łowcy zbiory jego trofeów są rozkoszą dla serca i oczu każdego znającego się na rzeczy myśliwego. Upolowana zwierzyna ukazuje się tam w wielkich bogactwie, na korytarzu i w komnatach pałacu. Jest bardzo stylowo uporządkowana, daleka od jakiejś przesady. Licznie spotykamy srebrne szyldy oraz brązowe, srebrne i złote medale będące perłą niejednej dawnej wystawy. Trofea i egzemplarze zwierząt są z własnych, śląskich i austro-węgierskich rewirów łowieckich. Nie występują egzemplarze egzotyczne. Prawdziwy myśliwy, który ma okazję zobaczyć pałac, z pewnością nie przepuści tej okazji. Na środku korytarza sęp rozpościera swe skrzydła, obok wisi nadzwyczajna głowa kozła.

Najlepsze trofea księcia znajdują się w hallu. Poza niedużym niedźwiedziem, którego książę upolował przed kilku laty w Krainie, jest tutaj największy jeleń upolowany w księstwie w 1902 r. To szesnastak, który na berlińskiej wystawie poroży w 1903 r. został odznaczony medalem. Dalej znajduje się szereg najsilniejszych jeleni węgierskich. Za hallem znajduje się rząd pokoi, w których Jego Majestat (Wilhelm II) zamieszkuje przy każdorazowym pobycie w Rudach. Korytarz ma w całości około pięćdziesiąt metrów długości. Jest bogato wyposażony w łopaty łosia, wieńce jeleni i parostki saren. Obraz uzupełnia kilka starych, bardzo pięknych szaf i skrzyń oraz głowa i futro żubra, którego książę upolował u księcia pszczyńskiego.


Otoczenie pałacu zagospodarowano na park z ogrodem i zwierzyńcem. W 1886 r. podziw nad efektem tych prac wyrażał Konstanty Damrot. Porównał park do ogrodów cysterskich w Oliwie, pisząc: - nie dozwalają już następnym gospodarzom i panom zetrzeć z nich charakterystycznej cechy, a takową stanowią przecudne drzewa, cieniste ganki, obszerne murawy i wody, umiejętnie wciągnięte do ogólnego planu.

Kolejny interesujący opis pałacu wyszedł spod pióra Janusza Meissnera, autora książki „Jak dziś pamiętam”: - Jest to wielkie gmaszysko zbudowane w czworobok dokoła obszernego wewnętrznego dziedzińca. Ma tylko dwie kondygnacje, ale liczy ponad 120 sal, holów, gabinetów, pokojów gościnnych z łazienkami, buduarów itp., a prócz tego w facjatach odpowiednią ilość pomieszczeń dla służby, na książęcą garderobę, na broń myśliwską, na pościel, bieliznę itd. Kuchnie, spiżarnie, pralnie i inne urządzenia gospodarcze znajdują się w suterenach. Książęce apartamenty mieszkalne, olbrzymia jadalnia i salony reprezentacyjne umeblowane są z magnackim, pruskim brakiem dobrego smaku. Wszystko jest kolossal - ciężkie, solidne i przeważnie bardzo brzydkie. Wyjątek stanowią dywany: perskie, tureckie, chińskie a także bogata kolekcja trofeów myśliwskich: poroża jeleni, danieli i kozłów oraz szable i fajki dzików.

W dobrach książęcych znajduje się Góra Wiktorii, upamiętniająca wizytę w dobrach księcia raciborskiego księżnej Wiktorii, późniejszej Cesarzowej Niemiec. Prawdopodobnie góra pamięta czasy cysterskie. Nazywano ją Galgenberg, czyli Golgota. Być może w okresie Wielkiego Postu odbywały się tu cysterskie obrzędy, m.in. drogi krzyżowe. Niewykluczone, że było to szczególne miejsce odosobnienia i skupienia. Latem 1866 r., na polecenie księcia raciborskiego Wiktora I, zwieziono tu kamienie. Związane to było z zapowiadaną wizytą pruskiej następczyni tronu. Księżna Wiktoria, córka królowej Anglii Wiktorii i księcia saskiego Alberta, miała wówczas 26 lat. Od sześciu lat była żoną Fryderyka, pruskiego następcy tronu, od 1888 r., póżniejszego  Cesarza Fryderyka III Wilhelma. Rok 1866 był dla niej tyle szczególny, co i tragiczny. Wraz z mężem, wskutek przywiązania do ideałów demokracji i liberalizmu, popadła w niełaski teścia, wówczas jeszcze Króla Wilhelma I, tradycjonalisty, zwolennika silnych rządów, które w Prusach wcielał w życie osławiony kanclerz Otto von Bismarck. Była nielubiana przez reakcyjne pruskie junkierstwo. Przez biografów określana jako inteligenta i oczytana. Prawdziwie zakochana we Fryderyku, co na królewskich dworach w całej Europie było ewenementem. 3 lipca 1866 r. Prusacy pokonali pod Sadową Austriaków, zyskując hegemonię wśród państw niemieckich. Król Wilhelm I i żelazny kanclerz triumfowali. Wcześniej, bo 18 kwietnia, zmarł dwuletni książę Zygmunt, trzeci syn Wiktorii i Fryderyka. "O, jakże kochałam to maleństwo, od momentu narodzin znaczyło dla mnie więcej niż wszyscy jego bracia i siostry. Był mądry, znacznie mądrzejszy niż jego rodzeństwo, i myślałam, że będzie taki jak Papa. Fritz i ja ubóstwialiśmy go" - pisała do swojej matki, królowej Angli.

Księżna przyjechała do Rud 19 października 1866 r. Na pewno była pogrążona w smutku po śmierci syna. Wypoczynek w Rudach miał jej pomóc zapomnieć o tragicznym wydarzeniu. Z pewnością spacerowała po parku przypałacowym i uroczysku, gdzie książęta raciborscy organizowali pikniki. 27 października na wzgórzu pokrytym już kamieniami posadziła lipę. Drzewo to rośnie do dziś. Wokół niego ułożony jest krąg kamieni. Na jednym z nich znajduje się pamiątkowa inskrypcja.

Lipa w kamiennym kręgu

Książęcy dwór w Rudach łączyły zażyłe stosunki z dworem królewskim a potem cesarskim. W Rudach, w 1866 r., gościł następca tronu Fryderyk Wilhelm, mąż Wiktorii. Na początku XX w. dwukrotnie na polowania przyjeżdżał tu syn Fryderyka, wspomniany Cesarz Wilhelm II. Z pewnością odwiedził miejsce w Buku, gdzie znajdowała się lipa zasadzona przez jego matkę Wiktorię.

 

Wizytę Cesarza Wilhelma II w Rudach doskonale opisuje Grzegorz Wawoczny  w swojej książce: „Rudy. Magiczne miejsce”. Tak opisuje autor ową wizytę:


"Pod koniec listopada 1906 r. Cesarz Wilhelm II wraz z świtą przyjechał salonkami na raciborski dworzec. Tu czekały na niego automobile. Nimi to cesarska mość udała się do Rud. Zadbano, by automobilem nie trzęsło. Na polecenie księcia wszystkie drogi i ścieżki w jego dominiach doprowadzono do najlepszego stanu. Nawieziono tony żwiru, naprawiono mosty i przejścia między stawami. Raciborski dworzec jak i drogi wiodące do cysterskiej wioski były udekorowane.


Wizyta monarchy była wielkim wydarzeniem dla miejscowej ludności. Dla niektórych była to okazja by go obejrzeć. Cesarz początkowo nie życzył sobie tłumów podczas wjazdu do Rud. Po licznych prośbach zmienił jednak swoje stanowisko i zgodził się na ustawienie w szyku Powiatowego Związku Wojaków z Rybnika jak również stowarzyszeń i dziatwy szkolnej z Rud oraz utworzenie w Raciborzu szpaleru przez Powiatowy Związek Wojaków a także przez stowarzyszenia, cechy i szkoły raciborskie".


Najwięcej roboty miał książę raciborskie Wiktor Amadeusz i jego świta. Chodziło przecież o honor rodziny. Organizowane dla monarchy polowanie musiało być lepsze od wszystkich innych, w których uczestniczył. Sukces był gwarantowany, jeśli Cesarz ustrzeli więcej ptactwa niż gdzie indziej. Co więc zrobiono? Ano zdecydowano ponownie napełnić wodą stawy rybne, choć były już przygotowane do okresu zimowego. Jak zwykle zamierzano je napełnić dopiero wiosną następnego roku. Taki zabieg miał jednak swój sens. Dzięki niemu bażanty nie mogły się ukryć w – niedostępnej dla myśliwych- trzcinie porastającej gęsto pusty staw. Jednocześnie Cesarzowi oszczędzono brodzenia w szlamie pokrywającym dno. Ten gest kosztował księcia Wiktora Amadeusza sporo pieniędzy i kłótni ze swym zarządcą stawów, który przestrzegał, że działania te zakłócą gospodarkę rybną. Ponad wszystko liczyła się jednak tylko satysfakcja Cesarza.


Zabiegiem koniecznym było również wzmocnienie populacji ptactwa. Mnożeniem bażantów zajął się książęcy radca komory i leśny Schmidt. U barona von Reibnitza w Łanach, w powiecie kozielskim, zakupił, po 4,10 marki za sztukę, 350 bardzo silnych i zdrowych bażantów. Kolejne 200 chciano zakupić w Mosznej, ale dziedzic tamtejszego majątku zażądał za jednego ptaka aż 6 marek. Od zakupu więc odstąpiono. Sto bażantów udało się odłowić w remizach koło leśniczówki Brzeźnica i w remizie Cycon. Kolejnych 320 złapano w remizach: adamowickiej i raszczyckiej, Lipinia, koło zamku w Łubowicach oraz koło Ligoty i Ostrowa Łubowickiego. Kolejnych trzysta ptaków przywieziono z Brzezinki w powiecie gliwickim. Efekt był oszałamiający. Przed uzupełnieniem w Łężczoku było od 2 do 2,2 tys. Bażantów. Po działaniach Schmidta ich liczba wzrosła do ponad 3 tys."

Fotografie z polowań w Rudach

Fotografie z polowań książąt raciborskich

Polowanie Karla von Ratibor

'

 Victor von Ratibor

  Wizyta koronowanych głów to nie jedyne ciekawe epizody z historii uroczyska Buk i domku "Agathenhütte", niezwykle często pokazywanego na pocztówkach z przełomu XIX i XX w. Przed II Wojną Światową hitlerowcy zorganizowali tu ośrodek szkoleniowy dla Hitlerjugend. Po wybuchu wojny był tu obóz dla jeńców alianckich, m.in. wziętych do niewoli podczas desantu na Krecie. Obóz ten, jako tzw. reprezentacyjny, wizytowały organizacje międzynarodowe. Jeńcy cieszyli się tu dużymi swobodami. Zamieszkiwali w domku myśliwskim Agathenhütte.

To było ulubione miejsce wypoczynku rodziny ksiażąt von Ratibor, którzy stale rezydowali w pałacu w Rudach (dawny klasztor cystersów). Mieli tu leśniczówkę Agathenhütte i staw zasilany wodą przez leśny potok.

W lasach rudzkich jest dużo kamiennych obelisków. Niektóre z nich są niewątpliwie związane z wydarzeniami myśliwskimi ale do końca nie jest wiadome czego dokładnie dotyczą.

Kamień w okolicach Rud. Napis to pozdrowienie myśliwskie - nasze Darz Bór
Położono go przy drodze do lasu w kierunku Zwonowic. Tak mogła być oznaczona droga dla książęcych gości - myśliwych udających się na polowanie.,

Pod koroną napis wskazujący na to, że kamień dotyczy księcia  Wiktora I. Natomiast data nie wiadomo jakie wydarzenie upamiętnia.

Ze źródeł historycznych wiadomo, że Wiktor I kupił w 1852 roku od barona Salomona Mayera von Rotschilda, bankiera żydowskiego i pana na Szylerzowicach, majątek Łubowice, w skład którego wchodziło 200 ha gruntów, pałace Eichendorffów oraz założenie parkowe. Wartość transakcji wyniosła 50 tys. talarów. W 1865 roku książę nabył Brzeźnicę koło Łubowic oraz Brzezinkę w powiecie gliwickim. Do gospodarki rolnej swoich dóbr wprowadził nowoczesne metody upraw i nawożenia. Sadzono nowe odmiany roślin. Na polach kopano rowy melioracyjne. Czy jednak to wydarzenie upamiętnia kamień? Osobiście wątpię.

Z napisu wynika, że książę Victor von Ratibor, 1 pażdziernika 1892 roku strzelił w tym miejscu jelenia

Napis oznacza, że jest to historyczny dom spotkań myśliwych na wzniesieniu Firsten, a może miejsce spotkań?

Kamień upamiętniający upolowanie ostatniego niedźwiedzia w tej okolicy. Zdarzenie miało miejsce 1 grudnia 1771 roku, a misiek ważył 4,5 cetnara czyli około 230 kg.

Jeżeli to prawda to dzik ważył ok. 280 kg.

Ten kamienny krzyż w środku lasu upamiętnia nieszczęśliwe wydarzenie, kiedy to ksiażę raciborski podczas polowania zastrzelil swojego stangreta Fabiana Hytrka, który wyszedł po księcia ale akurat znalazł się w miejscu gdzie spodziewano się dzika. Nieszczęście miało miejsce w lutym 1927 roku.

 

Informację o kamieniach i ich opisy zaczerpnąłem ze stron internetowych i czy są prawdziwe do końca nie wiem:- źródło: eksploratorzy.com.pl oraz http://jestemadrian.pl/lasy-rudzkie/ 

 

O ogromnych rozkładach polowań na Śląsku i swoistej "wpadce" Cesarza podczas polowania na Łężczoku, na Śląsku mówi artykuł Grzegorza Wawocznego zamieszczony na stronie interntowej http://www.goraciborz.pl 

 

.

Łężczok 1906. Cesarz na polowaniu

Cesarskie polowania na Łężczoku

"Przez górnośląskie polowanie Cesarz Wilhelm najadł się wielkiego wstydu. A wszystko za sprawą wścibskiego dziennikarza. Do zdarzenia doszło w Łężczoku, dzisiejszym rezerwacie leśno-stawowym. Cesarz nader często zaglądał na Górny Śląsk, gdzie dojeżdżał specjalnym składem kolejowym złożonym z czterech białych luksusowo wyposażonych wagonów. Odwiedził m.in.: Jankowice niedaleko Pszczyny (strzelał do żubrów), Świerklaniec, Rudy, Żyrową, Sławięcice i Strzelce Opolskie. Z tej ostatniej miejscowości pochodzi datowany na 1904 r. taki oto opis wielkiego łowczego: "Wilhelm II, z jedną ręką krótszą i nieruchomą, zwisającą jak proteza, z wąsami sterczącymi ku górze na kształt sztyletów, ubrany był w mundur cesarskiego gajowego, po którym spływała zielonkawa peleryna”. Ubitą na Górnym Śląsku zwierzynę (rogacze, zające, ptactwo łowne) liczono w setkach a nawet tysiącach sztuk. Jedną z wizyt u księcia von Ratibor w Rudach Cesarz jednak na długo zapamiętał i to nie z racji kolejnych sukcesów.


Rezydujący stale w pocysterskim opactwie w Rudach książę Wiktor von Ratibor, monarchista i konserwatysta, cieszył się dobrymi koneksjami w Berlinie. Jego brat Chlodwig był kanclerzem Niemiec, co otwierało drzwi na najważniejsze salony, gdzie zresztą Wiktor regularnie gościł, pielęgnując swoje kontakty i znajomości. Dowodem dobrych relacji z Cesarzem było przyjęcie przez kajzera zaproszenia do odwiedzenia pałacu w Rudach. Nie mogło się, rzecz jasna, obyć bez polowania. Na strzelanie obrano Łężczok, pocysterskie stawy hodowlane w starorzeczu Odry pod Raciborzem. Przyjazd kajzera zapowiedziano na końcówkę listopada 1906 r.

 

Cesarz Wilhelma II, pod koniec listopada 1906 r. wraz ze świtą przyjechał salonkami na raciborski dworzec. Wizyta monarchy była wielkim wydarzeniem dla ludności. Wiązała się z podjęciem wielu ważnych przedsięwzięć. Najwięcej roboty miał książę raciborski Wiktor Amadeusz i jego świta. Chodziło o zorganizowanie polowania, które miało przynieść naturalnie ogromny sukces. Stawką był honor rodziny książąt raciborskich. Starannie zatem dobierano kadrę, która miała towarzyszyć Cesarzowi. Zgodnie z poleceniem księcia dwudziestu tragarzy nabojów mówiło głównie po niemiecku, nieźle się prezentowało i prawie każdy był żołnierzem. Ostatecznie polowanie trwało od godz. 9:00 do około godz. 15:00. Po strzelaniu jego Cesarska Mość czekał na wyniki przy wielkim ognisku. Po przygotowaniu pokotu czyli ułożeniu upolowanej zwierzyny według jej łowieckiej hierarchii, już w obecności Cesarza i jego świty, naczelnik Urzędu Leśnego odczytał wyniki polowania, najpierw Cesarza,  a później reszty. Po odegraniu sygnału "Koniec polowania" monarcha odjechał automobilami do Rud, słysząc zapewne w oddali odgrywany przez strzelców "Marsz myśliwski". Wyniki polowania były wyśmienite. Absolutnym mistrzem okazał się, oczywiście, sam Cesarz Wilhelm II. W ciągu około pięciu godzin efektywnego strzelania jego ofiarą padło 738 bażantów, 3 głuszce, po jednym zającu i sójce. Cesarz trafiał więc celnie 2,5 razy na minutę. Jako że nie wszystkie strzały były zapewne celne, więc musiał zużyć ponad tysiąc naboi. Był to z pewnością wielki wysiłek (zważywszy na Jego kalectwo – dop. autora). Warto dodać, że tych kilka ustrzelonych głuszców było na Łężczoku towarem importowanym. Podobnie jak azjatycki bażant złocisty odstąpiony przez barona von Reibnitza. Tego pięknego ptaka nie udało się jednak nikomu upolować.


Przed polowaniem książęca administracja miała pełne ręce roboty. Największym problemem był brak wody w stawach. Zgodnie z regułami gospodarki rybackiej spuszczano ją jesienią. Obawiano się jednak, że kajzer nie będzie kontent brodząc w szlamie i wodząc lufą za ptactwem kryjącym się w gęstej trzcinie. Książę zdecydował więc, że stawy zostaną ponownie napełnione, co zresztą okupił awanturą z ich zarządcą, który tłumaczył, iż jest to kosztowny i mało rozsądny krok, grożący stratami w hodowli. Dla księcia liczyła się jednak satysfakcja kajzera, a ta dalej stała pod znakiem zapytania, bo na Łężczoku było zbyt mało bażantów. Kazano je więc odłowić w innych rewirach książęcego dominium, a część nawet dokupiono. Zabiegiem koniecznym było również wzmocnienie populacji ptactwa. Mnożeniem bażantów zajął się książęcy radca komory i leśny Schmidt. U barona von Reibnitza w Łanach, w powiecie kozielskim, zakupił, po 4,10 marki za sztukę, 350 bardzo silnych i zdrowych bażantów. Kolejne 200 chciano zakupić w Mosznej, ale dziedzic tamtejszego majątku zażądał za jednego ptaka aż 6 marek. Od zakupu więc odstąpiono. Sto bażantów udało się odłowić w remizach koło leśniczówki Brzeźnica i w remizie Cycon. Kolejnych 320 złapano w remizach: adamowickiej i raszczyckiej, Lipinia, koło zamku w Łubowicach oraz koło Ligoty i Ostrowa Łubowickiego. Kolejnych trzysta ptaków przywieziono z Brzezinki w powiecie gliwickim. Efekt był oszałamiający. Przed uzupełnieniem w Łężczoku było od 2 do 2,2 tys. bażantów. Po działaniach Schmidta ich liczba wzrosła do ponad 3 tys. Ostatecznie pod ostrzał Wilhelma wystawiono 3 tysiące ptaków.


Strzelanie było udane, bo cztery lata później, dokładnie 28 listopada 1910 r., Cesarz ponownie zawitał na Łężczok, a książę jak zwykle stanął na głowie, by szacowny gość dał upust swojej chuci jak należy. Po kilku godzinnej jatce rozpalono na grobli ognisko, przy którym Cesarz i jego świta spoglądali na rozkład pokotu. Po tym jak naczelnik książęcego urzędu leśnego odczytał wyniki, najpierw Cesarza a potem innych szlachetnie urodzonych myśliwych, całe towarzystwo wsiadło w automobile i odjechało na bal do Rud.

 

Prinz Victor von Ratibor

Polowanie z 1910 r. nie wyróżniłoby się spośród innych łowów monarchy, gdyby nie pewien incydent. Wilhelm wiedział, że podążają za nim reporterzy, pozował do zdjęć, chętnie dzielił się wrażeniami ze strzelania, a jego urzędnicy dbali, by notatki zawierały wiarygodne dane o liczbie ustrzelonych rogaczy czy ptactwa. Wyniki z Łężczoka budziły zachwyt. Łowczych podzielono na trzy grupy. W pierwszej był książę Wiktor, jego dwóch synów i krewni. Ustrzelili raptem sto bażantów, co nie dziwi, bo jako gospodarzom nie wypadało więcej. Członkom cesarskiej świty zapisano na koncie 529 sztuk ptactwa. Więcej, bo ponad tysiąc dwieście bażantów, ustrzelili górnośląscy arystokraci. Najcelniej strzelał Henckel von Donnersmarck.


Jednakże krótko po wyjeździe monarchy z Rud, w czasopiśmie „Das Waidwerk in Wort und Bild” („Myślistwo w słowach i obrazach”), ukazała się relacja z polowań na Śląsku. Okazało się, że jej autor nie miał zamiaru wpisać się w ton dworskiej propagandy sukcesu. Ujawnił, iż podczas polowania w Łężczoku jeden z książęcych leśnych urzędników pochwalił się mu, że w Sławięcicach bażanty trzymano w koszach i jak tylko Cesarz zajął stanowisko natychmiast je wypuszczono. Dzięki temu Wilhelm miał znacznie ułatwione zadanie.

Po publikacji wybuchł skandal, bo kajzer stał się obiektem kpin. Książę Wiktor popadł w niełaskę. Bezskutecznie szukał służącego, który rozmawiał bez upoważnienia z dziennikarzem. Zapowiedziano także, że na kolejne polowania fotoreporterzy nie będą zapraszani. Cóż z tego, skoro Wilhelm II omijał już rewiry Wiktora von Ratibor."

Wiktor II  Amadeusz von Ratibor

Wiktor II Amadeusz von Ratibor i Maria von Breunner-Enkevoirth

19 czerwca 1877 r. książę ożenił się w Wiedniu z hrabianką Marią, jedynym dzieckiem podkomorzego hr. Augusta von Breunner-Enckevoerta i hr. Agaty Széchényi von Sárvár-Felsövidék. Z małżeństwa z Marią miał dwóch urodzonych w Rudach synów - Wiktora III Augusta (1879-1945) i Hansa Konstantyna.

 

Wiktor II  Amadeusz von Ratibor  (ur. 6 września 1847 r. w Rudach – zm. 9 sierpnia 1923 r. w Corvey) był najstarszym synem księcia Wiktora Maurycego i księżniczki Amalii von Fürstenberg. Naukę rozpoczął w 1861 r. pod kierunkiem ks. Hermana Schaffera, późniejszego proboszcza raciborskiej fary, autora licznych publikacji o historii Raciborza. W 1863 r. wstąpił do gimnazjum w Nysie, gdzie w 1865 r. uzyskał maturę. Następnie pod opieką nauczyciela odbył studia prawnicze w Berlinie, Bonn i Getyndze, gdzie uzyskał dyplom doktora obojga praw. Jesienią 1869 r. wstąpił do pułku huzarów gwardii  w Poczdamie, z którym to brał udział w wojnie francusko – pruskiej 1870 - 71 roku. Odznaczony został Krzyżem Żelaznym II klasy. Przez trzy lata, począwszy od 1873 r. pracował w Ambasadzie Niemiec w Wiedniu. Od  1877 r. miał prawo noszenia munduru swej jednostki, nie będąc w czynnej służbie wojskowej. Książę Wiktor był człowiekiem aktywnym. Należał do zakonu rycerzy maltańskich. Posiadał stopień podporucznika a później rotmistrza pułku huzarów. Za dzielność i męstwo w wojnie prusko-francuskiej (1870-1871) odznaczono go Krzyżem Żelaznym. Niedługo potem awansował do stopnia generała majora. Obok wojskowej, zdecydował się również na karierę dyplomatyczną. Był między innymi członkiem niemieckiej ambasady w Wiedniu. Po śmierci ojca 30 stycznia 1893 r. Wiktor Amadeusz II został księciem raciborskim. W 1913 r. przyznano mu tytuł honorowego obywatela Wrocławia. Podejmował wiele działań na rzecz Górnego Śląska. Był członkiem Rady Powiatu rybnickiego oraz deputowanym do rady powiatów: raciborskiego, gliwickiego i oleskiego. W 1891 r. objął posadę w administracji prowincjonalnej. Od 1893 r. był członkiem sejmiku prowincjonalnego. Od 1897 r. wybierany był na kolejne kadencje przez jego członków na przewodniczącego wspomnianego gremium. Książę Wiktor II rządził w czasie I wojny światowej, powstań śląskich i plebiscytu. Stan ziemskiego posiadania generalnie się nie zmienił. Rosła jedynie liczba książęcych urzędników. Książę Wiktor w odróżnieniu od swego następcy i najstarszego syna Wiktora III Augusta przejawiał dość znaczną aktywność polityczną, społeczną i gospodarczą. Dzięki małżeństwu książę raciborski pozyskał ogromne majątki ziemskie, lasy i słynne winnice. Książę był dobrym gospodarzem. Podstawą jego gospodarki był przemysł rolno-spożywczy, drzewny i produkcja materiałów budowlanych. Książę Wiktor II zmarł 9 sierpnia 1923 r. w Corvey po 30 latach władania księstwem w wieku 76 lat. Szczególne wysoko oceniana była praca księcia w Niemieckim Związku Łowieckim, (Allgemeine Deutsche Jagdschutzverein), któremu przewodniczył od roku 1895. Z okazji 70 rocznicy urodzin członkowie Związku podarowali księciu ilustrowane czasopismo pamiątkowe, w którym zamieszczono sceny z polowania w lasach książęcych. Jubilat otrzymał też zaszczytny tytuł „Jäger der Heimat” (dzisiaj moglibyśmy ów tytuł przetłumaczyć jako Myśliwy Małej Ojczyzny - Śląska). W piśmie skierowanym na ręce jubilata, podkreślano też jego zaangażowanie dla tzw. „zielonej sprawy”, w tym głównie dla ochrony lasów i zwierzyny. Allgemeine Deutsche Jagdschutzverein podejmował bowiem, jako jeden  z pierwszych związków łowieckich (myśliwskich) na świecie, różnorodne działania, w tym również badania naukowe, związane z ochroną przyrody i ekologią. Artykuł w Anzeigerze kończyły życzenia skierowane na ręce księcia Wiktora, nawiązujące do jego zamiłowania naturą: „Möge der grüne Wald auch fürderhin den Herzog so erhalten, Jahrzehnte noch!” (Niechaj te zielone puszcze, które książę tak umiłował, zachowają go jeszcze dziesiątki lat w zdrowiu). W listopadzie 1906 roku oraz w 1910 roku dobra książęce odwiedził Cesarz niemiecki Wilhelm II Hohenzollern.

Polowanie w 1910 r.

W styczniu 1945 r. budynki podpalone zostały przez sowieckich żołnierzy. Pożar zniszczył rezydencję książęcą.

 

Polowanie w Strzelcach Opolskich u hrabiego Mortimera Tschirsky-Renarda

 

Pierwszy z prawej hrabia Mortimer Tschirsky-Renard

Zamek w Strzelcach Opolskich

Ponoć na polowaniu w Strzelcach Opolskich strzelił białego bażanta i z tej okazji także postawiono mu kamień. Historię opisuję na podstawie artykułu Pana Romualda Kubika, na który natknąłem się w Internecie.

 

Fragment wspomnianego artykułu pt. Tajemnica cesarskiego kamienia.

 

"... Jest rok 1904. W posiadłości hrabiego Mortimera gości Cesarz Wilhelm II. Takie wizyty były niebywałym zaszczytem i dla gospodarza oznaczały najwyższy prestiż. Hrabia Mortimer wywodził się z rodu Tschirsky-Reichell. Mortimer był baronem, lecz ponieważ jego majątek był ogromny, władze Prus zezwoliły mu na używanie tytułu hrabiowskiego. Zezwolono także, by używał nazwiska Renard, co było dużą nobilitacją. Pozycję hrabiego Mortimera podkreślały także cesarskie wizyty, które miały miejsce czterokrotnie. Oprócz roku 1904 Wilhelm II gościł w Strzelcach Opolskich także w roku 1890, 1896, 1897 i 1902. I to właśnie z tą ostatnią łączy się historia tajemniczego obelisku. Podczas polowania w 1902 roku Wilhelm II ustrzelił swoją 50-tysięczną sztukę. Był to jeden z białych bażantów, które na potrzeby zapalonych myśliwych hodowano w hrabiowskich dobrach. Tak ogromna liczba ustrzelonych przez Cesarza zwierząt nie powinna dziwić. Polowania były ulubioną rozrywką panujących głów, a ilość zwierzyny w szlacheckich majątkach była ogromna. Każde z upolowanych przez koronowaną głowę zwierząt musiało być szczegółowo odnotowane, skoro udało się tak precyzyjnie określić ich ilość. Bycie Cesarzem naprawdę musiało być przyjemnym zajęciem. Podczas wizyty cesarskiej w 1904 roku hrabia sprawił swojemu władcy miłą niespodziankę. Cesarz przybył do Strzelec 22 listopada specjalnym pociągiem. O godz. 6 rano wjechał do miasta przez wykonaną w tym celu bramę powitalną. W jego świcie przebywał m.in. Hrabia von Moltke, który wsławił się jako twórca pruskiego militaryzmu. Rzecz jasna, właściciel majątku nie szczędził pieniędzy i starań, by jak najgodniej przyjąć dostojnego gościa. Odbyło się na przykład przedstawienie teatralne, które oświetlane było za pomocą magnezji. Polowanie rozpoczęło się rankiem 24 listopada.

To właśnie wtedy hrabia Moltimer odsłonił kamień upamiętniający 50-tysięczną zwierzynę, jaką Cesarz upolował dwa lata wcześniej w strzeleckich lasach. Sprawił mu tym, jak opisują kroniki, „miłą niespodziankę”. Cesarz w ramach wdzięczności wręczył mu podczas śniadania Order Korony I klasy. Dworskie zwyczaje tamtych lat mogą wydać się dziś nieco dziwaczne lub nawet śmieszne, lecz bez wątpienia takie gesty miały na początku XX wieku ogromne znaczenie. Pomnik przetrwał aż do 1945 roku. Potem kamień przepadł. Jego dalsza historia była dramatyczna. Jeden z mieszkańców Strzelec, który z zamiłowania tępił na tym terenie wszystkie ślady języka niemieckiego, wywiózł go prawdopodobnie z parku i wrzucił do przydrożnego rowu. Kamień na oko ważył z tonę, więc poprawiacz historii musiał być naprawdę zaangażowany w swoją życiową misję. Cesarski pomnik zniknął z oczu strzelczan".

Tablica upamiętniająca tamto wydarzenie

Na polowania do miejscowych lasów przyjeżdżał także nazistowski zbrodniarz i jeden z twórców III Rzeszy - Hermann Göring. Upatrzył on sobie kompleks leśny pod Zawadzkiem, który przecina Mała Panew. W tym miejscu, za czasów hrabiego Renarda wybudowano zamek myśliwski „Conti” (dzisiaj Kąty). Tereny wyznaczone wtedy do polowania miały aż 5 tys. hektarów. Göring był tutaj kilkukrotnie. Przylatywał samolotem wraz z całą świtą, a lądował na betonowej drodze prowadzącej od Strzelec do Gliwic (dzisiejsza autostrada A4). Na czas przylotu dowódcy Luftwaffe, ruch na trasie był wstrzymywany. Po lądowaniu Göring był przewożony w eskorcie aut i motocykli w kierunku Zawadzkiego. Spędzał tutaj po dwa, trzy dni. Poza nim pojawiali się tutaj także ministrowie i wysocy pruscy dostojnicy.

 

W latach 20-tych ubiegłego wieku Strzelce odwiedził także Paul von Hindenburg - niemiecki feldmarszałek, który był w tamtych czasach niezwykle popularny wśród ludności. Zanim Adolf Hitler ogłosił się führerem, Hindenburg dwukrotnie był wybrany na urząd prezydenta. Zyskał on popularność jeszcze w 1914 r. dzięki zwycięstwie w bitwie pod Tannenbergiem. Jako dowódca, rozgromił tam armię Imperium Rosyjskiego. Na jego cześć władze Zabrza zdecydowały się przemianować nazwę miasta na Hindenburg O.-S. (skrót od Oberschlesien).


W czasie swojej prezydentury Paul von Hindenburg chciał odwdzięczyć się mieszkańcom Zabrza i postanowił ich odwiedzić. Trasa przejazdu wiodła przez Strzelce, gdzie był tłumnie powitany przez mieszkańców. Ta chwila została uwieczniona na fotografii - jej autor jest jednak nieznany.

Przyjazd Hindenburga do Strzelec opolskich

 

Żyrowa - jedyne polowanie Cesarza

 

Johann von Francken –Sierstorpff

Johann von Francken –Sierstorpff (1858-1917) otrzymał Żyrową, żeniąc się właśnie z bogatą Amerykanką, Mary Knowlton. Już wkrótce pałac stał się ośrodkiem rozrywek śląskiej arystokracji. Johann – jako królewski szambelan i rycerz zakonu maltańskiego otrzymał Żelazny Krzyż Zasługi II Klasy. W 1911 roku przyjechał do Żyrowej Cesarz Wilhelm II na polowanie oraz w odwiedziny do hrabiego Sierstorpffa - swego kolegi ze studiów w Bonn.

 

Opis polowania w Żyrowej pokazuje jak przygotowywano się do wizyt kajzera. Zbliżał się czas polowań, a z nim łowieckie wizyty Cesarza Wilhelma II. W tym, 1911 roku, po raz pierwszy uhonorował on swoją obecnością bliskich znajomych Plessów, hrabiostwo von Francken-Sierstorpff w ich śląskiej rezydencji - Żyrowej.

Manierystyczno-barokowy pałac w Żyrowej był prezentem ślubnym ojca hrabiny Mary von Francken-Sierstorpff. Foto: http://www.dolnyslask.org.pl

Hrabia Johannes von Francken-Sierstorpff i jego amerykańska żona Maria (nazywana także Mae lub Mayą) byli częstymi gośćmi na przyjęciach u von Plessów.  Hrabiego, nazywanego przez przyjaciół “Sturmem”, uważano jednak za plotkarza i głośnego, grubego niemieckiego "snoba", a hrabinę określano kiedyś jako "Amerykankę", żądną sukcesu towarzyskiego.

Gabinet hrabiego

Decyzja przyjazdu kajzera do Żyrowej, była więc publiczną nobilitacją gospodarzy. Mae była przeszczęśliwa, a wraz z nią cała prasa zza oceanu, która entuzjastycznie zamieszczała sprawozdania z przygotowań do i z przebiegu pierwszej cesarskiej wizyty pod dachem Amerykanki.

 

W 1910 roku żyrowski pałac odwiedził Grossherzog ( Wielki Książę ) Franz Friedrich Ferdinand von Mecklenburg - Strehlitz, drugi w hierarhi po Cesarzu w państwie. Miała to być próba generalna przed przyjazdem Cesarza Wilhelma II w następnym roku. W Żyrowej przygotowano wszystko na powitanie tak dostojnego gościa. Zamek został wypucowany; służba otrzymała nowe ubrania, pięciu leśniczych codziennie trenowało grę na trąbkach myśliwskich. Wielki Książę, a następnie i Cesarz, mieli uczestniczyć w polowaniu. W buczynie rozsypano na długości jednego kilometra - na blaszanych beczkach - bengalski proch, który miał być zapalony w chwili, gdy Wielki Książę zbliżać się będzie do Żyrowej. Przed wejściem do parku ustawiono 60 rakiet, a tuż i przed willą , która miała być jego rezydencją, powieszono olbrzymi transparent składający się z trzech liter FFF, inicjałów Wielkiego Księcia. Na stacji kolejowej w Zdzieszowicach czekał zaprzęg z czterech siwych rumaków. Pociąg pośpieszny  z Berlina, który nigdy się tam nie zatrzymywał, w tym dniu miał zrobić postój. Pech chciał, że pociąg spóźnił się a całą godzinę , a przez przypadek, drogą do Żyrowej jechał baron von Falkenhausen. Kiedy ludzie w buczynie zobaczyli światła na drodze, byli pewni, że to Wielki Książę jedzie. Zapalili więc bengalskie ognie. Cała buczyna stanęła w sztucznych ogniach. Kiedy Wielki Książę kilka minut później podjechał pod stojącą w parku willę, zapalono przygotowanych 60 rakiet. Zrobiło się jasno, a przestraszone konie galopem skierowały się w stronę krzaków. Tylko szybkiemu refleksowi koniuszego ( był nim wówczas pan Heinze ),  zdołał utrzymać konie w cuglach, można zawdzięczać, że Wielkiemu Księciu nic się nie stało. Mimo tej przygody, dostojny gość dobrze ocenił przygotowania Żyrowskiego pałacu, gdyż w grudniu 1911 roku, Żyrowę odwiedza Cesarz, czyli Kaiser Wilhelm II, który razem z właścicielem pałacu, hrabią von Sierstorpff, studiował w Bonn.


Sierstorpffowie zatem starannie się do wizyty kajzera przygotowali. Aby przypadkiem nie zabrakło ptactwa do odstrzału, hrabia sprowadził z Czech 5000 dodatkowych bażantów, pomimo wielkiej ich ilości na własnych polach. Zarządził też budowę nowej elektrowni, która zasilić miała tysiące świateł wspaniałej iluminacji. Hrabina zaś zaplanowała dla zacnego gościa tradycyjny obiad na Święto Dziękczynienia (Thanksgiving) i podała mu do spróbowania słodkie ziemniaki (bataty) i pieczonego indyka z sosem żurawinowym oraz, na deser, kruche babeczki z dżemem (“mince pies”).


Cesarz spędził w Żyrowej dwa dni, od 30 listopada do 1 grudnia, po czym – wraz z księciem i księżną von Pless – wyjechał na kolejne polowanie, tym razem na grubego zwierza do Pszczyny. Polowanie było udane, a Cesarz na pamiątkę swojego pobytu w Żyrowej, posadził dąb szypułkowy naprzeciw kaplicy z 1800 r. zwanej Studzionką". Tak ważna okazja musiała oczywiście zostać uwieczniona na zdjęciu, które później rozpowszechniono wydaniem karty pocztowej. Jedną z nich, którą reprodukuję poniżej, ma w swoich zbiorach organizacja “Dolny Śląsk”.

Goście na polowaniu w Żyrowej 30 listopada – 01 grudnia 1911 r. Od lewej do prawej: książę Lichnowski, baron von Jasisch, księżna Lichnowska, książę Hans Heinrich von Pless, hrabia Johannes von Francken-Sierstorpff, hrabia Strachwitz, dr Niedner, księżna Daisy von Pless, Leo von Caprivi, książę von Ratibor, hrabia Edwin von Francken-Sierstorpff, hrabina Mary von Francken-Sierstorpff, hrabia Platen, Cesarz Wilhelm II, hrabia Wojciech con Francken-Sierstorpff, hrabia Jan Klemens von Francken-Sierstorpff oraz czterech niezidentyfikowanych gentlemenów. Foto: http://www.dolnyslask.org.pl.

Wizyta w Żyrowej. Przy sterze Hans Heinrich von Pless, siedzą Graf Johannes i Grafina Mary Sierstorpff

 W 1928 roku umiera amerykańska hrabina Mary von Franeken - Sierstorpff. Mimo prośby ,urząd biskupa we Wrocławiu nie zezwolił na pochówek w specjalnie przygotowanym pod ołtarzem w miejscowym kościele - grobowcu, ponieważ nie była katoliczką. Hrabina została pochowana na zewnątrz kościoła, a przygotowany grobowiec zasypano. Nowy grobowiec wybudowano w bocznej kaplicy, w której zostali pochowani Graf Johann i jego poległy syn Lutz. Grafina Mary na ponowną prośbę i zgodę samego biskupa Bertram - pochowana została w kaplicy. W rewanżu, Graf wyraził zgodę na przepisanie gruntów na których stał kościół i plebania, na własność kościoła katolickiego w Żyrowej. Kiedy do władzy dochodzi Hitler, syn hrabiego Klemens, mieszkający od śmierci hrabiny w pałacu, opuścił Żyrowę, udając się do Ameryki. Najprawdopodobniej powodem wyjazdu było to, że ówczesne władze chciały by hrabia transferował posiadane dolary do Niemiec. Widząc sytuację w Niemczech - nie chciał tego zrobić. Wkrótce po nim, Żyrowę opuszcza żona hrabiego Klemensa.

 

 Kamień Wilhelma - upamiętniający udane polowanie na głuszca. Teren leśnictwa Okrąglica. Widokówka  z okresu przedwojennego

Kamień upamiętniający upolowanie przez Cesarza głuszca w Rychlinku na Dolnym Śląsku z dnia 23 kwietnia 1879 r. (źródło: ruszowianin.bloog.pl)

Przetłumaczony na język polski napis brzmi - Wilhelm książę Prus (późniejszy Cesarz Niemiec - dopisek autora) upolował 23 kwietnia 1879 roku swojego pierwszego głuszca

 W 2017 r. Pan Aleksander Pitura przesłał mi aktualne zdjęcie tego kamienia - bardzo dziękuję

 

Polowania w Kliczkowie u rodziny Solms - Baruth

 

Friedrich II: Hermann Johann Georg von Solms, II książę Solms-Baruth

Friedrich II: Hermann Johann Georg von Solms, II książę Solms-Baruth (urodzony 24 czerwca 1853 r. w Berlinie, zmarły 31 grudnia 1920 r. w Kliczkowie)  był politykiem, pułkownikiem i właścicielem cywilnego państwa Baruth. W pruskim pałacu służył w otoczeniu Cesarza Wilhelma II, od 1899 do 1918 roku jako Oberstkämmerer (High Chamberlain), najwyższy rangą urzędnik sądowy w służbie Jego Królewskiej Mości. Był jednocześnie oddelegowany  do Wielkiego Sztabu Generalnego, służąc jako nadzorujący Komisarz Cesarskiego Wolontariatu pracowników służby zdrowia w terenie. Książę Solms-Baruth był dodatkowo członkiem Herrenhaus czyli Pruskiej Izby Lordów  i działał jako Oberstjägermeister Kaisera pełniąc obowiązki Wielkiego Mistrza Polowania. Książę Fryderyk II był synem księcia Fryderyka I zu Solms-Baruth i jego żony Rosy hrabiny Telka von Szek.  Jego żoną była Louise Hrabina Hochberg.

Pałac Kliczków

Budynek główny zamku w Kliczkowie (Klitschdorf) zostały wybudowany w 1585 roku w stylu renesansowym. W 1810 roku wzniesiono wielką salę balową wyposażoną w stylu Empire. W 1881 roku architekci z Berlina Heinrich Kayser i Karl von Großheim podjęli się kompleksowej rozbudowy Kliczkowa mieszając w duchu epoki angielski gotyk z włoskim renesansem i francuskim manieryzmem. Równocześnie Eduard Petzold zaprojektował przyzamkowy angielski park krajobrazowy o powierzchni 80 hektarów.

 

Rozbudowa zamku to zasługa kolejnego z rodu - hrabiego Friedricha II zu Solms- Baruth, który majątek otrzymał w spadku w 1887 r. Ożeniony z Idą Luisą z domu von Hochberg baronową von Fuerstenstein z domu książąt von Pless z Książa był panem Kliczkowa przez prawie cztery dekady. Zlecił przebudowę swojej rezydencji dwóm berlińskim architektom. W ciągu trzech lat powstała budowla nawiązująca wyglądem do zamków nad Loarą: dostawiono nowe wieże, szczyty, wzbogacono elewacje o stylowe portale, zmodyfikowano wystrój wnętrz i powstał park w stylu angielskim z rodowym mauzoleum oraz cmentarzem dla ulubionych koni hrabiego. Po śmierci Fridricha wszystko przejął w spadku jego syn książę Frirdrich III zu Solms-Baruth

Zamek w Kliczkowie - obecny stan

Friedrich III Hermann zu Solms-Baruth

Friedrich III Hermann Heinrich Christian Johann książe zu Solms-Baruth był czwartym z pięciorga dzieci księcia Fridricha II zu Solms – Baruth (1853 – 1920) i hrabiny Idy Louisy (Lulu) z domu von Hochberg, baronowej von Fuerstenstein  z domu książąt von Pless (1863–1938). Urodził się wczesną wiosną 25 marca 1886 roku na zamku Kliczków. 1 sierpnia 1914 roku w poczdamskim Friedenskirche ożenił się z księżniczkę Adelheid von Schleswig-Holstein-Sonderburg-Gluecksburg,  przez co stał się powinowatym – szwagrem min. księcia von Sachsen-Coburg und Gothaa, a poprzez dom Schleswig-Holstein-Sonderburg-Gluecksburg stał się jednocześnie spokrewnionym ze zmarłą wdową po ostatnim Cesarzu Niemiec, Wilhelmie II, Cesarzową i królową Prus – księżną Augustą Viktorią Friederiką Luisą Feodorą Jenny von Schleswig-Holstein-Sonderburg-Augustenburg.

Fotografia z 1942 r.

W 1920 roku zamek odziedziczył Friedrich Hermann zu Solms-Baruth. W okresie nazistowskim Solms-Baruth angażował się w działalność Kręgu z Krzyżowej stanowiącego element ruchu oporu przeciwko narodowemu socjalizmowi. Po nieudanym zamachu na Adolfa Hitlera Solms-Baruth został aresztowany, a jego majątek uległ konfiskacie.

Friedrich III Hermann zu Solms-Baruth z rodziną

W tym miejscu muszę parę słów o matce hrabiego, jej rodzinie i bliskiej jej zażyłości ze szwagierką księżną von Pless Daisy, której to towarzystwo i znajomość  jej synów mogło być nie bez znaczenia na kształtowanie się charakteru młodego hrabiego, a z pewnością było brzemienne dla późniejszych, już w czasach nazistowskich, losów Friedricha III zu Solms – Baruth.

 

Księżna Ida Louisa von Hochberg (Lulu) była ulubioną szwagierką księżnej Daisy von Pless (Mary Theresy Olivii Cornwallis-West) żony Hansa Heinricha XV Grafa von Hochberg księcia von Pless, barona zu Fuerstenstein)  pani na Książu, matki trzech synów z których dwóch podczas wojny walczyło w brytyjskich oddziałach, a drugi najstarszy syn Aleksander Graf von Hochberg V książę von Pless, przez rodzinę i przyjaciół zwany Lexelem, w roku 1922 przyjął obywatelstwo polskie, by w roku 1939 opuścić Polskę i wstąpić do II Korpusu Polskiego będącego częścią Armii Brytyjskiej. Walczył między innymi pod pod Monte Casino.


Wzajemne kontakty między kliczkowską rodziną Solms – Baruth a książęcą rodziną Daisy von Pless z Książa były bardzo częste i bliskie. Księżna Lulu weszła do rodziny, z którą Hochbergów łączyło zamiłowanie do polowań oraz konnych przejażdżek (obie rodziny posiadały własne stadniny), a te z kolei przekładały się na ich częste i wzajemnie wizyty i zaproszenia na łowy.  I tak zawsze już pod koniec lipca (przynajmniej do 1920 roku),  na urodziny księżnej Lulu  zjeżdżała do Kliczkowa cała rodzina Hochbergów von Pless, a od 1903 roku, przy okazji, bolesławianie i mieszkańcy okolicznych wiosek mogli podziwiać nawet książęcą rodzinę von Pless, jadącą w odwiedziny do szwagrostwa w Kliczkowie wielkim i pierwszym „na Książu” samochodzie Benz – Manlicher, jaki teść Daisy sprawił sobie na swe siedemdziesiąte urodziny. O bliskich rodzinnych powiązaniach, o intensywności kontaktów rodów von Hochberg i von Solms – Baruth świadczyć może tablica pamiątkowa ufundowana zapewne przez Księżną Wdowę Idę Louisę zu Solms – Baruth księżną von Hochberg, a poświęconą jej ojcu - Hansowi Heinrichowi XI, Grafowi von Hochberg, Fürstowi von Pless, Freiherrowi von Fuerstenstein.

Pamiątkowa tablica

Kliczków położony w środku Puszczy Bolesławieckiej był celem wycieczek i wielce pożądanym miejscem weekendowych  i dłuższych odwiedzin składanych przez mniej lub bardziej skoligaconą niemiecką arystokrację. Na zamku organizowano wielkie bale jak i ceremonie weselne dla zaprzyjaźnionych rodzin szlacheckich. Książę Friedrich był, podobnie jak i ojciec, zapalonym myśliwym i wielkim Tierfreundem - miłośnikiem zwierząt.

 

Budynek zamku przetrwał II Wojnę Światową niemal bez szwanku, jednak wyposażenie wnętrz zostało splądrowane przez żołnierzy radzieckich. W 1971 roku zamek nabyła Politechnika Wrocławska, po czym podjęła bezskuteczne próby jego uratowania. Po przełomie politycznym budynek przejęła jedna z wrocławskich firm i rozbudowała go do postaci luksusowego centrum konferencyjno-rekreacyjnego, którego otwarcie miało miejsce w 1999 roku. Zamek Kliczków należy do najstarszych obiektów tego typu na Dolnym Śląsku. Historia tego zamku miała swój początek w XIII wieku. Zamek wzniesiono wówczas jako gród graniczny i tę warowną funkcję zachował aż do początków XIX wieku. W tym okresie zamek został przebudowany w stylu romantycznym. Obecnie w zamku mieści się ekskluzywny hotel. Poza tym zamek posiada park miniatur, nad którym modelarze pracowali przez siedem miesięcy.
   

O bogactwie i znaczeniu tutejszych książąt świadczy fakt kilkakrotnych wizyt Cesarza niemieckiego Wilhelma II, który przyjeżdżał przede wszystkim na organizowane tutaj wielkie polowania. Miejscowy dziedzic i Wilhelm II byli ze sobą skoligaceni przez swoje żony – księżniczki pszczyńskie. Zachował się szczegółowy opis cesarskiego polowania z 1911 roku.

Fotografia z polowania w Kliczkowie z udziałem Wilhelma 

Warto zacytować opis polowania w Kliczkowie nad Kwisą na Dolnym Śląsku. W czasach Wilhelma Kliczków był w posiadaniu książęcej rodziny Solms-Baruth, która uczyniła z zamku jedno z najbardziej ulubionych miejsc dla myśliwych – arystokratów z całych Prus. Opis polowania zamieścił Łowiec Polski w sierpniu 2007 roku (artykuł Mariusza Olczaka).

 

„Wilhelm II przyjechał na stację w Osiecznicy 4 sierpnia 1911 roku. Po krótkim powitaniu w towarzystwie księcia zu Solms – Baruth wsiadł do samochodu i z miejsca wyruszył na polowanie do rewiru łowieckiego Stary Gaj, leżącego na północ od Czernej, nieopodal Zagajnika. Taki pośpiech spowodowany był napiętym terminarzem, który pozwalał jedynie na dwudniowy pobyt w Kliczkowie.

 

Teren polowania wybrany był nieprzypadkowo, gdyż właśnie w momencie przybycia Cesarza miejscowy leśniczy zameldował księciu o sześciu jeleniach widzianych w tym rejonie poprzedniego wieczora oraz rankiem. Po zajęciu przez Cesarza miejsca na jednym ze stosów drewna polowanie rozpoczął książę Friedrich, Hermann, Johann, Georg zu Solms-Baruth. Pomoc stanowiło 10 pomocników leśnych oraz 30 naganiaczy kierowanych przez łowczego. W niedługim czasie pojawiły się cztery jelenie, a wśród nich największy sześcioletni byk wapiti z 22 odnogami w porożu. Do niego też oddał Cesarz celny strzał z 200 kroków. Poroże ważyło 15 funtów, sam byk blisko 400 funtów, przy długości 2,16 m i wysokości 1,29 m. Następne dwa strzału do jeleni były niecelne. Dopiero strzał w szyję ze 130 kroków dosięgnął największego z chmary. Zatrzymały go jednak dopiero dalsze strzały – strzał ze 150 kroków w łopatkę położył byka. Miał 2,38 m długości, 1,32 m wysokości i wagę niemal 500 funtów, przy 14 – funtowym porożu.

 

Po tych strzałach zebrano wszystkie ustrzelone okazy, a następnie przerwano polowanie. Sam Cesarz wsiadł do samochodu i udał się wraz z księciem do pobliskiego rewiru łowieckiego i leżącej w jego centrum leśniczówki Hermanówka, ulokowanej na najwyższym w okolicy wzniesieniu o wysokości 235 m. Wilhelm II wszedł na szczyt stojącej tu czterokondygnacyjnej wieży obserwacyjnej, skąd podziwiał rozciągające się wokół bory. Stąd Cesarz udał się samochodem do zamku w Kliczkowie. Dopiero tutaj został powitany przez księżną zu Solms-Baruth, jej rodzinę oraz cały swój dwór i świtę, która w międzyczasie dotarła do zamku. Upolowane zwierzęta zawieszono na, zachowanym do dzisiaj, zadaszonym stojaku myśliwskim, stojącym na dziedzińcu zamkowym.

 

Nie był to jednak koniec polowania. Po odpoczynku, około godziny 19:00 Cesarz wsiadł ponownie do samochodu i udał się do leśniczówki Marianówka. Usadowił się na skraju liczącej 200 kroków łąki, poprzecinanej niewielkimi rowami odwadniającymi, do których przychodziła zwierzyna. W krótkim czasie pojawiły się jelenie. Ze 185 kroków Cesarz ustrzelił czternastaka, który po strzale w łopatkę ranny podążył za stadem, gdzie z 250 kroków został ponownie trafiony i powalony. Był długi na 2 m, wysoki na 1,26 m, przy wadze ciała ponad 350 funtów oraz 8,5 funtowym porożu.

 

W 2017 roku natknąłem się w internecie na tekst (w formacie PDF) autorstwa Grzegorza Sobela z przedmową P. Bikonta pt. "Za stołem w Kliczkowie. W sercu kuchni Borów Dolnośląskich", którym znajdują się m.in. opisy wizyt i polowań Cesarza Wilhelma II w Kliczkowie. Obszene fragmenty cytuję w zachowyjąc oryginalną pisownię. Dodatkową ciekawą informacją cytowanych tekstów są opisy uczt, którymi podejmowano Cesarza:

 

"Zamiłowanie Wilhelma II do polowań było powszechnie znane tak na dworach niemieckich jak i europejskich. Liczne biografie Cesarza, zwłaszcza zaś współczesne mu relacje zamieszczane w prasie codziennej i wielu czasopismach, kreślą łowiectwo jako pierwszą pasję życia ostatniego monarchy Rzeszy Niemieckiej. Wilhelm II zwykł mawiać: „Oprócz własnych trafień najbardziej cieszą pudła innych". A oko miał naprawdę wyborne - 20 września 1898 roku w wieku 39 lat położył tysięcznego jelenia (dwudziestaka) w lasach pod Schorfheide w Brandenburgii - 70 km na północ od Berlina. Cztery lata później Dworski Urząd Łowczy podał w nocie prasowej, iż z ręki Cesarza padło już 47 443 sztuk dziczyzny (w tym dzikiego ptactwa). Ceniący wysoko owe cesarskie hobby Friedrich II zu Solms-Baruth trzymał w ręku, rzec można - asa pikoweg. Ponawiając Jego Wysokości zaproszenia do odwiedzin w Kliczkowie, gdyż okoliczne lasy obfitowały w zwierzynę łowną, której hodowla w tutejszych dobrach stała co najmniej od połowy XIX wieku na najwyższym poziomie. Cesarz nie kazał na siebie długo czekać i już dwa lata po koronacji (15.06.1888) zawitał po raz pierwszy do zamku nad Kwisą.


Wilhelm II bawił w Kliczkowie pięć razy - w 1890, 1896, 1898, 1906 i 1911 roku - a pierwsza wizyta wypadła dość niespodziewanie. Krótko przed zaplanowanymi w dniach 10-20 września 1890 roku manewrami wojskowymi pod Legnicą zapanowało na zamku jak i w pobliskim Bolesławcu wielkie poruszenie, gdy lokalna prasa podała 31 sierpnia niesprawdzoną jeszcze informację, że Cesarz wyraził zamiar odwiedzin hrabiego zu Solms-Baruth zaraz po zakończeniu manewrów. Stosowne pismo zapowiadające dwudniową wizytę zostało przesłane na zamek przez marszałka dworu dopiero 11 września, ale należący do wąskiego grona śląskich przyjaciół monarchy pan na Kliczkowie nie czuł z tego tytułu żadnej urazy. Wilhelm II przybył na dworzec w Bolesławcu w sobotę 20 września kilka minut po 21:00 w towarzystwie dwóch adiutantów majora Albrechta von Zitzewitza (1848-1917) i barona Alberta von Seckendorffa (1849-1921), marszałka dworu barona Moritza von Lynckera (1853-1932), sekretarza dworu Detlofa von Schwerina (1869-1940) oraz osobistego lekarza dra Rudolfa von Leutholda (1832-1905). Wprawdzie odrzucił konieczność oficjalnego powitania przez miejscowe władze, lecz budynek dworca został uroczyście udekorowany, ulice rozświetlały iluminacje, a przedstawiciele bolesławieckich cechów, lokalnych związków i towarzystw stawili się licznie, by z honorami powitać szacownego gościa. Wjazd pociągu witało bicie dzwonów w mieście. Droga do Kliczkowa była pełna tłumów wiwatujących na cześć monarchy. Co 50 kroków stał człowiek z pochodnią. Przed zamkiem oczekiwało Cesarza 100 członków związku weteranów Queisthal trzymających płonące pochodnie. Na zamkowym maszcie powiewał czerwony sztandar cesarski.


Po przyjeździe Cesarz zjadł obiad wraz z gospodarzami zamku i udał się na spoczynek. W niedzielę po porannej mszy w Tomisławie hrabia wraz z żoną podjął Cesarza i towarzyszące mu osoby drugim śniadaniem punktualnie o 13:00, które zgodnie z dworskim zwyczajem zostało zorganizowane na tę okazję w formie dejeuner dinatoire (forma bankietu - dop. autora). Do stołu zasiedli jeszcze hrabia Friedrich Georg von Asseburg z żoną (krewni rodziny Solms-Baruth), książę pszczyński Jan Henryk XI von Hochberg oraz starosta bolesławiecki Conrad von Rosenstiel (łącznie 12 nakryć). Wczesnym popołudniem Cesarz udał się w towarzystwie hrabiego na krótki spacer po zamkowym parku, po czym przyjął zaproszenie hrabiny Idy Luizy na przejażdżkę lekkim wozem zaprzężonym w dwa konie. Hrabina powoziła sama. Późnym popołudniem Wilhelm II polował wraz z hrabią w lasach pod Osiecznicą (źródła nie donoszą o jego wynikach). Obiad wypadł po ósmej wieczorem w wąskim gronie osób mu towarzyszących. W poniedziałek 2 września Cesarz udał się wczesnym rankiem tuż po 5:00 ponownie na polowanie pod Osiecznicę. Znany z celnego oka upolował tego dnia po jednym dwudwudziestaku, szesnastaku, czternastaku, dwa dziesiątaki i kilka mniejszych jeleni oraz dwa daniele. Wszystkie zwierzyny powalił klasycznym strzałem w komorę (Bluttschuss), dając tym dowód swoim najwyższym umiejętnościom łowieckim. Podczas polowania w położonej przy drodze do Parowej leśniczówce zwanej Marianówką (Marienhaus) zorganizowano w południe śniadanie. Zaplanowany na 17:00 obiad rodzinny został przesunięty aż o dwie godziny z powodu przedłużających się łowów. Podczas biesiady, której towarzyszyła swobodna rozmowa, Wilhelm II dziękował za wspaniałą gościnę, spokój i porządek panujący na zamku. Obiecał ponowną wizytę w Kliczkowie, czym wyraził wobec gospodarzy swoje szczególne uznanie. Gdy opuszczał zamek, na dziedzińcu płonęły pochodnie, a dworscy myśliwi zagrali fanfary na rogach myśliwskich.


Program kulinarny pierwszej wizyty Wilhelma II w Kliczkowie to dwa dość późne obiady w wąskim gronie (sobota, niedziela), śniadanie w formie dejeuner dinatoire (niedziela), śniadanie podczas polowania (niedziela) oraz obiad rodzinny (poniedziałek) jako biesiada pożegnalna wydana na cześć Cesarza przez księcia zu Solms-Baruth i jego żonę. Na szerszą uwagę zasługują trzy ostatnie spotkania przy stole. Dejeuner dinatoire, zwane w literaturze przedmiotu „dużym śniadaniem" lub „wczesnym obiadem", przypominało w istocie obiad, przy czym było podawane w porze drugiego śniadania, czasem też dużo później. Jego menu było znacznie lżejsze od klasycznego obiadu, często bez zupy, z większą ilością ciepłych i zimnych przekąsek, przede wszystkim zaś bez mięs duszonych i klasycznych pieczeni podawanych z kluskami lub puree ziemniaczanym. Obowiązywała obsługa przy stole, na którym nie mogło zabraknąć przed każdym z biesiadników ręcznie wypisanych kart dań. W kulturze stołu dworskiego określone ściśle porą dnia posiłki nie były często przestrzegane - śniadanie wypadało nierzadko w południe, a obiad zastępował późną porą kolację. Obyczaje dworskie (różna pora wstawania), ożywione życie towarzyskie (bale, koncerty, polowania, częste wyjazdy) zmieniały ustalony wcześniej porządek dnia, co w Kliczkowie miało miejsce zwykle podczas wizyt bliższej i dalszej rodziny jak i znamienitych gości. Jeśli klasyczne śniadanie wypadało z grafika, pierwszym posiłkiem było wówczas dejeuner dinatoire, które w latach dwudziestych i trzydziestych XIX wieku przeniknęło do gastronomii dużych miast i na mieszczańskie stoły. Klasycznym przykładem wczesnego obiadu gastronomii Wrocławia jest dejeuner dinatoire wydane w sławnym Ogrodzie Zimowym (Wintergarten) Josepha Krolla podczas wizyty w stolicy Śląska króla pruskiego Fryderyka Wilhelma IV 16 września 1841 roku.
 
W tym czasie w kanonie kulinarnym wczesnych obiadów dworskich wymieniano takie specjały, jak: bulion z pasztecikami rzymskimi, krucha pieczeń wołowa po królewsku, łosoś reński ze sklarowanym masłem, pasztet z kuraków, auszpik z homara, pularda pieczona, karczochy faszerowane, seler po angielsku, paluszki serowe zapiekane w cieście francuskim. Dejeuner dinatoire kończył zwykle słodki deser i kawa, podawano także wina. Znane ze źródeł menu dworskie wczesnych obiadów końca XIX wieku polecały niezliczone potrawy niemal wszystkich kuchni europejskich, a także kuchni wschodniej, meksykańskiej i amerykańskiej. Z ciekawszych naszym zdaniem specjałów i słodkich przysmaków - które były najpewniej znane kliczkowskim kucharzom - wymieńmy: krem a la Dauphine z kasztanami, zupę a la Vefour, zupę królowej, krokiety z piersi kurczaka z sosem monglas, sandwich a la Windsor, krem szwajcarski, pstrąga faszerowanego a la Conde, łososia pieczonego z kremem, indyczkę a la Godard, grillowane kotlety baranie, filety sarnie a la marechal, gulasz z zająca, zimny pasztet z kapłona, kotlet z jelonka na zimno, faszerowane ogórki, karczochy a la Barrigoule, ryż po maltańsku, szarlotkę paryską oraz krem bawarski z czekoladą. Choć źródła nie wspominają o tym, kucharze hrabiego zu Solms-Baruth pochodzili co najmniej z najlepszych szkół niemieckich, inaczej pan Kliczkowa nie porywałby się na goszczenie Cesarza...


Posiłki organizowane podczas rozpoczynanych wczesnym rankiem polowań wypadały z reguły w południe w porze drugiego śniadania. Sławne Jagdfriihstiick były nieodłącznym atrybutem kultury łowieckiej tak na Śląsku jak i w całych Niemczech. Inną formułą myśliwskiej biesiady były pikniki przygotowywane zwykle po zakończeniu polowania. Śniadanie w Marienhaus było ukłonem w stronę Jego Wysokości - Wilhelm II uwielbiał długie polowania, lecz w żadnym wypadku nie - będąc głodnym. Menu myśliwskich śniadań nie należało jednak do wyszukanych. Na stole lądowały zwykle zimne pieczenie, wędliny i pieczone ptactwo. Jesienią i zimą nie mogło zabraknąć wszelkich grzańców i ciepłych ponczów, zaś w cieplejszych porach roku pilsnerów i lekkich win. Obowiązkowe były także ciasta i kawa.


Obiady rodzinne - zwane „Familiendiener" - były w kulturze dworskiej szczególną formą goszczenia ważnych osobistości. W przeciwieństwie do pozostałych posiłków w czasie wizyty Wilhelma II na zamku w Kliczkowie, tym razem były obecne przy stole także dzieci hrabiego (z trójki wówczas żyjących sześcioletnia Rosa Marie i czteroletni Friedrich Hermann), a także jego najbliżsi współpracownicy - sekretarz i zarządca majątku (łącznie 16 nakryć). Swobodną atmosferę podkreślały liczne anegdoty opowiadane przez Cesarza, chętnie przytaczane przez niego historie rodzinne, wydarzenia na dworze berlińskim, relacje z dopiero co zakończonych manewrów woskowych, zwłaszcza zaś jego zainteresowanie sprawami zamku i majątku kliczkowskiego jak również osobistymi sprawami członków rodziny. Tematy wielkiej polityki były nie na miejscu tym bardziej, że Cesarz traktował wizytę w Kliczkowie jako czas odpoczynku po trudach ostatnich dni spędzonych na manewrach wojskowych. Podczas obiadu obowiązywała indywidualna obsługa przy stole, a potrawy podawano pojedynczo zgodnie z kolejnością wymienioną w karcie dań. W tym obowiązywała ścisła etykieta stołu francuskiego, w związku z czym karty dań były na dworach niemieckich wypisywanew języku Moliera, choć sam Cesarz zarządził od wstąpienia na tron w 1888 roku, by na dworze poczdamskim wykładać na stół karty wypisane po niemiecku. Obiady tej rangi - zważywszy na osobę najważniejszego z gości - wymagały wyszukanej oprawy kulinarnej. Dominowały wówczas potrawy o uznanej już marce na stołach dworskich, a do każdego z dań - od zupy poczynając - serwowano odpowiednio dobrane wina. Kuchnia zamku kliczkowskiego słynęła z wysokiego poziomu co najmniej od drugiej połowy XVIII wieku - pierwsza wizyta Cesarza stanowiła więc nie lada wyzwanie dla kucharzy hrabiego. Uznanie, z jakim Wilhelm II wyrażał się o gościnności gospodarzy (wspominały o tym wszystkie relacje prasowe), pozwala przypuszczać, iż komplementował również smaki stołu. Zupa Celestyny, paszteciki a la Mazarin, turbot w sosie dyplomaty lub pstrąg w sosie Bearnaise, frykando z sarniny z sałatką z czerwonej porzeczki, comber z daniela a la Cumberland, pieczone jarząbki z sałatką, polędwica wołowa z zielonym groszkiem, karczochy a la italienne, przysmak florencki, poncz szwarcwaldzki i bomba Hohenzollernów wraz z kawą, masłem i serami na zakończenie biesiady były bez wątpienia na miarę możliwości kliczkowskich kucharzy.


Kolejna długo wyczekiwana wizyta Wilhelma II w zamku nad Kwisą wypadła w 1896 roku. Cesarz przyobiecał hrabiemu Fryderykowi odwiedziny już dużo wcześniej, lecz pan na Kliczkowie nie był jedynym oczekującym... Tym razem gość z Berlina przybył z krótką jednodniową wizytą, którą traktował zapewne jako chwilę wytchnienia po spotkaniu z Carem Mikołajem II (1868-1918) we Wrocławiu (Car bawił w stolicy Śląska w dniach 4-7 września 1896 roku). Z tej okazji hrabia został zaproszony przez Cesarza do Wrocławia i już 4 września wieczorem brał udział w wielkiej biesiadzie wydanej w pałacu królewskim, na którą przygotowano 260 nakryć. W menu nalazły się: zupa indyjska, troć pieczona, garnirowana pieczeń wołowa, filety sarnie po włosku, kurczaki elsaskie, owoce, sałatka, karczochy faszerowane szpikiem, mus jabłkowy, paluszki serowe, lody, deser. Następnego dnia po odebraniu parady wojskowej na Gondowie Cesarz podjął gości obiadem, a Fryderyk II znalazł się pośród 325 zaproszonych gości. Również 6 września zasiadł do stołu podczas obiadu wydanego przez Wilhelma II na cześć Cara Mikołaja II. Tym razem przygotowano jedynie 170 nakryć. Wilhelm II przybył do Kliczkowa w sobotę 12 września, wysiadając o 14:15 na dworcu w Zebrzydowej, gdzie powitał go gospodarz zamku kliczkowskiego. Cesarzowi towarzyszyli marszałek dworu von Lyncker,dwaj adiutanci - nadporucznik hrabia Helmuth Johannes Ludwik von Moltke (1848-1916) i nadporucznik Alfred von Loewenfeld (1848-1927) - a także lekarz osobisty dr Friedrich von Ilberg (1858-1916) oraz dwóch sekretarzy dworu hrabia Friedrich von Schwerin-Stolpe  i Gerharda Taege. W połowie drogi między Tomisławem a Osiecznicą Cesarz udał się wraz z hrabią na polowanie - ustrzelił jednego osiemnastaka z 250 kroków, nadto dwa łosie i jednego rogacza. O 19:30 cesarz został powitany na zamku przez hrabinę z rodziną, a pół godziny później zasiadł do stołu na obiad. Przygotowano 11 nakryć. Oprócz Cesarza w biesiadzie uczestniczyli Fryderyk II z małżonką, książę Hochberg von Pless z księżną Daisy, hrabina von Asseburg, hrabina Martha zu Solms-Sonnenwalde, von Lyncker, von Moltke, von Loewenfeld i dr Ilberg. O 23:25 Wilhelm II odjechał z dworca w Zebrzydowie w kierunku Poczdamu.


Najdłuższe odwiedziny Cesarza w zamku nad Kwisą wypadły w 1898 roku - od soboty do wtorku w dniach 23-26 kwietnia. Wilhelm II odwołał wcześniej zaplanowaną wizytę w Weimarze, a przyjazd do Kliczkowa traktował jako swego rodzaju krótki urlop. Hrabia zu Solms-Baruth przygotował z tej okazji polowanie na głuszce - kilka dni przed łowami wypuszczono do lasów w porze tokowania ptaków - 70 sztuk z dworskiej hodowli. Wiadomość o przybyciu monarchy nadeszła niespełna trzy tygodnie wcześniej przed wyznaczona datą. Podjęte w pośpiechu przygotowania gościny o mały włos nie skończyły się wielką katastrofą. Któryś z dworskich pracowników zaprószył ogień w jednym z pomieszczeń gospodarczych na zamku. Bliżej nieokreślony aparat spirytusowy - o jakim mowa w relacji prasowej - wypadł mu z ręki i w szybkim czasie płomienie zajęły kilka mebli. „Ogień stłumiono na szczęście w zarodku" - donosił wydawany w Bolesławcu „Niederschlesiescher Courier", dodając: „Inaczej szkody byłyby nie do opisania". A wizyta cesarska najpewniej odwołana... Z okazji odwiedzin odremontowano cesarskie pokoje, sprowadzono nowe meble, a tapety zamówiono u najlepszych paryskich fabrykantów.


Cesarz przybył w sobotę o 23:20 na dworzec w Zebrzydowej, gdzie został powitany przez władze Bolesławca, hrabiego zu Solms-Baruth oraz barona Kuno von Boenigk z Zebrzydowej wraz z rodziną. Towarzyszyło mu 8 osób w tym 2 adiutantów - generał major Friedrich von Scholl (1846-1928) oraz major Max von Boehn (1850-1921). Na zamku zameldował się około północy i po dwóch kwadransach zasiadł do stołu na obiad wraz z gospodarzami i towarzyszącymi mu osobami (11 nakryć). Dopiero w tym czasie zaciągnięto na maszt zamkowy czerwony cesarski sztandar. Po porannej niedzielnej mszy w Tomisławiu, którą odprawił pastor Kurzke, Cesarz udał się na godzinny spacer z hrabią Fryderykiem w połowie drogi na zamek. Hrabia oprowadził Jego Wysokość po okolicy, opowiadając o szkodach, jakie w kliczkowskich dobrach poczyniła zeszłoroczna powódź. Wilhelm II przystanął na dłuższą chwilę na moście nad Kwisą, wspominając dwie poprzednie wizyty w Kliczkowie. O 14:00 podano do stołu obiad, do którego prócz szacownego gościa zasiedli jeszcze hrabia z małżonką, książę pszczyński von Hochberg, hrabia Solms-Sonnenwalde oraz starosta bolesławiecki Rosenstiel (6 nakryć). Późnym popołudniem udał się w gronie towarzyszących mu osób na spacer po parku. Licząca jedynie 5 nakryć kolacja rozpoczęła się o 21:00, po czym Cesarz udał się do sypialni, by zebrać siły przed zaplanowanym od wczesnego ranka następnego dnia polowaniem. W poniedziałek polował od godziny 4:45 rano. Towarzyszył mu hrabia, z którym o 8:00 zjadł na zamku małe śniadanie. Następnie udał się do swojej sypialni, gdzie odpoczywał do godzin popołudniowych. O 16:00 gospodarze zamku podjęli Cesarza i towarzyszące mu osoby drugim śniadaniem w formie dejeuner dinatoire. Dwie godziny później polował ponownie w pobliskich lasach w towarzystwie hrabiego, księcia pszczyńskiego oraz hrabiego Solms-Sonnenwalde. Po zapadnięciu zmroku drogę przez las oświetlały - gdy było to konieczne - dwie lampy zasilane akumulatorami, które dwóch ludzi dźwigało w skrzynkach na plecach. Uczestnicy polowania powrócili na zamek dopiero po 23:00. Kolacja wypadła kwadrans przed północą i liczyła tylko 5 nakryć. Również we wtorek z rana wyprawiono się na polowanie, a przed południem zorganizowano na leśnej polance Jagdfriihstiick. O 16:00 hrabina zaprosiła Cesarza i jego adiutantów na obiad rodzinny, który wypadł podobnie jak podczas pierwszej wizyty Wilhelma II w Kliczkowie. Przygotowano 12 nakryć. Dwie godziny później Cesarz polował po raz kolejny w lesie pod Osiecznicą. Podczas czterech polowań ustrzelił 13 głuszców i dwa rogacze. Kilka minut po 22:00 opuścił zamek w Kliczkowie, odjeżdżając z dworca w Zebrzydowej punktualnie o 23.:00.


Na kolejne cesarskie odwiedziny przyszło czekać panom na Kliczkowie aż osiem długich lat. 4 grudnia 1906 roku Wilhelm II przybył ze stolicy Śląska do zamku nad Kwisą we wtorkowy wieczór z dwudniową wizytą, w programie której zaplanowano polowanie. Wizyta ta była niejako rekompensatą Cesarza za jego nieobecność na uroczystościach srebrnych godów kliczkowskiej pary. Jeszcze o 13:30 Cesarz jadł tradycyjnie obiad w kasynie oficerskim garnizonu kirasjerów we Wrocławiu, w którym od 1869 roku stacjonował Pierwszy Śląski Pułk Kirasjerów Gwardii „Wielki Elektor" (Leib-Kurassier-Regiment „Grofier Kurfurts"). W menu obiadu znalazły się: rosół, Schlesischer Himmelreich, pieczone trocie, comber barani, lody i paluszki serowe. Na dworcu w Bolesławcu szacownego gościa powitali kilka minut po 17:00 książę zu Solms-Baruth wraz z najstarszym synem Fryderykiem Hermannem ubranym w mundur kirasjerów gwardyjskich oraz starosta Rosenstiel. Cesarz odjechał spod dworca automobilem marki Fiat. Drogę do Kliczkowa oświetlali po obu stronach - podczas padającego deszczu - członkowie związków kombatanckich, gimnastycznych i rowerowych, trzymając pochodnie w rękach, krzycząc na cześć mijającego ich Cesarza: „Der Kaiser lebe hoch!" („Niech żyje Cesarz"). Zaraz po przybyciu na zamek Wilhelm II udał się na krótkie polowanie wraz z gospodarzem kliczkowskiego zamku. Ów fakt dowodzi nie tyle samego zamiłowania Jego Wysokości do łowiectwa, ile uznania dla obfitujących w zwierzynę łowną lasów Fryderyka II zu Solms-Baruth. Tego dnia obiad w gronie gospodarzy zamku wypadł po godzinie 20:00. Przy stole obecni byli, prócz Cesarza i osób mu towarzyszących, czterej synowie księcia - Fryderyk Hermann, Hermann Franz, Hans Georg i Johann-Georg Otto (łącznie 17 nakryć). Po obiedzie Wilhelm II udał się szybko do swojej sypialni po nieoczekiwanym ataku migreny. Następnego dnia polował od godziny 9:00 w lasach pod Osiecznicą wraz z księciem zu Solms-Baruth, hrabią Philippem zu Eulenburg (1847-1921), baronem Martinem Ruckerem von Jenisch (1861-1924), baronem Gustavem von Senden-Bibran (1847-1909), adiutantem von Freieberg oraz osobistym lekarzem dr Otto von Niednerem. Źródła nie informują, by jadł cokolwiek z samego rana na zamku - co nie jest oczywiści wykluczone - wiadomo natomiast, iż służby księcia przygotowały około południa obfity Jagdfruhstuck. Wilhelm II upolował łącznie we wtorkowy wieczór i kilku środowych nagonkach dziewięć jeleni, dwa łosie i jedną sarnę. Pośród jeleni znalazło się po jednym osiemnastaku, szesnastaku i dwunastaku oraz sześć czternastaków. Polowanie wypadło dłużej, niż przewidywano. Jeszcze w lesie Cesarz poinformował księcia, iż nie powróci już na zamek i po 16:00 udał się kierunku Bolesławca, prosząc przed pożegnaniem o złożenie księżniczce Luizie wyrazów szacunku i podziękowań za gościnę.
 
4 sierpnia 1911 roku Wilhelm II przybył do Kliczkowa po raz piąty. Na dworcu w Osiecznicy został powitany kilka minut po ósmej rano przez księcia zu Solms-Baruth i jego najstarszego syna oraz starostę bolesławieckiego Hansa von Hoffmanna. Cesarzowi towarzyszyli - marszałek dworu von Lyncker, generał pułkownik Hans Georg von Plessen (1841-1929) i major Wilhelm Ernst von Dommes (1867-1959) jako    adiutanci,    generał Oskar von Chelius (1859-1923), lekarz osobisty dr Niedner oraz pruski poseł w Bawarii Karl Georg von Treutler (1858-1933) - bliski zaufany Cesarza zwany szarą eminencją. Wprost z dworca w Osiecznicy Cesarz udał się w towarzystwie księcia na polowanie do rewiru łowieckiego Stary Gaj. Teren polowania został wybrany nieprzypadkowo - czytamy w centralnym niemieckim piśmie myśliwskim „Wild und Hund", które od strony łowów relacjonowało w szczegółach wizytę Wilhelma II w Kliczkowie - gdyż wczesnym rankiem   leśniczy   dworski Rahn widział w tym rejonie sześć jeleni, o czym zameldował księciu zu Solms-Baruth. Cesarz zajął stanowisko na jednym ze stosów drewna, skąd ustrzelił sześcioletniego byka wapiti dwudwudziestaka z odległości 200 kroków. Byk ważył blisko 400 funtów. Podczas jednej z kolejnych nagonek położył dwoma strzałami ważącego 480 funtów szesnastaka. W drodze na zamek Wilhelm II wstąpił jeszcze po drodze do leśniczówki zwanej Hermanówka (Hermannberg) znajdującej się na najwyższym w okolicy wzniesieniu, by podziwiać przez klika chwil okoliczne bory ze znajdującej się tu czterokondygnacyjnej wieży obserwacyjnej. Około południa został powitany na zamku przez księżną Luizę wraz z rodziną. Na maszcie powiewał jak zwykle czerwony sztandar, a upolowana zwierzyna zawisła na zadaszonym stojaku myśliwskim na zamkowym dziedzińcu.

 

O 14:00 podjęto Cesarza i towarzyszące mu osoby tradycyjnym o tej porze śniadaniem w formie dejeuner dinatoire przygotowanym na 16 nakryć. Przed godziną 19:00 Wilhelm II udał się ponownie na łowy, stacjonując opodal leśniczówki Marianówki na skraju liczącej 200 kroków łąki, gdzie położył dwoma strzałami ważącego ponad 350 funtów czternastaka. Przygotowana w piątkowy wieczór na 16 nakryć kolacja wypadła po dziewiątej wieczorem. Do stołu zasiedli, prócz gospodarzy, Cesarza i towarzyszących mu osób, dyrektor administracyjny dóbr kliczkowskich Ernst Jung oraz nadleśniczy Friedrich Habermann. Następnego dnia Cesarz polował w rewirze łowieckim w pobliżu Poświętnego już przed piątą rano. Strzelając z ambony, trafił ważącego ponad 300 funtów czternastaka. Podczas jednej z kolejnych nagonek ustrzelił jeszcze kozła sarny, a wracając na zamek, trafił jelonka wprost z samochodu. Przed 9:00 Cesarz zjadł z księciem śniadanie, po czym udał się na odpoczynek. Tego dnia podano do stołu jeszcze dwukrotnie - o 14:00 drugie śniadanie, a o 20:00 pożegnalną kolację, na którą przygotowano 14 nakryć. Cesarz odjechał z dworca w Osiecznicy o 22:40. Gdy opuszczał rozświetlony ogniami bengalskimi zamek, grupa myśliwych oddała ośmiokrotną salwę.

 

Podczas wizyt Wilhelma II na zamku w Kliczkowie program kulinarny dejeuner dinatoire, obiadów i kolacji był zgodnie z dworską regułą proporcjonalny do liczby gości zasiadających do stołu i odzwierciedlał charakter spotkania. Owa reguła nie wyrażała jednak proporcji liczbowo - jeśli któryś z posiłków był przygotowywany dla 4-8 osób, liczba potraw w karcie dań nie przekraczała 5-6 pozycji. Jeśli zaś do stołu zasiadało kilkanaście osób, a czas trwania biesiady nie był skrócony innymi okolicznościami, karta dań liczyła wówczas 7-8 pozycji, a czasem więcej. Duża liczba potraw w kartach dań nie oznaczała, iż w czasach Wilhelma II biesiadnicy potrafili zjeść dużo więcej niż dziś. Kolejno serwowane dania nie były przesadnie duże - tylko do pieczeni, które kończyły główną część biesiady, podawano kluski, puree ziemniaczane lub makarony. Pozostałym towarzyszyły zwykle sosy, masło lub lekkie dodatki w niedużej ilości jako element kompozycji. Ostanie dekady XIX wieku i początek następnego stulecia to dominacja nie tylko na dworach niemieckich, ale i całej Europy serwisu rosyjskiego. Zgodnie z nim gotowe do konsumpcji potrawy, tak pod względem wielkości jak i temperatury, były podawane podczas obiadów i kolacji pojedynczo, zgodnie z kolejnością ustaloną w karcie dań. Każdego z biesiadujących gości obsługiwał jeden służący. Gdy kolejną potrawę kończył ostatni z biesiadujących, słudzy zbierali talerze ze stołów, podając następną potrawę. Również podczas pierwszych wczesnych śniadań wypadających między 8.00 a 10.00 obowiązywała obsługa przy stole, gdyż podawane były ciepłe potrawy. Schemat karty dań obejmował zupę, przystawkę, rybę, mięso, pieczeń z sałatką, słodki przysmak, owoce - masło - sery, deser z kawą, przy czym stosownie do pory i charakteru biesiady niektóre z elementów tego zestawu mogły wypaść, inne zaś mogły zostać zwielokrotnione. Zupa i pieczeń były jednakże filarami w karcie dań każdego obiadu, o ile nie wypadał on późną wieczorną porą. Istniała zasadnicza różnica między słodkim przysmakiem podawanym po pieczeni, a deserem. Pod pierwszym pojęciem figurowały torty, lody, kremy, sorbety, budynie, sałatki owocowe czy nawet słodkie potrawy ryżowe, pod drugim zaś różnego rodzaju słodkie i słone wypieki, które były dodatkiem do kawy. Do słodkich przysmaków podawano zazwyczaj słodkie wina. Przed deserem kończącym obiad podawano często masło i sery, czym nawiązywano do zwyczajów francuskich. Dejeuner dinatoire był w kulturze stołu dworskiego posiłkiem łączącym cechy późnego śniadania z wczesnym obiadem, po którym główny obiad - zwany diener - wypadał dość późno. Wówczas nie podawano już kolacji. Menu dużego śniadania składało się z potraw ciepłych i zimnych. Pierwsze podawali do stołu służący pojedynczo, drugie - zimne przekąski - albo czekały już na stole na biesiadników, albo też były podawane naraz po ciepłej strawie. Dopiero po nich podawano potrawy słodkie i desery. Menu kolacji zasadniczo nie różniło się od obiadu - nie podawano z reguły pieczeni, a serwowane porcje były nieznacznie mniejsze. W trakcie biesiady nie podawano win do każdej z potraw, jeśli jednak konwersacje miały się nieznacznie przedłużyć, serwowano wówczas osobne wina.


Co zatem jadał Wilhelm II na zamku w Kliczkowie podczas czterech kolejnych wizyt? Czy kucharze zamkowi zdołali spełnić oczekiwania Jego Wysokości względem stołu, a co najważniejsze - wypaść dobrze w oczach gospodarza? Dokładne menu żadnego ze śniadań, dejeuner dinatoire, obiadów i kolacji nie jest znane. Źródła wymieniają jedynie porę i rodzaj posiłków, liczbę przygotowanych nakryć oraz gości zasiadających do stołu, przy czym nie zawsze wszystkich. O upodobaniach kulinarnych Cesarza wiadomo, iż cenił kuchnię francuską, angielską, rosyjską i włoską. Co najważniejsze jednak, w sferze kulinarnej cechował go swoiście pojęty konserwatyzm wyrażający się pewnego rodzaju potrzebą prostoty i skromności na talerzu, oczywiście w wymiarze cesarskiego podniebienia. (...) Ciekawostką była biegunowo odległa do pasji myślistwa „sympatia" Wilhelma II do potraw z dziczyzny. Sarnina, mięsa z dzika i jelenia pojawiały się niezwykle rzadko w kartach dań cesarskich biesiad nawet tam, gdzie gospodarze podejmowali go myśliwskim obiadem lub kolacją.


Wizyty Wilhelma II w Kliczkowie były zawsze związane z jego największą życiową pasją - myślistwem. Książę Friedrich zu Solms-Baruth dokładał wszelkich starań, by Cesarz opuszczał jego lasy w pełni zadowolony. Podczas wszystkich polowań Cesarz ustrzelił co najmniej dziewiętnaście jeleni o ustalonych rozmiarach poroża - w tym dwa dwudziestaki, dwa osiemnastaki, trzy szesnastaki, dziewięć czternastaków, jednego dwunastaka i dwa dziesiątaki - oraz kilka mniejszych jeleni, nadto cztery łosie, cztery kozły sarny, dwa daniele, jedną sarnę, trzynaście głuszców i jednego jelonka (cielaka jelenia). Nie mniej starań czyniła żona księcia Ida Luiza i szef zamkowej kuchni, by monarcha również od stołu wstawał zawsze zadowolony. Cztery kolejne wizyty - w 1896, 1898, 1906 i 1911 roku - przyniosły łącznie 5 obiadów (w tym 1 rodzinny), 4 kolacje, 2 wczesne śniadania, 1 drugie śniadanie, 2 dejeuner dinatoire oraz 2 Jagdfruhstuck. Biesiady na zamku w Kliczkowie z okazji wizyt Cesarza nigdy nie były duże, co wynikało z charakteru odwiedzin Wilhelma II i liczby gości. Dwa pierwsze wczesne śniadania Cesarz jadał z księciem Fryderykiem, z kolei Jagdfruhstuck wypadało wspólnie ze wszystkimi uczestnikami polowań. W dejeuner dinatoire, obiadach i kolacjach uczestniczyli zwykle gospodarze zamku nad Kwisą oraz Cesarz i towarzyszące mu osoby, nadto bliżsi i dalsi krewni, którzy przebywali właśnie na zamku lub przybywali do Kliczkowa z okazji przyjazdu Cesarza. Dzieci książęcej pary oraz pracownicy majątku byli obecni przy stole najczęściej podczas obiadów rodzinnych. Mile widzianym gościem był także starosta bolesławiecki. Późna pora początku niektórych obiadów - jeden rozpoczął się po północy - nie była czymś szczególnym w kulturze stołu dworskiego. Formułę biesiady określało nie tylko menu przewidziane w karcie dań, ale przede wszystkim charakter spotkania przy stole oraz osoby przy nim zasiadające. Jeśli w godzinach wieczornych wypadała kolacja, był to z reguły krótszy posiłek -  tak w wymiarze czasowym jak i kulinarnym - podczas którego znacznie mniej rozmawiano. Charakter wizyt Wilhelma II w Kliczkowie wykluczał organizowanie kolacji w formie modnego na przełomie XIX i XX wieku klasycznego souper. Późne obiady, rozpoczynane nawet po północy, trwały co najmniej godzinę; kolacje nie przekraczały zwykle 45 minut. Konwersacje podczas obiadów były obok oprawy kulinarnej istotą spotkania przy stole. Nie do pomyślenia było jedzenie w milczeniu. Zważywszy na rangę gościa, to Cesarz nadawał ton rozmowie". (Przedstawione teksty są tylko fragmentami dużej całości, która znajduje się na stronie internetowej www.kliczkow.com.pl/uploads/ZastolemwKliczkowie.pdf)

 

Nawet w dni powszednie obiady były wystawne, a mężczyźni stawiali się ze szpadą u boku i w białych rękawiczkach. Serwowano 6 do 8 dań, nawet gdy nie byli podejmowani żadni goście. Posiłki jadała rodzina wraz z dworem, na który składali się: ochmistrzyni, dwie panny dworskie, kawaler dworski, łowczy oraz preceptor (nauczyciel) pańskich dzieci. Na obiad zwoływał trębacz, naczynia były wnoszone przez służących strojnych w kapelusze, a na stole ustawiał je otwierający ich pochód furier. Podczas obiadu posilającym się umilały czas „szumne korowody, które z szacunkiem podziwiano” - były to zapewne następujące po sobie krótkie występy muzyczne, taneczne, recytacja wierszy. Poobiednią kawę wypijano na stojąco, a następnie dwór wycofywał się w głębokich ukłonach.

 

Z odwiedzin Cesarza w latach 1890, 1897, 1906 i 1911 zachował się do dzisiaj w Kliczkowskim lesie pomnik z 1906 r., postawiony na pamiątkę polowania z udziałem monarchy. Głaz o wysokości ponad 1,5 m ma częściowo widoczny napis, z którego dowiadujemy się, że monarcha ustrzelił tu dużego byka o porożu złożonym z 18 odnóg, drugiego o 16 odnogach, sześć byków o 14 odnogach i pomniejsze samice oraz inne zwierzęta”. Na wieczór powrócono do zamku, skąd następnego dnia o godzinie 4:15 Cesarz w towarzystwie księcia wyjechał do rewiru położonego w pobliżu Poświętnego. Polował z ambony, w pobliżu granicznego płotu. Równo o 5:30 Wilhelm II trafił z około 100 kroków kulą w łopatkę czternastaka, który krótko potem padł. Miał 2,10 m długości, 1,27 m wysokości, ponad 300 funtów wagi ciała i 12 funtów poroża. Później ustrzelił jeszcze kozła, a w drodze powrotnej nieopodal Osiecznicy, strzelając z samochodu, trafił niewielkiego jelenia. Do zamku powrócili o 8 rano". 

 

W 2011 r. Tadeusz Berestecki z Bolesławca przesłał mi fotografie kamienia, o którym jest mowa w opisie Mariusza Olczaka. Niestety kamień został uszkodzony - rozbity na kilka części. Pan Tadeusz zamierza nawet go skleić. Ciekawostką jest to, że kamienie z Kliczkowa mają oryginalne napisy. Najpierw wykuwano jakby koło i w nim umieszczano napis. Jedną z osobliwości zamku w Kliczkowie jest cmentarz koni. Zachowały się do dziś dwa kamienie z podobnie rytymi napisami na cześć koni i psów. Jeden z kamieni na cmentarzu, pochodzący z 1938 roku, postawiono ku pamięci konia Juno. 

Fotografie przesłane przez Tadeusza Beresteckiego

Na wschód od zamku, na polanie znajdują się pozostałości cmentarza koni utworzonego przez tutejszych dziedziców. Do obecnych czasów przetrwały dwa nagrobki.


Pierwszy to nagrobek klaczy imieniem Juno - był to koń wyścigowy księcia zu Solms-Baruth. Odczytanie drugiego nagrobka nie jest już możliwe. Wiadomo jednak iż należał (jak głosi zachowany napis) do "starego księcia" zu Solms-Baruth. W latach 50-tych XX wieku znajdowało się tu jeszcze kilka nagrobków. Były to sporych rozmiarów głazy, w środku których umieszczono owalne tablice z wykutym napisem. Wcześniej pochowano tu było także sporo psów, należących jak można przypuszczać do mieszkańców zamku. Jest to jeden z nielicznych cmentarzy koni w Europie.

 

Koń miał na imię Juno, odszedł w 1938 r. Jego właściciel, hrabia Henryk zu Solms-Baruth, nie mógł się pogodzić ze śmiercią ukochanego rumaka, więc wystawił mu nagrobek.

Niedawno odsłonięto nowy pomnik. Fundacja Pro Culturae Bono postarała się, by upamiętnić uwielbianą na zamku klacz rycerską Zacateca. Jej pomnik stanął między starymi nagrobkami.

 

Warto też napisać o Folwarku Książęcym.

 

Historia Folwarku Książęcego nierozerwalnie wiąże się z myślistwem. Bogate w zwierzynę łowną okalające majątek bory hipnotyzowały miłośników leśnej przygody i skłaniały do gremialnych odwiedzin Zamku Kliczków. Na przełomie XVIII i XIX wieku, gdy funkcje gospodarcze powoli opuszczały zamkowe mury, rolę zaplecza przejęły pobliskie zabudowania folwarczne. To tutaj stacjonowały liczne grupy myśliwych wraz z niezbędnym ekwipunkiem. W folwarku przechowywane były także psy przywożone specjalnie na polowania. W XX wieku, nieopodal kościoła pw. Trzech Króli, właściciele majątku wytyczyli rozległe podwórze pod kątem przygotowań do myśliwskich eskapad.


Folwark - stan obecny

W pobliskich zabudowaniach zamieszkiwali niegdyś: lekarz odpowiedzialny za zdrowie rodziny dziedzica, dyrektor administracyjny zamku odpowiadający za jego wyposażenie, służba oraz dworski łowczy odpowiedzialny za przygotowanie do polowań. W folwarku trzymano także trzodę: krowy, świnie i woły. Folwark Książęcy do dziś zachował swój niepowtarzalny, myśliwski charakter, o czym wciąż ochoczo zaświadczają m.in. Hala Biesiadna na dziedzińcu głównym, pokój kominkowy, suszarnia grzybów i owoców oraz kuchnia letnia. Wciąż możecie Państwo poczuć tu ducha myśliwskiej historii.
Folwark Książęcy to perełka architektury w kompleksie Zamku Kliczków. Odnajdziecie w nim Państwo unikatowe rozwiązania techniczne jak mansardowy dach położony na domu lekarza, misterną technikę szachulcową (mur pruski) zastosowaną z kunsztem przy budowie okolicznych zabudowań a także klasycystyczne dostojeństwo i harmonię. Folwark Książęcy to prawdziwa uczta dla koneserów dawnej architektury!

 

W Kliczkowie podobnie jak w Prakwicach, ustawiano różne kamienne obeliski. Zachował się kamień postawiony na pamiątkę upolowania ostatniego jelenia przez panującego podówczas w Kliczkowie księcia Friedricha zu Solms - Baruth. Był on władcą Kliczkowa ponad 40 lat. Kamień pochodzi z września 1920 r., a w grudniu tego samego roku książę zmarł. Inny, charakterystyczny dla Kliczkowa, kamień ustawiono dla hrabiego Otto Karola Konstantego zu Solms-Sonnenwalde. Był on szwagrem wspomnianego księcia. Fotografie i informacje pochodzą także od Tadeusza Beresteckiego.

Kamień księcia

Kamień hrabiego

Historia rodu Solms linii Barut,. szczególnie pokolenia żyjącego w okresie nazistowskich Niemiec, jest godna pochylenia głowy, ponieważ hrabiowie nie dość, że okazali się być odważnymi przeciwnikami hitlerowskiego reżimu, to jeszcze przyzwoitymi i uczciwymi ludźmi.

 

Wracamy jednak do Cesarza. Polował na zaproszenia, ale i u siebie. Wówczas w  Niemczech było gdzie polować. Bardzo często przebywał w pięknym dworku myśliwskim "Hubertusstock", położonym pod Berlinem na terenie rezerwatu przyrody Chorin Schorfheide, około 10 minut spacerem od malowniczego jeziora Werbellinsee.

 

Polowania w Hubertusstock

 

W biografii łowieckiej Cesarza istotne były polowania w Hubertusstock. W swych „Pamiętnikach” Julian Fałat bardzo dokładnie opisuje łowy w tym słynnym obwodzie Cesarza Wilhelma II. Oto fragmenty tych opisów:

 

„(...) Polowania odbywały się rocznie zawsze tym samym trybem, tak że, opis jednego z nich da pojęcie o wszystkich. Wyjazd z zameczka następował o szóstej albo siódmej rano. Po obfitym mięsnym śniadaniu zajmujemy miejsca w specjalnie na ten cel skonstruowanym wozie "pirschwagen" (wózek do polowań z podchodem), mieszczącym sześć osób, na koźle, obok furmana, siedzi "forstaufseher" (gajowy) tego rewiru, w którym znajduje się jeleń, przeznaczony do upolowania, a obserwowany już od wielu tygodni, o znanej wielkości rogów i znanych przyzwyczajeniach. (...).  Przybywszy w dany rewir, jedzie się stępa, aby móc łatwiej wypatrzeć jelenia i nie spłoszyć go. Najczęściej forstaufseher (gajowy) z kozła wskazuje pierwszy dyskretnie palcem kierunek, w którym odkrył jelenia wśród paproci; jeżeli jeleń jest płochliwy, to Cesarz sam wyskakuje z powozu z podaną mu strzelbą – zaś powóz, którego jeleń nie spuszcza z oka, jedzie dalej stępa. Cesarz ma więc możność zbliżenia się do jelenia na odległość strzału. Forstmeister (nadleśniczy) i leibjager (nadworny strzelec przyboczny) z powozu śledzą z wielką uwagą zachowanie się jelenia przed strzałem i po strzale. Cesarz Wilhelm był doskonałym strzelcem  i najczęściej trafiał zwierzynę pierwszym strzałem; bardzo rzadko zdarzało się aby musiał strzelać ponownie, już do uciekającego jelenia. Cesarz zwykle pierwszy ogląda skutki strzału  i ocenia jelenia, czy zasługuje na tytuł „ein kapitalhirsch” (byka o kapitalnym wieńcu). Forstmeister obcina tymczasem gałązkę świerku lub dębiny  i salutując, podaje ją na kordelasie Cesarzowi, który zatyka tę oznakę zwycięstwa za wstążkę u kapelusza. Leibjäger dobiera się do zębów trzonowych jelenia, zwanych „grandeln”(grandle)  – po rogach – najcenniejsze trofeum myśliwego. Po krótkiej dyskusji na temat podejścia i zachowania jelenia i po opowiedzeniu jego historii (każdy jeleń ma bowiem swoją historię) przez fostaufshera, Cesarz zajmuje miejsce w powozie, aby z kolei zacząć polowanie na innego jelenia. Po drugim lub trzecim jeleniu, zwykle około dziewiątej, Cesarz każe podać „butterschnitty” (kanapki), które wszyscy jemy z apetytem, popijając doskonałym winem mozelskim, najchętniej pijanym przez Cesarza. (...) W miarę oddalania się od zameczku forstmeister kieruje polowaniem, tak aby Cesarz najpóźniej o pierwszej godzinie wrócił na obiad do Huberusstock, a w drodze powrotnej mógł zabić jeszcze jednego jelenia. (...) W bardzo odległych rewirach, Cesarz polował przez cały dzień nie wracając do Hubertusstock. Na obiad, przywożony w skonstruowanych specjalnie wozach, przybywała zwykle i Cesarzowa ze świtą; na ten cel były przeznaczone altany, nieraz dość obszerne, o wyglądzie malowniczym i dostosowanym do pejzażu. Jedna z nich, nad jeziorem Glasow, była tak urocza, że zawsze z żalem ją opuszczałem. Niewielkie, ukryte w lasach jeziorko, było widocznie ulubione przez jelenie, które często podczas naszego śniadania przybywały tam, aby wytarzać się w błocie. (...) Oprócz "kazalnic" (rodzaj myśliwskich ambon) było wiele - szczególnie na brzegach zagajników - ukrytych stanowisk, dostępnych przez ścieżki wśród gęstwiny, czasem nawet przez podziemne ganki, które prowadziły do ulubionych przez zwierzynę miejsc pobytu lub starć. Taki ganek kończył się zwykle rodzajem altany prawie zupełnie ukrytej w ziemi, mającej tylko małe otwory jako strzelnice. (...) Cesarz nigdy nie polował w niedzielę." (...).

Hubertusstock

Cesarz Wilhelm I w Hubertusstock

Tak opisywał zameczek myśliwski w Hubertusstock Julian Fałat: (...) "Pałacyk myśliwski wygląda jak domek z pudełka szwajcarskich zabawek. Parter murowany, pięterko drewniane z biegnącym wokoło balkonem, z płaskim dachem i mocno wystającymi okapami, sprawia wrażenie, jakby domek i otaczające go dęby, sztucznie zrobione, ustawiono po prostu na trawniku; nie ma bowiem dróżek, klombów ani kwiatów, jakie zwykle widuje się w otoczeniu podobnych rezydencji. (...) Żadnego ogrodzenia nie ma, tak że jelenie mają dostęp aż do progów pałacyku . (...) Z trawnika, zasłanego jesienią szeleszczącymi liśćmi, można od razu wejść do salonu - i stać jedną nogą na trawie, którą przed chwilą skubały jelenie." (...).

Pałac myśliwski otoczony był dębami posadzonymi jak w parku. Otaczały one pałacyk jak i inne budynki na przestrzeni paruset morgów. Cesarz polował w Huberusstock głównia na jelenie byki podczas rykowiska. Cały rewir był tak urządzony, żeby polowania odbywały się dla Cesarza z jak najmniejszym trudem. Podczas pobytów myśliwych obowiązywał strój myśliwski, nawet podczas posiłków. O ile sam pałacyk nie wskazywał na monarszą siedzibę o tyle w oficynach i przeległych budynkach funkcjonowała ogromna maszyneria całej armii dworaków. Począwszy od pierwszych dygnitarzy po marszałka dworu, a skończywszy na ostatnim posługaczu; całe mnóstwo "jägrów" lokajów, kucharzy, masztalerzy, kurierów, telegrafistów, szyfrantów, pocztylionów, żandarmów itp. Förstmeierzy i oberförstmeierzy, wszystko byli wojskowi, przyzwaczajeni do subordyności i punktualności. 

Zameczek myśliwski w Hubertusstock

Zameczek w Hubertusstock

Hubertusstock na starych pocztówkach

Hubertusstock - cesarski gabinet

 
Hubertusstock 1901 r.
Polowanie w Hubertusstock
Hubertusstock 1913 r.
Kamień upamiętniający strzelenie setnego jelenia byka przez Cesarza w Hubertusstock
W Hubertusstock Cesarz odbywał też pierwsze jazdy samochodem. Próbowano ten nowy pojazd przytosować do polowań. Po kilku próbach powrócono jednak do wózka podjazdowego zaprzężonego w konie.

Wracając do Juliana Fałata warto także zacytować opis jeszcze jednego polowania z udziałem malarza w Hubertusstock.

 

„Jednym z pierwszych polowań o wysokim znaczeniu politycznym wydanym przez Cesarza Wilhelma II było, polowanie z podchodu, polowanie jesienne w 1889 r. w Schorfheide (Hubertusstock). Gośćmi byli Car Aleksander III i jego syn Wielki Książę Jerzy. Spokojne sosnowe lasy Marchii były pełne rosyjskich tajnych agentów, którzy najpierw musieli zostać „usunięci”, ponieważ ich obecność, w pełnym tego słowa znaczeniu, uniemożliwiała wykonanie polowania. Dla postronnych obserwatorów, jakim był polski malarz Julian Fałat, dała się zauważyć bardzo chłodna i sztywna atmosfera łowów. Car Aleksander III nosił szkocką czapkę z dwoma wstążkami, które przy najlżejszym powiewie wiatru się poruszały. Skłoniło to Cesarza Wilhelma do ironicznej uwagi. Szepnął Fałatowi „ Z tymi chorągiewkami trudno będzie mu podejść zwierza”. Obecność Polaka Fałata wywołała w kręgach dworskich pewne skrupuły, a Książę von Pless oraz baron von Heintze, byli zaniepokojeni, czy obecność Juliana Fałata nie będzie niemiła Carowi, który kneblował usta polakom (jakby Niemcy ich nie kneblowali - dop. autora). Jednak Urząd Marszałka Dworu nakazał tuż przed przyjazdem Rosjan wysłać telegram: ”Na najwyższy rozkaz Wilhelma, malarz Fałat ma pozostać w Hubertusstock”. Jedynie aparat fotograficzny Fałata został otwarty przez carską tajną służbę i naturalnie, zostały zniszczone wszystkie filmy.

 

Polowanie wywołało wielkie poruszenie w Huberusstock. Zaangażowano do jego organizacji "Hof - Jagd - Amt" czyli Dworski Urząd Łowczy. Car Aleksander III strzelił trzy jelenie, jego syn Jerzy jednego. Wilhelm II został obdarowany przez Cara trójką koni w zaprzęgu zwanym "Trojką". Dopiero po jego wyjeździe wyszło na jaw, że srebrne okucia i sprzączki uprzęży zostały podmienione przez rosyjskich (czynowników) urzędników państwowych, na miedziane.

 

Polowania w Grunewald

 

Polowanie w 1897 r.

Polowanie 19 grudnia 1901 r.

Polował w Grunewald gdzie także był pałac myśliwski

Pałac Myśliwski w Grunewald (Jagdschloss Grunewald) jest najstarszym zachowanym w Berlinie pałacem Hohenzollernów. Książę elektor Joachim II Brandenburski zlecił jego budowę w 1542 r. Za panowania Fryderyka I (1657-1713) budowla zmieniła swoją sylwetkę - z założenia obronnego z fosą, wieżyczkami i renesansowymi szczytami powstał reprezentacyjny, biały pałac z mansardowym dachem. Przednia część pałacu z reliefem i sześciokątną wieżą schodową zdradzają jednak, że budowla powstała w XVI stuleciu. Pałac służył Hohenzollernom jeszcze do 1918 r. jako myśliwska rezydencja. O ich łowieckiej pasji świadczy historyczna broń i poroża, które wystawiono naprzeciw w magazynie sprzętu łowieckiego. Myślistwo dworskie jest również motywem wielu obrazów i przedmiotów rzemiosła artystycznego w pałacu. Na piętrze można podziwiać portrety władców z dynastii Hohenzollernów od XVI do XIX w. Szczególnie polowania "par force" w Grunewald cieszyly siępopularnością.

Znaczek pocztowy z 1910 r.

Zamek myśliwski w Grunewald

Zamek myśliwski w 1899 r. Uczestnicy polowania "par force"

Grunewald - 1910 r.

Księżniczka Wiktoria Luiza, córka kajzera, podczas przejażdżki w Grunewald - 1910 r.

Grunewald 1897 r. - wyjazd na polowanie

Grunewald - 1901 r.

Grunewald 1900 r.

Polowanie w Grunewald

Badając czasy Wilhelma II przewija się dużo wątków mowiących o seksualnych wyczynach Jego świty. W innym miejscu opisałem tzw. aferę Eulenburga. Z zamkiem w Grunewald związana jest taka historia:

 

ORGIA, KTÓRA WSTRZĄSNĘŁA ŚWIATEM


Upadek dynastii Hohenzollernów rozpoczął się od zbiorowej orgii czy też seansu seksu grupowego w styczniu 1891 roku. W gorącej imprezie w stylu rzymskiego cesarza Nerona wziął udział kwiat arystokracji pruskiej, w tym siostra kajzera Wilhelma II. W zamku myśliwskim Grunewald w Berlinie hrabiny, baronowie i książęta testowali jedną pozycję miłosną po drugiej. Potem tajemniczy szantażysta wysyłał kompromitujące listy. Doszło do absurdalnych procesów sądowych, pojedynków i pogrzebu jednego z uczestników swawolnej zabawy. Gigantyczny skandal wstrząsnął tronem Wilhelma II. „System osobistych rządów” niemieckiego Cesarza doznał poważnego uszczerbku. Akta na temat tych wydarzeń przetrwały w teczce z policyjnego śledztwa, którą historycy odkryli w 1996 roku w Tajnym Pruskim Archiwum Państwowym w Berlinie. Jednak badacz Tobias Bringmann nie ośmielił się zacytować treści listów - jak to określił - „ze względu na przyzwoitość”. 14 lat później Wolfgang Wippermann, autor książki „Skandal im Jagdschloss Grunewald”, okazał się mniej pruderyjny i opublikował dokumenty, w których mowa o „pozycji 69”, seksie oralnym, homoseksualnym i „pieprzeniu”.


SWINGERSI W ZAMKU GRUNEWALD


Malowniczy renesansowy zamek Grunewald znajduje się w zachodniej części Berlina. W styczniu 1891 r. grupa 15 wysoko urodzonych osób obojga płci urządziła sobie kulig. Z zamku Grunewald od wieków korzystali urządzający łowy władcy Brandenburgii, potem Prus. Położenie na obrzeżach stolicy stanowiło jego wielki atut. Uczestnicy szalonej sanny postanowili następnie zabawić się w zamku myśliwskim. Zaprosiła ich 31-letnia Charlotte, najstarsza siostra Cesarza Wilhelma II, wnuczka brytyjskiej królowej Wiktorii i małżonka nieśmiałego księcia Bernharda von Sachsen-Meiningen. Charlotte miała opinię skandalistki w rodzie Hohenzollernów. Jej zamiłowanie do intryg i plotek oraz liczne pozamałżeńskie romanse były powszechnie znane. W imprezie uczestniczył także szwagier Wilhelma II, książę Ernst Günther von Schleswig-Holstein-Sonderburg-Augustenburg, w kręgach dworskich znany jako „książę Gach”, ponieważ odwiedzanie domów uciech stanowiło jego prawdziwą pasję. Pewnej nocy Ernst Günther zgubił w łożu córy Koryntu najwyższe odznaczenie pruskie - Order Czarnego Orła. Jako że w Prusach porządek musi być, obowiązkowa panna lekkich obyczajów odniosła odznaczenie na policję. Progi zamku Grunewald przekroczyli także książę Friedrich Karl von Hessen, który w przyszłości poślubi siostrę Cesarza Margarete, rosyjski dyplomata baron Ludwig Knorrig, mistrzowie ceremonii na cesarskim dworze: Leberecht von Kotze i baron Karl Ernst von Schrader. Wśród imprezowiczów znalazła się również osobliwa para - Friedrich Graf von Hohenau i wyższa odeń o głowę małżonka Charlotte. Graf był homoseksualistą i na dworze zwano go szyderczo Loloki, czyli „Mała Lotka”. Uczestnicy przyjęcia tańczyli i pili bez opamiętania, potem suknie i stroje jeździeckie opadły na podłogę. Rozpoczęła się orgia, podczas której nagie ciała splatały się w najbardziej fantastycznych konfiguracjach. Podobno inicjatywa wyszła od dam, panowie zaś oddawali się z entuzjazmem także homoseksualnej miłości. Około północy wyczerpani burzą zmysłów imprezowicze rozjechali się do domów.


LISTY Z SZYDERSTWEM I JADEM


Już następnego dnia zrozumieli, że mają poważny kłopot. Otrzymali bowiem szydercze i złośliwe listy opisujące szczegółowo ich erotyczne wyczyny. Stało się jasne, że autor to jeden z uczestników seksparty w zamku Grunewald, bowiem doskonale wiedział o wszystkim i znał wszelkie sekrety cesarskiego dworu. Listy nadchodziły jeszcze w następnych miesiącach - aż do 1894 roku. W policyjnych aktach zachowało się ich 246. Nadawca niekiedy dołączał zdjęcia pornograficzne, w których wycięte głowy modeli zastępował twarzami wyszydzanych arystokratów. Policyjna teczka została „oczyszczona” z tych zdjęć przez nieznanych sprawców. Zachowała się tylko jedna fotografia, przedstawiająca parę dżentelmenów oddających się rozkoszom seksu oralnego. Autor (czy też autorka listów) oskarżył Alidę von Schrader, małżonkę mistrza ceremonii, o liczne lesbijskie romanse. Chętnie demaskował też różne dworskie afery, zdrady małżeńskie i skandale. Oskarżył księcia Ariberta von Anhalt o miłosne przygody z mężczyznami (w 1894 roku książę został Przewodniczącym Komitetu Niemieckiego Uczestnictwa w pierwszych igrzyskach olimpijskich w Atenach). Zarzuty były zresztą zgodne z prawdą. W 1900 roku Marie Luise, wnuczka brytyjskiej królowej Wiktorii i żona Ariberta, z hukiem zażądała unieważnienia małżeństwa z powodu notorycznego homoseksualizmu męża - i mimo sprzeciwu Cesarza dopięła swego. W listach wysyłanych przez tajemniczego intryganta mowa była nawet o amorach Wilhelma II! Najbardziej złośliwy anonim znęcał się nad hrabiną von Hohenau i jej małżonkiem. W listach można przeczytać, że Charlotte von Hohenau to „notoryczna gęś" i „napęczniała od jadu ropucha", z „impertynenckim nosem i wystającymi zębami", które nie pasują do jej „klasycznej piękności". To pożerająca mężczyzn nimfomanka, która ośmieliła się pokazać na dworze „z całkowicie odsłoniętym biustem", i nie spocznie, dopóki ze wszystkimi książętami nie przejdzie na ty, i - jeśli to tylko możliwe - nie nawiąże z nimi „relacji płciowych". Jest tak lubieżna, że „bez żadnej zachęty sama podnosi spódnicę". Dom hrabiów von Hohenau przy berlińskiej Yorckstrasse jest „burdelem", który tym różni się od innych domów uciech, że „to nie mężczyzna kobietę, lecz mężczyźni pieprzą się między sobą, a kobiety czynią to między sobą także". Tak jadowite zniewagi świadczyły o osobistej nienawiści czy urazie. Sprawy nie udało się zachować w tajemnicy, bowiem listy trafiały także do innych dygnitarzy z dworskich kręgów. A podkreślić wypada, że dwór Wilhelma II stanowił prawdziwe państwo w państwie. Cesarzowi służyło 3500 osób, w tym 2320 urzędników. Samych mistrzów ceremonii było aż 11. Na utrzymanie dworu przeznaczano jedną piątą całego budżetu Rzeszy. Wilhelm II był monarchą konstytucyjnym, potrafił wszakże przejąć niemal osobiste rządy, które autor monumentalnej biografii Cesarza John C.G. Röhl określa jako neoabsolutyzm.


Zblazowani arystokraci pruscy nie zadawali sobie trudu otwierania korespondencji. Czyniła to służba, która przynosiła otwarte już listy wraz ze śniadaniem. Oczywiście ciekawscy lokaje czytali korespondencję, zwłaszcza taką, w której spostrzegli „nieprzyzwoite obrazki". Wkrótce o skandalu huczał cały Berlin.


KOMPLIKOWANIE NORMALNYCH STOSUNKÓW


W zdominowanej przez Prusy Rzeszy panowała obyczajowa protestancka pruderia. Wilhelm II deklarował bluźnierczo: „Wstąpił we mnie Bóg, bo jestem niemieckim Cesarzem". Kajzer nie przestrzegał wszakże skrupulatnie szóstego przykazania. Wiadomo, że miał ognisty romans z kurtyzaną ze Strasburga znaną jako Miss Love. W jej rękach pozostały miłosne listy Cesarza, w których Wilhelm II, jak zapewniała Miss Love, „daje wyraz swym bardzo osobliwym skłonnościom komplikowania normalnego stosunku, np. przez krępowanie ramion". Władze Rzeszy nie bez trudu wykupiły kompromitującą monarchę korespondencję za 25 tysięcy marek. Sekretarz stanu Herbert von Bismarck pisał o „ciążowej sprawie Cesarza w Wiedniu, której ukręcono łeb poprzez wypłatę 5 tysięcy talarów". Ale mężczyznom uchodziło wiele. Zbiorowe wizyty arystokratów w domach uciech po wspólnym alkoholowym wieczorze uważano za chwalebną manifestację męskiej krzepy. Herbert von Bismarck, syn Żelaznego Kanclerza, systematycznie odwiedzał przybytki pod czerwoną latarnią także podczas wizyt zagranicznych. Pruskie damy obowiązywała natomiast skromność i wstrzemięźliwość, przynajmniej na pokaz. Panie, które jak hrabina Charlotte von Hohenau wzorem mężczyzn bez skrupułów oddawały się zmysłowym rozkoszom, uchodziły za chore psychicznie. Homoseksualizm męski był wręcz kamieniem obrazy i czynem zakazanym przez prawo, podlegającym karze. Dlatego orgia w zamku Grunewald, podczas której doszło do seksu grupowego i aktów homoseksualnych z udziałem członków społecznej elity, wywołała gigantyczny skandal. Adresaci listów nie mieli innego wyjścia i zgłosili się na policję. Wcześniej starannie zaczernili najbardziej „jadowite" fragmenty złośliwych pism. W maju 1892 roku śledztwo wszczął doświadczony komisarz policji Eugen von Tausch. Stosował kontrowersyjne metody, jak przekupywanie świadków i obserwacja skrzynek pocztowych. Komisarz miał powody do podejrzeń, że „brudne listy" wysyła Ernst Günther von Schleswig-Holstein. Ale „książę Gach", ufny w poparcie siostry - cesarzowej, przepędził detektywów ze swego domu. Grafolog nazwiskiem Langenbruch dokonał analizy pisma i doszedł do wniosku, że listy napisała „osoba o chorobliwie kobiecym charakterze i próżnym, wymuskanym wyglądzie". Mogło to wskazywać na Charlotte von Sachsen-Meiningen, ale nikt nie ośmielił się oskarżyć siostry Cesarza. „Książę Gach", baron von Schrader, hrabiostwo von Hohenau i inni zabawili się w prywatnych detektywów i doszli do wniosku, że winowajcą jest mistrz ceremonii, rotmistrz w stanie spoczynku Leberecht von Kotze. Ten dygnitarz, wielki dandys, lubił ubierać się modnie. Pewnego razu zaszokował arystokratyczne towarzystwo, gdy na polowaniu pojawił się w zielonym krawacie. Uprawiający groteskowy kult męskości arystokraci pruscy uważali go z tej przyczyny za zniewieściałego błazna

.
PODEJRZANY MISTRZ CEREMONII


Cesarz Wilhelm II lubił swego mistrza ceremonii, który zbierał dla monarchy pikantne plotki z dworu, ale łatwo dał się przekonać, że to von Kotze wysyła listy, i 17 czerwca 1892 roku rozkazał go aresztować. Kajzer nie miał takiego prawa, niemniej rozkaz wykonano. Sprawa została przekazana sądowi wojskowemu, co także było sprzeczne z prawem. Ale szydercze listy wysyłano nadal; co więcej, ich nadawca zagroził, że jeżeli mistrz ceremonii nie zostanie zwolniony, „to on rozpęta taki skandal, że tron zadrży wraz ze swymi wszystkimi zmurszałymi podporami”. 5 lipca 1892 roku von Kotze został zwolniony z więzienia. Odpowiedzialność za całą nielegalną procedurę wzięli na siebie najwyższy podkomorzy dworu książę Hermann zu Stolberg-Wernigerode oraz przewodniczący sądu wojskowego generał Alexander von Pape. Wilhelm II, który w rzeczywistości ponosił całą winę, bez zmrużenia powieką dymisje przyjął. Co więcej, nie zgodził się na rehabilitację Leberechta von Kotze, lecz polecił dowódcy III Korpusu Armijnego księciu Friedrichowi von Hohenzollern-Sigmaringen objęcie przewodnictwa sądu wojskowego. Przeprowadzono drobiazgowe i kosztowne dochodzenie, ale żadnych dowodów winy von Kotzego nie znaleziono. Adwokat podejrzanego Fritz Friedmann szerzył pogłoski, że prawdziwym winowajcą jest inny mistrz ceremonii: baron Karl von Schrader. Leberecht von Kotze jako oskarżony nie mógł się pojedynkować. Jego kuzyn Dietrich von Kotze wyzwał więc Schradera  na pojedynek, który odbył się 21 stycznia 1895 roku, cztery lata po nieszczęsnej imprezie na zamku. Wymiana strzałów zakończyła się bezkrwawo, co zdarzało się bardzo rzadko. Pojedynki były formalnie zakazane, ale arystokraci wciąż stawali naprzeciwko siebie z bronią w ręku w obronie swego honoru. Wiedzieli, że Cesarz akceptuje pojedynki i ich uczestników czekają najwyżej łagodne wyroki. Homoseksualizm męski był zakazany przez prawo. Dlatego orgia w zamku Grunewald, podczas której doszło do seksu grupowego i aktów homoseksualnych, wywołała skandal.


ŚMIERĆ NA POJEDYNKU

 

W marcu 1895 roku sąd wojskowy uniewinnił mistrza ceremonii. Mimo próśb kilku dygnitarzy, Wilhelm II zatwierdził ten wyrok. Co więcej, zmusił „księcia Gacha” Ariberta von Anhalt i hrabiego von Hohenau, aby przeprosili Leberechta von Kotze. Złożenia przeprosin odmówili baron von Schrader, najwyższy marszałek dworu Karl Egon IV zu Fürstenberg oraz marszałek dworu Cesarzowej Hugo von Reischach. Rozsierdzony von Kotze wyzwał na pojedynek wszystkich trzech. To nawet dla „honorowych” Prusaków było za wiele. Umówiono się zatem, że wyzywający stoczy pojedynek tylko z jednym z nich. Na przeciwnika mistrza ceremonii został wybrany marszałek von Reischach. Adwersarze stanęli naprzeciwko siebie w Wielką Sobotę 13 kwietnia 1895 roku w pobliżu dworca Halensee. Mężczyźni strzelali raz za razem. Ósma kula trafiła w udo von Kotzego. Wilhelm II nie zganił arystokratów za złamanie prawa, lecz w dowód uznania przysłał rannemu do szpitala osobisty prezent - wielkanocne jajko.


Skandal na tym się nie zakończył. Zacietrzewiony von Schrader wyzwał swego osobistego wroga jeszcze raz. Zamiast pojednać przeciwników, Cesarz przywrócił von Kotzemu zdolność honorową (którą stracił, odmawiając kolejnego pojedynku), zatem umożliwił mu stawienie się na ubitej ziemi. Ustalono srogie warunki oznaczające niemal pewną śmierć. Przeciwnicy mieli posługiwać się bardzo celnymi pistoletami wojskowymi (a nie archaicznymi pojedynkowymi) i strzelać, zbliżając się do siebie aż do odległości zaledwie dziesięciu kroków. Spragnieni krwawego spektaklu gapie zbierali się w parkach i laskach sposobnych do pojedynków. Aby uniknąć tłumów, przeciwnicy spotkali się w niespodziewanym miejscu: w Ravensbergu pod Poczdamem, do tego w Wielki Piątek 1896 roku. Wielki Piątek jest dla protestantów najświętszym dniem. Pojedynek w takim terminie uznano niemal za bluźnierstwo. Baron von Schrader nie doczekał Wielkanocy. Ugodzony kulą w podbrzusze skonał następnego dnia. Von Kotze został skazany tylko na dwa lata i trzy miesiące więzienia, a karę odbywał w komfortowych warunkach w twierdzy kłodzkiej. Miał do dyspozycji ordynansa, który przynosił do więzienia szampana i różnorakie smakołyki. Po kilku miesiącach Cesarz ułaskawił swego mistrza ceremonii, który podczas pojedynku popisał się „męskim animuszem".


ZGNIŁA MONARCHIA


Afera rozpętała się z nową siłą. Powszechnie krytykowano kajzera za to, że zezwolił na łamanie prawa. W kwietniu 1896 roku odbyła się w tej sprawie nadzwyczajna debata w Reichstagu, która zmieniła się w piętnowanie osobistych rządów Wilhelma II. Przywódca SPD August Bebel drwił bezlitośnie: „Jeśli panowie z tak zwanych klas wyższych rozbijają sobie wzajemnie głowy lub ustrzeliwują się z pistoletów, to w gruncie rzeczy niewiele mamy przeciwko temu. Im bardziej intensywnie oddają się procesowi samozniszczenia, tym lepiej dla nas". Gazeta „Berliner Tageblatt" w satyrycznym dodatku przedstawiła „nowe prawo pojedynkowe", zgodnie z którym „po pojedynku, który zakończy się śmiercią, zwycięzca ma prawo zerwać skalp poległego przeciwnika i przyczepić go do łańcuszka od zegarka jako brelok. Dziesięć skalpów daje prawo do otrzymania dóbr ziemskich przynoszących dochód". Liberalna prasa pisała, że w sprawie Leberechta von Kotze wymiar sprawiedliwości zmienił się w farsę, w proces inkwizycyjny jak z mroków średniowiecza, zaś monarchia Hohenzollernów „nosi już piętno zgnilizny". Nawet organ konserwatystów „Reichsbote" stwierdził, że skandal „bardziej zdruzgotał w tym kraju rojalizm, niż ideowa wieloletnia praca wiernych zwolenników monarchii jest w stanie odbudować". W wyniku afery autorytet cesarstwa poważnie ucierpiał, a system osobistych rządów Wilhelma II szybko tracił zwolenników. Także pojedynki i groteskowe demonstrowanie męskości i honoru zaczęły wychodzić z mody.


Do dziś nie ma pewności, kto był autorem jadowitych listów. Historyk John Röhl przypuszcza, że wysyłał je szwagier kajzera Ernst Günther von Schleswig, „książę Gach”, przy pomocy kilku zaprzyjaźnionych prostytutek. Według innej, bardziej prawdopodobnej hipotezy, całą intrygę uknuła siostra Cesarza Charlotte von Sachsen-Meiningen. Być może z rozmysłem urządziła przyjęcie na zamku Grunewald, aby wciągnąć swych gości w pułapkę. Motyw? Zamiłowanie do skandali, a zwłaszcza nienawiść wobec hrabiny Charlotty von Hohenau, której Hohenzollernówna zazdrościła licznych podbojów miłosnych. Siostra Cesarza czuła dla hrabiny bezgraniczną pogardę, ponieważ ta, z domu von Decken, nie pochodziła z najwyższej arystokracji. Być może analizy grafologiczne, porównanie pisma Charlotte von Sachsen-Meiningen z szyderczymi listami, pozwoli wyjaśnić tajemnicę.


Swawolna, cierpiąca na porfirię siostra Cesarza po długim leczeniu psychiatrycznym zmarła w uzdrowisku Baden-Baden w 1919 roku. Rok później były mistrz ceremonii cesarskiego dworu Leberecht von Kotze zakończył życie w swej posiadłości w Karkonoszach. Wilhelm, były Cesarz niemiecki, przebywał już wtedy na wygnaniu w Holandii po przegranej wojnie. (Źródło: historia.focus)'

 

Cóż, pruderia pruskiej szlachty była tylko na pokaz. W rzeczywistości nie stronili od uciech wszelakich. Sam Wilhelm II był posądzany o homoseksualizm czy liczne romanse. Przede wszystkim jednak polował.

 

Polowania w Letzlingen

 

Pałacyk Myśliwski Letzlingen (niem. Jagdschloss Letzlingen) – neogotycki pałacyk na południu powiatu Altmarkkreis Salzwedel w kraju związkowym Saksonia-Anhalt. Obiekt znajduje się na terenie wrzosowiska Colbitz-Letzlinger Heide, uważanego za jedno z największych wrzosowisk Europy Środkowej.


Pałacyk wzniesiono w 1843 r. na zlecenie króla Prus Wilhelma IV. Plany budowli w stylu gotyku tudorowskiego sporządzili Friedrich August Stüler i Ludwig Ferdinand Hesse. Do XVI w. w miejscu obecnego pałacyku stał domek myśliwski. W latach 1559-62 książę Brandenburgii Jan Jerzy Hohenzollern wybudował zamek myśliwski, zwany Hirschburgiem. Budowlę zaprojektował budowniczy Cunz. Centralną pozycję zajmowała część mieszkalna, którą okalał mur wzmocniony wieżami otoczony fosą. Jan Jerzy Hohenzollern często pomieszkiwał w zamku. W 1577 r. świętował tu zaślubiny z Elżbietą, córką księcia Joachim Ernesta von Anhalt-Zerbs.


Kolejni władcy z dynastii Hohenzollernów preferowali inne siedziby, a zamek popadł w ruinę. Został ponownie odkryty przez Wilhelma IV w 1840 roku. Na bazie dawnej budowli wzniesiono neogotycki pałacyk w stylu tudorowskim według planów Friedricha Augusta Stülera. W 1843-44 roku Stüler dokonał przebudowy korpusu pałacyku. Czterokondygnacyjna część mieszkalna została wzniesiona na planie kwadratu. Okrągła wieża mieszcząca klatkę schodową góruje nad budowlą.


Najprawdopodobniej w latach 1851-53 przeprowadzono przebudowę jadalni i kuchni według planów Stülera. Prace nadzorował brat architekta, inspektor budowlany Karl Askan Stüler oraz magdeburski radca budowlany Karol Albert Rosenthal.


Ponadto Stüler zaprojektował neogotycki kościół przypałacowy, wzniesiony pod kierownictwem Rosenthala. Kamień węgielny pod budowę świątyni położono w 1857 r.; prace rozpoczęto w 1859 r. a ukończono w 1861 – roku śmierci Wilhelma IV. W uroczystości poświęcenia kościoła wziął udział panujący brat Wilhelma IV Wilhelm I Hohenzollern (Cesarz Niemiec od 1871 r.). W 1868 r. wzniesiono jeszcze Kastellanhaus według projektu Ludwiga Ferdinanda Hessego.


W pałacyku gościli na polowaniach m.in. Cesarz Austrii Franciszek Józef I, kanclerze Rzeszy: Otto von Bismarck, Theobald von Bethmann-Hollweg i Bernhard von Bülow. Ostatnie polowanie urządzono w listopadzie 1912 za panowania Cesarza Wilhelma II Hohenzollerna.


Po I Wojnie Światowej i upadku monarchii, pałacyk przeszedł na własność rządu pruskiego. W 1922 w budynku zaczęła działać prywatna szkoła z internatem Freie Schul- und Werkgemeinschaft założona przez Bernharda Uffrechta i jego żonę Ini. W kwietniu 1933 szkoła została zamknięta przez nazistów, którzy w pałacyku zorganizowali szkołę dla przywódców SA. Podczas II wojny światowej w budynku mieścił się lazaret, a następnie oddział szpitala z Gardelegen (1945-1991).


Po zjednoczeniu Niemiec pałacyk przeszedł w ręce Fundacji Pałaców, Zamków i Ogrodów Saksonii-Anhalt (niem. Stiftung Schlösser, Burgen und Gärten des Landes Sachsen-Anhalt), dzisiejszej Fundacji Katedr i Pałaców w Saksonii-Anhalt (niem. Stiftung Dome und Schlösser in Sachsen-Anhalt). Obiekt został poddany gruntownej renowacji w latach 1997-2001.

Pałac myśliwski w Letzlingen

Jedno z wnętrz pałacowych (fot. nadesłana przez T. Krawczyka)

Pokój myśliwski

Fot. nadesłana przez T. Krawczyka

Polowanie w Letzlingen (fot. nadesłana przez T. Krawczyka)

Letzlingen 1889 r. (fot. nadesłana przez T. Krawczyka)

Przerwa w polowaniu w grudniu 1897 r. - w namiocie spożywano śniadanie. (fot. nadesłana przez T. Krawczyka)

Polowanie w Letzlingen w 1897 r.  (fot. nadesłana przez T. Krawczyka)

Polowanie na lisy w Letzlingen

W Letzlingen

Z arcyksięciem Franciszkiem Ferdynandem

Z księciem Adolfem zu Schamburg - Lippe 1912 r.

 
 Fotografie z polowania w Letzlingen 1912 r.

 

Jak widać polowanie odbyło się w ogrodzonym zwierzyńcu na "wykładaną" zwierzynę

Służba ciągnie upolowane daniele na pokot

Przy grubych odyńcach

W rozstawionych namiotach serwowano posiłek

Przy strzelonych danielach

Oglądanie pokotu

Ogrom strzelonej zwierzyny gonionej na rzeź w ogrodzeniu

Na fotografiach doskonale widać, że Cesarz i świta byli elegancko ubrani. Cóż ...  naciskali tylko na język spustowy. "Cysorz to ma klawe życie" - piosenka Tadeusza Chyły sprawdziła się w tym przypadku znakomicie.

 

Polowania w Bückeburg

 

Odbywał łowy w Schaumburg-Lippe - istniejącym w latach 1643-1918 na terenie obecnej Dolnej Saksonii niewielkim księstwie niemieckim, ze stolicą w Bückeburgu. W latach 1643 -1918 Bückeburg był stolicą hrabstwa a następnie księstwa Schaumburg-Lippe. Siedzibą władców księstwa był miejscowy zamek.

Bückeburg to miasto w Dolnej Saksonii, w Niemczech, na granicy z Nadrenią Północną-Westfalią. Znajduje się w dzielnicy Schaumburg, w pobliżu północnych stoków grzbietu Weserbergland. Bückeburg był niegdyś stolicą maleńkiego księstwa Schaumburg-Lippe. Pałac Bückeburg (Schloss Bückeburg) był rezydencją książąt Schaumburg-Lippe. Chociaż rodzina książęca oddała władzę polityczną w 1918 roku, nadal tam mieszka.

Książę Georg zu Szamburg - Lieppe

Bückeburg 1912 r.

Przyjazd ekipy cesarskiej na polowanie

Bückeburg

Bückeburg 1902

 

Łowy w Schönbuch

 

Schönbuch - miejscowość i gmina w Niemczech, w kraju związkowym Badenia-Wirtembergia, w rejencji Stuttgart, w regionie Stuttgart, w powiecie Böblingen. Schönbuch to prawie całkowicie zalesiony teren na południowy zachód od Stuttgartu i część południowo-niemieckiego krajobrazu skarpy (niem. Südwestdeutsches Schichtstufenland). W 1972 r. Strefa centralna Schönbuch stała się pierwszym parkiem przyrody w Badenii-Wirtembergii .

Schönbuch - 1893  r. Pośrodku z mufką Cesarz Wilhelm II, a obok niego ze sztucerem król Witembergii jego imiennik Wilhelm II

Z powyższą fotografią a właściwie z polowaniem uwidocznionym na fotografii związana jest taka oto historia:

 

Można by pomyśleć, że dwa ubite jelenie są lepsze niż opuszczanie domu z pustymi rękami. Ale Cesarz Wilhelm II nie zgodził się: kiedy przybył do Schönbuch w listopadzie 1893 r. na polowanie i mógł upolować tylko dwa jelenie drugiego dnia polowań, nie był entuzjastyczny. Nie tylko, że nie przybył na przygotowany bankiet ale odjechał. Nie podobało mu się również to, że został sfotografowany z mizernym łupem myśliwskim. Władca Hohenzollernów nie był zadowolony z polowania w Schönbuch ze względu na małą liczbę strzelonej zwierzyny i organizację polowania.

 

"7 i 8 listopada 1893 roku będą pamiętnymi dniami w kronikach myśliwskich Schönbuch." Tymi słowami Oberförster Konrad Münst rozpoczyna swój raport na temat "Kaiserjagd" w Schönbuch. Ponieważ przez te dwa dni nie tylko król Witembergii Wilhelm II przybył do obszaru Entringen, aby polować w swoim lesie. Zaprosił także gości honorowych do Schönbuch. Przede wszystkim swego imiennika Wilhelma II, Cesarza niemieckiego i Króla Prus. Zaprosił także przyjaciela Cesarza, dyplomatę Philippa Friedricha Alexandra, księcia Eulenburga, pruskiego feldmarszałka Wilhelma Gustava Karla Bernharda von Hahnke, jego oberhofa i marszałka Ludwiga Traugotta Botho Grafa zu Eulenburga i Detleva Wilhelma Augusta Freiherra von Platona. Ten ostatni był w latach 1891 a 1904 r. głównym mistrzem myśliwskim Cesarza i jako taki miał bezpośredni kontakt z Konradem Münstem w przygotowaniach polowania w Schönbuch. 

 

Jak zakładał Oberförster Konrad Münst, dni łowieckie w listopadzie 1893 roku naprawdę przeszły do ​​historii - choć trochę inaczej, niż myślał wcześniej. Ogłoszenie, że Cesarz jest w Schönbuch zmusiło odpowiedzialnych do zmartwienia. Pomimo całej radości z wysokiej wizyty w Berlinie, sceptyczny był również fakt, czy będzie zadowolony z oczekiwanego wyniku polowania. "Każdy, kto słyszy o wielkich odległościach, jakie Imperator zwykle ma na swoim terenie łowieckim, i zna zasoby, którymi poluje, nie wydaje się, aby obawy te były bezpodstawne" - napisał Konrad Münst. Powinien mieć rację. Ponieważ tego dnia 7 listopada mężczyźni mogli przebyć tylko niewielką odległość. Przede wszystkim nie było łatwo polować w rejonie Schönbuch z faktu, że zwierzyna żyje na wolności a nie w zagrodzonym lesie.

 

Ale pogoda nie dopisała myśliwym. Konrad Münst pisze o "ostrym wschodnim wietrze, który w znacznym stopniu wpłynął na wynik polowania". W wyniku wiatru strzelcy nie usłyszeli zbliżającej się nagonki i jelenie całą chmarą ominęły ludzi. W sumie łowcy celebryci zdołali ubić tylko 14 z nich.

 

Sytuacja jeszcze się pogorszyła następnego dnia, kiedy poszli na polowanie w miejskim lesie Herrenberg, który nadal był częścią dzielnicy Hildrizhausen i doświadczyli jeszcze większej katastrofy. Cesarz strzelił jedynie dwa mizerne byki. I jak relacjonowali naoczni świadkowie, było to dalekie od "zwycięskiej życzliwości" Cesarza i "najlepszego wrażenia", które powinien był wziąć od Schönbucha.

 

Na przykład Hansjörg Dinkelaker, były dyrektor leśny Herrenberg, wie od swojego pradziadka, że ​​kajzer zareagował "najbardziej oburzająco" na umiarkowany wynik polowania w dwa dni w Schönbuch. Jako mistrz leśnictwa w Weil im Schönbuch pradziadek stanął razem z Cesarzem Wilhelmem II na stanowisku obydwaj czekali na napędzaną zwierzynę. Później, w 1907 r., wzniesiono tutaj "Kaiserstand" - kamienny pomnik z piaskowca. Hansjörg Dinkelaker wie z rodzinnych opowieści o "nędznej złej pogodzie", jaka panowała w dniu 8 listopada 1893 roku - a nawet więcej: "W Breitenholz przygotowano bankiet, ale Cesarz zostawił go” - powiedział pradziadek.

 

Drugą oznaką niezadowolenia Cesarza było zdjęcie wykonane przez stronę myśliwską. Wykonano więc drugie zdjęcie bez zwierząt. Dla tych dwóch zwierząt - tak w oczach Cesarza prawdopodobnie za małe fantazyjne ofiary - bezceremonialnie usunięto na bok.

Obraz myśliwych bez zwierząt zawieszono się w zamkowym muzeum w Bebenenhausen przypomina o dniu "pamiętnych dni w kronikach myśliwskich Schönbuch".

Schönbuch

 

Kolekcja kopii cesarskich trofeów na zamku Schönbuch

 

Cesarz u księcia Alberta I

 

Jednym z ważniejszych wątków polowań Wilhelma II są łowy w Pszczynie i Książu u Jana Henryka XI von Hochberg Pless a później u Jana Henryka XV von Hochberg.

 

Informacje i fotografie do tej części mojej publikacji, głównie zaczerpnąłem, ze stron internetowych Zamku Książ i Zamku w Pszynie oraz Fundacji Księżnej Daisy von Pless w Wałbrzychu, a w szczególności z tekstów Pana Mateusza Mykytyszyna, prezesa Fundacji Księżnej Daisy von Pless, który jest wielkim znawcą tematu.

 

Hochbergowie przez siedemset lat mieszkali na Śląsku. Już  w XIII wieku należeli do czołowych możnych rodów księstwa świdnicko-jaworskim. W XV wieku ród podzielił się na linie: szlachecką z Dobrocina  (niem. Güttmannsdorf  koło Dzierżoniowa), hrabiowską z Książa (Fürstenstein) koło Wałbrzycha i Roztoki (Rohnstock). Ich korzeni należy szukać w odległej przeszłości - na przełomie XIII i XIV wieku, a nawet wcześniej.

 

Wampir Hochbergów - legenda

 

Dokumenty opisujące sprawę wampira z Rybnicy Leśnej w powiecie wałbrzyskim przez ponad 200 lat spoczywały w archiwum Hochbergów w Zamku Książ. Według zachowanego świadectwa właściciel zamku, jak i okolicznych miast i wsi, hrabia Konrad Ernest Maksymilian von Hochberg w 1709 roku osobiście nadzorował przekłuwanie piersi upiora osikowym kołkiem.

Hrabia Konrad Ernest Maksymilian von Hochberg

Liczące kilkadziesiąt metrów półek z aktami pamiętającymi jeszcze czasy późnego średniowiecza, książańskie archiwum Hochbergów po zakończeniu II Wojny śŚwiatowej trafiło do Wrocławia. Dziś stanowi własność Archiwum Państwowego przy ul. Pomorskiej. Wśród setek tysięcy dokumentów dotyczących panowania rodu Hochbergów w najpiękniejszym dolnośląskich zamku (lata 1509- 1943) wiele dotyczy także czterech prywatnych miast (Wałbrzych, Boguszów, Świebodzice, Mieroszów, Szczawno-Zdrój) oraz 35 wsi, których byli właścicielami. Jedną z nich była mała górska wioska Reimswaldau, dziś znana jako Rybnica Leśna (gmina Mieroszów), popularny ośrodek sportów zimowych ze schroniskiem Andrzejówka. To właśnie w położonej w Górach Kamiennych Rybnicy w 1709 roku zaczął straszyć upiór, co potwierdzają zachowane do dziś dokumenty z hrabiowskiej kancelarii.


Według lokalnej ludności był nim niejaki Georg Eichner, który prowadził spokojne życie, ale jedynie do momentu w którym zmienił wyznani z katolickiego na protestanckie. Kiedy zmarł w 1709 roku, bardzo szybko zaczął wstawać z grobu, straszyć sąsiadów i okaleczać zwierzęta domowe. Dobrego imienia zmarłego męża próbowała bronić wdowa po Georgu Eichnerze, która długo zaprzeczała, że to on jest wampirem. Ostatecznie jednak przystała na ekshumację, która miała ujawnić jaki jest stan zachowania ciała rzekomego potwora. Przerażenia całą sprawa nie krył sołtys Rybnicy, który zwrócił się o zgodę na otwarcie grobu do właściciela wioski, hrabiego Konrada Ernesta Maksymiliana von Hochberga z Książa (1682-1752).


Dramatyczny list na ten temat dotarł do zamku 26 czerwca. Sąd Hochbergów (w tamtym czasie dzierżyli w swoich dobrach także władzę sądowniczą) przystał na prośbę sołtysa. W lipcu przybył zatem do Reimswaldau sam hrabia wraz z doświadczonym grabarzem-egzorcystą z Głuszycy, który komisyjnie dokonał otworzenia grobu Georga Eichnera. Kiedy uchylono wieko trumny, grabarz stwierdził zupełnie normalny stan zwłok, za wyjątkiem serca, wątroby, jelit i lewego kolana, które pozostawały świeże jak u żywych. Uznał, że w tych częściach ciała zamieszkało zło.


Przeniesienie ciała Georga Eichnera na odległy, stary cmentarz poza wsią niewiele pomogło. Spokój trwał jedynie dwa tygodnie, po których wampir powrócił do dręczenia mieszkańców Rybnicy. Pod postacią czarnego psa, a czasami wielkiej wiewiórki napadał i molestował seksualnie kobiety. Wiele takich przypadków zostało opisanych w długim liście, który mieszkańcy skierowali do proboszcza w Boguszowie z prośbą o ponowną interwencję u hrabiego. Konrad Ernest Maksymilian von Hochberg (to od jego trzeciego imienia pochodzi nazwa słynnej Sali Maksymiliana w Zamku Książ) zdecydował o wysłaniu na miejsce ośmiu strażników, którzy dzień i noc mieli pilnować domu i grobu Eichnera. Hrabiowscy strażnicy zeznawali potem, że z domu Georga dochodziły upiorne dźwięki, a nad ich głowami przelatywał wielokrotnie przerażający, czarny ptak.


Hrabiowski sąd, proboszcz z Boguszowa i Generalny Wikariat z Wrocławia postanowili sięgnąć po bardziej radykalne środki w rozwiązaniu problemu. We wrześniu ponownie wykopano trumnę i wyniesiono ją przez dziurę w cmentarnym murze. Wampirowi odcięto głowę, serce przekłuto osikowym kołkiem, a całe zwłoki spalono razem z trumną. Wyłom w murze został zamurowany, a do pustego grobu Eichnera wrzucono kamienie. Makabrycznej operacji przyglądał się osobiście hrabia Ernest Maksymilian von Hochberg, dla którego z Książa przywieziono w tym celu złocone krzesło i ciepłe pledy. Zastosowane tym razem bardziej radykalne środki okazały się skuteczne.


Na drugi dzień wzniesiony na cmentarzu mur runął, jednak miejscowi uznali, ze był to już ostatni pokaz złowrogiej mocy wampira, który przestał w końcu straszyć mieszkańców Rybnicy. Do dziś istnieje za to cmentarz okalający pochodzący z 1608 roku, urokliwy drewniany kościółek.

 

"Zamierzchłe początki związane są głównie z Dolnym Śląskiem" - mówi dr Arkadiusz Kuzio-Podrucki, historyk zajmujący się badaniem dziejów śląskiej arystokracji. "Majątki Książ i Roztoka były w rękach rodziny prawie przez 400 lat. Co ciekawe i ważne - występowały trzy obowiązujące i równoprawne wersje nazwiska: Hoberg, Hohberg i Hochberg - związane z jej głównymi liniami".


Trzecia linia rodu - najliczniejsza i najbardziej rozrośnięta - jest nam najbliższa. To właśnie Hochbergowie z Pszczyny, ale przede wszystkim z Książa i Roztoki. Za jej założyciela można uznać Konrada I - prawnuka owego Konrada, który walczył pod Grunwaldem. Właśnie po pradziadku dostał to piękne i dźwięczne imię. Konrad I został właścicielem dóbr Roztoka, a w 1509 roku otrzymał w zastaw zamek Książ. Jednak dobra książańskie dopiero bez mała 100 lat później zostały na dobre przy rodzinie - w 1605 roku otrzymał je na własność Konrad III.

Pałac w Roztoce

Jego bratanek, Hans Henryk I, otrzymał dziedziczne tytuły: w 1650 r. czeskiego barona, a w 1666 r. czeskiego hrabiego. „To pierwsza najważniejsza postać z tej linii rodu” - mówi Arkadiusz Kuzio-Podrucki.  „Na tyle rozbudował majątek wokół Książa i Roztoki, że jego imię stało się dynastycznym i w każdym pokoleniu jest odtąd Hans Henryk oznaczony kolejnym numerem.” Współcześnie jest już np. Hans Henryk XXII urodzony w 1992 roku, potomek linii z Książa.


Syn Hansa Henryka I - Hans Henryk II - w 1683 roku został dziedzicznym hrabią cesarstwa, zaś jego wnukowie - Hans Henryk III i Konrad Ernest Maksymilian - dożyli czasów wojen śląskich (1740-1745). Jako luteranie przeszli na stronę pruskich Hohenzollernów. Hans Henryk III otrzymał od nowego suwerena, Króla Prus, najwyższe odznaczenie - został kawalerem  pruskiego Orderu Orła Czarnego.


Znów musiało upłynąć sporo lat, aby rodzina wspięła się na nowy, wyższy poziom w hierarchii społecznej, w czym zawsze pomagały przemyślane związki małżeńskie. Bo dla każdego rodu ważne są nie tylko zasługi na polach bitewnych i odznaczenia za męstwo. Istotne są także towarzyskie koligacje, a nade wszystko prestiżowe małżeństwa, dzięki którym wielkie pieniądze, majątki ziemskie, szlacheckie tytuły i koneksje łączą się z innymi tego typu dobrami, zwłaszcza liczącymi się na forum europejskim.


Za pierwszy najlepszy mariaż w tej linii Hochbergów uznawane jest małżeństwo prawnuka Hansa Henryka III, hrabiego Henryka VI, który ożenił się z księżniczką Anną Emilią von Anhalt-Köthen-Pless. To dzięki niej odziedziczył Księstwo Pszczyńskie. Było to w I połowie XIX wieku, w ciężkich czasach rewolucji francuskiej, wojen napoleońskich, a potem Wiosny Ludów, które poważnie nadszarpnęły wielkość rodowej fortuny.

Księstwo Pszczyńskie

"Majątek hrabiego wyceniono wówczas na ponad 430 tys. talarów. Jego długi sięgały sumy prawie 0,5 mln talarów. Praktycznie oznaczało to bankructwo. Aby ratować sytuację, część dóbr sprzedano (...). Ostatnie lata życia hrabia Hans Henryk VI spędził bez faktycznego wpływu na majątek. W 1831 r. dobra przejął syn Hans Henryk X. Hrabia Hans Henryk VI zmarł w r. 1833". ("Katowickie dziedzictwo", Arkadiusz Kuzio-Podrucki, Barbara Szmatloch, Katowice 2014).


Uważny czytelnik z pewnością zauważy pozorny brak konsekwencji w numerowaniu kolejnych Hansów Henryków w rodzinie Hochbergów. Dlaczego potomek Hansa Henryka VI jest Hansem Henrykiem X? To tylko pozorny defekt, bo wcześniejsi Hansowie Henrykowie po prostu zmarli - w niemowlęctwie lub w dzieciństwie. Pisze o tym Jerzy Polak w swojej monografii "Poczet panów i książąt pszczyńskich. Od Fryderyka Erdmanna Anhalta do Jana Henryka XV Hochberga" część II, Pszczyna 2007.

Hans Heinrich X (Jan Henryk) hrabia Hochberg - portret z 1846 r.

Jan Henryk (Hans Heinrich) X hrabia Hochberg (Reichs-graf von Hochberg) otrzymał rodowe imię, stosowane od XVII wieku, przy czym towarzysząca mu numeracja oznaczała kolejność urodzeń synów o tym samym imieniu w rodzie. (...) Był czwartym dzieckiem Jana Henryka VI (1768-1833) i Anny Emilii księżniczki von Anhalt-Köthen-Pless (1770-1830), którzy pobrali się 20 maja 1791 r. Małżeństwo to, jak już wspomniano, zadecydowało o późniejszych losach rodu. Jan Henryk X był wielką nadzieją swoich rodziców i jedynym męskim spadkobiercą swojego ojca, ponieważ dwaj starsi bracia zmarli zaraz po urodzeniu (Jan Henryk VIII urodził się w sylwestra 1795 r. i zmarł w Nowy Rok, Jan Henryk IX w 1802 r.). Miał prócz nich jeszcze dwie siostry: starszą Luizę (1804-1851) i młodszą Charlottę, która była jego bliźniaczką (1806-1882)". Od Hansa Henryka X zaczynają się nowe dzieje rodziny Hochbergów, podobnie jak Księstwa Pszczyńskiego. Hochbergowie należeli wówczas do najpotężniejszych i najstarszych rodów niemieckich. W ich żyłach płynęła krew Piastów śląskich, co było rodzinnym powodem do dumy. Było rodzinną tradycją, by w każdym pokoleniu jeden z synów nosił imię Bolko. Czuli się Niemcami. Można powiedzieć Gente Polonus Natione Germanus.


"W momencie przejmowania Księstwa Pszczyńskiego rodzina ta należała do grupy bogatej, chociaż niezbyt wysoko utytułowanej arystokracji śląskiej, bardzo lojalnej wobec dynastii Hohenzollernów. Teraz rozpoczynała nowy etap swojej historii związany z ogromnym wywyższeniem rodu, kiedy jego przedstawiciele mieli stanąć blisko tronu Królów Prus i Cesarzy niemieckich. Podwaliny tej kariery położył Jan Henryk X hrabia von Hochberg" - pisze Jerzy Polak w "Poczcie panów i książąt pszczyńskich".


Dziedziczny tytuł księcia Pszczyny otrzymał w 1848 r., choć stosowny dokument został wydany dopiero w 1850 r. Cztery lata później Król powołał go do Izby Panów - wyższej izby pruskiego parlamentu. Na inauguracyjnym posiedzeniu Izby Hans Henryk X został jej pierwszym przewodniczącym. "Nie były to ostatnie zaszczyty, jakie spotkały jego rodzinę" - mówi dr Kuzio-Podrucki.  Drugim księciem Pszczyny został Hans Henryk XI. W 1881 r. Cesarz Wilhelm I nadał prawo używania tytułu książęcego "Prinz" tylko pierworodnemu synowi księcia Pszczyny. Pozostali Hochbergowie - z Książa i Roztoki - nadal pozostawali hrabiami. W 1905 roku Cesarz Wilhelm II nadał Hansowi Henrykowi XI - ale tylko dożywotnio - najwyższy tytuł książęcy: "Herzog von Pless".

Hans Henryk XI von Hochberg - Pless

Herzog von Pless, Hans Henryk XI

Za czasów kolejnych Hansów Henryków - od XI do XV - ich majątek urósł do niebotycznych rozmiarów, stając się czwartym największym w cesarstwie niemieckim, a zapewne i w całej Europie. Przed fortuną Hochbergów były tylko te należące do Kruppów, Donnersmarcków ze Świerklańca i księcia Hohenlohe-Oehringen ze Sławięcic. Najważniejszymi częściami tej fortuny były m.in. kopalnia w Murckach, browar w Tychach, kopalnie w rejonie Wałbrzycha i olbrzymie majątki ziemskie. 100 lat temu majątek księcia Hansa Henryka XV szacowano na 95 milionów cesarskich marek. Rocznie przynosił ponad 1 milion marek zysku. Na całym Śląsku bogatszy był tylko książę Guido von Donnersmarck.

 

Ród Hochbergów jest notowany w śląskich dokumentach od 1290 r. Nazwisko przedstawicieli różnych linii rodu pojawia się w trzech wersjach: Hoberg, Hohberg i Hochberg. 15 października 1850 r. Hans Henryk X, hrabia von Hochberg i baron na Książu, otrzymał pruski tytuł książęcy "Fürst von Pless", czyli "Książę Pszczyński", co uprawniało go do używania zwrotu: "Jaśnie Wielmożny Książę". 10 grudnia 1855 roku w Charlottenburgu wydano dyplom określający książęcy herb.

Hans Henryk XI Fürst von Pless

Jan Henryk XI Hochberg przyszedł na świat 10 września 1833 r. w Berlinie. Był synem Jana Henryka X Hochberga i Idy von Stechow. Jako nastolatek zaczął karierę w armii pruskiej, gdzie zaprzyjaźnił się z następcą tronu, Fryderykiem Wilhelmem. Szybko jednak przyszło mu rozstać się z wojskiem, gdyż po śmierci ojca – w 1855 r. – musiał zająć się zarządzaniem rodzinnymi dobrami.

 

Maria von Kleist (1828 - 1883) pierwsza żona Henryka XI

Dzieci: Hans Heinrich XV – (1861-1938), Ida Luise – (1863-1938), Konrad Eduard – (1867-1934), Friedrich Maximilian – (1868-1921).

 

Księżna Maria von Pless, hrabina von Hochberg i baronowa na Książu (1828-1883), z domu hrabianka von Kleist pierwsza żona Hansa Heinricha XI, matka Hansa Heinricha XV i teściowa Daisy, której nigdy nie miała okazji poznać. Zmarła 8 lat przed ślubem swojego najstarszego syna i jako pierwsza przedstawicielka rodziny Hochbergów spoczęła w Mauzoleum na Topolowej Górce w Książu.

 

W 1857 r. ożenił się z córką hrabiego Edwarda von Kleist, Marią. Wraz z nią wyruszył w podróż po Europie oraz do krajów Orientu, gdzie książę m.in. polował na słonie i skąd przywiózł do Pszczyny czarnoskórego niewolnika Suelima. Po latach udał się nawet na łowy do Indii. Jak wielu jego przodków był rycerzem Zakonu Joannitów, którym ufundował szpital w Pszczynie. Po przejęciu władzy na ziemi pszczyńskiej starał się modernizować i rozwijać górnictwo węgla kamiennego, które przynosiło mu spore dochody. Inwestował też w hutnictwo (które potem, w latach 70. i 80. mocno podupadnie w związku z kryzysem gospodarczym) oraz trasy kolejowe. Podobnie czynił w Książu i okolicach, sprowadzając licznych fachowców z Niemiec. Swoim górnikom zaczął zapewniać opiekę zdrowotną, a np. w Murckach powstała kolonia domów dla pracowników. Najważniejszymi gałęziami były jednak wciąż leśnictwo i rolnictwo. To ostatnie książę również modernizował, wzorując się na trendach zachodnich (nawozy sztuczne, mechanizacja). Rozbudował też tyski browar (pod koniec XIX będzie największy na Śląsku), założył fabrykę celulozy w Czułowie oraz postawił na powiększanie powierzchni swych ziem dokupując do nich kolejne wioski i miejscowości (chociażby Górne Bojszowy). Za jego czasów ostatecznie zlikwidowana została pańszczyzna.

Pszczyna była główną siedzibą rodową Hochbergów za panowania drugiego księcia z rodu Hochbergów, noszącego ten tytuł czyli Jana Henryka XI. Dziś mieści się tu wspaniałe Muzeum Zamkowe w Pszczynie.

Książęce przyjęcie w Pszczynie. Fot. Luis Hardouin

Pod koniec XIX stulecia jeden z najbogatszych ludzi Europy, rezydujący głównie na zamku w Pszczynie Jan Henryk XI, książę von Pless, hrabia von Hochberg i baron na Książu postanowił zabezpieczyć swoich synów. Każdemu z nich zapisał lub zakupił imponujący zamek. Wszystkie leżą dziś w Polsce, ale ich przeznaczenie jest dziś zgoła inne niż niegdysiejszy los wielkopańskich rezydencji.

Zamek Książ - najważniejsza i największa siedziba rodowa pozostawałą w rękach Hochbergów w latach 1509-1943. Za życia ksiecia Jana Henryka XI był siedzibą jego syna i dziedzica księcia Jana Henryka XV i jego angielskiej żony Daisy. Po śmierci starego księcia w 1907 roku, jego następca zdecydował, że będzie to jego permanenta rezydencja. Szerzej o tym piszemy w innym miejscu, na razie skupiając się na młodszych potomkach Jana Henryka XI.

 

Hrabia Konrad Eduard von Hochberg, drugi w kolejności syn ksiecia Jana Henryka XI w 1893 roku otrzymał od ojca zamek w Dąbrowie (niem. Dambrau) obok Niemodlina.

Zamek w Dąbrowie

28 grudnia 1892 r. 59 letni książę Hans Heinrich XI (1833–1907) kupił od książąt von Hatzfeld dominium Dąbrowa koło Opola na Górnym Śląsku. W skład tych posiadłości wchodził m.in. zespół pałacowy w Dąbrowie i folwark w pobliskich Sokolnikach. Właścicielem tych dóbr został, pozbawiony szans na objęcie majątków w Pszczynie i Książu, Conrad Eduard hrabia Rzeszy von Hochberg. Hrabia Konrad, zwany pieszczotliwie Conny, urodził się 21 marca 1867 r. jako trzecie dziecko księcia Hansa Heinricha XI i Marie baronówny von Kleist (1828–1883). Hrabia po uzyskaniu starannego wykształcenia, zrobił karierę w wojsku. Często podróżował i częściej niż w Dąbrowie bawił za granicą. Mimo to majątek kwitł, a o dobry interes właściciela dbał rządca Oskar Scholz.

27 letni Konrad w 1894 r. wyłożył bajońskie sumy na gruntowną rozbudowę i przebudowę rezydencji w Dąbrowie w stylu neorenesansowym. Prace trwały trzy lata (1894–1897) i jeszcze dziś, jeśli dobrze się wytęży wzrok, można dostrzec inicjały fundatora i datownik znajdujące się na kominie w północno-wschodnim skrzydle. Przebudowano również skrzydło północne, od południowego-wschodu dodano ryzalit z okrągłą basztą, a skrzydło zachodnie przedłużono o narożnik północno-zachodni z okrągłą wieżą. Nowi gospodarze zażyczyli sobie również przedłużyć o narożnik skrzydło zachodnie, a do skrzydła północno-zachodniego dodano owalną wieżę nakrytą ośmiobocznym hełmem o cebulastych formach. Pałac upiększyły jeszcze neorenesansowe szczyty, facjaty i stylowe skręcone kominy. Oryginalności obiektowi dodał umieszczony w elewacji północnej portyk z tarasem. Po stronie południowej, gdzie znajdowała się niegdyś droga do majątku stanęły zabudowania folwarczne wybudowane na planie zbliżonym do podkowy. Pałac otoczył mur z bramą wjazdową od południowego-zachodu, od południa oficyna i zabudowania gospodarcze, a od północnego-wschodu park założony w XVII w., przekształcony na krajobrazowy w XIX w. z zaakcentowaną wschodnią osią widokową. Taki obraz rezydencji Hochbergów do dziś pozostał w zasadzie nie zmieniony.


Na dziedzińcu wyłożonym żwirem, stał postument, a na nim kamienny wazon, w którym sadzono kwiaty. Z dziedzińca prowadziły trzy wejścia. Na parterze skrzydła zachodniego i wschodniego znajdowały się pomieszczenia gospodarcze, w których mieszkała służba. Na parterze, na wschód od korytarza przy wejściu głównym znajdowała się również reprezentacyjna komnata z oryginalnym kominkiem. Na pierwszym piętrze, o którego prowadzą dwubiegunowe, drewniane schody, znajdowały się sale reprezentacyjne gospodarzy. Jedną z nich jest komnata usytuowana w narożniku północno-wschodnim. Pomieszczenie kryte było sufitem kasetonowym, we wnętrzu którego umieszczono plafon wykonany na płótnie farbami olejnymi. Przedstawia on postać muzy tragedii Melpomeny, która prawą ręką podtrzymuje grubą księgę, a lewą opierając się na tragicznej masce starca, ujmuje lirę. U jej boków unoszą się dwa putta trzymające tablicę z inskrypcją „Numine Afflatur”, co oznacza „Boskim natchnieniem owiana”. W komnacie znajduje się również kominek udekorowany herbem Hochbergów, którzy byli wówczas trzecim najbogatszym rodem na Śląsku (posiadali m.in. pałace w Pszczynie, Promnicach oraz pałac w Książu). Wyprzedzali ich tylko cesarki ród Hohenzollernów i książęta Hohenlohe ze Sławięcic.

 

Sympatie Konrada, który dużo podróżował, zaczęły grawitować w stronę Anglii i jej zwyczajów. Gdy, w 1907 r., zmarł mu ojciec, chętnie odstąpił jego wdowie, a swojej macosze, Matyldzie z domu Dohna-Schlobitten, dominium w Dąbrowie, by przenieść się do nabytej w tym samym roku posiadłości w Anglii.


Była nią Croydon Estate, z obszernym domem wiktoriańskim Croydon Hall, w Minehead, w hrabstwie Somerset. Prostą, nieciekawą architekturę tego domu urozmaicił, dodając wykuszowe okna od strony ogrodowej i półkolisty portyk przed głównym wejściem. Na otaczających go gruntach założył warzywniak i piękny włoski ogród z posągami i ozdobami wodnymi, takimi jak małe stawy z liliami i kanały wyłożone niebieskimi mozaikami. Dużym nakładem zmodernizował całą rezydencję, doprowadzając do niej elektryczność z oddzielnej prądnicy i nowoczesną kanalizację. Stojący obok budynek, w którym przez siedem lat urządzał zabawy dla służby, zamierzał przekształcić na prywatną kaplicę.

Posiadłość Croydon Estate

Z lokalnymi mieszkańcami nie zdążył się głęboko zaprzyjaźnić, ale był wobec nich uprzejmy, często przystając po drodze, by kurtuazyjnie zamienić parę słów. Uznawany był przez nich za niegroźnego i sympatycznego ekscentryka.

Ogród włoski

Hrabiemu Konradowi von Hochberg nie było jednak dane cieszyć się długo eleganckim i sielankowym stylem życia, jaki sobie stworzył na angielskiej prowincji. Latem 1914 r. wiedział już, że wojna z Niemcami jest nieunikniona.  Jako obywatel wrogiego kraju, musiał opuścić Wielką Brytanię, by uniknąć wstydliwej deportacji. 3 sierpnia 1914 r. opuścił Anglię, nie wiedząc że straci cały tutejszy majątek i już nigdy do niej nie wróci.


W świetle nagłego zniknięcia niemieckiego hrabiego, miejscowa ludność zaczęła kwestionować powody jego pobytu w Minehead i „przypominać“ sobie różne dziwne sytuacje, które wytłumaczyć mógł tylko jeden fakt – że był on szpiegiem i sympatykiem ruchu, dla którego ukuto później nazwę „Piątej Kolumny”!


Zwrócono uwagę, że przebudowany przez niego dom, który miał spełniać funkcję dworku myśliwskiego nigdy nie gościł polowań i natychmiast zauważono jego strategiczną pozycję na wysokim, trudno dostępnym wzgórzu nad Kanałem Brystolskim. Wszystkie okna tego budynku wychodziły na morze, więc każdy przepływający statek lub przelatujący samolot był z nich widziany. W otaczającym go ogrodzie był olbrzymi dół, wykopany niby na szambo, ale tak głęboki, że pomieściłby zwłoki całej populacji okolic. Z wydobytej ziemi postawiono wokół „dziwne pagórki“, które obsadzone zostały krzewami. Posiadłość była pilnowana dniem i nocą przez strażników z groźnymi psami, a większość służby przywieziono z Niemiec. Jakież to tajemnice miał kryć ten dom, że dla wyciszenia,  przestrzeń pomiędzy kondygnacjami wypełniona została pokładami wodorostów?


W dodatku, zauważono kiedyś, że z sąsiedniego budynku, również zamieszkałego przez ludzi o niemieckim nazwisku, wysyłane były świetlne sygnały i całą noc kursowały między nim a miasteczkiem tajemnicze samochody.


Niebawem wszystko się wyjaśniło. Sygnały świetlne okazały się kołyszącymi na wietrze latarniami, wystawionymi dla odstraszenia lisów skradających się do młodych jagniąt. Kursujące nocą samochody przewoziły lekarzy do chorych pacjentów, a policję wezwał sąsiad, kiedy zauważył że obcy mu mężczyźni wyprowadzają ze stajni konie hrabiego. Wkrótce i oni zostali uniewinnieni, po przedstawieniu listu od hrabiego von Hochberga, pozwalającego im zarekwirować konie na poczet niezapłaconych uposażeń.


Będąc w Berlinie, Conny skontaktował się szybko ze swoją szwagierką Daisy, już wtedy wyszkoloną sanitariuszką, i zaczął uczestniczyć z jej koleżankami w lekcjach pierwszej pomocy.


Hrabia Konrad był jedynym mężczyzną na kursie pielęgniarskim prowadzonym w sierpniu 1914 r. w Bethanien Krankenhaus. O jego późniejszej, jeśli miała miejsce, służbie sanitarnej nic jednak nie wiadomo.


W czasie wojny mieszkał w Szwajcarii, dokąd zaprosił księżną Daisy w 1916 r. Zmarł 12 sierpnia 1934 r. w Berlinie. Pogrzeb odbył się, podobno, w rytuale kościoła anglikańskiego, z angielskimi tylko hymnami religijnymi i kazaniem wygłoszonym w tymże języku. (źródło: https://daisypless.wordpress.com ).

Mathilda Urszula zu Dohna-Schlobitten

W 1908 r. pałac w Dąbrowie posiadała już księżna pszczyńska Mathilda Urszula zu Dohna-Schlobitten (1861–1943), wdowa po zmarłym 14 sierpnia 1907 r. w Albrechtsbergu koło Drezna księciu Hansie Heinrichu XI. W 1921 r. właścicielem dominium Dąbrowa był doktor praw Hermann hrabia zu Solms-Baruth. Nowy gospodarz od 29 marca 1913 r. był mężem 25-letniej Anny hrabiny von Hochberg – córki (z drugiego małżeństwa) księcia pszczyńskiego Hansa Heinricha XI i młodszej o 28 lat księżnej Mathildy Urszuli. Hrabia Hermann wraz z rodziną zamieszkał w rezydencji w pobliskich Ciepielowicach, jednak zarząd dóbr dominium nadal znajdował się w Dąbrowie.


Hrabia Baruth dużo podróżował. Był też posłem do Reichstagu oraz w Republice Weimarskiej i czynnym działaczem partii Centrum. Aktywnie angażował się w walkę polityczną przeciw uzyskującej coraz większe wpływy NSDAP. Gdy w 1933 r. kanclerzem Rzeszy został Adolf Hitler, Baruth musiał uciekać przed faszystowskimi władzami i schronił się w Anglii. Przez jakiś czas Dąbrowa była w rękach członków rodu. Co stało się z jego żoną Anną, nie wiadomo. Ze skąpych informacji wiemy, że 24 maja 1934 r. w Dąbrowie zmarł brat Anny – hrabia Wilhelm Bolko Emanuel, syn księcia Hansa Heinricha XV (1861–1938) i jego drugiej żony Clothilde de Silva y Gonzáles de Candamo (1898–1978). Później, prawdopodobnie pałac stał pusty, co poświadczają najstarsze mieszkanki wsi.


W 1937 r. obszar dominium wynosił 3270 ha. Istniał już młyn i cegielnia. W latach 1930–1936 rozbudowano miejscowość Sokolniki, osiedlając tam nowych mieszkańców. Najprawdopodobniej pod koniec lat 30. XX w. nastąpiło przejęcie dominium w Dąbrowie przez państwo niemieckie, a losy całej rodziny antynazistowskich Hochbergów przybrały dramatyczny obrót. W 1939 r. wszystkie lasy i liczne folwarki Hochbergów (299 966 ha) przejął za długi Górnośląski Urząd Ziemski. Zadłużenie całego majątku wynosiło ponad 60 mln złotych. Członkowie książęcego rodu rozproszyli się po świecie, a na odzyskanie dóbr nie mają żadnych szans. Na pocieszenie został im jedynie książęcy tytuł. W 2003 r. ostatnim z rodu księciem von Pless był mieszkający w Monachium wnuk Daisy Bolko von Hochberg, honorowy prezes Towarzystwa Miłośników Zamku Książ-Fürstenstein.


We wrześniu 1939 r. w pałacu w Dąbrowie zorganizowano punkt etapowy dla żołnierzy niemieckich z XIV korpusu 10 armii generała W. von Reichenau, która od południowego zachodu uderzyła na Polskę. W czasie II Wojny Światowej w rezydencji urządzono szkołę dla nauczycielek oraz punkt reperacji i szycia mundurów wojskowych. Podobno, w przepięknych salonach z gustem urządzonych przez bogatych Hochbergów, bawili się również przyjeżdżający na urlopy niemieccy oficerowie. W budynkach gospodarczych pracowali robotnicy przymusowi oraz jugosłowiańscy i radzieccy jeńcy wojenni. Podobno w wieży znajdującej się przy pawilonie od strony wschodniej, Niemcy urządzili karcer. Była tam też szubienica, na której wieszano ujętych w czasie ucieczki jeńców radzieckich. Na przełomie 1944/1945 pałac zamienił się w punkt sanitarny. Prawdopodobnie stacjonowały tu również oddziały niemieckiej Grupy Armii „Mitte”. Przygotowując się do starcia z nadciągającym frontem, pięknie zadbane tereny otaczające obiekt, oddziały Volkstrummu i najęci robotnicy przymusowi zamienili w pasmo rowów obronnych i zasieków. W czasie walk obiekt ucierpiał – uszkodzony został dach i mury, a wiele sprzętów rozbito, w tym m.in. kamienny wazon na dziedzińcu.


W marcu 1945 r., po zajęciu miejscowości przez wojska radzieckie, w pałacu zlokalizowano sztab wojskowy I Frontu Ukraińskiego, a część pomieszczeń przeznaczono na szpital frontowy. Rozgrabiono i rozszabrowano to, co przedstawiało jakąkolwiek wartość. Po wycofaniu się Armii Czerwonej w 1946 r. w pałacu zainstalował się oddział PUR, a w dawnych arystokratycznych salonach koczowali repatrianci ze Wschodu. Po likwidacji PUR-u pałac nie miał gospodarza i był łatwym celem dla szabrowników i poszukiwaczy skarbów. Zrabowano m.in. żyrandole, mosiężne klamki, bibeloty, świeczniki. Z okien wyjęto też cenne wówczas szyby. Piękna rezydencja Hochbergów zamieniała się w ruinę. W 1948 r. w utworzono w niej Państwowy Ośrodek Maszynowy (POM). Piękne komnaty zamieniono na magazyny. Czego nie zniszczono w czasie zawieruchy wojennej dopełnił komunizm. W 1958 r. pałac oddano do dyspozycji Wojewódzkiego Ośrodka Szkolenia Rolniczego. W latach 60. ubiegłego stulecia w dawnych pomieszczeniach folwarcznych powstało Przedsiębiorstwo Sprzętowo-Transportowe mające swoją główną siedzibę w Opolu. W latach 80. XX w. w dawnej części folwarcznej utworzono zakłady remontowe Wojewódzkiej Komendy Policji, a od 1995 r. teren ten pełnił funkcję bazy materiałowo-technicznej Wojewódzkiej Komendy Policji.


W 1975 r. pałac wraz z parkiem przejęła Wyższa Szkoła Pedagogiczna w Opolu, która w 1995 r. otrzymała status uniwersytetu. Początkowo zapał uczelni do uratowania zabytku był ogromny. Ówczesne Ministerstwo Nauki, Szkolnictwa Wyższego i Techniki wyłożyło na niezbędne remonty obiektu 1,5 miliona starych zł. Wyremontowano przeciekający dach, zainstalowano rynny spustowe, wypełniono ubytki w elewacji i przystąpiono do prac mających na celu adaptację pomieszczeń na sale wykładowe, czytelnie i pokoje noclegowe. Z wielkich planów opolskiej uczelni nic nie wyszło, a dawna rezydencja Mettichów i Hochbergów popada w ruinę.

Warto dodać, że w pobliżu bramy wjazdowej, przy drodze, znajduje się barokowa, pełnoplastyczna rzeźba św. Jana Nepomucena, wykonana w drewnie polichromowanym. Ufundował ją około 1720 r. ówczesny właściciel majątku hrabia Ferdynand Maksymilian von Tschetschau-Mettich. Jak głosi legenda, rzeźbę świętego postawiono jako votum dziękczynne za ocalenie mieszkańców w czasie epidemii cholery, która zdziesiątkowała ludność pobliskich wsi zamieszkałych w dużej mierze przez ludność polską. Podobno, dziwnym zbiegiem okoliczności, zaraza nie dotknęła żadnego z mieszkańców Dąbrowy. Figura świętego nakryta jest czterospadowym dachem wspartym na czterech słupach. Wysmukła postać świętego (pozbawiona rąk i bez atrybutów) odziana jest w czarną sutannę, białą komżę obramioną u dołu szerokim pasem koronki oraz brązową pelerynę związaną pod szyją, z kunsztownie wykonanymi frędzelkami i kapturem. Na głowie wysoki biret. Głowa świętego wyraźnie zwrócona jest w prawo, w kierunku wsi. W 1980 r. figura została pomalowana farbą olejną w przypadkowo, źle dobranych kolorach.


Hrabia Friedrich Maximilian von Hochberg, trzeci syn księcia Jana Henryka XI i ukochany szwagier księżnej Daisy otrzymał od ojca w 1902 roku zamek w Iłowej (niem. Halbau), dziś w powiecie żagańskim w województwie lubuskim. Obecnie w budynku mieści się Zespół Szkół Ponadgimnazjalnych.

 

Hrabia Friedrich Maximilian (w rodzinie znany jako Fritz) przyczynił się do modernizacji pałacu i rozbudowy istniejącego od XVII w. ogrodu angielskiego o założenie parkowe z ogrodami w stylu francuskim i japońskim oraz stanowiącego główną oś widokową ogrodu w stylu chińskim (najprawdopodobniej jedynego w Polsce). Do dzisiaj rosną tutaj liczne okazy wielowiekowych drzew, krzewów ozdobnych i rododendronów.

 

O klasie parku najlepiej świadczy fakt, że stał się inspiracją do powstania Ogrodu Japońskiego we Wrocławiu – zaprojektowanego przez hrabiego Fritza, podróżnika i autora An eastern voyage: a journal of the travels of Count Fritz Hochberg through the British empire in the East and Japan (1910), uznawanego w tamtych czasach za największego niemieckiego znawcę japońskiej sztuki ogrodowej, ogrodnika i kolekcjonera dzieł sztuki orientalnej. Do dziś zachował się układ ścieżek, sztuczne jeziorko i wyspy. Pałac i park były powodem dumy hrabiego Hochberga i miejscem odwiedzanym przez znane osobistości. M.in. kilkukrotnie gościła tu księżna Daisy von Pless – bratowa Fritza. Hrabia był wielkim miłośnikiem psów różnych ras. Dla nich wybudował tor wyścigów oraz założył cmentarz z licznymi epitafiami.

Friedrich Maximilian (3 V 1868–16 IX 1921) był najmłodszym synem księcia Hansa Heinricha XI von Pless i jego żony Marii de domo Kleist.  Jako jedyny z czwórki dzieci książęcej pary urodził się w Książu i tam został ochrzczony. Jego ojcem chrzestnym był następca tronu Fryderyk Wilhelm, a w uroczystości wziął również udział król Wilhelm I.


Fritz był ulubionym szwagrem Daisy i jej najlepszym przyjacielem. Nazywała go „Miracle Man”, a on ją „Princess Caprice”. Zawsze wysłuchiwał jej żalów, znajdował słowa otuchy, spełniał jej zachcianki i robił wszystko, by ją zadowolić. „Byłabyś szczęśliwa, gdyby wszyscy mężczyźni, których w życiu spotkałaś (oprócz męża) na twój kaprys zmieniali swoje plany, zaniedbywali obowiązki i innych ludzi, byleby ciebie zadowolić” – pisał do Daisy w liście. A w innym miejscu dodawał: „Powinnaś dostać klapsa w ładny tyłek. Oczywiście byłabyś wściekła i oburzona. Jesteś  pieszczochem i kocham cię. Przyjadę.” (tłum. © B.J-C)

 

Fritz od dzieciństwa chorował na gruźlicę kości, dlatego większą część roku mieszkał poza domem w cieplejszym klimacie. Na początku lat 90. ojciec wybudował dla niego wspaniałą willę „Montalto” niedaleko Florencji. Do domu w Pszczynie przyjeżdżał latem, a po świętach Bożego Narodzenia znowu wracał do Włoch.


Według relacji Anny von Hochberg, jego przyrodniej siostry, „Fritz bardzo cierpiał. Często leżał przykuty do łóżka i tylko kiedy czuł się nieco lepiej, jeździł na wózku inwalidzkim…” Rodzina nie ustawała w poszukiwaniu najskuteczniejszych lekarstw i terapii, aż wreszcie „W Paryżu znaleziono lekarza o nazwisku Marmorek […] Wynalazł on surowicę przeciw gruźlicy kości i Fritz był nią regularnie leczony. Na początku czuł się jeszcze gorzej, ale potem nastąpiła zdumiewająca poprawa i rany się goiły, a po upływie 3-4 miesięcy odzyskał zdrowie. To był naprawdę cud, gdyż wszyscy inni lekarze już zrezygnowali z leczenia” – cieszyła się Anna.


Czy może się zatem dziwić, że po takich przejściach Fritz czerpał z życia pełnymi garściami?


Na tle rodziny Hochbergów wypadał jako osoba nietuzinkowa i ekscentryczna – był podróżnikiem, kolekcjonerem dzieł sztuki,  utalentowanym malarzem i, według niektórych źródeł, ambasadorem cesarskich Niemiec na dworze Cesarza Japonii.  W swych Wspomnieniach Anna przytacza słowa ojca o Fritzu: „bądź dla niego dobra, ten biedak różni się od innych”.


Fritz był człowiekiem obdarzonym wieloma zdolnościami, miał duszę artysty i talent plastyczny. W 1902 r. namalował obraz ołtarzowy przedstawiający zmartwychwstanie Chrystusa oraz apostołów Piotra i Jana. Ofiarował go do poświęconego w 1902 r. kościoła św. Trójcy w Anhalt (polski Hołdunów, dziś część Lędzin), któremu księżna Matylda wraz z córką Anną  podarowały z kolei cenne naczynia liturgiczne. Kościół rozebrano w 1955 r. z powodu szkód górniczych, jednak obraz zachował się do dziś i obecnie znajduje się w bocznej kaplicy nowego kościoła wybudowanego w 1986 r.  (Dzieje parafii opisał A. Malina, Ewangelickie tradycje Hołdunowa, DWiK „Didache”, Katowice 1994).


W 1905 r. Fritz poślubił Elizę Karolinę Roche,  córkę zmarłego Edmunda Burke Roche, barona Fermoy, i Elizy Caroline. Świadkami tego wydarzenia byli bracia Fritza – Hans Heinrich XV von Pless i Conrad von Hochberg.

Eliza Caroline von Hochberg z domu Burke Roche ur. 17. 10. 1857 r. w Trabulgan w hrabstwie Cork, zmarła 8. 11. 1940 r. w Londynie
"Nancy była bardzo wysoka, o ostrych rysach twarzy, miała cienkie wargi i wielki, trochę zgięty nos” – opisała bratową Anna Hochberg. Jego przyrodnia siostra Anna tak skomentowała ten fakt: „na jego nieszczęście przyszła mu do głowy wyjątkowo głupia myśl, żeby się ożenić i do tego jeszcze z Angielką o dziesięć albo więcej lat starszą od siebie.  Mój biedny ojciec miał teraz dwie angielskie synowe, z których nie był tak na sto procent zadowolony – i nie mógł być, ponieważ niejedno się zmieniło”.  Natomiast Daisy napisała, że „to wydarzenie wszystkich  nas ucieszyło, gdyż Nancy (tak nazywano żonę Fritza) była czarującą Irlandką”. Mieli z Fritzem wspólne zainteresowania, „on uwielbiał Anglię i polowania, ona, jak przystało osobie pochodzącej z rodziny słynnych myśliwych, była zapaloną amazonką”. Daisy pisała: „Oboje nie byli już dziećmi i wszyscy mieliśmy nadzieję, że znajdą w tym związku szczęście”.

Anna von Hochberg - córka księcia Hansa Heinricha von Hochberh XI z drugiego małżaństwa
Niestety tak się nie stało. Od stycznia 1907 r. żyli w separacji – on wpierw wyjechał do Włoch, później do Azji, a ona wróciła do Anglii. „Z pewnością nikt z tych dwojga nie był bez winy. Fritz okazał się bardziej zwariowany, ale Nancy też była trudna. Jednak trzeba i można jej przyznać, że zawsze zachowywała się przyzwoicie” – zauważała Anna.


Nancy po powrocie do Anglii mieszkała  w prestiżowych dzielnicach Londynu, jak Belgrave i Mayfair. Jej nazwisko pojawiało się w prasowych rubrykach  kronik towarzyskich. Szczególnie często odnotowywano jej obecność w dobroczynnych przedsięwzięciach na irlandzkie cele.


Do wybuchu II Wojny Światowej zarząd dóbr książęcych wypłacał Nancy dożywotnią rentę w wysokości 1500 funtów, a od  1933 r. – 1375 funtów. W 1925 r. Nancy wystąpiła o naturalizację – gdyż po zamążpójściu przyjęła obywatelstwo niemieckie – i ją uzyskała. Zmarła w 1940 r. w Londynie.


Daleki Wschód był dla Fritza inspirujący i tak bardzo atrakcyjny, że w swoich posiadłościach wprowadzał wystrój orientalny i zgromadził piękną kolekcję dzieł sztuki Wschodu oraz egzotycznych roślin.  Przez jakiś czas pozwalał sobie nawet na japońskich służących. „Dziwacznie wyglądali w wyidealizowanych wiejskich willach, które Fritz wynajmował w ukochanym New Forest” – pisała Daisy.  Na dodatek Fritz ubrał  ich we wspaniałe ciemnoczerwone i srebrne liberie Hochbergów. „Ich drobne nogi gubiły się w pluszowych bryczesach i białych pończochach”. Zdaniem Daisy „schludne pokojówki lepiej pasowałyby do takich domów”.

 

Fritz przez wiele lat mieszkał w Anglii. Po śmierci ojca w 1907 r. otrzymał w spadku 10 mln marek, w tym majątek Iłowa. Był nawet gotów sprzedać Iłową, by kupić posiadłość na wyspie. Z dokumentów archiwalnych wiemy, że szukał domu w New Forest, na najlepszych terenach łowieckich – bo Fritz dorastał przecież w świecie koni i polowań. Rozważał kupno domku myśliwskiego Arnewood, należącego do ojca Daisy, sprawdzał też inne oferty. Ostatecznie zamieszkał w Great Bowden w hrabstwie Leicester.


W wiosce zapamiętano niemieckiego szlachcica galopującego konno za psami na terenie posiadłości Mr. Fernie’s Country, będącej najtrudniejszym terenem polowań w hrabstwie Leicester, oraz za psami w rejonie Pytschley.


Wspominano też jego osobliwy sposób dosiadania konia bokiem. W gazecie „Sport im Bild” wyjaśniano ten nietypowy fakt: „W czasie długoletniej choroby Fritz przeszedł wiele ciężkich operacji, efektem czego było uszkodzenie mięśni prawej nogi i z tego powodu Graf miał problemy z utrzymaniem się w siodle. By nie rezygnować z ulubionej rozrywki, Fritz zamówił w Londynie specjalne siodło, na którym siadał bokiem. […] Ze względu na ciężar bocznego siodła i swoją wagę Graf Hochberg jest zmuszony dosiadać jednak koni zimnokrwistych, mogących unieść znaczny ten  ciężar”.

 

Jako zapalony myśliwy, Jan Henryk XI Hochberg przeniósł się z zamku w Książu do rezydencji w Pszczynie, by móc polować w okolicznych lasach. Pszczyński pałac przebudowany został na wzór Wersalu. Hochbergom serwowano wykwintną kuchnię francuską. Pisano o nim w przewodnikach i prasie, " ... że panuje w nim azjatycki przepych”. Przebudował także zameczek w Promnicach, który łączył odtąd w sobie cechy szwajcarskiej willi i angielskiego neogotyku.


W Pszczynie-Sznelowcu doglądał książę swej dumy – słynnej na całą Europę stadniny koni. W 1865 r. sprowadził na Górny Śląsk – za sprawą specjalnej umowy z Carem Aleksandrem II, którego poznał w 1860 roku na słynnym, carskim polowaniu w Białowieży – żubry. W okolicach Książa pojawiły się tyrolskie muflony, a w planach była też hodowla reniferów.

 

Wzorcowa łowiecka gospodarka księcia intrygowała w tamtych czasach wielu europejskich naukowców. Zresztą Hochberg był też współwłaścicielem terenów łowieckich w Alpach, gdzie gościł m.in. następcę austriackiego tronu, arcyksięcia Rudolfa Habsburga. Wszystko to doprowadziło do nadania Janowi Henrykowi XI tytułu Wielkiego Łowczego Królewskiego, a co za tym idzie, również przywileju organizowania królewskich polowań. W 1869 r. na jedno z nich zawitał do Pszczyny Król Prus  Wilhelm I. Był tutaj także w 1876 roku – tym razem jednak już jako Cesarz. Książę, Jan Henryk XI von Hochberg, łowczy cesarski, w swojej pasji myśliwskiej poszedł tak daleko, że stworzył jedną z pierwszych hodowli bażantów w 1865 r.

Hubertusstock 1887 r. Cesarz Wilhelm I i Jan Henryk XI von Hochberg

W 1883 r. umiera żona księcia, Maria. Trzy lata później Hochberg żeni się z hrabiną Matyldą Ursulą zu Dohna-Schlobitten. W latach 90. dziewiętnastego wieku  Jan Henryk XI stał się bliskim współpracownikiem Cesarza Wilhelma II i członkiem Rady Państwa. W 1905 r. otrzymuje tytuł arcyksięcia pszczyńskiego. Dwa lata później umiera, jako piąty najbogatszy obywatel Niemiec. Jego synową była słynąca z urody księżna Daisy.(źródło: Mirosław Rzepka)

Wielki Łowczy Cesarstwa Niemiec, znakomity znawca łowiectwa i nowoczesnej gospodarki łowieckiej. Wniósł znaczący wkład w rozwój sygnalistyki myśliwskiej. Miłośnik muzyki łowieckiej. W jej dziejach zapisał się wprowadzeniem, już przed 1863 rokem, poręcznego rogu łowieckiego, który nie przeszkadzał podczas polowań. Odtąd rogi te nazywamy "plessówkami" albo rogami Pless. Jego drugą żoną (po śmierci pierwszej) była Mathilde Ursula von Dohna - Slobitten. Ślub odbył się 27 lutego 1886 r. w Słobitach.

Mathilde von Pless z domu Dohna Slobitten - druga żona Henryka XI

Mathilde, księżna von Pless (z domu hrabianka i burgrabianka von Dohna-Schlobitten), córka: Emanuela Aloysiusa Burggrafa und Grafa zu Dohna-Schlobitten i Wilhelmine, Gräfin Finck von Finckenstein - urodzona 20 sierpnia 1861 roku w Canthen - zmarła 15 stycznia 1943 w Twardogórze, do maja 1945 roku spoczywała w Mauzoleum Hochbergów w Książu).


27 lutego 1886 w rodzinnych Słobitach na Mazurach (niem. Schlobitten) w wieku 25 lat wyszła za mąż za starszego o 28 lat księcia Hansa Heinricha XI von Pless, hrabiego von Hochberga i barona na Książu. Z małżeństwa urodziło się dwoje dzieci: hrabia Wilhelm Bolko Emanuel von Hochberg, baron na Książu (ur. 15 grudnia 1886 w Pszczynie - zm. 24 maja 1934 w Dąbrowie) w rodzinie zwany Willushem oraz córka Anna, hrabianka von Hochberg, baronówna na Książu (ur. 24 lutego 1888 w Pszczynie - zm. 13 listopada 1955 w Salzburgu), po mężu hrabina zu Solms-Baruth.

 

Po śmierci męża w 1907 roku, księżna Mathilde von Pless zamieszkała pod dachem pasierba hrabiego Konrada Eduarda "Conny'ego" von Hochberga (średniego syna Hansa Heinricha XI z małżeństwa z hrabianką Marią von Kleist) w zamku w Dąbrowie koło Niemodlina w powiecie opolskim.


W Wałbrzychu na część księżnej Mathilde von Pless swoją nazwę otrzymało Wzgórze Matyldy, na którym stała najważniejsza z wałbrzyskich kopalni księcia czyli Furstensteiner (po II Wojnie KWK "Wałbrzych").

Matylda Urszula von Hochberg

Dzieci z drugiego małżeństwa księcia: Wilhelm Bolko Emanuel- (1886-1934), Anne – (1888-1966).

Hrabia Wilhelm Bolko Emanuel von Hochberg

Anna von Hochberg

Anna Gräfin von Hochberg, Freiin zu Fürstenstein - ur. 24 luty 1888 r. w Pszczynie, zm. 13 listopada 1966 r. w Salzburgu w Austrii. Przeżyła 78 lat. Żona Hermanna Grafa zu Solms-Baruth. Matka: Friedricha-Sigismunda Grafa zu Solms-Baruth; Marie-Agnes Gräfin zu Solms-Baruth i Pya Gräfin zu Solms-Baruth.

Najmłodszy syn ksiecia Jana Henryka XI z drugiego małżeństwa, hrabia Wilhelm Bolko Emanuel rezydował w zamku w Goraju (województwo wielkopolskie). Dziś w zamku mieści się internat Zespołu Szkół Leśnych.

Neorenesansowy zamek w Goraju został zbudowany dla hrabiego Wilhelma Bolka von Hochberga w latach 1910-1911. Wzniesiono go na skarpie nad lewym brzegu Noteci w Puszczy Noteckiej. Budowla założona na planie litery U, ramionami skierowanymi w kierunku rzeki. Po obu stronach skrzydła frontowego wznoszą się dwie potężne baszty nakryte hełmami. Trzecia baszta znajduje się na końcu skrzydła wschodniego. Wzorcem dla zamku jest warownia Varenholz w Westfalii. Von Hochbergowie mieszkali na zamku do II Wojny Światowej.

 

Ród Hochbergów – jeden z najstarszych rodów niemieckich – związany był głównie z dobrami na Śląsku. W posiadanie majątku w Goraju Hochbergowie weszli w II połowie XIX w. Książę Pszczyny, hrabia Rzeszy i baron na Książu Jan Henryk XI von Hochberg kupił wówczas folwark Goray od hrabiego Dzieduszyckiego z Wronek oraz dobra w Kruczu od Ignacego Goetzendorf–Grabowskiego. W ten sposób stał się posiadaczem majątku o powierzchni ok. 12 000 ha – jednego z największych w Wielkopolsce spośród należących do właścicieli niemieckich. Dobra gorajskie obejmowały tereny zarówno po południowej, jak i po północnej stronie Noteci, która od 1919 r. – po zakończeniu Powstania Wielkopolskiego – stała się rzeką graniczną między Polską a Niemcami.

 

Hrabia Wilhelm Bolko Emanuel von Hochberg (syn Jana Henryka XI oraz jego drugiej żony – Matyldy Urszuli zu Dohna-Schlobitten) urodził się 15 grudnia 1886 r. w Pszczynie. Dobra w Goraju odziedziczył w 1907 r. po śmierci ojca. Ożenił się z Zofią Anną Marią von Arnim, z którą miał troje dzieci: Elżbietę Ferdynandę (1910–1952), Jana Wilhelma Bernarda (1914–1945) i Annę Marię (1917–2000).

Hrabia Wilhelm Bolko Emanuel von Hochberg

Zofia Anna Maria von Hochberg z domu Arnim - żona hrabiego

Elżbieta Ferdynanda - starsza córka hrabiego

Jan Wilhelm Bernard von Hochberg -  syn hrabiego

Anna Maria von Hochberg  - młodsza córka hrabiego

Zamek Goraj

W pobliżu zamku wybudowano masztalernię z ujeżdżalnią koni i garażami, budynki straży pożarnej, ogrodnictwa oraz administracji leśnej. Wcześniej w Zdrojach (obecnie Gniewomierz) powstał drewniany dworek, który był pierwszą siedzibą Hochbergów na tym terenie, a po wybudowaniu Zamku pełnił funkcję dworku myśliwskiego.

Zdroje - obecnie Gniewomierz

Wystawa trofeów w Zdrojach

Gniewomierz

Pasje hodowlano - łowieckie i sygnalistykę myśliwską Hochbergowie kultywowali od pokoleń w Pszczynie ale też w rodzinie matki hrabiego Wilhelma Bolko Emanuela czyli wschodniopruskiego rodu von Dohna – Schlobitten w Słobitach. Również w otaczającej gorajski Zamek Puszczy Noteckiej wydzielono specjalne zagrody, nastawione wyłącznie na hodowlę jeleni. Zorganizowaniem gospodarstwa hodowlanego zajęli się Jan Targiel oraz Józef Kołoch – późniejszy łowczy hrabiego. W Zamku gościła i polowała głównie szlachta niemiecka, chociaż najokazalszego byka – „dwudziestaka” 18 września 1936 r. w rewirze Klempicz ustrzelił książę Czartoryski.


Sposób, w jaki hrabia traktował ludzi sprawił, że w pamięci okolicznych mieszkańców pozostał człowiekiem uczciwym i sprawiedliwym. Zmarł nagle na serce w majątku swojej matki w Dąbrowie Niemodlińskiej (Śląsk Opolski) 24 maja 1934 r. Pochowany został 2 czerwca w ulubionym miejscu niedaleko Zamku.

 

Na skraju Puszczy Noteckiej, w najpiękniejszym zakątku Szwajcarii Czarnkowskiej, znajduje się Zamek Goraj, wybudowany w latach 1909 – 1912 przez hrabiego Wilhelma Bolko Emanuela von Hochberg. Pierwowzorem dla tej neorenesansowej budowli był Varenholz – zamek w Westfalii.

 
Początkowo dobra gorajskie zarządzane były z głównej siedziby rodu z Pszczyny. W 1907 r., po śmierci księcia Jana Henryka XI, majątek gorajski odziedziczył jego syn, hrabia Rzeszy Wilhelm Bolko Emanuel von Hochberg, który w 1909 r. rozpoczął budowę zamku w Goraju. W 1910 r. z dóbr gorajskich ustanowiono dla niego fideikomis (dobra nie mogły być dzielone, majątek w całości dziedziczył najstarszy syn).


Dochód majątku pochodził głównie z rolnictwa i leśnictwa. W gospodarstwie w Ciszkowie powstała gorzelnia, a w Smolarach tartak, do którego drewno dowoziła specjalnie pobudowana kolejka wąskotorowa. Przez kilka lat w głębinowej kopalni niedaleko Krucza, Hochbergowie eksploatowali węgiel brunatny. W latach 1885 – 1915 na dużą skalę prowadzili intensywne zalesienia na zdewastowanych nadmiernym wyrębem i zniszczonych przez gradację szkodników terenach leśnych. Cały areał leśny podzielony był na 3 nadleśnictwa – Krucz, Klempicz i Goraj.

Łowczy Józef Kołoch - 1937 r.

Hrabia Jan Wilhelm Bernard von Hochberg i Józef Koloch - 1938 r.

Oczkiem w głowie wszystkich trzech panów na Goraju była hodowla jeleni. Tradycja hodowlano – łowiecka i sygnalistyka myśliwska zapoczątkowane zostały przez Hochbergów w ich dobrach w Pszczynie. Dlatego trudno się dziwić, że w otaczającej gorajski Zamek Puszczy Noteckiej wydzielono specjalne zagrody, nastawione wyłącznie na hodowlę jeleni. Zorganizowaniem gospodarstwa hodowlanego zajęli się Jan Targiel oraz Józef Kołoch, który pełnił również funkcję łowczego hrabiego. Duże, wylesione tereny, stałe dokarmianie zwierząt w zagrodach oraz prawidłowo prowadzona selekcja spowodowały, że w stosunkowo krótkim okresie wyhodowano wspaniałą populację jeleni. Polowania odbywały się wyłącznie w okresie rykowiska, od końca lipca do połowy października, a strzelano jedynie do wyselekcjonowanych samców – byków. W Zamku gościła i polowała głównie szlachta niemiecka, chociaż najokazalszego byka, „dwudziestaka” (na obu tykach poroża było łącznie dwadzieścia odgałęzień), 18 września 1936 r. w rewirze Klempicz strzelił książę Czartoryski. Trofeum – poroże strzelonego jelenia oraz sześć, a czasami nawet siedem kompletów jego wcześniejszych zrzutów, miało wartość samochodu osobowego.

W środku hrabia Wilhelm Bolko Emanuel von Hochberg

Z lewej Jan Wilhelm Bernard von Hochberg

Hrabia Wilhelm Bolko Emanuel von Hochberg zmarł nagle na serce w majątku swojej matki w Dąbrowie Niemodlińskiej (Śląsk Opolski) 24 maja 1934 r. Pochowany został 2 czerwca w ulubionym miejscu niedaleko Zamku. Sposób, w jaki traktował ludzi sprawił, że w pamięci okolicznych mieszkańców pozostał człowiekiem uczciwym i sprawiedliwym.

Zdjęcie ślubne Margarety i Jana Wilhelma Bernarda von Hochberg

Ostatnim panem na Goraju został hrabia Rzeszy Jan Wilhelm Bernard von Hochberg, urodzony w 1914 r. w Goraju. Kontynuował łowieckie tradycje swoich zacnych przodków. Pod koniec II Wojny Światowej został wcielony do armii niemieckiej i wysłany w okolice Trzemeszna k/Gniezna. Śmiertelnie postrzelony w styczniu 1945 r. przez niemieckiego żandarma niedaleko Obornik, zmarł w drodze do Zamku. Pośpiesznie pochowano go na ewangelickim cmentarzyku w Ludomkach. Dwa dni później hrabina Anna Maria Zofia wraz z córkami opuściła Zamek Goraj. W obawie przed nadciągającą armią radziecką, ewakuowały się do Niemiec.

 

Hrabianka Elżbieta Ferdynanda osiadła w Bethel niedaleko Bielefeld, gdzie zmarła w 1952 r. Hrabina Anna Maria Zofia wraz z młodszą córka Anną Marią zamieszkały w Lindau nad Jeziorem Bodeńskim. Hrabina zmarła 5 listopada 1984 r. dożywszy wieku 98 lat, natomiast hrabianka Anna Maria 4 września 2000 r. Ta ostatnia po wojnie odwiedziła Goraj trzykrotnie (ostatni raz w 1991 roku).

 

Obecni gospodarze obiektów zamkowych utrzymują kontakty z córką Anny Marii – Katarzyną von Vegesack, która odwiedziła Goraj już pięciokrotnie. Między innymi gościła w zamku w maju 2008 r., uświetniając uroczystość poświęcenia nowego krzyża na grobie jej dziadka, Wilhelma Bolko Emanuela von Hochberg oraz we wrześniu 2012 r. podczas obchodów 100 – lecia zamku.

 

Jeszcze jeden zamek należał do Hochbergów. Mowa tutaj o zamku w Roztoce.

 

Zamek w Roztoce (niem. Rohnstock) powiat świdnicki, gmina Dobromierz) należał do Hochbergów w latach 1497-1945. W drugiej połowie XIX i w pierwszej połowie XX wieku był oficjalną rezydencją hrabiowskiej gałęzi Hochbergów, wywodzącej się od młodszego brata księcia Jana Henryka XI, kompozytora i dyrektora teatrów cesarskich w Berlinie, hrabiego Bolka Jana Henryka XIV i jego potomków. Dziś w rękach prywatnych.

Początki Zamku w Roztoce

Już w XIV wieku w Roztoce istniał zamek nawodny. W 1374 roku jako właściciel majątku rycerskiego wzmiankowany był Hentschel von Reibnitz. Jego potomek Christoph II sprzedał Roztokę 2 stycznia 1497 roku Conradowi I von Hochberg, staroście zamku grodzieckiego i księstwa świdnicko-jaworskiego. Po śmierci Konrada zamek odziedziczył jego syn Georg, który wprowadził w swoim majątku religię protestancką. W XVI wieku zamek przebudowano w stylu renesansowym. W opisach pochodzących z czasów wojny trzydziestoletniej mowa jest o dwóch murowanych domach mieszkalnych otoczonych fosą. Jeden z nich należał do Conrada, a drugi do jego brata Christopha. 5 marca 1650 roku, wraz ze śmiercią syna Christopha – Conrada, wygasła linia Hochbergów na Roztoce. Zapis testamentowy majątku na rzecz jego wuja Hansa Heinricha I – Pana na Książu, sprawił, że majątek pozostał w rękach rodu.

 


Gruntowna przebudowa renesansowego zamku na okazałą rezydencję w stylu barokowym miała miejsce za panowania Hansa Heinricha III i ukończona została w 1725 roku, o czym zaświadcza inskrypcja do dziś zachowana na dzwonie umieszczonym na zamkowej wieży. Autorem przebudowy był zapewne pracujący równolegle na Zamku Książ architekt Feliks Anton Hammerschmidt. Z tego okresu zachowała się zasadnicza bryła zamku wraz z wieżą od strony południowej oraz okazała, dwukondygnacyjna sala balowa z wystrojem malarskim plafonu. W tym samym czasie, na wschód od zamku założono ogród, zgodnie z modną wówczas francuską sztuką ogrodową, wzbogacony o różnorakie urządzenia parkowe, pawilony i rzeźby ogrodowe, z których do dziś zachowały się oranżerie i tzw. favorita – ogrodowa altana, służąca do odpoczynku i picia herbaty. O wyglądzie rezydencji w tym czasie zaświadczają rysunki wykonane przez Friedricha Bernharda Wernera.

W czasie wojen Śląskich Roztoka znalazła się na arenie wydarzeń wojennych. Po bitwie zwyciężonej przez armię pruską bitwie pod Dobromierzem 4 czerwca 1745 za swoją kwaterę wybrał Roztokę Król Fryderyk II. Ponoć był tak oczarowany pałacowym ogrodem, że nocował w namiocie pod gołym niebem. Na pamiątkę swojego pobytu w Roztoce podarował on ówczesnemu właścicielem zamku Hansowi Heinrichowi IV swój portret, który do 1945 roku był najcenniejszą ozdobą pałacowych wnętrz.

Fryderyk II Wielki

Hans Heinrich XIV, Bolko Graf von Hochberg auf Rohnstock, Frieherr zu Furstenstein

Urodził się 23 I 1843 r. w zamku Książ (Fürstenstein) na Śląsku. Po studiach prawniczych w Bonn i Berlinie przez dwa lata pracował jako attaché wojskowy ambasady Prus w Petersburgu i Florencji, skąd powrócił do swej posiadłości, zamku Rohnstock (Roztoka), aby poświęcić się studiom muzycznym. Jako kompozytor tworzył pod pseudonimem Johann Heinrich Franz. Był autorem opery „Folkenstein”, wydał wiele pieśni chóralnych i solowych, symfonii, tercetów, kwartetów oraz koncertów fortepianowych. Był twórcą Śląskich Festiwali Muzycznych w Görlitz (Zgorzelec). Jego działalność artystyczna i zdolności organizatorskie zwróciły uwagę dworu i w 1868 r. Cesarz Wilhelm I powołał go na stanowisko dyrektora Królewskiego Instytutu Teatrów w Berlinie. Odchodząc w 1902 roku był generalnym intendentem tej instytucji.


Zmarł 1 XII 1926 r. w prywatnym uzdrowisku Hochbergów, Szczawnie -Zdroju. Pochowano go w Roztoce. Hans Heinrich XIV, Bolko Graf von Hochberg za zasługi w dziedzinie popularyzowania muzyki został honorowym obywatelem miasta Görlitz. W Berlinie upamiętniono go nadając jednemu z placów nazwę Hochbergplatz.


Po śmierci kompozytora jego twórczość powoli ulegała zapomnieniu. Dopiero po latach prawnuk, hrabia Peter Konrad Friedrich von Hochberg (ur. 02 IV 1956 r. w Nadrenii) wraz z żoną, Anne Marie Rüther, zebrali twórczość pradziadka, na nowo odkrywając tego twórcę dla miłośników muzyki. Efektem ich pracy była płyta.

Największy rozkwit rezydencji w Roztoce przypada na XIX w. Obecny kształt i wystrój zawdzięcza zamek gruntownej przebudowie, jaka miała miejsce w latach 70-tych XIX wieku. Autorem projektu był nadworny architekt Hochbergów – Olivier Pavelt. Zmieniono wówczas wystrój elewacji, pozostawiając jednak nienaruszoną bryłę pałacu. Nowy wystój zyskały pałacowe wnętrza, ozdobione kosztownymi gobelinami, boazeriami, kunsztownymi sztukateriami i malowidłami. W stanie oryginalnym pozostawiono jedynie salę balową z okazałym, malowanym plafonem. Zleceniodawcą tej przebudowy był ówczesny właściciel Roztoki – Hans Heinrich XIV Bolko hrabia von Hochberg, znany w swoim czasie kompozytor, dyrektor Teatru Królewskiego, a następnie Opery Dworskiej w Berlinie. W reprezentacyjnych wnętrzach pierwszego piętra pałacu (piano noble) urządził Bolko własny salon muzyczny, w którym na honorowym miejscu stał jego fortepian.

Jednocześnie z przebudową pałacu urządzono w stylu angielskim rozległy park, o charakterze krajobrazowym, stanowiący naturalną otulinę przyrodniczą całego założenia.

Hrabia Bolko von Hochberg należał do najznamienitszych postaci w całej historii rodu. W 1858 roku odziedziczył Zamek w Roztoce wraz z dobrami w Nowy Zamek-Wierzchowice koło Milicza. Za czasów hrabiego Bolka rodzina Hochbergów znajdowała u szczytu swojej potęgi i zaliczała się do najbardziej wpływowych i majętnych elit pruskiej arystokracji. W tym okresie majątek roztoczański obejmował 1.271 morgów ziemi i przynosił prawie 3.300 talarów rocznego dochodu. Potwierdzeniem wyjątkowej pozycji rodu była pamiętna wizyta dwóch Cesarzy w Roztoce. 17 września 1890 roku przy okazji manewrów wojskowych w zamku gościł Cesarz Austro-Węgier Franciszek Józef I i Cesarz Niemiec Wilhelm II.

 

Hrabia Hans Heinrich XIV Hochberg, właściciel dóbr w Roztoce i dominium Nowy Zamek-Wierzchowice, miał okazję podejmować przed I Wojną Światową kajzera. Cesarz miał bowiem zwyczaj bywać na corocznych polowaniach u któregoś ze śląskich arystokratów. Kiedyś zapowiedział się u hrabiego Hochberga w Wierzchowicach koło Milicza. Wilhelm II przyjechał z Wrocławia swoim cesarskim pociągiem. Wysiadł w pobliskich Krośnicach, gdzie położony był słynny na całe Niemcy zakład leczniczy dla chorych psychicznie, prowadzony przez hrabiów Recke-Volmerstein. Oni to obiecali Hochbergowi, że obsadzą szpalerem ludzi drogę łączącą Krośnice z Wierzchowicami. Ponieważ Krośnice nie miały wielu mieszkańców, ze szpitala ściągnięto „lżejsze przypadki” chorych psychicznie. Cesarz wysiadł ze swej salonki na krośnickiej stacji. Przywitał się z okoliczną szlachtą i mieszkańcami, po czym wsiadł do eleganckiego, czterokonnego zaprzęgu hrabiego Hochberga. Kiedy powóz ruszył - tłum zaczął wiwatować. Największym temperamentem i entuzjazmem odznaczyli się pacjenci lecznicy wyjąc chwilami nieludzko. Aplauz, jaki zgotowali kajzerowi, był tak radosny i głośny, że poniosły konie. Spłoszone rumaki puściły się galopem, stangret nie mógł zapanować nad zaprzęgiem, a po bokach stał rozwrzeszczany tłum. Zwierzęta dały się okiełznać dopiero po kilku kilometrach w Wierzchowicach. Pod pałacem struchlały z przerażenia stangret nie mógł zejść z kozła. Blady Hochberg, z przyklejonym do ust niepewnym uśmiechem udawał, że nic się nie stało. Za to monarcha promieniał szczęściem. Jego próżność została w pełni zaspokojona wyrażoną tak żywiołowo radością. Usatysfakcjonowany równie gorącym, co spontanicznym przyjęciem, ufundował ze swych prywatnych środków budynek stacji kolejowej w Wierzchowicach, stojący tam po dziś dzień. Wilhelm II nigdy nie dowiedział się, komu zawdzięczał to entuzjastyczne powitanie. (źródło: http://ireneusz-kowalski.com ).

Wierzchowice

 Cesarz Austro-Węgier Franciszek Józef I i Cesarz Niemiec Wilhelm II w Roztoce

W 1860 roku przy znacznym współudziale finansowym Hochberga został wzniesiony w Roztoce nowy kościół protestancki, wzorowany na cesarskiej katedrze w Spirze.  W krypcie kościoła urządzono rodowe mauzoleom Hochbergów. W 1889 roku z inicjatywy hrabiego wybudowano w Roztoce pierwszy dworzec kolejowy, połączony linią kolejową z Strzegomiem, Jaworem i Bolkowem. Wieś stopniowo zyskała bardzo nowoczesną infrastrukturę, której mogło jej pozazdrościć niejedno dolnośląskie miasteczko.


W trudnych wojennych latach II Wojny Światowej właścicielem Zamku w Roztoce był hrabia Hans Heinrich XVIII. Już w 1942 roku musiał on udostępnić niektóre pomieszczenia zamku dla potrzeb Wermachtu. Najciekawszym wojennym epizodem w historii zamku jest fakt, że jego pomieszczenia zostały wykorzystane jako składnica muzealna dla cennych książek i archiwaliów ewakuowanych m.in. z Pruskiej Biblioteki Państwowej, archiwów i bibliotek wrocławskich oraz bezcennych obrazów ze Śląskiego Muzeum Sztuk Pięknych we Wrocławiu. W zamku schowano również część zbiorów wywiezionych z pobliskiego Książa. Jeszcze przed wkroczeniem do Roztoki Armii Czerwonej najcenniejsze zbiory zostały zabezpieczone i wywiezione osobiście przez głównego konserwatora Prowincji Śląskiej prof. Grundmanna. W lutym 1945 roku skończyła się prawie 450-letnia historia Hochbergów w Roztoce. Pałac uległ uszkodzeniu a pozostałe wyposażenie zostało rozszabrowane.


Od 1945 do 1973 roku gospodarzem zamku była Huta Pokój z siedzibą w Rudzie Śląskiej. W zamku urządzano letnie kolonie dla dzieci pracowników zakładu. Następnie zabytkowy zespół przejęły Zakłady Kuziennicze i Maszyn Rolniczych „Agromet” z Jawora, które gospodarowały w zamku do 1989 roku. Po tym czasie rezydencję przeznaczono na potrzeby Ochotniczego Hufca Pracy. Po rozwiązaniu Hufca w zamku urządzono hotel robotniczy dla 30 rodzin. W 1990 roku zabytek przejęła Gmina Dobromierz, by dwa lata później sprzedać go w prywatne ręce. W budynku zamku wykonano jedynie podstawowe prace zabezpieczające. Od tamtej pory zamek pozostaje nieużytkowy, w tym czasie doszło do dewastacji wielu cennych elementów wystroju i wyposażenia. Z wnętrza zabytku zniknęły m.in. piękne piece kaflowe.


W lecie 2017 roku powodowani szczerą fascynacją i miłością do zabytków, obecni właściciele  postanawiają odkupić opustoszały zamek, a z rewitalizacji zabytku uczynić projekt swojego życia. Wiedzeni tym niegasnącym uczuciem, dzięki współpracy wieloma zaangażowanymi fachowcami i ludźmi dobrej woli, nie ustają w wysiłkach, aby w zabytkowe mury tchnąć nowe życie.

 

Wracając do dóbr Hochbergów, to rozkwit rodzinnego majątku Hochbergowie zawdzięczali głównie Janowi Henrykowi X oraz jego synowi z numerem XI, który od 1855 roku zarządzał fideikomisami. Jan Henryk XI należał do najbogatszych ludzi Cesarstwa Niemieckiego, przy okazji był świetnym i bardzo nowoczesnym gospodarzem. Zamknął okolice swojej rezydencji przed wielkim przemysłem. Wiedział również co to public relations, a bogactwo pozwalało mu działać z rozmachem. Budował kopalnie. Kosztem wielu milionów marek regulował rzeki i osuszał bagna, we współpracy z instytutami naukowymi prowadził wielkie prace melioracyjne, do uprawy roli wprowadzał nawozy sztuczne i maszyny, zalesiał okolicę i sprowadził żubry. Te zwierzęta były elementem dobrze przemyślanego marketingu – na polowania do dóbr pszczyńskich przyjeżdżali niemieccy Cesarze. A jak wiadomo nic tak nie zbliża mężczyzn jak polowanie, do tego udane, o co zawsze dbał książę. Polował tu Wilhelm II ale wcześniej także Wilhelm I.

 

"Pismo "Katolik" donosiło - "4 listopada, we czwartek 1869 roku do Pszczyny przybył Król Prus Wilhelm I Hohenzollern. Jak się wydaje wizyta ta ma charakter raczej prywatny i jej głównym elementem są codzienne polowania. W piątek - jak podaje czasopismo „Katolik” - ubito 20 saren, 242 zające, 7 królików, 680 bażantów, dwie kuropatwy, jednego lisa i jedną sowę.  W sobotę 6 listopada 1869 roku ówczesny król, a późniejszy Cesarz niemiecki Wilhelm I, pojechał do Murcków na polowanie żubrów i jeleni. Na południowym polowaniu król ubił jednego z żubrów, sprowadzonych w roku 1865 z Białowieży na wymianę  za 20 jeleni."


W „Katoliku” czytamy dalej: "Ruszone przez zaganiaczy zwierzę z dziką wściekłością prosto pędziło ku Królowi, który go zręcznie kulą powalił; żubr poskoczył i odebrał drugą kulę od Króla, która go powaliła. Huczny krzyk i żywe wiwaty na cześć szczęśliwego strzelca rozległy się po lesie. 7 listopada w niedzielę Król powrócił do Berlina."

 

Już wtedy honorowano ubite zwierzęta złomem. Najwcześniejszą informację o myśliwych udekorowanych złomem znalazłem w opisie polowania z 1869 r., w którym król Wilhelm I, późniejszy Cesarz Prus, położył żubra w lasach Jana Henryka XI Fürst von Pless. Przystrojona (...) złomem brać myśliwska kazała zagrać specjalnie na tę okazję skomponowaną „śmierć żubra” i gdy grzmiącą fanfarą oddano w tradycyjny sposób sprawiedliwość każdemu gatunkowi zwierzyny, Jego Królewska Mość (...) udała się do zamku myśliwskiego w Promnicach". Należy dodać, że zwierzyna upolowana u Plessów, leżąca na pokotach, przykryta była dużymi złomami świerkowymi, zakrywającymi całą niemal komorę, miały one także charakter dekoracyjny.

 

W listopadzie 1909 roku Wilhelm II upolował wraz z dziesięcioma myśliwymi 1110 bażantów, z czego Cesarz osobiście ustrzelił 440 szt. Następnego dnia podczas samotnej wyprawy Cesarz ubił 8 dzików i 2 żubry. Jeden z nich, po wypchaniu, został pokazany na XVI Niemieckiej Wystawie Poroży w Berlinie.

 

O dobrach pszczyńskich i polowaniach na tym terenie dużo informacji znajduje się w Muzeum Zamkowym w Pszczynie i w publikacjach wydanych przez to Muzeum. Poniższe informacje pochodzą z książek: "Poroża jeleni - katalog zabytków. Autorzy: Izabela Wierzbowska, Jan Kruczek, Witold Brągiel", "Nieznane rysunki Ferdynanda hrabiego Harracha w księdze polowań księcia pszczyńskiego Hansa Heinricha XI von Hochberga. Autor: Jan Kruczek", "Z dziejów muzycznych Panów i Książąt Pszczyńskich. Autor: Jan Kruczek".


Lasy pszczyńskie zawsze słynęły z doskonałych jeleni szlachetnych. Były one przedmiotem wielkiej troski właścicieli dóbr pszczyńskich, zwłaszcza książąt Anhalt - Köthen Pless (1765 - 1846) oraz ich następców Hochbergów z Książa na Dolnym Śląsku. Wyznaczono dla jeleni ogrodzone zwierzyńce obejmujące obszar o powierzchni ponad 22 tys. ha. Zapewniając im doskonałe warunki bytowania i rozmnażania oraz ochronę książęcej służby leśnej. W 1855 roku dobra pszczyńskie objął we władanie książę Hans Heinrich XI Hochberg von Pless (1833 - 1907).  Był on znakomitym myśliwym. Na jelenie polował zarówno konno jak i pieszo. W Pszczynie zainicjował nowoczesną gospodarkę łowiecką. Dbał o stany zwierzyny łownej, zwłaszcza jelenia szlachetnego. Podjął także próby wsiedlania kanadyjskiego jelenia wapiti (1861 r.) oraz jelenia sika.

Książańska służba leśna na pamiątkowym zdjęciu z 1873 roku

Leśnicy pszczyńskiego księcia  - źródło: https://lekkim-okiem-m.blogspot.com

Gajowy Jana Henryka XI i zrzuty poroża jeleni z rewiru leśnego księcia pszczyńskiego - fot. archiwum Andrzeja Brandysa

Książę wynalazł używany po dziś dzień róg myśliwski, zwany na jego cześć Fürst-Pless-Jagdhorn. Warto zacytować artykuł Pana Jerzego Szołtysa pt. Srebrna Plesówka, który bardzo ciekawie opisuje historię tego rogu.


„Historia rogu myśliwskiego jest tak stara jak ludzkość. Już w epoce kamiennej używano do porozumiewania się naturalnych, przewierconych rogów turów lub innych pustorożców. W XVII i XVIII wieku nieodłączną częścią polowań dworskich był róg myśliwski typu Parforce. Doskonałą dokumentację tych łowów możemy podziwiać do dziś na litografiach Johanna Eliasa Ridingera (1698-1767) – malarza i rektora Akademii Sztuki w Augsburgu.
 
XIX wieku jednak tradycyjne konne polowania Parforce zaczęły powoli zanikać. Również w wyniku rewolucyjnych zmian z 1848 roku (Wiosna Ludów) pogłowie zwierzyny w Europie uległo drastycznej redukcji. Wiązało się to z przyznaniem prawa polowania drobnym właścicielom gruntów. W ówczesnych Prusach zwierzynę prawie że wytępiono. Po śmierci Jana Henryka X w 1855 roku, Księstwo pszczyńskie przejął jego syn Jan Henryk XI. Jako dobry gospodarz i zapalony myśliwy przystąpił do mozolnej odbudowy stanu zwierzyny sprzed Wiosny Ludów. Po kilku latach doprowadził gospodarkę łowiecką na ziemi Pszczyńskiej do wzorcowego stanu na skalę europejską. Na ten okres przypada na przykład budowa pałacyku myśliwskiego Promnice (1861r.). Wtedy to książę zauważył, że bez sygnałów porozumiewawczych na polowaniach trudno się obejść. Pamiętajmy, że nie było wtedy takich dóbr techniki jakimi dysponujemy obecnie. Rogi Parforce odchodziły w niepamięć, bo skończył się czas polowań konnych, a nastał czas polowań pędzonych pieszych i z podchodu. Róg Parforce, choć miał miękki, pełny dźwięk był jednak za duży i nieporęczny przy tej nowej formie polowań. Trudno było z nim przedzierać się przez zarośla, zagajniki i mokradła.

Książę Jan Henryk XI był bardzo muzykalny. Po przeglądzie wszystkich dostępnych w owym czasie instrumentów dętych stwierdził, że albo są za skomplikowane, albo za mało odporne mechanicznie do pracy w terenie. Zlecił więc wykonanie nowego wzoru instrumentu, który nazwano jego imieniem – Fürst Pless. Zaczął lansować w Europie zarówno ten nowy róg, jak i sygnały rodem z Pszczyny. Z dużą pomocą przyszedł mu niejaki J. Rosner – właściciel księgarni w Pszczynie. Księgarz ten był również bardzo muzykalny i w porozumieniu z Księciem, po wielu poprawkach, wspólnymi siłami, wydali w 1878 roku książeczkę z zapisem nutowym sygnałów, które praktycznie obowiązują do dziś.


Służba leśna w dobrach pszczyńskich, w miesiącach letnich często miała treningi w graniu na rogach połączone ze strzelaniem na strzelnicy do tarczy i celu ruchomego. Pomimo to, niewielu było leśników, którzy bezbłędnie potrafili zagrać w każdych warunkach pogodowych, np. w czasie silnego mrozu, wiatru lub gdy mieli problemy zdrowotne. Każdego roku 10 września, w dniu urodzin „starego księcia” (jak nazywano Jana Henryka XI), leśnicy pszczyńscy musieli prezentować swoje umiejętności w graniu na Plesówce (polska nazwa instrumentu) i strzelaniu. Dla najlepszych książę fundował cenne upominki. Tradycja ta była również kontynuowana po jego śmierci w 1907 roku. Zbiegało się to z początkiem rykowiska. Od 11 września przybywali do zameczku Promnice goście na polowania i przebywali tam praktycznie do połowy października.


W 1905 roku, w 50-tą rocznicę objęcia dóbr pszczyńskich, Jan Henryk XI otrzymał w prezencie od swoich myśliwskich przyjaciół, specjalnie wykonany na zamówienie róg pszczyński ze srebra. Książę używał tego instrumentu osobiście na reprezentacyjnych polowaniach. Po jego śmierci w 1907 roku, róg ten długie lata wisiał na ścianie w zamku Promnice, wśród broni i innych akcesoriów myśliwskich.


Ostatni łowczy książęcy Willy Benzel, który przybył do Pszczyny w październiku 1911 r. i pracował tam do końca 1937 roku, doskonale znał ten instrument. Jako, że sam był uzdolnionym sygnalistą wielokrotnie miał okazję go wypróbować. Opisuje, że miał odmienną barwę, od tych z mosiądzu. Podczas III Powstania Śląskiego, w nocy z 2 na 3 maja 1921 roku, uzbrojona grupa ludzi wtargnęła do zamku Promnice i zrabowała wiele cennych przedmiotów, w tym broń i srebrną Plesówkę. Nie wiadomo co się z nią stało – może jeszcze gdzieś istnieje? Pomimo poszukiwań nie udało się autorowi tego tekstu znaleźć jakiejkolwiek informacji na temat owego napadu na zamek. Może któryś z czytelników słyszał o tym wydarzeniu od swoich dziadków? Prosimy o kontakt z redakcją.


O srebrnej Plesówce pisze też ekspert w tej dziedzinie, prof. Uwe Bartels w swojej książce „Das Fürst-Pless-Horn und seine Tradition” (Róg pszczyński i jego tradycja). Ustalił on, że róg ten wykonany był ze srebra próby 800, przez firmę Eduard Kruspe z Erfurtu. Ważył 80 g – więcej niż taki sam instrument z mosiądzu. Instrumenty ze srebra były trudne do wykonania w owym czasie, gdyż materiał ten różnie zachowywał się przy kuciu.


Powołana w 1952 roku Fundacja „Hessischer Jägerhof ” zleciła wykonanie kilku kopii tej zaginionej srebrnej Plesówki. Stanowiły one trofeum przechodnie w krajowych zawodach zespołów sygnalistów myśliwskich do końca lat 70- tych XX wieku. Po trzech wygranych konkursach przechodziły na własność zespołu.”

Dokarmianie dzików

W 2017 roku ciekawy tekst o wapiti w Pszczynie przesłał mi Pan Andrzej Brandys z Kobiór, który, z małymi skrótami, w całości cytuję:

 

Do dnia dzisiejszego nie jest ustalona konkretna data kiedy jelenie wapiti dotarły do Pszczyny. Podaje się 1861 rok i w tymże roku tak je opisuje główny zarządca lasów Pszczyńskich von Aurich. Do dóbr Pszczyńskich wapiti dotarły pociągiem a transport trwał trzy dni, zostały ulokowane w Międzyrzeczu bo tam mieściła się ich zagroda, las ten a może inaczej, ten rejon Nadleśnictwa Pszczyna był najczęściej wybieranym terenem do reintrodukcjii jakiegoś gatunku. To tutaj była zagroda dla danieli sprowadzonych w 1854 roku oraz w późniejszym czasie żubrów, które zresztą jeszcze tam bytują. Książę zakupił 14 sztuk tych jeleni ponieważ był zapalonym myśliwym i tak to opisał w swoich wspomnieniach: "Ponieważ jeleń, a szczególnie duży jeleń (tak go podówczas nazywano dop. autora), jest tym zwierzęciem, do którego upolowania rwie się serce każdego gorliwego myśliwego, to od czasu, gdy zostałem właścicielem moich własnych rezerwatów łowieckich, dążę nieustannie do tego, aby nie tylko polować na możliwie największe jelenie, lecz również do tego, aby poprzez pielęgnację i ochronę dorobić się możliwie dużych jeleni. Z żyjących do dzisiaj gatunków jeleni za  największego zarówno pod względem masy ciał   również    rozmiarów    poroża należy niewątpliwie uznać kanadyjskiego jelenia ogromnego (wapiti), Cervus canadendis; osiedlenie tego gatunku jelenia w moich lasach było celem moich marzeń".

 

Krzyżowanie jelenia wapiti z pszczyńskim jeleniem szlachetnym nie powiodło się i w efekcie zrezygnowano z tej hodowli, chociaż domieszka krwi wapiti na pewno spowodowała u pszczyńskich jeleni szlachetnych niespotykane wagi poroży. Mieszańce przewyższały swoją masą i wielkością poroża byki jelenia szlachetnego, prawie dorównywały wielkością jeleniom wapiti, czteroletni mieszaniec nosił już wieniec czternastaka dorównując jego wielkością 9 letniemu jeleniowi szlachetnemu na grubych i mocnych odnogach. Dobre poroże u miejscowego szlachetnego jelenia łownego ważyło po zrzuceniu 6-7 kg, natomiast u ośmioletniego jelenia-krzyżówki, czyli takiego, który jeszcze długo nie będzie zwierzęciem łownym, poroże ważyło 8-9 kg, a u jelenia łownego do 13 kg. Uległ natomiast zmianie ich głos, był pół na pół rykiem byka wapiti i szlachetnego. Mimo starań jelenie wapiti padały, również mieszańce. Również spodziwane formy wieńca u mieszańców nie były zadowalające i książe zrezygnował z ich hodowli. Nadleśniczy Mayer tak opisał wieńce byków. Na wieńcach wapiti widzimy wyraźnie drabiniasta budowę korony, która w zasadzie nie jest żadną koroną tylko przedłużeniem tyk w bok i w górę skierowanymi końcówkami. Wieniec ten jest całkowicie jasno brunatny prawie bez uperlenia i stosunkowo cienki. Do 1884 roku zakończono wprowadzanie i eksperymentowanie z jeleniem wapiti w lasach pszczyńskich, większość sztuk została sprzedana reszta teoretycznie zlikwidowana".

Głaz Wilhelma I stoi w rezerwacie ,,Żubrowisko"

Nie dysponuę opisem polowania, którego ten głaz dotyczy. Wiadomości i fotografie o nim zaczerpnąłen ze strony internetowej http://www.jeleniepszczynskie.fora.pl.

Wiadomo, że głaz ustawiono na pamiątkę drugiego pobytu i polowania w Pszczynie Cesarza Wilhelma I w 1876 r.

 

Przetłumaczony na język polski wyryty na kamieniu napis

Internauta o nicku "tutejszy" podaje ciekawe informacje o powyższym głazie i poniższym porożu jelenia. "(...) ponieważ na tym kamieniu nie ma uwiecznionego 4 byka, który też został wtedy pozyskany przez Wilhelma I. Był to 16 tak ,byk ten chyba miał najcięższe poroże jakie zostało w naszych lasach pozyskane ale należy zaznaczyć że była to krzyżówka naszego jelenia z jeleniem wapiti (były sprowadzone w 1861 r) a że przestały się podobać księciu , popadły w jego niełaskę dlatego zostały wyeliminowane z naszych lasów ale należy zaznaczyć że geny tych jeleni jeszcze są przekazywane bo można czasami znaleźć zrzut czy spotkać jelenia z charakterystycznym kształtem poroża

Wieniec mieszańca wapiti z jeleniem szlachetnym strzelony w Pszczynie przez Wilhelma I 17 listopada 1876 r.

Udała się za to reintrodukcja żubrów. W wyniku wymiany z Carem Rosji Aleksandrem II, za 20 pszczyńsich jeleni sprowadzono z Puszczy Białowieskiej 4 żubry, które dały początek hodowli tych zwierząt. Z żubrów pszczyńskich, po 1919 roku,  nomen omen odrestaurowano żubry w Puszczy Białowieskiej.

Żubry pszczyńskie

Żubry w Pszczynie

Karmniki dla żubrów

Słynne carskie polowanie Cara Alekssandra II w Białowieży odbyło się 6 i 7 października 1860 roku. Pierwsi goście: książęta Karl i Albert von Preussen, August von Württemberg, Friedrich von Hessen-Kassel, Karl von Sachsen-Weimar przybyli do Białowieży w nocy z 4 na 5 października. Wśród nich prawdopodobnie był Hans Heinrich von Hochberg XI, który na tym polowaniu strzelił swojego pierwszego żubra. Książę miał wtedy 27 lat i w trzy lata później został członkiem dworu pruskiego a pięć lat później sprowadził, na drodze wymiany z Carem Aleksandrem II, żubry do Pszczyny.

 

Wiemy zatem, że sam książę pszczyński na żubra zapolował jeden jedyny raz w Puszczy Białowieskiej, kilka lat przed zdarzeniem sprowadzenia tych zwierząt do siebie. Nigdy nie wziął za cel żubra w swoich włościach. Wiemy też, że do odstrzeliwania na polowaniach w lasach pszczyńskich żubrów, następowała selekcja zwierząt. Najczęściej były to zwierzęta sprawiające kłopoty w stadzie, nie rozpłodowe i inne.  Widać tu znajomość tematu, troskę i jakieś dziwne umiłowanie księcia dla żubra, objawiające się wstrzemięźliwością strzelecką.

 

Tak więc pierwszego żubra w lasach pszczyńskich upolował w 1869 r. Cesarz Wilhelm I a ostatniego łowczy pszczyński Willy Benzel. Dobrze rozwijające się stado wyniszczyły dwie wojny światowe. Ostatni łowczy księcia pszczyńskiego, Willy Benzel, przybył do Pszczyny w październiku 1911 roku i sprawował tę funkcję do 1937 roku.

Po polowaniu w Jankowicach 1931 r. Willy Benzel w środku z lornetką

Willy Benzel urodził się na Pomorzu w rodzinie o myśliwskich tradycjach. W 1911 roku, niedługo po zdobyciu wykształcenia leśnego, objął posadę łowczego (Wildmeister) na dworze księcia Hansa Heinricha XV von Hochberg w Pszczynie i pełnił ją przez dwadzieścia sześć lat. Zwolniono go dopiero w 1937 roku, kiedy administrację nad lasami pszczyńskimi przejęła polska administracja. Kolejną pracę znalazł niedaleko, bo nieopodal Toszka leżącego już po drugiej stronie granicy dzielącej region między dwa państwa, a pod koniec wojny wyjechał do Niemiec. Tam kontynuował myśliwską pasję, a z czasem także spisał swoje wspomnienia łowieckie.


Benzela, przynajmniej na ziemi pszczyńskiej, zapamiętano jako postawnego i eleganckiego mężczyznę. Choć polskim władał słabo, a podobno nawet do świń kazał mówić po niemiecku, chwalono go za hojność i przyjazne podejście do autochtonicznej, górnośląskiej ludności. Z niektórymi pracownikami leśnymi korespondował aż do śmierci, a tak było choćby z rodziną Pośpiechów z Międzyrzecza, która opiekowała się żubrami i inną zwierzyną.

 

Książęcy łowczy dużo uwagi poświęcał etyce łowieckiej. Krytykował nie tylko kłusownictwo, ale też bezrefleksyjne naciskanie na spust przy każdej okazji, co skutkowało tym, że zwierzyna nie ma czasu osiągnąć dojrzałego wieku, a trofea są liche.

 

Zacytuję teraz tekst z Internetu, który znalazłem na https://pl.wikipedia.org dotyczący Willy Benzela:

 

"W październiku 1911 roku po odbyciu służby wojskowej do dóbr księcia pszczyńskiego Jana Henryka XV przybył młody 22-letni leśniczy Willy Benzel. Został on pomocnikiem starego lędzińskiego leśniczego Järischa. Na mieszkanie Benzela wyznaczono dom gajowego Polko w rewirze Ławki. Ze spisanych przez Benzela wspomnień dowiedzieć się można, że podczas prac leśnych w rejonie Płonego Bagna, ówcześnie nazywanego Czarcim lub Diabelskim, miejscowi milkli i żegnali się bojaźliwie.


Płone Bagno (dawniej Diabelskie lub Czarcie Bagno, niem. Teufelsmoor) – użytek ekologiczny, znajdujący się w południowo-wschodniej części Katowic, w dzielnicy Murcki, na terenie kompleksu Lasów Murckowskich.


Zapytany o powód tego strachu gajowy Polko nie chciał odpowiadać, a miejscowi ludzie także bali się o tym rozmawiać. Wspominano o zabiciu leśniczego, oraz że latają tam błędne ognie a nocą słychać tajemnicze wycia i trzaski.


Dopiero leśniczy Järisch udzielił Benzelowi pełnej odpowiedzi. Powiedział on, że poprzednikiem ławeckiego gajowego Polko był gajowy Liszko, bardzo sprawny urzędnik leśniczy, prowadzący ostrą wojnę ze złodziejami drewna i kłusownikami. W marcu 1905 r. jednej soboty gajowy Liszko nie wrócił do domu. Podejrzewano, że został u któregoś z kolegów na grę w skata. Następnego dnia leśniczy jednak nie wracał. Policja wszczęła więc poszukiwania. Nie przyniosły one jednak efektów – Liszki nie znaleziono. Järisch powiedział jednak Benzlowi, że na jednej ze stert niedopalonego drewna na zrębie nieopodal Diabelskiego Bagna znaleziono nadpalony but Liszki. Wśród okolicznej ludności rozpowszechniły się informacje o złych duchach, które porwały gajowego. Urzędnicy książęcy o rozsiewanie tych plotek podejrzewali sprawców zniknięcia Liszki. Tajemnicze odgłosy dochodzące z bagna Järisch uzasadniał natomiast bytowaniem tam wielu rzadkich gatunków zwierząt m.in. sów, czapli i żab. Słyszane przez miejscową ludność tajemnicze trzaski to odgłosy walk byków danieli natomiast za błędne ognie uważano licznie tam występujące robaczki świętojańskie. Niektórzy opowiadali nawet, że widzieli wystającą z bagna rękę Liszki, był to jednak jedynie biały korzeń pokryty odchodami ptaków. Gajowy Polko także obawiał się tego miejsca i na Diabelskim Bagnie był zawsze ostrożny. Na pamiątkę tych wydarzeń obok Płonego Bagna stoi drewniana przydrożna kapliczka, którą opiekują się mieszkańcy Ławek.


Z Płonym Bagnem łączy się jeszcze jedna historia spisana przez Willego Benzela związana z występowaniem żmij w rejonie Płonego Bagna. Miejscowi mówili, że są one tak jadowite, że każde ich ukąszenie jest śmiertelne. Podczas czyszczenia rowów przydrożnych przez taką żmiję został ukąszony leśny robotnik Klimek. Wiedząc co go czeka wyraził ostatnie życzenie – chciał się napić wódki. Wypił jej cały litr, a po wytrzeźwieniu wyzdrowiał i powrócił do pracy".

Willy Benzel

Tak to wydarzenie opisuje on sam w książce pt. „Wovon Jäger heute nur noch träumen. Von kapitalen Hirschen, starkę Rehbӧcken, grobenSaunen Und anderm Wild” w przekładzie Pana Romana Sikory '"Pszczyńskie lasy. Bagna Polesia":

 

„Książę (Jan Hochberg XV) zlecił mi odstrzelenie starego Wodana – takie bowiem nadano mu imię.  Póki jednak pozostawał w zaszyty w mateczniku, nie mogłem mu nic zrobić, toteż 15 września 1937 r. poprosiłem paru robotników leśnych, żeby wycisnęli go z młodnika do starodrzewu. Ponieważ nawet przy wolnym poruszaniu się trzeszczały mu stawy, mogłem go usłyszeć już ze znacznej odległości. (Wodan jako cielę został postrzelony w 1923 roku przez bandę kłusowników. Odstrzelono mu ogon oraz otrzymał postrzał w miednicę i łopatkę, te postrzały odczuwał na starość – dop. autora).


Kiedy przechodził przez lukę w drzewostanie, przyłożyłem broń do ramienia; dostrzegł ten ruch z odległości pięćdziesięciu kroków, zatrzymał się i skoncentrował uwagę na mnie. Wiedziałem, że biorąc pod uwagę wysokość kłębu, serce u żubra jest położone bardzo nisko, i ulokowałem kulę jak należy.


Strzał zaznaczył dwukrotnym zrywnym galopem, o co trudno było podejrzewać dwumetrowej wysokości kalekiego kolosa; następnie stanął, szeroko rozstawił nogi, zachwiał się i padł martwy”.

 

W środku Willy Benzel, z lewej Jakub Pośpiech i prawej August Kaszyca

 

Ciekawostkę o innym pszczyńskim żubrze w artykule Pana Marka Szołtyska pt. "Śmierć żubra Zygfryda" z października 2015 r. (Dziennik Zachodni), cytuję w całości:

 

"Pszczyna  kojarzy się z żubrami - i dobrze, a w tym roku mija dokładnie 153 lata, jak tamtejszy książę von Pless Jan Henryk XI Hochberg sprowadził te potężne zwierzęta do swoich lasów. W maju 1865 r. pierwsze cztery żubry przyjechały do Pszczyny jako dar Cara rosyjskiego Aleksandra II, w zamian za co dostał od księcia pszczyńskiego 20 dorodnych jeleni. Dzisiaj jednak przedstawię nieznaną historię o pszczyńskim żubrze imieniem Zygfryd. Opowiedziała mi ją Renata Waliczek, która mieszka na Nikiszowcu, ale pochodzi z Góry koło Pszczyny. Ta historia rozpoczęła się około 1939 r., kiedy po wsiach Ziemi Pszczyńskiej, od domu do domu, chodził pewien żubr. Pewnie przegrał rywalizację w stadzie i odtąd żył samotnie. Nie bał się ludzi, nie wyrządzał im krzywdy, a nawet nie robił strat w uprawach zboża. Po prostu żubr ten odwiedzał domy, wchodził na podwórka, a ludzie karmili go sianem, warzywami czy owocami. Tego sympatycznego żubra nazywano Zygfryd.

Zdarzenie to jest może nieprawdopodobne, ale zachował się pewien dowód prawdziwości tej opowieści. Otóż dziadek Renaty Waliczek, Brunon Waliczek, około 1940 roku zrobił temu żubrowi kilka zdjęć. Publikowane tu zdjęcie zrobiono w Studzienicach, gdzie żubr Zygfryd stoi na podwórku gospodarstwa rodziny Komraus, a kobiety wyszły nakarmić go sianem. Zdjęcie niezwykłe i niezwykła to historia. To jednak nie koniec. Bo wieść o oswojonym żubrze dotarła do uszu Hermanna Goeringa, jednego z przywódców hitlerowskich Niemiec. A że był on zapalonym myśliwym i robił sobie wtedy pod Berlinem prywatne zoo, to nakazał, by mu przywieźć tego śląskiego żubra. I tak Zygfryd pojechał ze Śląska do Niemiec. Tam jednak z tęsknoty za swoimi pszczyńskimi ziemiami zaczął chorować. Wtedy Goering nakazał, by do opieki nad nim sprowadzić kilka znanych mu Ślązoczek ze Studzienic. Ale to nie pomogło - i żubr Zygfryd zmarł."

 

Lasy pszczyńskie zaczęły słynąć z polowań na jelenie i żubry. "Stary książę" Jan Henryk XI, będący Wielkim Łowczym Cesarstwa Niemiec, organizował więc słynne polowania. Zaświadcza o tym księga myśiwska z lat 1857 - 1901, znajdująca się w Muzeum Zamkowym w Pszczynie. Została założona w powodu wizyty i polowania pierwszego znakomitego gościa, księcia Fryderyka Wilhelma, późniejszego Cesarza Fryderyka III, ojca Wilhelma II.

Księga polowań z lat 1857 - 1901

Celem księgi było upamiętnienie nazwisk gości. Obok wspomnianego, pierwszego wpisu, znajdują się w niej adnotacje  m.in. Cesarza Wilhelma I, Cesarza Wilhelma II, arcyksięcia Franciszka Ferdynanda Habsburga, przedstawicieli arystokracji niemieckiej i austriackiej, dyplomatów i członków rodziny Pless - również Ryszarda zu Dohna.

Wilhelm II w Pszczynie 1901 rok

Polowanie w Pszczynie 1905 r.

Zameczek myśliwski w Promnicach

Jedno z wnętrz pałacyku w Promnicach

Chcąc zadbać o zwierzynę do łowów, a także uatrakcyjnić czas po polowaniach, w 1861r. nad Jeziorem Paprocańskim w Promnicach koło Pszczyny pobudowano zameczek myśliwski w stylu angielskiego neogotyku. Od razu stał się leśną rezydencją, a zarazem typową stanicą dla potrzeb polowań organizowanych przez rodzinę Hochbergów. Aby ułatwić księciu i jego gościom komunikację z zameczkiem myśliwskim z zamku w Pszczynie wytyczono drogę konną, tzw. Reitweg, prowadząca do Promnic, nazywaną Myśliwską. Aleja, podobnie jak inne prowadzące do pozostałych posiadłości np. główna aleja zamkowa do Pałacyku Ludwikówka, Dzika Promenada do Bażantarni w Porębie, czy inna do zdroju w Goczałkowicach lub folwarku Czarne Doły, przebiegały wśród fragmentów lasów, pól i stawów stwarzających odpowiedni nastrój przed łowami.

Hochbergowie, bowiem tradycje te po 1907 roku podtrzymywał następca "starego księcia" Jan Henryk XV, na polowaniach gościli znakomitych gości. Przede wszystkim  Cesarzy: Wilhelma I, Fryderyka III i  Wilhelma II.

Anna von Hochberg, przyrodnia siostra Jana Henryka XV, szwagierka Daisy: "Promnice były bardzo piękne i jedyne w swoim rodzaju. Mieszkało się tam w rodku lasu, nie oglądało się żadnych innych ludzi poza swoimi i tymi ze stajni. Można było wchodzić i wychodzić bez ciągłego mijania lokajów i portierów. Tam było się naprawdę wolnym".


"Kiedy szliśmy z ojcem [Janem Henrykiem XI - red.] aleją św. Jadwigi spotykaliśmy tam często starych ojców albo matki, a oni padali zawsze na kolana i całowali rąbki naszych sukni i płaszczy, całowali też w rękę. Bardzo pięknym starym zwyczajem było tamtejsze pozdrowienie: "Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus", na co myśmy odpowiadali "na wieki wieków, amen". Ludzie mówili to również po polsku, ale już nie wiem, jak to brzmiało".


"Prócz wielu koni, klaczy oraz dwu i czteroletnich źrebiąt znajdował się tam [przy stadninie] kurnik dla potrzeb zamku, w którym roiło się od wszelkiego ptactwa domowego, jak kury, gęsi i kaczki, a wiosną od małego przychówku".

Gęsi w Promnicach

Aleksander von Hochberg (Lexel) (pierwszy z prawej) z lokajem, pokojówkami i kucahrzem w Promnicach nad Jeziorem Paprocańskim

Aleksander (syn książnej Daisy i Hansa Heinricha XV) w samochodziku Tante Voss przed zameczkiem w Promnicach; fot. z ok. 1908 r.

Bracia Hans Heinrich XVII (Hansel) i Aleksander (Lexel) w Promnicach

Bracia Hans Heinrich XVII i Aleksander, synowie Jana Henryka XV i Daisy von Pless w Promnicach

Hans Heinrich XVII po polowaniu w Promnicach

 

W 2017 roku Pan Andrzej Brandys z Kobiór przesłał mi opisy polowań, które za Jego zgodą zamieszczam. Z opisów wynika, że były to rzezie zwierzyny w zagrodzonym zwierzyńcu.

 

"Nim żubry z Murcek zostały odesłane do lasów dolnych odbyły się tutaj dwa pierwsze polowania od prawie stu lat na ziemi Pruskiej. Jak przystało pierwszym który dostąpił tego zaszczytu był sam Pruski Król Wilhelm I. Polowania te było szeroko opisywane w różnych czasopismach tamtych czasów, pozwolę sobie przytoczyć dla przykładu parę z nich zachowując oryginalną pisownię. Polowania opisuje Nadleśniczy Prasse z Pszczyny:

 

Jedno z najbardziej rzadkich polowań zapisanych w kronikach myśliwskich odbyło się w dn. 6 listopada 1869 r. w należącym do Jego Książęcej Mości księcia Pszczyny nadleśnictwie Emmanuelssegen ( czytaj Murcki ). Po tym jak Jego Majestat, Król w swej własnej osobie zaszczycił wizytą Jego Książęcą Mość księcia Pszczyny, wziął on udział w zorganizowanym w dn. 5 listopada przez Jego Książęcą Mość księcia Pszczyny niezwykle owocnym polowaniu na bażanty, sarny i zające, podczas którego pomimo utrzymującej się niesprzyjającej pogody, która znacznie ograniczyła wynik polowania, ustrzelono 20 kozłów, 257 zajęcy, 806 bażantów, 2 kuropatwy, 7 królików, 1 lisa i 1 sowę. W sumie 1094 sztuki. 6 listopada w nadleśnictwie Emmanuelssegen, w rejonie chronionym Wygorzelle odbyło się paradne polowanie na zwierzynę płową, daniele i dziki, po którym nastąpiła wolna nagonka na żubry, które 4 lata temu Jego Książęca Mość zamienił u Jego Cesarskiej Mości Cesarza Rosji i które do tej pory rozmnożyły się z 4 do 8 sztuk.

Polowanie w Pszczynie

Śniadanie w lesie podczas przerwy w polowaniu

Polowanie na żubra, który zgodnie z tym, co podaje stary Flemming, już na początku ubiegłego wieku wskutek udostępnienia oraz przerzedzenia dużych środkowoniemieckich kompleksów leśnych zniknął z Niemiec Środkowych i został wyparty na Litwę oraz do Rosji, widzieli pewnie tylko nieliczni żyjący do dzisiaj szczęśliwcy z niemieckiego świata łowieckiego; dlatego dla niejednego myśliwego powinno być ciekawym dowiedzieć się czegoś więcej o przebiegu tej wyprawy myśliwskiej. Podczas polowania paradnego, które rozpoczęło się o godz. 10 i zakończyło o godz. 1 po południu, personel łowiecki w liczbie 60 naganiaczy starał się napędzić żubry, które z reguły trzymały się w stadzie, w kierunku rejonu leśnego Klein-Morzineck, gdzie na podwyższeniu znajdowało się stanowisko przeznaczone dla Jego Majestatu, dla którego Jego Książęca Mość przewidział odstrzał żubra. Po zakończeniu polowania paradnego spożyto śniadanie w urządzonej ze smakiem, przyozdobionej na sposób myśliwski jodłowymi i świerkowymi gałązkami hali, gdzie znamienitemu gościowi przyniesiono meldunek o tym, że naganiaczom udało się obstawić i zabezpieczyć wszystkie żubry we wspomnianym wyżej, liczącym ok. 200 mórg rejonie leśnym Klein-Morzineck.


Po krótkim odpoczynku po śniadaniu, Jego Majestat udał się na czele grupy myśliwych składającej się z najwyższych książęcych osobistości Śląska, poprzedzanej przez personel łowiecki w kierunku nagonki na żubra. Po dotarciu do linii naganiaczy, uczestniczące w polowaniu wysokie osobistości oraz personel łowiecki zatrzymali się, natomiast Jego Majestat w towarzystwie Jego Książęcej Mości księcia Pszczyny oraz pierwszego wielkiego łowczego, hrabiego zu Stolberga wszedł na teren nagonki i udał się do oddalonego o zaledwie kilkaset kroków stanowiska urządzonego w przestronnym drzewostanie świerkowym i olchowym, w odległości ok. 20 kroków od przepływającej przez rewir rzeczki Dupine. Teraz należało podprowadzić żubry na odległość strzału Jego Majestatu. W tym celu obaj łowczy wraz z leśniczym tego rewiru udali się do nagonki i starali się wolno i ostrożnie skierować zwierzynę w kierunku Jego Majestatu, podczas gdy krąg naganiaczy stał w miejscu i miał jedynie za zadanie zatrzymanie przy pomocy hałasu zwierzyny, w razie gdyby ta chciała przedrzeć się przez linię nagonki. Jednak te zazwyczaj dosyć ociężałe zwierzęta były zaniepokojone przygotowaniami do polowania, w szczególności obstawieniem linii nagonki; stały się płochliwe i początkowo naganiający je urzędnicy łowieccy nie byli w stanie podprowadzić zwierzyny w pobliże stanowiska Jego Majestatu. Wielokrotnie dochodziło do tego, że zwierzęta stawały się nawet niezwykle płochliwe i usiłowały przełamać linię nagonki; naganiaczom i nadzorującym ich urzędnikom łowieckim udawało się jednak zatrzymać je, chociaż kosztowało to dużo wysiłku. Po tym jak w ten sposób upłynęła prawie cała godzina i stawało się już coraz bardziej wątpliwe, czy ta nagonka zakończy się zdobyciem pożądanego trofeum łowieckiego, wyżej wymienionym, znajdującym się w nagonce trzem urzędnikom leśnym i łowieckim udało się poprzez szczucie psami rozdzielić zwierzęta, które rozpadło się na dwa różne, liczące po 4 sztuki stada. Rozdzielenie głównego stada dało w rezultacie pewną niepewność i lękliwość zwierzyny i o ile wcześniej była ona bardzo płochliwa i niweczyła starania trzech naganiających ją urzędników leśnych, to teraz dała się ona napędzić w kierunku stanowiska Jego Majestatu. Udało się podprowadzić grupę, w której znajdował się najsilniejszy żubr na odległość ok. 60 kroków od Jego Majestatu. Jego Majestat wystrzelił w kierunku najsilniejszego żubra dwie kule jedną po drugiej, z których jedna, jak się później okazało, weszła skosem wysoko nad łopatką i raniąc zwierzę powierzchownie wyszła z drugiej strony, natomiast druga przebiła nerkę. Chociaż żubr upadł po drugiej kuli, wkrótce jednak wstał, oddzielił się od stada, i zaczął uciekać przez rzekę Dupine. Jego Wysokość książę Pszczyny pośpieszył teraz za żubrem, który wkrótce znowu został osaczony przez psy i oddał do niego strzał dobijający, który doprowadził do szybkiego zgonu zwierzęcia. Jego Majestat, w najwyższym stopniu ucieszony tym pomyślnym wynikiem polowania, opuścił teraz natychmiast swoje stanowisko i z młodzieńczym zapałem łowieckim pośpieszył po chybotliwej kładce przez rzeczkę Dupine, aby osobiście przyjrzeć się z bliska swojej zdobyczy. Żubr został następnie przewieziony do rozłożonej już zwierzyny płowej, danieli oraz dzików i stanowił jej ukoronowanie, podziwiany przez dłuższy czas przez królewskiego myśliwego w otoczeniu swojego znamienitego orszaku. Tak zakończyło się królewskie polowanie, które w rzeczy samej było godne Króla."


Na koniec należy jeszcze wspomnieć, że ciężar całego żubra, którego ważącą 121 funtów głowę Jego Majestat zgodził się przyjąć, wynosił 9,5 cetnara, a Jego Majestat w ciągu tych dwóch dni polowania ustrzelił w sumie:


5 listopada: 7 kozłów, 95 bażantów, 32 zające, 1 królika, 1 sowę, w sumie 136 sztuk; 6 listopada: 1 żubra, 1 dwudziestaka, 1 szesnastaka, 1 dziesiątaka, 8 ósmaków, 12 sztuk zwierzyny płowej różnej wielkości, 5 danieli, 1 dzika głównego, 4 dziki dorastające, 4 dorastające lochy, 11 duże lochy, 9 małych loch, razem 48 sztuk; w sumie w ciągu obu dni 184 sztuki.

Artykuł Karola Miarki na łamach "Katolika" w 1869 roku (artykuł ukazał się 13 listopada 1869 r.)

Pszczyna. Odwiedziny Najjaśniejszego Króla u księcia pszczyńskiego. Po południu 4 listopada przyjechał Najj. Król do Mikołowa, skąd go wspaniała czwórka księcia pszczyńskiego o trzy kwadranse do ósmej przywiozła do Pszczyny. W Gostyni, Kobierze i Piasku przygotowali łuki tryumfalne a mnóstwo zebranego ludu witało hucznemi  wiwatami swego Monarchę. Przez miasto jechał powóz powolno , a przejechawszy bramę tryumfalną 45 stóp wysoką stanął przed zamkiem, gdzie go duchowieństwo, deputacyje sądu powiatowego i grono oficerów witało. Także tu zebrani byli goście na polowanie zaproszeni: książe ujazdzki, książe raciborski, książe Reus i inni książęta i dygnitarze.

Dworzec w Mikołowie

Wilhelm I (1797-1888) z dynastii Hohenzollernów, Król pruski w latach 1861-1888 i Cesarz niemiecki od 1871, odwiedził Mikołów przynajmniej raz, a mianowicie w 1869 roku. Stało się to przy okazji wizyty monarchy w Pszczynie, dokąd przybył on na zaproszenie ówczesnego księcia pszczyńskiego, Jana Henryka XI, by wziąć udział w polowaniu w lasach pszczyńskich.


Szczegóły przejazdu Króla przez Mikołów ujawnia gazeta "Jagd-Zeitung z 15 listopada 1869 roku:


"Dnia 4 listopada o godzinie szóstej wieczorem, specjalnym pociągiem od strony Katowic, do Mikołowa przybył Jego Wysokość Król Prus Wilhelm I wraz ze świtą, do której dołączył zaproszony na polowanie, w generalskim mundurze, nadprezydent hrabia zu Stolberg-Wernigerode.


Na odświętnie przystrojonym dworcu kolejowym w Mikołowie oczekiwali między innymi: Jego Książęca Mość - książę Pszczyny, starosta oraz władze powiatu pszczyńskiego i inne osobistości wszystkich stanów. Po krótkim przywitaniu dokonano przedstawienia oficjalnych gości, po czym król Wilhelm I oraz jego świta opuścili budynek dworca kolejowego i odjechali w ekskluzywnych powozach w dalszą podróż. Korowód prowadził lekki powóz, oświetlający pochodniami trasę przejazdu.


Z mikołowskiego dworca korowód ruszył ulicami: Gliwicką [obecnie ul. Prusa i Jana Pawła II], przez rynek i dalej ulicą Pszczyńską w kierunku Pszczyny. Po półtorej godzinie jazdy Jego Majestat oraz cały orszak, przy dźwięku pszczyńskich dzwonów i radosnych okrzyków, dotarł do wielkomiejskiego, oświetlonego i występującego z przepychem miasta Pszczyna". (źródło: https://mikopedia.fandom.com ).

Dnia następnego jechał Król przez ogród do bażanteryi (fazaneryi) a potem do Czarnych Dołów; gdzie się rozpoczęło huczne polowanie na bażanty, sarny i zające; o 5 godzinie powrót do Pszczyny, o godzinie 6 obiad; podczas obiadu grała kapela wojskowa ułanów. Pierwszego dnia ubito sarn 20, zajęcy 242, królików 7, bażantów 680, dwie kuropatwy, jednego lisa i jedną sowę. Król własnoręcznie zastrzelił 7 sarn, 32 zajęcy, 1 królika, 1 lisa, 1 sowę. W sobotę pojechał Król do Murcków na polowanie żubrów i jeleni. W Tychach wystawiono przy browarze książęcym ogromny łuk tryumfalny z beczek, ozdobiony wieńcami i kwiatami, a obok łuku była ustawiona kompania towarzystwa pogrzebowego dla żołnierzy, na czele kapitan, wojskowy lekarz sztabowy Dr.Stark z Bierunia. Na południowem polowaniu miał Król to szczęście, ubić jednego z żubrów (których przed kilku laty książe kilka sztuk dostał od Cesarza moskiewskiego). Ruszone przez zganiaczy zwierzę z dziką wściekłością prosto pędziło ku Królowi, który go zręcznie kulą powitał: żubr podskoczył i odebrał drugą kulę od Króla, która go powaliła. Huczny krzyk i żywe wiwaty na cześć szczęśliwego strzelca rozległy się po lesie. Dostojny gość powrócił 7 b.m. do Berlina. Wszystkie dworce kolei górno-śląskiej aż do Wrocławia były szumnie ozdobione, osobliwie w Gliwicach, gdzie Król się chwilę zatrzymał i z deputacyami rozmawiał. W Wrocławiu, gdzie go wszyscy dostojnicy Ślązka oczekiwali, najpierw podał dłoń księciu-biskupowi, a potem odbierał hołd od jenerałów, rektora wszechnicy, oficerów zgromadzonych i innych dygnitarzy. Po obiedzie na który także księcia-biskupa zaproszono, odjechał Król do Berlina".

 

Z  książki łowczego pszczyńskiego Hansa Hochberga XV,  Willego Benzela dzisiaj wiemy, że wspomniany żubr upolowany w 1869 roku przez Wilhelma I właściwie musiał być usunięty ze stada z racji dominacji w stadzie. Zrogował on innego byka tak, że jego róg przeszedł przez świecę (oko) i przebił się do mózgu. Żubrzycę, która w czasie rui nie uległa jego zalotom, także zrogował, łamiąc jej żebra i przebijając płuca. Tak więc książę Hans Hochberg XI upiekł dwie pieczenie przy jednym ogniu. Pozbył się ze stada niebezpiecznego żubra i ukontentował przyszłego Cesarza Niemiec Wilhelma I.

Książka wydana przez ASTRA WORLD z m. Zawadzkie w 2020 r. -

Jeszcze jeden opis wspomnianego polowania pochodzący z książki łowczego pszczyńskiego księcia Hansa Heinricha Hochberga XV. Willego Benzela pt. „Wovon Jäger heute nur noch träumen. Von kapitalen Hirschen, starkę Rehbӧcken, grobenSaunen Und anderm Wild” w przekładzie Pana Romana Sikory, pt. "Pszczyńskie lasy. Bagna Polesia":


„Wydarzeniem łowieckim o najdonioślejszym znaczeniu było przeprowadzone 6 listopada 1869 roku, w księstwie pszczyńskim po raz pierwszy, polowanie na żubra, które odbyło się w obecności i na cześć Króla Wilhelma I, późniejszego Cesarza niemieckiego, przebywającego w gościnie u Księcia Pszczyńskiego w dniach od 4 do 7 listopada pomienionego roku.

W książęcym archiwum znajduje się opis owego wydarzenia autorstwa nieznanego z nazwiska świadka, który nie tylko przebieg rzeczonych łowów przedstawia z naoczną wiernością, ale także oddaje towarzyszący im nastrój i atmosferę. Należałoby więc dosłownie go tu przytoczyć” – pisze Willy Benzel.


„Jego Kr0ólewska Wysokość z największą łaskawością przyjął od Księcia Pszczyńskiego zaproszenie na polowanie na tura.


Po odbytym dzień wcześniej polowaniu na bażanty i zające, które mimo kiepskiej pogody było pod względem rozkładu nad wyraz udane, o godzinie ósmej rano nastąpił wyjazd czterokonnych wozów wiozących dostojnych uczestników polowania na miejsce zbiórki w siedzibie nadleśnictwa oddalonego o cztery mile od Pszczyny, Jego Wysokość zaś, w towarzystwie tylko Księcia, opuścił zamek pół godziny później, również w pojeździe zaprzężonym w cztery lekkie konie i pokonał wspomnianą odległość w godzinę, mimo częstych postojów przy wzniesionych po drodze gustownie wykonanych bramach triumfalnych.


Po przywitaniu przez sześćdziesięciu książęcych sygnalistów Jego Wysokość wysiadł z konki i prowadzony przez Księcia, ruszył szpalerem jednakowo umundurowanych, brodatych gajowych ku specjalnie przygotowanemu stanowisku. Inni panowie zostali przez książęcego myśliwego rozmieszczeni na stanowiskach zgodnie z najwyższym kunsztem łowieckim i zaledwie rozległ się sygnał oznaczający rozpoczęcie pędzenia, jak padające na  stanowisku Jego Wysokości jeden po drugim strzały zaświadczyły, że łowczy książęcy na rzeczy się zna. Także na innych stanowiskach strzały padały gęsto, nie wszystkie kule polatywały bezpiecznie – aż po dwóch godzinach dano sygnał rogami zakończenie polowania i zaproszono na śniadanie. Myśliwi przychodzili parami przed okazałym rozkładem stanowiska królewskiego. Przy radosnym akompaniamencie fanfarów Jego Wysokość odjechał na śniadanie.


W tym celu udano się do pawilonu myśliwskiego chroniącego przed górnośląskim klimatem. Pośrodku sali przyozdobionej świerczyną i wieńcami jeleni ułożono z sarnich parostków napis wyrażających imię Jego Wysokości. Zatroszczono się jednak nie tylko o żołądki, także ucho cieszyły melodie wygrywane przez brać myśliwską na instrumentach dętych.


W międzyczasie doniesiono, że leśnicy i naganiacze wytropili i ostanowili tura; wszyscy myśliwi z jego wysokością na czele w wielkim rozgorączkowaniu wsiedli na wóz i udali się na miejsce, gdzie miał się rozegrać ostatni akt wielkich łowów.


Na dwustumorgowym terenie porośniętym olchą i świerkiem i przyciętym wielkim przekopem naganiacze osaczyli osiem turów. Stanowiskiem Jego Wysokości była solidna wyżka wznosząca się na sześć stóp, stojąca w samym środku miotu i o kilka kroków od przekopu: oprócz Jego Wysokości na ambonie zasiadł łowczy książęcy i nadłowczy hrabia Stollberg. Pozostali panowie uczestniczący w polowaniu zostali rozmieszczeni w odległości około czterystu kroków na moście łączącym oba brzegi przekopu, skąd mogli obserwować przebieg pędzenia. Wiele na moście debatowano w kwestii możliwości obrony przed jakimś rozjuszonym bykiem, padały na ten temat gustowne i niegustowne żarty, póki ukazanie się chmary danieli nie poświadczyło dowodnie, że pędzenie się rozpoczęło.


Wtem spomiędzy świerków wypadł, napierany przez dwóch strzelców z psami, wielki kudłaty zwierz, który w biegu przesadził kanał. Rozlegające się krzyki i granie rogów wskazały, że zwierz próbował przebić się przez linię naganiaczy. Pięć razy się to powtarzało, co bardzo podgrzało emocje. Nagle jeden z byków, postawiwszy ogon i opuściwszy rogi, zwrócił się przeciw jakiemuś śmiałemu psu. Dopiero za szóstym razem udało się napędzić na strzał przeznaczonego do tego byka, który znacznie przewyższał inne wielkością, zaś Jego Wysokość, w najwyższym stopniu gorączką łowów owładnięty, błyskawicznie posłał mu dwie kule, z których druga okazała się śmiertelna.


Po drugim strzale zwierz padł, podniósł się jednak, wolno przeszedł na drugą stronę kanału i zatrzymał się między olchami. Zaraz został ostanowiony przez posokowca, przybiegł łowczy i dał rozstrzygający strzał.


Zaledwie wybrzmiał dźwięk roku obwieszczający śmierć majestatycznego zwierza, jak Jego Wysokość z młodzieńczym wigorem pospieszył po wąskiej belce przez kanał i przeszedł liczne na tym podmokłym terenie wypełnione wodą rowy, by oddać się podziwianiu wspaniałej zdobyczy. Co tchu przybieżeli też panowie myśliwi, którzy przyglądali się łowom z mostu, i wkrótce tłumek składający się z dostojnych panów myśliwych, strzelców i zaciekawionych naganiaczy otoczył napawającego strachem żubra Nibelungów.


Chłopski wóz omal nie złamał się pod wielkim ciężarem, odwiózł zdobycz na miejsce pokotu, gdzie odegrano na rogach specjalnie w tym celu skomponowany sygnał „Żubr na rozkładzie” (Cały rozkład wyniósł 9 jeleni, 30 łań, 41 danieli i 62 dziki).


Po zwyczajowym odegraniu każdemu gatunkowi odpowiedniego sygnału Jego Wysokość, żegnany przez myśliwych i naganiaczy gromkim „hura!”, wsiadł na wóz i udał się do urokliwego dworku myśliwskiego Promnice; reszta myśliwskiej braci podążyła za nim.


Na miejscu powracających przywitały panie rodziny książęcej. Ze wszystkich stron składano podziękowania dostojnemu gospodarzowi, który zadał sobie trud osobistego poprowadzenia obu pędzeń i którego mistrzowskie opanowanie myśliwskiego rzemiosła umożliwiło osiągnięcie tak unikalnego wyniku”.

 

Drugim nie mniej ciekawym polowaniem było polowanie następcy tronu Fryderyka Wilhelma, późniejszego Cesarza  Fryderyka III, który polował w lasach Pszczyńskich jeszcze  jako książę w 1871 roku.

 

"Gdy Siegfried, bohater naszej narodowej sagi, polował w Wasgenwald, to „położył on", jak zaświadcza Pieśń o Nibelungach, „bizona", zwierza, którego nazywamy dziś żubrem. Obecnie tego króla niemieckich lasów nie można już wprawdzie spotkać w Niemczech, lecz w lasach białowieskich na rosyjskiej Litwie żyje do dziś troskliwie pielęgnowane dzikie stado, z którego pochodzą egzemplarze znajdujące się w naszych ogrodach zoologicznych. Stamtąd Heinrich von Pless sprowadził w 1865 r. trzyletniego żubra-byka oraz trzy dorosłe samice i kazał je umieścić w swoich obfitujących w bagna, gęsto porośniętych poszyciem lasach w Emanuelssegen (koło Katowic, na Górnym Śląsku). Od tamtego czasu stado rozrosło się do 14 sztuk, aż przed dwoma laty niemiecki Cesarz Wilhelm I ustrzelił podprowadzonego mu byka a 19 listopada ubiegłego roku jego syn, następca tronu późniejszy Fryderyk III położyć byka, który narodził się w Emanuelssegen i był jeszcze większy niż ojciec stada. Ponieważ polowanie na żubra - w każdym razie w Niemczech - jest czymś niezwykłym, to czytelnicy z pewnością prześledzą z zainteresowaniem moją, opartą na tym co widziałem własne oczy, relację.

Fryderyk III jeszcze jako książę Friedrich Wilhelm Nikolaus Karl von Hohenzollern

Pisanie w tym miejscu o rozmiarach i rentowności znakomitych książęcych lasów pszczyńskich przekraczałoby cel i objętość niniejszego szkicu myśliwskiego; aby wyrobić sobie pogląd w obu tych kwestiach, wystarczy wyjaśnienie, że do niedawna długość ogrodzeń wynosiła pełne 32 mile, oraz to, że w ubiegłym roku jedno z czterech nadleśnictw wniosło do głównej kasy ok. 94,000 talarów brutto za sprzedane drewno.


Do przybycia następcy tronu, które zgodnie z instrukcją polowania miało nastąpić około godz. wpół do dziesiątej, pozostawało jeszcze prawie dwie godziny czasu; jednak upłynęły one prędko na oglądaniu ożywionej zwierzyny, którą można było obserwować z miejsca zbiórki. Tłumy naganiaczy zgromadziły się już wokół potężnie płonących ognisk, a komenderujący książęcy myśliwi udawali się jeden za drugim w stronę koni oraz wozów, aż naliczyliśmy ok. 30 okazałych mężczyzn; najokazalszym z nich był były przyboczny myśliwy księcia, który wiernie towarzyszył swojemu panu we wszystkich wyprawach myśliwskich do Egiptu, Afryki Wschodniej, itd., a swoją podobną do Huna sylwetką przewyższał wszystkich swoich kolegów o stopę. Na koniec pojawił się również pan inspektor leśny z dwoma nadleśniczymi, pozdrowił nas, którzyśmy się mu przedstawili i pozwolił nam brać udział w polowaniu „wprawdzie", jak zauważył ze śmiechem, „tylko jako naganiacze". Niedługo potem pojawił się następca tronu.

Natychmiast na komendę inspektora leśnego wszyscy ubrani w kurtki myśliwskie, spodnie w stylu Manchester i buty z wysokimi cholewami uczestnicy polowania uformowali się w dwa długie szeregi i trzymając w prawej ręce róg myśliwski, w lewej ostry jak brzytwa oszczep na dziki czekali na towarzystwo myśliwskie, które zbliżało się w dwóch dużych eleganckich wozach myśliwskich, z których każdy ciągniony był przez dwa wspaniałe konie pełnej krwi. Następca tronu wysiadł jako pierwszy i przystąpił do zebranych witając ich dziarskim pozdrowieniem „Weidmanns Heil", które zostało gromko odwzajemnione. Również pozostali panowie, z których wymieńmy księcia Heinricha von Pless, księcia von Ratibor, księcia von Ujesd, hr. Kleista, hr. Eulenburga, hr. Maltzahna, hr. Brandenburga, zgrupowali się w międzyczasie obok i za następcą tronu, po czym ten oświadczył, że nie chce, aby mu przypędzono żubra, lecz życzy sobie sam go podejść. Ta wypowiedź była początkowo jak grom z jasnego nieba dla mojego towarzysza i mnie, ponieważ znaczyło to, że będziemy pozbawieni pierwszej, najciekawszej części polowania, jednak widząc radość braci myśliwskiej na te słowa księcia, który w prawdziwie myśliwski sposób wolał trudniejsze i bardziej niebezpieczne „podejście" zwierza, musieliśmy się w końcu z tym pogodzić i przynajmniej wzrokiem podążaliśmy za następcą tronu, który, gardząc powożonym przez łowczego wozem, pieszo, w towarzystwie księcia Heinricha i jednego ze swoich przybocznych myśliwych rozpoczął ciekawy podchód, podczas gdy pozostałe towarzystwo myśliwskie zgromadziło się wokół promieniujących przyjemnym ciepłem płonących stosów drewna. Teraz nastąpiła dłuższa, dość cicha, pełna oczekiwania pauza, od czasu do czasu przerywana tylko tu i ówdzie dyskusjami, czy również na tej drodze szczęście uśmiechnie się do Hohenzollerna, gdy nagle dochodzący z niewielkiej odległości ostry odgłos strzału ze strzelby rozstrzygnął wszelkie spory. Wśród obecnych natychmiast dało się zauważyć radosne ożywienie, które było tłumione jedynie przez niektórych miejscowych leśników, którzy twierdzili, że jest rzeczą niemożliwą, aby jedna kula wystarczyła do powalenia takiego kolosa. I tak jak gdyby sam los chciał potwierdzić ich słowa, usłyszeliśmy w tym momencie po raz drugi, i trzeci podobny do trzasku bicza odgłos wystrzału z flinty i zaraz po tym z dalekiej odległości rozległ się wydany przez samego księcia Heinricha sygnał: „Żubr martwy!". Monstrum zostało więc położone. Nie podjęto żadnych mających zapewnić bezpieczeństwo kroków; wprost przeciwnie, następca tronu w towarzystwie jedynie księcia i wspomnianego wyżej przybocznego myśliwego przemierzył pieszo połowę terenu polowania i spotkał liczące 8 sztuk stado żubrów pasące się na polanie. Teren pozwolił na podejście na odległość ok. 80 kroków, z której to odległości następca tronu ugodził żubra pierwszą kulą, która utkwiła trochę za łopatką. Stado natychmiast zaczęło uciekać galopem, natomiast, ranny zwierz ze złością rozdeptywał kopytami ziemię polany. Druga, widocznie śmiertelna kula, która utkwiła zaraz obok pierwszej, sprawiła, że olbrzym zaczął się chwiać, spoglądając tępym, pełnym wściekłości wzrokiem na zuchwałego, stojącego już swobodnie strzelca, będąc już jednak na szczęście zbyt słabym, aby się na niego rzucić, aż trzeci, wystrzelony z litości pocisk rzucił go z hukiem na ziemię. Natychmiast gospodarz polowania przyozdobił swojego dostojnego gościa zwyczajową gałązką jodły, po czym następca tronu powrócił niezwłocznie na miejsce zbiórki, zbierając po drodze gratulacje od pozostałych panów myśliwych, którzy po pierwszym strzale wyruszyli mu naprzeciw. Teraz rozpoczęła się druga część polowania.

Uformował się orszak myśliwych; całe towarzystwo z oszczepami na dzika na ramionach, wygrywając wesołe melodie, pociągnęło w stronę spędzonej zwierzyny za nimi postępował następca tronu z towarzyszącymi mu osobami, a na końcu szliśmy my, skromni naganiacze. Po kwadransie doszliśmy do rejonu polowania. Miał on postać podłużnego czworokąta o powierzchni ok. 400 mórg, porośniętego potężnymi jodłami, jesionami, dębami, bukami i wiązami bez żadnego poszycia. Był on otoczony z dwóch stron ogrodzeniem, z trzeciej strony rozwieszono długie na 12 stóp płótna, tzw. szmaty, natomiast czwarta strona osłonięta była siatkami z grubego na palec sznura. Poprzedniego wieczora siatki te zostały pod nadzorem łowczego opuszczone i podczas nocy w rejon ten została napędzona zwierzyna. Również teraz, gdy pochód myśliwych przybył przed ścianę z siatki, dwaj postawieni tam na posterunku leśnicy opuścili jej część. Pochód przeszedł przez tę lukę i wraz z ostatnim uprawnionym mężczyzną, plecionka powędrowała powrotem w górę i szybko została zabezpieczona palami przed ewentualnym atakiem zwierzyny.


„Byliśmy więźniami", jak zauważył z uśmiechem łowczy, i musieliśmy teraz bez zmiłowania do końca polowania brać udział w nagonce. Radząc nam, „abyśmy nie dali sobie rozerwać spodni przez jakiegoś nieprzyjaznego odyńca", pospieszył na czoło polowania. Jakieś sto kroków od wejścia, pod potężnym dębem znajdowało się stanowisko następcy tronu, widoczne już z daleka dzięki różnym białym tablicom, umieszczonym na rosnących obok jodłach, wskazujących, że niemiecki cesarz, podobnie jak następca tronu na tym stanowisku takiego i takiego dnia położyli tyle i tyle zwierzyny.


Po dotarciu do utworzonego z gałęzi jodłowych podobnego do ambony stanowiska, pochód zatrzymał się; następca tronu, w towarzystwie obu swoich nadwornych myśliwych, łowczego oraz jednego uzbrojonego w oszczep na dzika leśniczego, pożegnał się z księciem, i całe towarzystwo poszło dalej wzdłuż ogrodzenia, w kierunku drugiego, oddalonego o ok. 200 kroków stanowiska. Znowu oddzielił się jeden z panów i w ten sam sposób zostały jeszcze obsadzone kolejne dwa stanowiska, przy czym za każdym razem do strzelca dołączył człowiek z oszczepem na dziki.


W końcu uformowała się również cała kolumna naganiaczy, rozbrzmiał sygnał łowczego do rozpoczęcia polowania i przez całą linię przebiegła komenda „Naprzód!".Już po kilku krokach zauważyliśmy wprost przed sobą duże, liczące może 30-40 sztuk stado dzików; stały one zbite ciasno koło siebie nawzajem, pokryte sierścią łby skierowane były w naszą stronę i tworzyły tak bardzo zbitą masę, że kula ostatniego niedzielnego strzelca musiałaby zranić wiele sztuk. W miarę jak do nich podchodziliśmy, ciasno zbity kłębek zaczął się rozluźniać, stado poczłapało chrząkając w stronę następcy tronu i zaraz po tym usłyszeliśmy również padający stamtąd pierwszy strzał.

Wydawało się, że wraz z jego odgłosem prysł jakiś czar. Natychmiast ze wszystkich stron rozległy się trzaski wystrzałów, szczególnie ze stanowiska następcy tronu, widocznego pośród potężnych pni, skąd widzieliśmy unoszące się co chwila do góry obłoki dymu strzelniczego.


Na dokładniejsze obserwacje nie mieliśmy jednak czasu. „Cała linia front!" rozbrzmiała komenda, a my zbieraliśmy się z powrotem do nagonki w tym samym terenie, jednak tym razem do tyłu. To drugie podejście było w każdym razie najciekawsze w całym polowaniu. Nie padło jeszcze wystarczająco dużo zwierzyny, aby cała arena stała się bardziej pusta: wprost przeciwnie, wystraszone stada przedstawiały częściowo wspaniały, po części zaś żałosny widok.


Gdy mianowicie podeszliśmy bliżej do jednej z takich stłoczonych z przerażenia grupy jeleni łopataczy, te wspaniałe stworzenia chciały oczywiście dać przed nami drapaka; jednak skonsternowane strzałami z tyłu i nauczone przez instynkt, że my jesteśmy najmniej niebezpiecznymi wrogami, wiodące zwierzę energicznym ruchem skierowało nagle swoje poroże ku nam i zaczęło biegnąć kłusem w naszym kierunku, a za nim podążyły posłusznie pozostałe. Pomimo całego naszego współczucia, nie mogliśmy oczywiście dopuścić do wyłomu i z głośnym krzykiem rzuciliśmy się naprzeciw atakujących nas zwierząt; jednak im więcej robiliśmy hałasu, tym mniej niebezpieczni musieliśmy się wydawać mądremu przywódcy stada, ponieważ ani przez chwilę nie był on zmieszany naszą szalejącą gromadą, leciał dając potężne susy ku nam i przemknął nad zdumionym naganiaczem, który zdążył się w porę pochylić. Nic nie pomogło, że rzucaliśmy w kierunku biegnących za nim zwierząt kije i to, co komu w danej chwili wpadło pod rękę - te dzielne zwierzęta sztuka po sztuce przecinały powietrze we wspaniałym i szlachetnym pędzie i po chwili były, przynajmniej podczas tej nagonki, uratowane. Patrzyłem jeszcze na uciekające zwierzęta, gdy jakaś silna ręka porwała mnie na bok i jednocześnie leśnik zawołał do mnie szorstkim głosem: „Panie, niech pan uważa, ten czarny osobnik tam przed nami chce się właśnie panem zająć!"


Zaskoczony, jednak w żadnym wypadku nieprzestraszony skierowałem wzrok we wskazanym kierunku i poczułem jednak, że nadszedł już czas aby poszukać sobie jakiegoś pnia na kryjówkę, ponieważ, do tej pory schowany w wysokiej trawie, prezentował się przede mną, siedząc na tylnych łapach, widocznie podstrzelony dzik, który, ponieważ stałem najbliżej niego, ani na chwilę nie spuszczał mnie z oczu i głośnym kłapaniem ostrzył swoją broń, przy czym obfity pot spływał z jego boków. Nie można się było długo zastanawiać. Leśnik, młody, silny mężczyzna, skoczył o krok do przodu, ugiął przy tym prawą nogę, tak że kolano dotykało prawie ziemi, skierował swój ostry jak brzytwa oszczep w stronę przeciwnika i czekał na szalejącego dzika, który również nie zwlekał ani sekundy z przyjęciem wyzwania. Chrząkając ochryple dzik pogalopował ku nam i tak mocno nadział się w sam środek piersi na broń, że leśnik nie dał rady wytrzymać uderzenia, lecz prawie upadł na bok. Nie groziło mu już jednak żadne niebezpieczeństwo, ponieważ żelazo zanurzyło się aż po rękojeść w ciele dzika, poza tym pod ręką było już dwóch innych leśników, którzy dokończyli dzieła.


Takich przyjemnych intermezzów zdarzało się jeszcze więcej co chwila w pobliżu nas, tu i tam na odmianę widziałem łopatacza, który leżał w trawie ciężko postrzelony i patrzył ku nam w śmiertelnych drgawkach, aż ktoś ciosem noża myśliwskiego litościwie zakończył jego mękę. Strzelby strzelały przy tym bez przerwy. Wszędzie, od naganiaczy aż do stanowisk szczęśliwych strzelców widać było położoną zwierzynę i wyraźnie dało się zauważyć mniejszą liczbę zwierząt, w szczególności dzików. Przy czwartej nagonce naliczyliśmy już niewiele dzików; musiały więc one albo paść ofiarą kul, albo też przedrzeć się przez siatkę, jak wyjaśnił nam z mocnym przekleństwem łowczy, który w ogóle spoglądał właśnie z na wpół posępnym, na wpół bolesnym wzrokiem na swoich zaszczutych leśnych ulubieńców. Również my byliśmy zmęczeni tą masakrą i żałowaliśmy szczególnie delikatnych cieląt, które prawie nieżywe ze strachu i wyczerpania ciągle jeszcze próbowały podążać za matką, jednak z powodu słabnących sił padały na ziemię, aż któryś z leśników lub naganiaczy pomógł im z powrotem wstać na nogi, przy czym z każdym razem rozbrzmiewało „Hurra", gdy biedne zwierzątko uciekało w podskokach. Następcy tronu chyba również przyszły do głowy podobne myśli, że już tego wystarczy, albo też czas naglił - w każdym razie po szóstej nagonce rozbrzmiał z jego stanowiska sygnał „Polowanie zakończone", po czym zadowoleni pospieszyliśmy w stronę wyjścia.
 
Już podczas podchodzenia do stanowisk różnych panów myśliwych widzieliśmy niejedną piękną sztukę, jednak było to nic w porównaniu ze wspaniałym odcinkiem, którym mógł się wykazać na koniec nagonki następca tronu! W najlepszym porządku leżały przed dostojnym panem, który teraz w najpogodniejszym nastroju i zadowolony ze swojego myśliwskiego szczęścia puszczał dym z krótkiej drewnianej fajki: w pierwszym rzędzie 14 okazałych jeleni łopataczy, za nimi 3 łanie daniela w końcu 7 odyńców, między nimi kilka dzików, przewodników stada. Był to zaprawdę wynik, z którego królewski strzelec mógł być tym bardziej dumny, że, jak zapewniał nas łowczy, podczas defilady przed nim stada danieli lub dzików za każdym razem wyszukiwał sobie tylko największe sztuki a pozostałym pozwalał ujść z życiem.

Gdy zebrali się wszyscy myśliwi, książę Heinrich kazał trąbić sygnał „Do śniadania" i w tym samym porządku, jak na początku nagonki, ruszył radosny pochód do miejsca gdzie podawano posiłek. Za nimi jechało pełnych 16 wozów myśliwskich z drabinkami do zwożenia zboża, które zwoziły potężne ilości upolowanej zwierzyny na wielki plac jej prezentacji. Podczas gdy panowie wetowali sobie długi post - w międzyczasie było już około godziny drugiej po południu - pod nadzorem łowczego zorganizowano szybko prezentację zdobyczy. Leżąc na zielonych gałęziach jodły, każda pojedyncza sztuka zwierzyny przykryta jeszcze gałęzią, rozciągały się w miarę jak nadjeżdżały wozy, długie szeregi zwierząt. Na środku pierwszego prezentowała się kolosalna postać żubra, który zgodnie z tym, co powiedział pewien znawca, miał ważyć pełne 16 cetnarów, po obu stronach ułożonych zostało po 12 największych łopataczy. Z tyłu leżał drugi rząd łopataczy a za nimi taki sam szereg danieli. W dwóch ostatnich rzędach leżały dziki.


Ponieważ czas naglił, panowie nie dali długo na siebie czekać. Najpierw pojawił się następca tronu, przy jego boku książę von Pless a zaraz za nim ks. von Ratibor z pozostałymi panami. Jak tylko następca tronu pozdrowił brać myśliwską, łowczy odczytał wyniki polowania. Zgodnie z tym położonych zostało: 1 żubr, 36 łopataczy, 2 szpicaki, 16 łani danieli i 43 dziki.


Był to nadzwyczaj świeży obraz, który zaoferowały nam ostatnie minuty przed odjazdem i nasz artysta starał się go w szczęśliwy sposób uwiecznić swoim rysikiem. Tymczasem myśliwi wygrywali w dające się odczuć chłodne powietrze wesołe fanfary i melodie, następca tronu podszedł do łowczego i do nadleśniczych, podając każdemu serdecznym gestem rękę na pożegnanie, podyskutował przez chwilę z księciem nad najlepszym sposobem zużytkowania skóry żubra, którą mu podarował gospodarz polowania. Postanowiono w końcu oddzielić głowę w celu jej wypchania, natomiast łapy pozostawić wraz ze skórą.


Aby zakończyć wesoło tę wspaniałą rozrywkę, musiał książę von Ratibor, jeden z najwyborniejszych myśliwych, w zapale wyszukania swojej zdobyczy, ponieważ książę chciał pozostawić poroża szczęśliwym strzelcom na pamiątkę, coś przeoczyć, gdyż przeszedł on przez nogi łopatacza i wkroczył na teren prezentacji. Następca tronu natychmiast zauważył to niezgodne z myśliwskim obyczajem zachowanie. Pogodnie zawołał do księcia gospodarza: „Drogi książę! Książę Rauden wszedł właśnie na teren prezentacji. Abyśmy więc mieli dziś już wszystko, musimy mu za karę zaczarować broń, aby już nigdy w nic więcej nie trafił radosny śmiech, który nastąpił po tych słowach, był ostatnią rzeczą, którą usłyszeliśmy od następcy tronu. W chwilę po tym odjechał."

 

Tak samo jak poprzednio czasopismo Katolik zamieściło informację o tym polowaniu
 
Pszczyna: Książe następca tronu cesarskiego i królewskiego przybył 16.b.m. na polowanie do księcia Pszczyńskiego. Przenocowawszy w zamku „Promnitz" dnia 17 po krótkim powitaniu w Pszczynie przez landratha, sąd, duchowieństwo i lud zgromadzony, pojechał na Czarne Doły gdzie polowano na sarny,  zające i bażanty (fazany). Dwunastu strzelców zaproszonych ubiło w pierwszym dniu bażantów 204, sarn 2, zajęcy 190, królików dzikich 33, kuropatw 5, lisa 1 i królika. Dnia następnego odbyło się polowanie w lasach tyskich na jelenie, wieprze i tury (dzikie woły).

 

Jako przerywnik o żubrach dodam że Fryderyk III polując na żubra nie był w dobrach księcia Pszczyńskiego po raz pierwszy. Jego wizyty miały miejsce cztery razy, po raz pierwszy był w tym lesie 19 lutego 1857 r. gdzie polował w okolicach Cielmic i na pamiątkę tego wydarzenie postawiono pomnik z czerwonego granitu z odpowiednimi inskrypcjami oraz koroną królewską  Pomnika już nie ma, zaś chyba jedyną pamiątką jaka z tej wizyty pozostała to księga pamiątkowa dotycząca polowań, która rozpoczyna się właśnie od tego polowania zaś o samym pomniku jest wspomnienie w kronice szkolnej w Cielmicach".

 

Wśród nadesłanych przez Pana Andrzeja Brandysa materiałów są także opisy polowań naszego bohatera Cesarza Wilhelma II.

 

Cesarz Wilhelm II jeszcze jako książę

 

"W lasach księcia pszczyńskiego na Śląsku był poprzedniego roku odstrzał żubra. W jednym z wcześniejszych numerów naszego czasopisma umieściliśmy notatkę że jego wysokość książę Wilhelm Pruski miał zarezerwowany taki odstrzał. W poprzednich latach kaiser Wilhelm I, książe Friedrich i książe Friedrich Karl z Prus już położyli po żubrze. To polowanie było na 9 pażdziernika 1885r wyznaczone na które teraz książę Wilhelm przybył a odstrzał miał miejsce w rewirze Międzyrzecze. Książę Wilhelm miał podniesione i chronione stanowisko na jednym obfitującym w wodzie bagnie, jego sąsiadem był książe Pszczyński. Z napięciem oczekiwał pokazujące się zwierzęta. Na początku ukazał się przed stanowiskiem nie ostrzeliwany rudel dzików (wataha dop. autora), a żubr nie martwił się pokazać. Nagle wynurzył się z młodnika, potężny kolos, pod którym grunt drżał a chaszcze i krzewy jak źdźbła łamał. Stanął i pozostał ten potężny zwierz na miejscu. Uciekał później ukośnie do stanowiska Jego Majestatu i otrzymał z 30 kroków z strzelby Księcia jedno pełne trafienie kulą w środek komory. Donośny odważny ryk oszalałego, pokazywał żubra w prostej ucieczce na wzniesienie i gdzie znowu zbiegnie w gąszcz. Szybko dał mu Książę jeszcze jedną, drugą i trzecią kulę, na co żubr załamał się i padł. Ten w tym roku zastrzelony żubr jest troszkę słabszy jak te wcześniejszymi latami położone. Jak donosi Książe będzie ten łeb spreparowany i jako podarunek Księcia zostanie wysłany do Poczdamu Zostało tutaj jeszcze 60 sztuk dzików i 7 sztuk danieli położone.

Polowanie w łowisku Międzyrzecze w 1885 r.-

Następnego dnia polowano w Strumieniu przy granicy z Austrią gdzie samodzielnie miał położyć 504 zające i 346 bażantów. Trzeciego dnia był ważnym gościem Hansa Henricha w Bażanciarni i uzyskał wynik na 687 zajęcy i 480 bażantów".

 

Cesarz Wilhelm II.

 

"Kilka dni przed polowaniem byk żubra który był określony do odstrzału przez jego majestat został oddzielony od stada i wystawiony do polowania w ogrodzeniu które obejmowało 100 ha (400 mórg). Z tym potężnym żubrem razem zasiedlały jeszcze ten ogród 70 danieli, 50 jeleni i w części 80 bardzo dużych dzików. Strzelcy byli rozstawieni wokół rozmieszczonych fladr i tylko Cesarz miał swoje stanowisko na niskiej, ustawionej pośród wspaniałych starych dębów ambonie, która stała niedaleko ważącego około 700 cetnarów granitowego bloku, który jego wysokość książę kazał postawić z odpowiednim napisem na pamiątkę niezapomnianego Cesarza Wilhelma I. Wkrótce po rozpoczęciu prowadzonej z wielką rozwagą i znajomością rzeczy pierwszej nagonki, byk stał się płochliwy i skierował się niestety ale ostro ku stanowisku Cesarza. Jedna dobrze ukierunkowana kula wyszła z nigdy nie pudłującej strzelby jego majestatu, trafiła wysoko w komorę, uszkodziła organy wewnętrzne i powaliła tego potężnego zwierza. Aby oddać jeszcze dwa konieczne strzały dobijające do jeszcze gwałtownie uderzającego wokół siebie i jeszcze groźnego potężnego żubra, cesarski pan polowania musiał opuścić ambonę i podkraść się do przedstawiającego wspaniały dziki widok żubra w jego twardym zmaganiu się ze śmiercią. Był to prawdziwie fascynujący i niezapomniany moment, obraz prawdziwego praniemieckiego łowiectwa, na który każdy niemiecki myśliwy może spojrzeć z uzasadnioną dumą! Żubr został natychmiast odtrąbiony. Jednak w tym momencie, gdy jego majestat udawał się od żubra na swoje stanowisko, pomiędzy jego majestatem a powalonym żubrem przemknęło około 20 dzików, z których monarcha z cudowną pewnością odstrzelił dwie największe sztuki. Wszystkie zwierzęta, które Cesarz położył podczas tego polowania, dostały dobrze na blat. Do dzików jego majestat nie mógł już strzelać, natomiast ustrzelił on najlepsze jelenie i daniele. Polowanie Cesarza w 1892 roku jest ostatnim polowaniem w zwierzyńcu danieli na żubry".

 

Cesarz Wilhelm II


"W poniedziałek 7 grudnia 1901 roku w samo południe o godzinie 12:10 do Pszczyny przyjechał Cesarz Niemiec Wilhelm II. Następnego dnia rano podczas silnej zamieci śnieżnej, trwającej na szczęście niecałą godzinę, wyjechano do rewiru leśnego gajowego Ammona, będącego w tym czasie opiekunem żubrów. Do odstrzału zostały przewidziane dwa byki, które przepędzono uprzednio w rejon mającego się odbyć polowania, przy czym należało bardzo uważać, aby żubry się nie spotkały, gdyż nie darzyły się nawzajem wielką sympatią i mogłoby dojść do walki.


Około 10 rano Cesarz z księciem pszczyńskim udali się na miejsce zbiórki, skąd Wilhelm II przeszedł pieszo do swojego stanowiska. Zaraz potem wydany został sygnał do rozpoczęcia polowania. Nagonka zagoniła siedmioletniego byka do ostrokołu z fladr. Miały go one zatrzymać na tyle długo, aby Cesarz mógł spokojnie przyłożyć się do strzału. Po dłuższym oczekiwaniu, zauważono zbliżające się byka, który jednak w ostatniej chwili skręcił, przebiegł na drugą stronę ogrodzenia i zniknął w wysokim poszyciu lasu. Wydawało się, że polowanie będzie zakończone, gdy niespodziewanie dla wszystkich - żubr okrążył cały teren i podszedł w okolicę stanowiska z drugiej strony. Pomimo złej widoczności, jako iż żubr po raz kolejny skrył się za krzakami, Wilhelm II postanowił ze swojej strzelby z lunetą kalibru 6 mm oddać strzał. Trafiony następnymi kulami żubr puścił się do ucieczki, dotarł aż do linii nagonki i stratował dwa półtora metrowe ogrodzenia. O wszystkim informowany był na bieżąco książę pszczyński. Dzięki naganiaczom byk został zagoniony w poprzednie miejsce i polowanie mogło ruszyć od nowa. Niestety w skutek niedopatrzenia - ktoś z personelu leśnego pomyślał iż byk siedmiolatek do którego strzelał Cesarz został już położony, wypuścił drugiego byka. I tak przyszło do tego, że teraz obydwa byki znalazły się w tej samej nagonce, z czego jeden ciężko ranny. Jednakże sam Wilhelm II nie miał pojęcia o całym wydarzeniu.


I gdy jeden z tych byków pojawił się z lewej strony, Cesarz musiał oddać do niego aż siedem strzałów, aby go powalić. Okazało się, że był nim ów zdrowy byk sześciolatek. Szybko powrócono zatem na stanowiska, gdyż w każdej chwili mógł się pokazać pierwszy z byków. Pół godziny później księciu zameldowano, że znajduje się on w pobliżu jednego pełniącego rolę posokowca - szorstkowłosego jamnika. Żubra z powodu jego ciężkich ran nie dało się popędzić do przodu, myśliwi wyruszyli więc na to miejsce pod kierownictwem leśniczego Ammona. Podeszli oni na odległość 80 kroków od osaczonego wśród wysokich drzew byka, Cesarz raz jeszcze przyłożył się do strzału i żubr upadł z hukiem. Zaraz został też zagrany sygnał ,,żubr martwy" po czym udano się do namiotu, aby spożyć śniadanie wraz z pozostałymi uczestnikami polowania. Po jedzeniu polowano na napędzone do ogrodzenia jelenie, daniele i dziki. Położono 3 jelenie, 4 łanie, 23 byki daniela, 17 łań daniela, 45 dzików i jednego zająca. Sam Wilhelm II ustrzelił: 2 jelenie 1 byka daniela i 13 małych dzików. Po polowaniu ułożono na ziemi upolowane zwierzęta, głowy żubrów miały zostać wyprawione".

Rogi  żubra strzelonego przez Wilhelma II w 1901 r.


Przeszukując Internet natknąłem się na taką informację: "Jak się okazuje, sam grudzień był też świetnym czasem  do polowań na Śląsku. Pewna  zimowa wyprawa, na którą wraz z Janem Henrykiem XV  wybrał się Wilhelm II, okazała  się szczególnie szczęśliwa dla  Cesarza. Wrócił on do pałacu bardzo zadowolony, bowiem  udało mu się ustrzelić jedną kulą dwa żubry". Myślę jednak, że to legeda stworzona przez współczesnych Wilhelmowi dworaków. Żadna kula nie miała wówczas takiej energii, by powalić jednym strzałem tak potężne zwierzę jakim jest żubr. Aby można było wyobrazić sobie wielkość ustrzelonych przez Wilhelma II żubrów podano następujące dane i te są prawdziwe:


pierwszy byk 6 letni - 2,94m długości,1,83 wysokości

szyja  -  90 kg
łopatki  -  97,5 kg
nogi  -  138 kg
żebra  -  154 kg
filet  -  7 kg
język i ogon  -  12,5 kg
głowa  -  53 kg
skóra  -  57 kg
podroby  -  25 kg
wnętrzności  -  140 kg
grzbiet   - 75 kg
suma: bez krwi  -  849 kg

 

drugi byk

szyja - 65 kg
łopatki  -  86 kg
nogi - 112,5 kg

żebra - 125 kg
filet - 7 kg
język i ogon - 5kg

głowa - 50 kg

skóra - 60 kg
podroby - 25 kg
wnętrzności  -  140 kg
grzbiet - 75 kg

część ogonowa - 20 kg

suma: bez krwi - 770,5 kg

Po prezentacji towarzystwo wsiadło do wozów i udało się w drogę powrotną do zamku. Cesarz opuścił Pszczynę dnia następnego".

 

Losy pszczyńskich żubrów opisuje Pan J. F. Lewandowski w bardzo ciekawym artykule pt. Rogate skarby księcia pszczyńskiego. Zamieszczam go w całości:

 

Rogate skarby księcia pszczyńskiego - autor: Jan F. Lewandowski


Żubry nie byłyby dziś wizytówką Polski, gdyby nie trzy osobniki z Pszczyny. Przetrwały dwie wojny światowe, powstania śląskie oraz polowania – arystokratów, kłusowników i… górnośląskich powstańców.


CARSKI PREZENT


Dzieje żubrów w Polsce wiążą się zatem nie tylko z Białowieżą, gdzie niegdyś żyły na wolności, lecz także ze sławnym rodem Hochbergów, którzy w połowie XIX w. dostali w spadku księstwo pszczyńskie. W jego skład wchodziły też lasy wokół Pszczyny. A Hochbergowie zawsze lubili polowania. Dlatego pochodzący z tego rodu Hans Heinrich XI poprosił Cara Aleksandra II o przysługę i dostał od niego w 1865 r. cztery żubry z Białowieży, w tym jednego byka i trzy krowy (sam zrewanżował się Carowi stadem jeleni). Z carskiego stadka wyrosło z czasem pokaźniejsze stado. Pracujący w okresie międzywojennym w Pszczynie leśnik Stanisław Cenkier wspominał, że w 1918 r. w lasach pszczyńskich żyły 74 żubry. Rozmnażały się doskonale, chociaż niektóre musiały pożegnać się z życiem podczas słynnych polowań u księcia pszczyńskiego. Bywały na nich koronowane głowy, z Cesarzem Rzeszy Wilhelmem II z dynastii Hohenzollernów na czele.

 

Niemniej pszczyńskie lasy doskonale żubrom służyły, tym bardziej że książęcy leśnicy dbali o zwierzęta. Już wtedy żubry księcia pszczyńskiego były lokalną atrakcją. Zostały uwiecznione na zdjęciach górnośląskiego fotografa Maksa Steckela, który należał do pionierów fotografowania dzikich zwierząt. Z wypraw do Pszczyny zamieszczał  fotoreportaże w górnośląskiej prasie oraz drukował karty pocztowe. Dzięki niemu wiadomo, jak tamte żubry wyglądały – choćby stado na zachowanej pocztówce z 1920 r. Po I Wojnie Światowej liczba żubrów księcia pszczyńskiego zmalała w błyskawicznym tempie. W  powojennym okresie rozprzężenia niemal bezkarnie zaczęli na nie polować kłusownicy. A kiedy z początkiem 1920 r. pojawiły się na Górnym Śląsku oddziały alianckie (mające pilnować plebiscytowego porządku), na łowy wyruszyli oficerowie francuscy i włoscy. Na żubry zapolowali także powstańcy, nie zdając sobie sprawy, że niszczą ostatnie okazy szlachetnego gatunku.


ODEZWA KORFANTEGO


Kierujący sekcją lasów w Polskim Komisariacie Plebiscytowym w Bytomiu Stanisław Cenkier wspominał po latach, że osobiście interweniował w Międzysojuszniczej Komisji Rządzącej i Plebiscytowej, żeby odwiodła oficerów alianckich od polowań. A komisarz plebiscytowy Wojciech Korfanty wydał odezwę, wzywającą Górnoślązaków do poszanowania żubra. Niewiele to pomogło. W kwietniu 1921 r., tuż przed wybuchem trzeciego powstania, z niedawno tak licznego stada pozostało jedynie 5 zwierząt. Zdawało się, że po pszczyńskich żubrach nie pozostanie ślad, podobnie jak wcześniej po białowieskich. Na dodatek dwa osobniki z ostatniej piątki zostały zastrzelone podczas trzeciego powstania śląskiego. Wspominał o  tym Korfanty w 1931r., piętnując ówczesne kłusownictwo w dziesiątą rocznicę powstania: „Kłusowali na żubry wybitni wodzowie powstańczy, jak się lubią nazywać. W mieszkaniu jednego z nich (...) wiszą wypchane głowy żubrów, a sanacyjni dygnitarze dziś je oglądają, nie pytając się, skąd i jaką drogą się tam dostały”.


Z POWROTEM DO PUSZCZY


Po trzecim powstaniu ocalały więc trzy ostatnie żubry, sztuki raczej mizerne. Dwa byki: Platon i Plebejer (któremu podczas powstania odstrzelono ogon), a do tego siedemnastoletnia żubrzyca Plante (raniona kulą w udo). Dla znających się na rzeczy leśników nie wyglądało to obiecująco. Na przełomie roku 1921 i 1922 kolejny z Hochbergów, książę Hans Heinrich XV, spróbował wywieźć żubrze niedobitki do Niemiec przed przejęciem powiatu pszczyńskiego przez Polskę. Jego zamiary udaremnili jednak polscy leśnicy, którzy chcieli rozmnożyć stadko. Zadanie nie było łatwe, ponieważ do tej pory leśnicy uznawali Plante za bezpłodną. Tymczasem, ku ich zdziwieniu, stara żubrzyca już po pierwszym roku życia w Polsce wydała potomstwo. A potem jeszcze kilkakrotnie, co pozwoliło na kontynuowanie hodowli. Doszło do żubrzego kazirodztwa, gdy pszczyńscy leśnicy dopuszczali byka Plebejera do jego zrodzonej z Plante córeczki Plakette, która okazała się nadzwyczaj płodna i – jak pisze Cenkier, wydała na świat aż piętnaście żubrząt. Po dziesięciu latach pszczyńskie stado rozmnożyło się znowu tak znacznie, że niektóre sztuki można było przenieść do Białowieży. Najstarsze osobniki z  Pszczyny, Platona i Plante, leśnicy odstrzelili w 1931 roku. Cała trójka pszczyńskiego stada trafiła pośmiertnie, po wypchaniu, do zbiorów przyrodniczych muzeum w Bytomiu, wtedy niemieckiego.


POMOC DLA BIAŁOWIEŻY


Nie było łatwo zaplanować na początku lat dwudziestych odnowienia populacji żubra w Puszczy Białowieskiej. Specjaliści z Międzynarodowego Towarzystwa Ochrony Żubra naliczyli w 1924 r. zaledwie 54 sztuki na świecie, przeważnie w ogrodach zoologicznych. Sprowadzono do Białowieży najpierw 5 żubrów z krajów skandynawskich, w tym trzy sztuki czystej krwi białowieskiej. Do tego stada dołączono byka Plischa z Pszczyny, urodzonego w 1933 r., który – jak się to wkrótce okazało – został na wiele lat reproduktorem w Białowieży. Dzięki niemu tamtejsze stado rozrastało się. Jednocześnie powiększało się i stado pszczyńskie: przed wybuchem kolejnej wojny światowej liczyło już 24 sztuki. Wojnę przeżyło siedemnaście żubrów. Niemniej stado ocalało i tuż po wojnie wiele osobników trafiło do Białowieży i ogrodów zoologicznych Polsce i na świecie.


REWANŻ


Pszczyńskie żubry przetrwały nawet trudne czasy generalissimusa Józefa Stalina i dopiero epidemia pryszczycy w 1953 r. przyniosła im zagładę. Po kilku latach nowe stado zapoczątkowały młode okazy sprowadzone z Białowieży, a wywodzące się w prostej linii z dawnego stada książęcego. Po dziesięcioleciach pszczyńskie żubry zagrały w „Magnacie” Filipa Bajona. Scenariusz filmu nawiązywał do losów rodu Hochbergów.

 

Okazało się, że na polowaniu w Pszczynie w 1913 roku był także Kronprinz czyli najstarszy syn Wilhelma II będacy jego następcą. Polował wówczas na żubry. Świadczy o tym poniższa fotografia. Niestety nie mamy opisu tego polwania.

Polowanie w Pszczynie na żubry kronprinza Wilhelma - grudzień 1913 rok

Sam Wilhelm II polował tutaj także po 1907 roku zapraszany przez następnego właściciela dóbr pszczyńskich Jana Henryka XV von Hochberg. W 1909 roku polował na żubry (strzelił ich dwa) i jelenie (strzelił dwa).

Polowanie Wilhelma II w 1909 r.

W 1911 roku strzelił cztery jelenie, w 1913 trzy jelenie, w 1915 siedem, a w 1916 roku cztery jelenie. Polował także w czasie I Wojny Światowej, bowiem w latach 1914 - 1917, książę Jan XV oddał zamek pszczyński na cesarską Kwaterę Główną.

 

Polowania pszczyńskie są szeroko opisywane. W 2000 roku ukazał się artykuł pt. "Jak cesarz pruski polował w lasach pszczyńskich - wspomnienie", którego fragmenty warto zacytować:

 

Raszkowice to leśny obszar (wraz z przylegającymi do niego polami) w zachodniej części Łąki. Dawniej teren ten obfitował w zwierzynę łowną i ptactwo. Oprócz lasu schronieniem była dla nich istniejąca kiedyś w szczerym polu remiza. To właśnie tutaj książęta pszczyńscy, a także sam Cesarz pruski Wilhelm II, przyjeżdżali na polowania.


Od pszczyńskiego zamku w kierunku "Łąckiej Grobli" wzdłuż rzeczki "Młynówka", obok leśniczówki "Stachoniówka" przez Raszkowice aż do tzw. "Czornych Dołów" biegła książęca droga - spacerowa, dla książęcych bryczek zwana "Fürsten Weg". Do końca II Wojny Światowej była ona pielęgnowana. Z biegiem lat została zaniedbana, na pewnych odcinkach poprzerywana i w konsekwencji mało znana.

 

Ta droga i las Raszkowice wiążą się z historycznym wydarzeniem, jakie miało miejsce w 1917 r., a które opisuję na podstawie ustnego przekazu już dziś nieżyjącej śp. Siostry Rodrygi ze Zgromadzenia Córek Bożej Miłości, córki gajowego w Raszkowicach Pana Koniecznego, urodzonej w 1902 roku. Tak ona, jako kilkunastoletnia dziewczyna zapamiętała to wydarzenie:

 

"Wyżej opisaną drogą książęcą orszak cesarski Wilhelma II-go - Cesarza Prus i wielu gości zaproszonych przez księcia Jana Henryka XV Hochberga, przyjechało do gajówki Raszkowice na polowanie. Wcześniej na końcu wsi Łąka orszak zatrzymał się w miejscu, gdzie dzieci szkolne z Łąki przywitały Cesarza śpiewem i deklamowaniem wierszy. Polowanie odbyło się na polach i w lesie Raszkowice. Gajówka i postawiony w pobliżu namiot były miejscem na posiłek i odpoczynek. W czasie kiedy "panowie" polowali, wtedy "damy" przygotowywały posiłki. Były one niezwykle przejęte swoją rolą, a każda z nich pragnęła zaimponować znajomością sztuki kulinarnej i zdobyć uznanie Cesarza i dostojnych Panów".

Książęta pszczyńscy, a szczególnie Hochbergowie bardzo lubili polować. Książę Jan Henryk XV Hochberg na słynne polowania zapraszał wielu dostojnych gości z całej Europy, a sam Cesarz Wilhelm II był tutaj kilkakrotnie.

 

W owym czasie zwierzyny łownej i ptactwa było bardzo dużo, bo też dbał o to sam książę Hochberg, zakładając i pielęgnując remizy. Ślady po tych remizach znajdują się jeszcze pomiędzy osiedlem Piastów i kościołem Podwyższenia Krzyża Św. w Pszczynie, gdzie znajduje się figura M.B. Fatimskiej (ok. 10 dębów), przy drodze z Łąki do Pszczyny przed wjazdem do ciepłowni, a także na Raszkowicach. Także ludność Dolnego i Górnego Śląska była przychylna działaniom książąt pszczyńskich - czerpała z nich także korzyści.

 

Łowczy Księcia Pszczyńskiego Willy Benzel (1889-1975) tak opisuje śląską ludność: „Ludzie z górnośląskich wiosek wykazywali się dużą pasją łowiecką i chętnie zgłaszali się na polowania jako uczestnicy naganki. Bez względu na pogodę z dużym zaangażowaniem, pilnością i oddaniem starali się jak najlepiej wykonać swoje zadanie. Byli też twardzi, gdy dochodziło do skaleczeń. Pewnego razu było polowanie hubertowskie na zwierzyną drobną w rewirze Gostyń. Chociaż pędzenia miały miejsce na granicy pole-las, ruszono jelenia byka dwunastaka, zalegającego w młodniku. Nagle wśród naganki zrobiło się zamieszanie, a z zagajnika wybiegł zakrwawiony 14 letni chłopiec. Ruszony jeleń zaatakował chłopca i według innego świadka, wziął go na poroże i odrzucił na bok. Prowadzący polowanie leśniczy Fagenzer, natychmiast odesłał chłopca dorożką do szpitala w Mikołowie. Lekarz założył poszkodowanemu kilka szwów na rozciętej skórze czaszki, obandażował głowę i odesłał do domu zalecając kilkudniowe leżenie w łóżku. Pasja łowiecka i zaangażowanie chłopca było tak wielkie, że rodzice nie potrafili go zatrzymać, gdyż tak bardzo chciał wrócić na dalszą część polowania. Dopiero po kategorycznej interwencji prowadzącego polowanie pozostał w domu". (źródło: Jerzy Szołtys, KULTURA ŁOWIECKA NR 87).

 

W zbiorach Muzeum Zamkowego w Pszczynie znajdują się gipsowe medaliony jeleni byków. Istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że mogą to być byki, a właściwie ich gipsowe odlewy, podarowane przez Cesarza Wilhelma II właścicielom Pszczyny. Przecież Cesarz tak postępował z rogaczami upolowanymi w Prakwicach. Przypomnijmy, że gipsowe odlewy najpiękniejszych, cesarskich rogaczy były ozdobą dworku w Prakwicach, a oryginały Cesarz zabrał do swojego zamku w Poczdamie.

Portret Jana Henryka XV, księcia von Pless, w mundurze huzarskim. Pochodzi z 1918 roku. Książę miał wówczas 57 lat

Książę pszczyński, baron zu Fürstenstein urodził się 23 kwietnia 1861 roku w Pszczynie. Jan Henryk XV był pierworodnym synem Jana Henryka XI von Pless i   Marii von Kleist. W 1879 ukończył ekskluzywne wrocławskie gimnazjum św. Marii Magdaleny. Następnie studiował nauki ekonomiczne na uniwersytetach w Berlinie, Genewie oraz Bonn. Studia miały przygotować go do zarządzania olbrzymimi dobrami Hochbergów na Śląsku. W wieku 22 lat Jan Henryk XV otrzymał od Cesarza Wilhelma I niższy tytuł książęcy Prinz von Pless. W latach 1881 – 1882 służył w armii cesarskiej, początkowo jako ochotnik w królewskim pułku huzarów, następnie w pułku huzarów gwardii. W latach 1882 – 1885 odbył długą, obfitującą w liczne polowania podróż dookoła świata, odwiedził m.in. Indie oraz Amerykę Północną. Po powrocie podjął pracę w Ministerstwie Spraw Zagranicznych w Berlinie. Tam poznał i zaprzyjaźnił się z młodym następcą tronu Wilhelmem Hohenzollernem (późniejszym Cesarzem Wilhelmem II). W 1886 r. Jan Henryk XV przeniesiony został na placówkę dyplomatyczną w Brukseli, a w rok później został attache w ambasadzie w Paryżu. W 1890 roku Jan Henryk XV oddelegowany został na stanowisko sekretarza w ambasadzie niemieckiej w Londynie.

Jan Henryk XV Hochberg

Tam poznał i oświadczył się dużo od siebie młodszej Marii Teresie Cornwallis-West zwanej Daisy. Ich ślub odbył się 8 grudnia 1891 r. w kościele św. Małgorzaty w Westminsterze. Świadkami przysięgi małżeńskiej byli Edward książę Walii (późniejszy Król) i jego żona księżna Aleksandra, natomiast Królowa Wiktoria osobiście udzieliła młodej parze swego błogosławieństwa. Ze strony rodziny Hochbergów świakiem był Konrad, młodszy brat Jana Henryka, właściciel Dąbrowy

Na rysunku u góry z lewej strony świadkowie ślubu: książę Walii Edward z małżonką (ze strony Daisy) oraz Konrad, młodszy brat Pana młodego właściciel Dąbrowy

Ślubne zdjęcie ksieżnej Daisy. Krzyż, który ma na szyi księżna, to prezent od teściowej księżnej Matyldy von Pless

Dnia 8 grudnia 1891 roku, –  ślub Daisy i Hansa w Kościele Św. Małgorzaty w Londynie. Daisy zakłada na tę okazję koronę hrabiny Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego, którą otrzymała od teścia, księcia Hansa Heinricha XI.

Portret zaręczynowy

Miesiąc miodowy małżonkowie spędzili w Paryżu, potem udali się w podróż poślubną na Lazurowe Wybrzeże, do Neapolu i Egiptu, trwającą od stycznia do marca 1892 r. W kwietniu 1892 r. Daisy po raz pierwszy przybywa do Pszczyny, jest tam ciepło witana jako małżonka dziedzica księstwa.

 

6 lipca 1892 r. nastąpił oficjalny wjazd Daisy do Książa, jako nowej pani tych ziem. Na łukach triumfalnych zdobiących trasę przejazdu z dworca w Świebodzicach można było przeczytać „Witamy Niemieckiego Orła i Różę Anglii”

 

Młoda para otrzymała od seniora rodu Jana Henryka XI zamek w Książu. Hochbergowie urządzali tam liczne przyjęcia połączone z polowaniami, na których gościła śmietanka arystokracji europejskiej. Bardzo wysoka pozycja społeczna właścicieli i ich osobiste związki z najbardziej wpływowymi osobami na kontynencie europejskim sprawiły, że w Książu często gościła elita arystokracji, koronowane głowy i wielcy politycy. Byli wśród nich:  między innymi: Car Rosji Mikołaj I z żoną Aleksandrą Fiodorowną, Cesarz Austro-Wegier Franciszek Józef, następca tronu Austrii Karol I Hab­burg, przyszły prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki John Quincy Adams, Winston Churchill, Wielcy Książęta rosyjscy Borys Władymirowicz Romanow i Michał Romanow, egzotyczny Maharadża Cooh-Behar sir Nripendra Narayan Bhup z synem i cały szereg mniej znaczących królów oraz książąt z całej Europy. Byli też i napewno  polowali Cesarze niemieccy: Wilhelm I, Fryderyk III, Wihelm II, jego syn Krozprinz Wihelm, Wielki Książę Michał Romanow.

  

Uczestnicy polowań Cesarze: Wilhelm I, Fryderyk III, Wilhelm II ...

... Kronprinz Wilhelm i Wielki Książę Michał Romanow

Wielki Książe Michał Rosyjski z dynastii Romanowów, kuzyn Cara Mikołaja II był przyjacielem Księstwa von Pless i częstym gościem w Książu. Na zdjęciu z 1909 roku uwieczniony z jednym z książęcych jagerów i upolowanym jeleniem.

 

Będąc panią na Książu od samego początku pobytu w Niemczech starała się robić wszystko co w jej mocy, aby sprzyjać temu, co przyczynia się do przyjaźni i zrozumienia pomiędzy krajem, gdzie się urodziła i tym, w którym przyszło żyć po ślubie. Daisy przypominała Niemcom, że niemiecka Cesarzowa Wiktoria, żona Fryderyka III Hohenzollerna była angielską księżniczką, a Cesarz był najstarszym wnukiem królowej Wiktorii. Na przełomie  1896 i 1897 roku rozpoczęła wśród Angielek mieszkających w Niemczech zbiórkę pieniędzy na prezent z okazji diamentowej rocznicy panowania królowej Wiktorii. Ostatecznie królowa dostała bransoletkę z diamentem i szmaragdem, a dodatkowo album z podpisami osób składających się na prezent.


W czasie panowania na Książu często odwiedzała Wrocław. Była zachwycona miastem, jego zabudową i wielkością. Wiele uwagi i serca poświęcała pałacowi myśliwskiemu w Promnicach koło Pszczyny. W okolicach Książa powstała po 1907 roku jej ulubiona willa „Ma Fantaisie”, którą sama zaprojektowała. Próbując ocieplić atmosferę otoczenia zamku Książ sprowadziła ogrodnika z rodzinnego Newlands, aby urządził ogród w stylu angielskim.


Ambicją Daisy było uczynienie Książa miejscem spotkań koronowanych głów i wpływowych osób z całej Europy. I to jej się udało, do jej rezydencji przybywali zwłaszcza młodzi arystokraci niemieccy i angielscy, zachwyceni panującą w Książu swobodą, a z czasem także członkowie domów panujących z Niemiec, Anglii, Portugalii, Grecji, Rumunii i Bułgarii, przedstawiciele Habsburgów, Hohenzollernów i Romanowów, wicekról Indii, a nawet hinduski maharadża Cooch-Behar. Wśród gości nie brakowało też polskich arystokratów – Potockich z Łańcuta, Lanckorońskich i Głuchowskich. Daisy lubiła Polaków i chętnie ich gościła. Były to czasy rozkwitu Książa, ogromnego luksusu, wielkich polowań i wystawnych przyjęć, podziwianych przez gości.

Daisy na polowaniu

Książęca para podróżowała też po Europie. Regularnie jeździli do Anglii. W zwyczaju mieli polować w hrabstwie Leicester, w środkowej Anglii. Daisy uczyła się tam też jeździć konno, a dużą przyjemność sprawiało jej skakanie przez płoty. W roku 1897 księżna Daisy z mężem odbyła podróż do Irlandii. Mieszkali wówczas w domu myśliwskim Wicekróla Irlandii (był nim wówczas George Cadogan). W roku 1899 para książęca odwiedziła Newlands oraz ponownie Irlandię, tym razem wynajmując dom w Bray niedaleko Dublina. Dość często przebywali też jesienią na południu Francji, a także u przyjaciół w Czechach i Austrii. Daisy była dwukrotnie w Egipcie, a także w Sudanie i Indiach. W lipcu 1901 roku małżeństwo Hochbergów parowym jachtem „Margareta” popłynęło do Rosji. Odwiedzili wówczas m.in. Sankt Petersburg i Moskwę.

Daisy na jachcie

W sierpniu tego samego roku księżna Daisy udała się w podróż do Szkocji. Wraz z siostrą Shelagh i jej mężem Bendorem oraz swoimi rodzicami zamieszkała nad jeziorem Loch More w regionie Sutherland. Początkiem października udała się w podróż do pałacu myśliwskiego Wolfsgarten koło Darmstadt w Hesji, gdzie spotkała się z wielkim księciem Hesji Ernestem Ludwikiem i jego żoną księżną Wiktorią Melitą Koburg. Po wyjeździe z Wolfsgarten Daisy udała się do Eton w Anglii na wyścigi konne, a pod koniec października do rezydencji Keele Hall w Keele w hrabstwie Staffordshire w środkowej Anglii, gdzie spotkała Michała Romanowa i Sophie Torby. W grudniu 1901 roku księżna wydała przyjęcie w Pszczynie, na którym najważniejszym gościem był Cesarz Wilhelm II. Ustrzelił on wówczas jedną kulą dwa żubry, z czego jeden został wypchany i postawiony w holu Zamku Cesarskiego w Poznaniu. W połowie grudnia Daisy udała się z wizytą do Żmigrodu (ówczesnego Trachenbergu) gdzie widziała się z księciem Hermannem von Hatzfeldt-Trachenberg i księżną Nathalie Benckendorff. W marcu 1903 roku Daisy po raz kolejny udała się w podróż do rodzinnego Newlands. Latem tego samego roku wraz z Hansem pojechała do Irlandii na ślub Madge Broocke z ówczesnym majorem Johnem Sharmanem Fowlerer. We wrześniu 1903 roku księżna Daisy urządziła w Książu imprezę myśliwską. Byli na niej m.in. hrabia Sternberg wraz z żoną Fanny, lord Edward Gleichen, Neil Menzies Mar, lord Lonsdale i inni.

Ponieważ małżeństwo Hochbergów chciało by ich kolejne dziecko urodziło się w Anglii, w styczniu 1905 roku wyjechali do Londynu i wynajęli mieszkanie przy Bruton Street. Aż do porodu, który odbył się 1 lutego Daisy brała czynny udział w życiu towarzyskim. Chodziła m.in. do teatru i złożyła wizytę w ambasadzie niemieckiej w Londynie. Syn dostał na imiona Aleksander Frederick George Conrad Ernest Maximilian, ale nazywany był Lexelem. Jego chrzest odbył się w Chapel Royal w pałacu św. Jakuba w Londynie.


Księżna Daisy z mężem Janem Henrykiem XV von Hochbergiem odbywali wiele atrakcyjnych podróży po świecie. Bywali w Egipcie, Indiach, nad Morzem Czerwonym. Ich wyprawy do europejskich stolic, na królewskie i cesarskie dwory należały do regularnych rozrywek, ale także obowiązków. Daisy była zapaloną globtroterką i bardzo cierpiała, kiedy brak funduszy i zły stan zdrowia uniemożliwiły jej dalsze wojaże.

Podróż do Egiptu

Jedną z pierwszych podróży zagranicznych Daisy von Pless odbyła już jako mężatka, kiedy to spędziła miesiąc miodowy w Paryżu. W stolicy Francji wszystko było wówczas nowe i eleganckie, wieża Eiffla stała już od dwóch lat, a Toulouse-Lautrec malował tancerki z Moulin Rouge. Młodziutka księżna pszczyńska pierwszy sukces towarzyski odniosła w paryskiej ambasadzie Cesarstwa Niemieckiego.


W późniejszych latach małżeństwa wyjazdy do Paryża i Londynu stały się dla Plessów normą (mąż Daisy umarł w stolicy Francji 31 stycznia 1938 roku). We własnej stolicy, czyli Berlinie, bywali kilka razy w miesiącu, co ułatwiało doskonałe wówczas połączenie kolejowe z Wrocławiem, a także luksusowa prywatna salonka.

Pałac Hochbergów w Berlinie

Stolica Cesarstwa Niemeickiego była bardzo częstym celem wypraw Daisy, jej męża Jana Henryka XV oraz pozostałych członków rodziny Hochbergów. Z racji pełnionych funkcji na dworze cesarskim Hans Heinrich XI (teść Daisy) często bywał w Berlinie, zmuszony był wynajmować apartamenty, które pochłaniały spore sumy. Zdecydował się zatem na wybudowanie pałacu. Wybrano bardzo reprezentacyjne miejsce, bowiem przy Wilhelmstrasse nr 64. Budowę rozpoczęto w 1872 r. według projektów Hipolita Alexandra Destailleura, tego samego francuskiego architekta, który projektował przebudowę rezydencji w Pszczynie. Po 1919 roku berliński pałac Hochbergów stał się siedzibą prezydenta Rzeszy.

„W owych  czasach nie było przyjęte, aby dama pokazywała się na ulicy w innym kolorze niż czarny. Nigdy nie pozwolono też, abym w domu mojego teścia w Berlinie pozostała sama na sam z mężczyzną. Tak naprawdę nie można nawet było rozmawiać sam na sam z mężczyzną. W Berlinie nie wolno mi było nawet  jeździć otwartym powozem. Ponieważ dom był nadmiernie ogrzewany, tęskniłam za świeżym powietrzem.” - pisała w swoich Pamiętnikach.

 

„Mój teść prezentował się  w Berlinie wyjątkowo dobrze – w jedwabnym kapeluszu i czarnym płaszczu, bardzo wysoki o pięknej figurze. Codziennie rano zwykł był spacerować ze mną po Wilhelmstrasse, berlińskim Whitehallu, gdzie każdy mógł nas widzieć.”  Księstwo von Pless bywali regularnymi gośćmi w berlińskim Pałacu Cesarskim.


„Berlińskie społeczeństwo było i nadal jest bardzo nudne. Czasami nawet wydawało mi się, że nie wytrzymam kolejnej minuty. Niemcy posiedli sztukę kojarzenia gości. Wszystko odbywało się wedle klasy społecznej i pierwszeństwa, a niewątpliwym rezultatem tego była niszczycielska nuda. Nikt nie chce siedzieć stale obok tym samych osób.


Niełatwo jest opisać, w jaki sposób usadawiano nas na dworze. Po prawej stronie tronu Cesarza i Cesarzowej był krąg dyplomatyczny, po lewej kolejno zarezerwowane miejsca dla księżniczek, księżnych, dalej hrabin i baronowych.


Jedynymi tańcami dozwolonymi na dworskich balach były gawot i menuet i jedynie tym, którzy ćwiczyli je razem wcześniej, wolno było w tych imprezach uczestniczyć. Uważałam za śmieszne tańczyć je z mężczyzną w nowoczesnym, niemieckim mundurze…


Na dworskich balach nie nosiło się długich trenów, lecz zwykłe suknie balowe, a kolacja była podawana na małych stolikach o 10:30. W czasie pewnej uroczystości siedziałam pomiędzy znakomitymi dżentelmenami. Jeden z nich zapytał mnie, dlaczego mieszkamy w hotelu, a nie w naszym własnym, dużym, brzydkim pałacu przy Wilhelmstrasse. Powiedziałam, że mąż wolał hotel, gdyż w naszym domu nie ma łazienek. „Mein Got”, powiedział jeden ze starszych dżentelmenów, „czy on absolutnie musi się kąpać codziennie?”


W podróż do brytyjskich wówczas Indii wybrali się tylko we dwoje, co miało ich zbliżyć po kryzysie związanym z utratą pierwszego dziecka. Przez Morze Czerwone i Ocean Indyjski w styczniu dopłynęli do Madrasu. Przez Haiderabad i Bombaj dojechali do Kalkuty. Edward, książę Walii polecił swoim urzędnikom troskliwie zająć się księstwem Pless, więc wszędzie przyjmowano ich gościnnie i z wielką pompą. Po drodze podziwiali sztukę indyjską i polowali na tygrysy. Młoda księżna powaliła celnym strzałem jednego z nich. W Kalkucie powitał ich Wicekról, lord Elgin, a z wieloma hinduskimi arystokratami szczerze się zaprzyjaźnili, co w przyszłości miało skutkować wieloma egzotycznymi wizytami w Książu i Pszczynie.

Indie - 1892 r.

Bliższe okolice były dla nich zapewne także interesujące, o czym świadczyć może epizod z zimy 1906 roku. W Karkonoszach do popularnych rozrywek należały wtedy zjazdy saniami rogatymi i z atrakcji tej korzystali przybywający tutaj turyści różnych stanów, także arystokracja. W lutym 1906 roku Jan Henryk XV z małżonką Daisy przyjechali salonką do Cieplic, a stąd w trzy zaprzęgi udali się do Jagniątkowa. Saniami rogatymi zjechali ze schroniska Peterbaude (Petrovka) w dół i wieczorem zajęli kwaterę w pochodzącym z 1817 roku hotelu „de Prusse” przy obecnym placu Piastowskim 20. Dwa dni później powtórzyli zjazd saniami tą samą trasą, do hotelu wrócili o godzinie 18.00, zjedli kolację i trzy godziny później udali się w podróż powrotną do Książa.

 

W 1913 r., kiedy między Daisy a mężem coraz częściej pojawiały się konflikty, księżna udała się w podróż do Ameryki Południowej z bratem George’em, który także miał małżeńskie problemy. Odwiedzili Brazylię i Argentynę, gdzie pływali po Paranie, odwiedzali plantacje kawy i hodowle bydła, wędrowali po tropikalnym lesie, byli w operze, grali w ruletkę. Niestety, podróż ta nie poprawiła ich sytuacji małżeńskiej. George rozwiódł się z Jenny Churchill i ponownie się ożenił, natomiast Daisy nie chciała rozwodu.

Podróż do Ameryki Południowej w 1913 roku

Warto wspomnieć, że podróże po Europie odbywała Daisy i jej rodzina na ogół prywatnym wagonem-salonką z apartamentem księżnej oraz przedziałami dla służby i dam dworu. Używano jej także do podróży z Książa (ze stacji kolejowej w Świebodzicach) do Pszczyny. Zdarzało się, że kiedy zatrzymywała się na dłużej w jakimś hotelu, z Książa przywożono tam jej ulubione fotele i sofy, aby mogła się czuć swobodnie i swojsko.

 

Na razie jednak mamy początek związku. Z małżeństwa z Daisy narodziło się czworo dzieci: nieznana dziś z imienia  córka (zmarła zaraz po urodzeniu), oraz synowie Jan Henryk XVII, Aleksander i Bolko. Jaka była przyczyna zgonu dziecka?


Ani w listach Hansa Heinricha, ani we wspomnieniach Daisy nie znalazłam wyjaśnienia - pisze Barbara Borkowy, autorka wielu publikacji o Daisy.


Maria Małgorzata Potocka (Z moich wspomnień, Londyn 1983) zarzuciła Daisy lekkomyślność w postępowaniu z małym dzieckiem: „Mówiono o niej (Daisy), że gdy urodziło się jej pierwsze dziecko, wkrótce zmarło, gdyż bawiła się nim jak piłką podrzucając do góry”. Wydaje się to wielce nieprawdopodobne, niemożliwe by Daisy była do tego stopnia nieodpowiedzialna. W liście z późniejszego okresu Daisy zrzucała winę za śmierć córki na męża. Wypominała mu, że to on był nieodpowiedzialny wożąc ją po wertepach w szaleńczych przejażdżkach, co miało spowodować przedwczesny poród i śmierć niemowlęcia.


Dzięki Przyjaciółce z Anglii udało mi się dotrzeć do aktów urodzenia i zgonu córeczki Hochbergów i rozwiązać tajemnicę jej śmierci.

 

„Dziecko płci żeńskiej o nazwisku Hochberg zmarło po 14 dniach, 11 marca 1893 roku, w tym samym domu, w którym się urodziło, z powodu konwulsji kolkowych [colic convulsions], co zaświadczył dr Arthur Eddowes. Świadectwo zgonu wystawione zostało 13 marca 1893 r. i podpisane przez dziadka Williama Cornwallis-Westa, który był przy śmierci dziecka, i Katarzynę Darker, urzędniczkę stanu cywilnego“. (źródło: Barbara Borkowy).


Daisy po rozwiązaniu nie czuła się dobrze, już wówczas miała kłopoty z nogami, dokuczało jej kolano i chodziła o lasce. Z 20 marca pochodzi list, w którym Hans dziękuje ojcu za telegram z wyrazami współczucia i informuje: „Daisy czuje się coraz lepiej, dziś już chodziła po ogrodzie. W przyszłym tygodniu pojedziemy na tydzień do Newlands, a potem do Szwajcarii.”


A co z córką? -  „Sekretarz prywatny Rittera i jeden Anglik zabrali ciało i przewieźli do Książa” – napisał Hans do ojca. – „We wtorek odbędzie się pogrzeb w krypcie”. Rodzice nie wzięli udziału w ceremonii, do Książa planowali powrócić w maju.


Miejsce wiecznego spoczynku Hochbergów splądrowano po zakończeniu II Wojny Światowej, włamano się do sarkofagów i rozrzucono ich zawartość. Wśród szczątków był szkielet małego dziecka.

W mundurze huzarów

Od 1902 roku Jan Henryk XV jako przedstawiciel warstwy junkrów zasiadał w Pruskiej Izbie Panów. Na szczeblu prowincji Jan Henryk XV piastował funkcję wiceprezydenta prowincji śląskiej (1897–1918), uczestniczył również w pracach śląskiego sejmu prowincjalnego. Po śmierci ojca w 1907 r. przejął wyższy tytuł książęcy i jeden z największych majątków w Niemczech – dobra pszczyńskie (ok. 40 tys. ha, 6 kopalni węgla kamiennego, browar w Tychach i inne) i wałbrzyskie (ok. 10 tys. ha, 3 kopalnie węgla kamiennego i inne). Wybudował Grand Hotel będący jednocześnie Domem Zdrojowym w Szczawnie Zdroju (niem. Bad Salzbrunn, który pogrążał jego finanse. Majątek ten systematycznie zadłużał wskutek rozrzutnego trybu życia rodziny i ogromnych inwestycji architektoniczno-budowlanych (m.in. przebudowa Zamku Książ). W czasie I Wojny Światowej awansowany do stopnia pułkownika, pełnił rolę oficera ordynacyjnego Cesarza Wilhelma II. W latach 1915–1917 użyczył na 21 miesięcy do dyspozycji Niemieckiej Kwatery Głównej swój zamek w Pszczynie.

 

Szczawno Zdrój

 

Wraz z nabyciem Książa w 1509 r. Szczawno Zdrój stało się także własnością rodziny von Hochberg. Własności lecznicze tutejszych wód mineralnych znane były od niepamiętnych czasów. Już w końcu XVI w. nadworny lekarz Hochbergów, Kasper Schwenckfeld z Jeleniej Góry, dokonał analizy i oceny śląskich wód mineralnych, w tym szczawieńskich. Jednakże dopiero z początkiem XIX w. rozpoczął się rozwój miejscowości jako uzdrowiska, by swój szczyt osiągnąć właśnie na przełomie wieków XIX i XX. Na ten okres przypada największa rozbudowa i modernizacja Szczawna Zdroju. Jego właściciele książęta von Pless, nie szczędzili wysiłków, by uzdrowisko stało się bardziej atrakcyjne i przyciągało jak największą liczbę kuracjuszy.

Uzdrowisko Salzbrunn. Prywatne uzdrowisko Hochbergów, Szczawno-Zdrój w XIX wieku przyciągało eleganckie towarzystwo z całej Europy

Hala spacerowa

Pierwotna, klasycyzująca hala spacerowa w Szczawnie zbudowana została na wzór kolonady uzdrowiskowej w Wiesbaden i nazwana halą Elizy na cześć koronowanej księżnej pruskiej Elżbiety, żony Fryderyka Wilhelma IV, która przebywała w zdroju na kuracji w 1831 (spotyka się też rok 1834) roku wraz z mężem. Obecna hala o długości 77 metrów, 15 m szerokości i 10 metrów długości została postawiona w miejscu pierwszej kolonady, która spłonęła 14 marca 1893 roku.

 

Jeszcze przed powstaniem listopadowym po utworzeniu na Kongresie Wiedeńskim w 1815 roku marionetkowego Królestwa Polskiego, którego Królem był Car rosyjski, ówczesny Salzbrunn  (dzisiejsze Szczawno-Zdrój) stał się Mekką dla potrzebujących kuracji zniewolonych Polaków. Wojażowano do jego wód całymi rodzinami. Przebywała tu m. in.  generałowa Dąbrowska z Winnogóry, żona znanego z naszego hymnu narodowego  Henryka Dąbrowkiego, słynnego twórcy Legionów Polskich we Włoszech. Towarzyszyła jej hrabina Mielżyńska z Miłosławca, a także pułkownikowa Ponińska z pobliskiej Wrześni. Wymienione trzy panie zajmowały pokoje „Pod Złotym Lwem” i „Złotym Słońcem”, a bawił je gawędami na spacerach znajomy proboszcz z Żerkowa, Bentkowski – bo jak widać całe towarzystwo to geograficzni sąsiedzi nieomal z jednej wielkopolskiej gminy.

Luiza Radziwiłł - matka Elizy

Kolejny gość z obszaru Wielkopolski to księżna Luiza Radziwiłł, żona jednego z najwybitniejszych ówczesnych polskich możnowładców i polityków, Antoniego Radziwiłła, namiestnika Wielkiego Księstwa Poznańskiego. Ta dostojna dama przybyła tu na kurację w 1820 roku wraz z synem Ferdynandem i dwiema córkami, Elizą  i Wandą, ale zamieszkała w  gościnnie otwartym dla osób tak wysokiego urodzenia zamku Książ. Zarówno zamek Fürstenstein jak i uzdrowisko Salzbrunn były własnością rodziny von Hochbergów, zaprzyjaźnionej i skoligaconej z najzacniejszymi rodami ówczesnych Prus i ziem ościennych. Należeli do nich Radziwiłłowie, zwłaszcza że żona namiestnika Antoniego, Luiza pochodziła z królewskiego rodu Hohenzollernów. Księżna aktywnie uczestniczyła w zaproponowanym podupadającemu na zdrowiu synowi programie leczenia, a także w życiu kulturalnym uzdrowiska. Dla Szczawna zasłużyła się słynnym listem dziękczynnym  do doktora Zemplina, twórcy miejscowego lecznictwa, sławiąc piękno kurortu, znakomitą opiekę medyczną i pozytywne efekty leczenia pacjentów. List ten starannie wydany w dużym nakładzie był rozpowszechniany wśród kuracjuszy przez parę kolejnych lat i stanowił bezcenną reklamę uzdrowiska.

Szczawno Zdrój

To bardzo ważne dla Szczawna-Zdroju  wydarzenie, więc warto było o nim przypomnieć, ale nie księżna Luiza jest bohaterem literackim tej opowieści. Jest nią jej córka, Eliza Fryderyka Luiza Marta Radziwiłłówna (ur. 28 października 1803- zm. 27 września 1834), starsza córka Antoniego Henryka Radziwiłła i wspomnianej wyżej księżniczki pruskiej Ludwiki "Luizy" Hohenzollern. To właśnie  ona, „Czarująca Eliza”, „Anioł z Ciszycy”, jak ją komplementowała berlińska prasa, stała się podmiotem niezwykle pięknego i wzruszającego romansu.

Eliza Fryderyka Luiza Marta Radziwiłłówna

Eliza okazała się dziewczyną niepospolicie piękną, o urodzie skandynawskiej i litewskim temperamencie. Po przybyciu na zamek Książ liczyła sobie 17 lat, była więc w kwiecie wieku. Trudno więc się dziwić, że zwróciła na siebie uwagę goszczącego w zamku młodego Wilhelma  Hohenzollerna, drugiego syna Króla pruskiego Fryderyka Wilhelma III.

Wilhelm  Hohenzollern

Nie potrzeba było wiele czasu by zawarta już wcześniej znajomość dwojga młodych i spowinowaconych przekształciła się tu właśnie na zamku Książ w gorące uczucie. Cudownie położony zamek, bujna przyroda wokół, słoneczne dni wśród fontann tarasowych i różnobarwnych klombów sprawiły, że zaloty późniejszego Cesarza niemieckiego Wilhelma I stały się całkiem na serio.

Zamek Książ ok. 1820 r.

Dla obojgu była to pierwsza miłość, tym mocniejsza, że obopólna. Wspólne spacery ścieżkami wokół zamku i w alejach parkowych uzdrowiska umocniły wzajemną więź i gotowość zawarcia związku małżeńskiego. Dla potwierdzenia tej decyzji odbyły się zgodnie z dworskim konwenansem uroczyste zaręczyny i młodzi kochankowie snuli plany małżeńskie. Sytuacja nie była jednak taka prosta, a w miarę upływu czasu stawała się coraz bardziej skomplikowana. Co stało na przeszkodzie, co powodowało, ze kochająca się para nie mogła się doczekać spełnienia swych zamierzeń?


Niestety, nie po raz pierwszy spotykamy się z sytuacją potwierdzającą tezę, że życie na dworach monarszych nie jest wcale usłane różami. Potencjalny związek następcy tronu z rodu Hohenzollernów, z księżniczką, ale nieczystej krwi niemieckiej, boć przecież ojcem jej był Radziwiłł z pochodzenia litewskiego, jak się okazało mógł spowodować utratę przez Wilhelma praw do tronu. Radziwiłłowie wynajęli prawnika K.F. Eichhorna, którego zadaniem było opracowanie historii rodu, świadczącej o jego równości z suwerennymi książętami Rzeszy. Wysunięto nawet projekt adopcji Elizy przez Cara rosyjskiego Aleksandra I. Pomysł ten jednak wywołał wahanie Cara, poza tym adopcja nie rozwiązałaby problemu, gdyż o równości rodowej decydowała krew, a nie nazwisko.

Książę Antoni Radziwiłł - ojciec Elizy

Wobec sprzeciwu części rodziny i pruskich polityków Wilhelm porzucił swe zamiary i po sześciu latach wahań zdecydował się poślubić wskazaną mu przez rodzinę Augustę, księżniczkę von Sachsen-Weimar. Wprawdzie  nie zapomniał o swej młodzieńczej namiętności i na swoim biurku postawił jej wizerunek, ale nie zapobiegło to załamaniu psychicznemu wiernej mu do końca życia Elizy.

 

Eliza nie wyszła nigdy za mąż. Zmarła  po ostatecznym rozstaniu z Wilhelmem, w wieku 31 lat na gruźlicę. Pochowana została w dworku rodzinnym Antoninie. Ten piękny pałacyk w gminie Przygodzice,  w dorzeczu Baryczy, dawnej posiadłości bojarskiego rodu Radziwiłłów, niedaleko Ostrowa Wielkopolskiego zyskał sobie opinię centrum życia kulturalnego ówczesnej Wielkopolski. Tu w Przygodzicach rezydowała rodzina Antoniego i Luizy Radziwiłłów w czasie pełnienia przez niego funkcji namiestnika Wielkiego Księstwa Poznańskiego, utworzonego w 1815 roku mocą postanowień Kongresu Wiedeńskiego. (źródło: Stanisław Michalik).

 

Radziwiłłowie parokrotnie leczyli się w Szczawnie, mianem Luizy i Elizy ochrzczono obiekty zdrojowe. Księżniczkę Elizę dała się poznać z jeszcze innej strony; obok urody wzbudzała podziw pięknym głosem i talentem malarskim, odziedziczonym po ojcu. Znane były jej sympatie do dekabrystów i powstańców listopadowych To właśnie ona jest autorką znakomitych portretów rysunkowych Fryderyka Chopina, który bywał gościem i dawał koncerty w Antoninie, wielkopolskiej rezydencji Radziwiłłów. Wyrazem wdzięczności Chopina za gościnność, a być może także hołdu dla urody i inteligencji młodszej z córek gospodarzy  -  Wandy, przyszłej małżonki księcia Adama Czartoryskiego,  był skomponowany na miejscu Polonez na wiolonczelę i fortepian oraz Trio g-moll z dedykacją dla rodziny Antoniego i Luizy Radziwiłłów. Namiestnikowski tryb życia księcia Antoniego, zmuszał Radziwiłłów do ciągłych podróży i zmian miejsca zamieszkania. Głównymi ich kwaterami były berliński pałac przy Wilhelmstrasse 77 i nie mniejszy w Poznaniu przy placu Kolegiackim.

 

Budynek "Dwór Luizy" należał do Hochbergów do 1931 roku. Został zburzony na początku lat 30-tych po sprzedaży uzdrowiska przez rodzinę książęcą

Wędrówki te były podzielone na etapy według pór roku. Czas zimowo-wiosenny najczęściej spędzali w Poznaniu. Natomiast na letnio-jesienny wypoczynek udawali się w Sudety. Tam, w Lądku Zdroju, w miejscowym "Hotelu de Pologne", będącym własnością Radziwiłłów, ich córka Eliza założyła bibliotekę z polskim księgozbiorem, mając na uwadze rodaków przybywających do lądeckich wód.  Stąd równie chętnie przemieszczali się do Ciszycy (Ruhberg) koło Kowar - letniej rezydencji, którą nabyli na własność w 1824 roku.

 

Śmierć synów, synowej i wnuczki oraz sercowy dramat córki Elizy sprawiły, że czarne chmury spowiły radosne dotąd oblicze książęcej rodziny. Dołączyły do tego coraz chłodniejsze stosunki z Berlinem, co książę odczuwał niezwykle dotkliwie. Zwłaszcza po upadku planów małżeńskich Elizy Radziwiłłówny i Wilhelma Hohenzollerna.

W pierwszej połowie XX wieku, Szczawno Zdrój uchodziło za czołowe uzdrowisko na Śląsku. W 1901 roku wybudowano nowe łazienki „Luisenbad” i wykonano nowe ujęcia wód, co pozwoliło na produkcję ponad 1 miliona butelek rocznie. W maju i czerwcu 1907 roku na kuracji w Szczawnie przebywał bardzo wówczas popularny pisarz powieści podróżniczych i awanturniczych Karol May, autor słynnego „Winnetou”. Mieszkał w pensjonacie „Belvedere”. Podczas pobytu opublikował w miejscowej gazecie artykuł na temat teatru i wiersz o Szczawnie. Miejscowość odwiedził jeszcze raz w 1911 roku.

Grand Hotel powstał ponad sto lat temu. O jego wystrój zadbała sama Daisy - księżna Maria Teresa von Pless, żona Jana Henryka XV Hochberga, do którego należał obiekt. Małżonkowie mieli zwyczaj przyjeżdżać tu w każdą niedzielę na obiad. Bywał tu Cesarz Wilhelm II, Winston Churchill i plejada arystokratycznych gości z całego kontynentu.

„Widziałam plan nowego hotelu w Szczawnie, który będzie pod dachem za dwa tygodnie.  Zamierzam wszystko zaprojektować sama, w tym len, srebro i porcelanę” – pisała w swoim pamiętniku w listopadzie 1909 roku księżna Maria Teresa Oliwia Hochberg von Pless  znana wszystkim jako księżna Daisy.


„... Projekt pokoju muzycznego w stylu Ludwika XV, wielkiej dębowej jadalni i korytarza z jedną ubikacją i łazienką na końcu uważam za absurdalny. Kazałam dodać dwie łazienki i ubikacje – w środku i po drugiej stronie korytarza. Dyrektor generalny Keindorff i architekt von Pohl kłócili się, że to niepotrzebne dodatkowe koszty, jako, że ludzie nie będą ich używali. Ale odpowiedziałam, że ludzie, których spodziewają się przyciągnąć tym przepychem, będą ich używali.”


„… Natomiast łatwo przystali na moją propozycję, aby dywany zamówić w naszym domu towarowym w Wałbrzychu. Keindorff powiedział, że możemy je dostać o 20 proc. taniej. Oburzyłam się, jeśli tak zrobimy całe miasto będzie przeciwko nam. Vater (książę pszczyński, teść Daisy) wybudował sklep, aby służył naszym górnikom i pracownikom, którzy mogli tu kupować po kosztach zakupu. Ta kwestia była już poruszana w prasie: pisano, że książę pszczyński wykupuje towary. To było nieprawdą. Hans napisał do Cesarza wyjaśnienie, że nie on wybudował sklep, ale Vater. Korzystali z niego tylko górnicy i robotnicy, my na tym nie zarabialiśmy… Gdybyśmy poszli za radą dyrektora i architekta, sprzeniewierzylibyśmy się zamysłowi Vatera”.

Wrażliwość i zamiłowanie do sztuk pięknych księżnej sprawiło, że zajęła się zaprojektowaniem wnętrz Grand Hotelu w Szczawnie-Zdroju, oddanym do użytku w czerwcu 1910 r. Daisy osobiście wybierała srebro i porcelanę do hotelowej restauracji i kawiarni, a także pościel.

Bar w stylu empire, sala bilardowa, elegancka czytelnia, restauracje i winiarnia z szafą do chłodzenia win, klimatyzacja, kilka wind, centralne ogrzewanie i centralny odkurzacz - Grand Hotel w Szczawnie-Zdroju był jednym z najnowocześniejszych i najbardziej reprezentacyjnych hoteli w Europie.

Jeden z saloników

Sypialnia

Pokój do inhalacji

Maż pozwolił Daisy zająć się wszystkim, łącznie z zaprojektowaniem wnętrz, wyborem pościeli, sreber i porcelany. Efekt, jaki osiągnęła, zachwycał gości. Książę Pless był dumny i z hotelu i z żony. Kiedy Grand był gotowy, Hochbergowie często wybierali się tam w niedzielę na obiad. Potem spacerowali po parku zdrojowym lub siadali na promenadzie, aby posłuchać orkiestry. „Musieliśmy wracać do domu. Tłumy ludzi wszędzie za nami chodzili” – żaliła się księżna.


Sława szczawieńskiego Grand Hotelu sięgała poza granice kontynentu. Gmach robił imponujące wrażenie, nie tylko na gościach, ale osobach profesjonalnie zajmujących się architekturą.

Największą szczawieńską inwestycją stałą się budowa w 1910 roku hotelu „Schlesische Hof” (dzisiejsze Sanatorium nr 1) o 130 luksusowych pokojach, wyposażonego we wszystkie ówczesne zdobycze cywilizacyjne. Obiekt powstał z okazji wielkich manewrów wojskowych w 1913 roku, podczas których hrabia Rzeszy, Hans Heinrich XV von Hochberg, książę von Pless zakwaterował w nim najznamienitszych uczestników i gości z Cesarzem Wilhelmem II, Królem Grecji Konstantynem I i lordem Winstonem Churchillem na czele. Mniej więcej w tym samym czasie odkryto nowe źródła mineralne, m.in. „Krone” i „Martha”, dla których zbudowano nową pijalnię w postaci drewnianego pawilonu na promenadzie.

W 1931 roku uzdrowisko odkupiło od Hochbergów towarzystwo budowlane z Berlina, a od niego z kolei przejął je 3 lata później rząd niemiecki i Szczawno uzyskało statut uzdrowiska państwowego, co znacznie podniosło jego rangę. Powstały kolejne nowoczesne łazienki i zakład przyrodoleczniczy. W latach 30-tych ulicy, przy której stał Grand Hotel nadano imię Georga Hauptmanna. W okresie międzywojennym Szczawno Zdrój miało 7 hoteli o ponad 300 miejscach noclegowych, kilkadziesiąt pensjonatów, liczne restauracje i kawiarnie, kąpielisko, pole golfowe, tor saneczkowy, lodowisko, a nawet skocznię narciarską. Działało 7 źródeł mineralnych, łazienki, zakład przyrodoleczniczy do inhalacji, pijalnia i teatr zdrojowy. W końcowym okresie II Wojny Światowej, od 1944 roku w uzdrowisku istniał niewielki obóz pracy, filia obozu koncentracyjnego Gross-Rosen. Los więźniów jest nieznany. 8 maja 1945 roku uzdrowisko zostało zajęte bez walki przez oddział 21 Armii Radzieckiej.

Pocztówka wysłana z Bad Salzbrunn w 1906 roku

Szczawieńskie korty tenisowe powstały na początku XX wieku w nawiązaniu do brytyjskich korzeni ówczesnej pani na Zamku Książ, Marii Teresy Oliwii Hochberg von Pless, de domo Cornwallis-West. Rodzina Hochbergów Pszczyńskich była właścicielami szczawieńskiego uzdrowiska, stąd dla uprzyjemnienia pobytu gościom księżnej (i oczywiście co bardziej majętnym kuracjuszom) przygotowano 5 kortów trawiastych, pełnowymiarowych oraz nieopodal 3 korty treningowe wraz z boiskiem do krykieta.

Trawiaste korty tenisowe w Szczawnie Zdroju na przełomie pierwszego dziesięciolecia XX w. W oddali widoczne reprezentacyjne wille przy ul. Kolejowej, od lewej: Villa Graf Moltke, Quisiana, Ritterhof, Villa Carmen, Haus Kraner. Zdjęcie z folderu reklamowego Szczawna z 1913 roku.

 

Od 1904 r. (12 – 15.04.1904 r.) z inspiracji księżnej Daisy zaczęto w Szczawnie-Zdroju organizować turnieje tenisowe. Początek dał I. Powszechny Turniej Tenisa Ziemnego (I. Allgemeine Lawn-Tennis-Turnier). Do tego celu unowocześniono i rozbudowano dotychczasowe korty. Dla widzów zbudowano trybuny i przygotowano bufet z zimnymi napojami. Honorowy protektorat nad pierwszym turniejem objął Hans Heinrich XV ks. von Pless, a nagrody ufundowali: dyrekcja uzdrowiska, Związek Tenisa Ziemnego i sam książę. Zawody odbyły się 12-15 czerwca, a najlepsi okazali się wrocławianie. Na następny turniej przybyli już zawodnicy z dalszych stron: z Berlina, Królewca, Poznania. Ustalono, że księżna Daisy wręczała nagrody mężczyznom, a książę kobietom. W 1912 r. główną nagrodą księżnej była złota bransoleta z zegarkiem, a księcia łańcuszek z brylantowym medalionem. Jednak najpopularniejsze trofea to srebrne puchary i przybory do pisania, które zwycięzcy otrzymywali w ostatnim dniu zawodów na kortach, albo w domu zdrojowym. Z czasem turnieje stawały się coraz popularniejsze i w 1907 r. przekształcono je w zawody międzynarodowe, a protektorat nad nimi objęła księżna Daisy. Nagrody jednak w dalszym ciągu fundował także jej małżonek. Na większości zawodów księżna była obecna, obserwując przynajmniej gry finałowe. Często przyjeżdżała na nie w towarzystwie przyjaciół, goszczących aktualnie w Książu.

.

Szczawieńskie korty trawiaste przed wybuchem I Wojny Światowej

 

Jan Henryk XV dał się poznać jako drugi największy budowniczy w historii rodu. Jego dziełem jest ostatnia rozbudowa zamku Książ. W latach 1908 – 1923 powstały dwa potężne neorenesansowe skrzydła – północne i zachodnie. To drugie ozdobiono dwiema cylindrycznymi wieżami. Główna wieża zamku otrzymała nowy kopulasty hełm z latarnią, osiągając wysokość 47 metrów. Poszerzone zostały tarasy zamkowe, które otrzymały też nowy wystrój, czego efekty oglądać możemy do dziś. W tym czasie powstała również palmiarnia w Lubiechowie – ogród zimowy właścicieli, która od lat stanowi atrakcję turystyczną. Książę nie poprzestał na budowaniu nowych obiektów i powiększaniu zamku. Przebudowane zostały także stare, zabytkowe części zamku. Na podstawie zachowanej korespondencji między wykonawcami a księżną Daisy sporo możemy się dowiedzieć o rozmiarach i kosztach tych prac, szczególnie w jej apartamentach. Po dziś dzień zachowały się szkice imponującego łoża, z filarami, aniołami i girlandami. W pokoju kąpielowym Daisy na ścianach miały się znaleźć malowidła. Zachował się także rachunek w wysokości 30 305 marek rzeszy za dwie mahoniowe, politurowane toaletki z lakierowanymi na biało łączeniami.


Można powiedzieć, że zamek Książ osiągnął apogeum wielkości i bogactwa, a właściciele, prestiżu wśród najwyższej arystokracji. Jak pokazała historia, był to jednocześnie początek upadku Hochbergów.

 

Hans Hainrich Hochberg XV. Portret A. Galli

Książę po I Wojnie miał jako pierwszy wysunąć ideę niepodległości Górnego Śląska, w związku z czym wspierał finansowo i na drodze dyplomatycznej górnośląski ruch niepodległościowy (zwany w polskiej historiografii separatystycznym) i występował przeciw polskiemu ruchowi narodowemu. Na drodze dyplomatycznej próbował przeforsować również niepodległość całego Śląska, aby w postulowanej Republice Śląskiej znalazły się zarówno Pszczyna, jak i Książ. W 1922 roku przyjął obywatelstwo polskie. Chcąc zaskarbić sobie przychylność polskich władz, powoływał się na swoje piastowskie korzenie oraz gościł na swym pszczyńskim zamku przedstawicieli polskiego establishmentu politycznego. W tym samym roku rozwiódł się z księżną Daisy, w 1925 r. zawarł związek małżeński z Klotyldą de Silva y Gonzales de Candamo. W połowie lat 20-tych ponownie wspierał finansowo górnośląskich separatystów skupionych w Związku Obrony Górnoślązaków i Związku Rodowitych Górnoślązaków. Był również jednym z liderów mniejszości niemieckiej w Województwie Śląskim. Wskutek światowego kryzysu gospodarczego, jego dolnośląski majątek popadł w długi. W 1936 r. wobec nacisków wierzycieli Jan Henryk XV opuścił Książ i przybył do Pszczyny, gdzie jego syn Jan Henryk XVII toczył spory podatkowe z polskimi władzami. Ostatecznie sam Jan Henryk XV doprowadził do ugody z wojewodą śląskim Michałem Grażyńskim i państwem polskim, podpisując w 1937 r. układ o zrzeczeniu się przywileju górniczego na ziemi pszczyńskiej oraz układ podatkowy. Na mocy tego ostatniego państwo polskie przejęło 56% jego dóbr. Jan Henryk XV zmarł na udar serca 31 stycznia 1938 roku w paryskim hotelu „Ritz”. Pochowany został w Parku Zamkowym w Pszczynie. (źródło: Zamek Książ).

 

Polowania i goszczenie znamienitych gości odbywały się głównie w Promnicach, gdzie "stary książę" pobudował prześliczny zameczek myśliwski.

Zameczek myśliwski w Promnicach. Litografia z 1867. (fot. fotopolska.eu)

Pierwszy pałac został wzniesiony na tym terenie w latach 1760-1766 przez Promnitzów – ówczesnych właścicieli Księstwa Pszczyńskiego. Inicjatorem budowy był Jan Adam Promnitz. Projektował go nadworny architekt tej rodziny – Jan Jahne z Żar koło Żagania. Na miejscu chylącego się już ku upadkowi dworku Promnitzów książę pszczyński Hans Heinrich XI Hochberg kazał wybudować nową rezydencję – pałac myśliwski. W 1861 r. powstała budowla w stylu neogotyku angielskiego z widocznymi wpływami niemieckimi według projektu Oliviera Pavelta – nadwornego architekta Hochbergów.

Jan Henryk XI von Hochberg na tle pałacyku myśliwskiego w Promnicach 1865 r.

24 września 1867 roku obiekt spłonął w niewyjaśnionych okolicznościach, ale dzięki ubezpieczeniu w Towarzystwie Ubezpieczeń Ogniowych, już w 1868 r., za sumę 3600 marek w złocie, pałacyk został odbudowany i w tej niezmiennej formie pozostał do dziś. Pracami budowlanymi zajął się wówczas J. Böehme z Pszczyny, stolarkę wykonał mistrz Fryderyk Rehorst, a prace kamieniarskie rzeźbiarz i modelarz Plischke. Wszystko odbyło pod okiem wspomnianego już Oliviera Pavelta, który wykonał nowe projekty nawiązujące do pierwotnego kształtu budowli. Nowy pałac posiadał dodatkowe wykusze w pomieszczeniach parteru oraz dodatkowe wieże. Wewnątrz wybudowano duże reprezentacyjne, kręte schody, a niektóre partie ścian pokryto tapetą. Do ważniejszych zmian należało także wprowadzenie ogrzewania parowego. Drewniane stropy, schody, drzwi i podłogi zachowały się do dziś w niemal nienaruszonym stanie.

                      Zameczek myśliwski Promnice (Promnitz)

Najbardziej zyskownym przedsiębiorstwem majątku był Browar Książęcy w Tychach, który dostarczał nawet 15 proc. dochodów Hochbergów. Sam książę nazywał go perłą wśród swoich dóbr. Ale magnat wiedział, że wyprodukowanie piwa to jeszcze nie pełen sukces. Ponieważ polował z kim trzeba i miał koneksje w wielu krajach, "Tyskie" pito na dworze cesarskim. Zostało zaserwowane również podczas uroczystego otwarcia wieży Eiffla w Paryżu jako piwo sponsorskie.

f.

Browar w Tychach

Fotografia z 1897 r.

Browar powstał na początku XVII wieku na terenie obszaru dworskiego należącego do pszczyńskiego rodu Promniców. Po raz pierwszy wymieniony został w 1613 roku. Funkcjonował on razem z gorzelnią. Produkowano wówczas trzy rodzaje piwa: wysyłkowe, drożdżowe i stołowe. Raczej nie przypominały one ani w smaku ani w wyglądzie dzisiaj znanych nam trunków. Kolejny przekaz o browarze pochodzi z urbarza państwa pszczyńskiego z 1629 roku, który obok browaru wymienia również słodownię: "Ten folwark posiada znaczne prawo piwowarskie, można tu co tydzień piwo warzyć, przynosi przeto znaczną korzyść. Przytem słodownia, browar z miedzianym kotłem i wszelkiemi naczyniami warzelnymi; może być bardzo dobrze wykorzystany także dla bydła i innych potrzeb." W 1825 r. Pszczyna, do tej pory stolica Wolnego Państwa Stanowego, została księstwem, a w 1861 r. Jan Henryk XI Hochberg, książę pszczyński przejął od Promniców folwark z browarem i jeszcze w tym samym roku rozpoczął budowę nowego i nowoczesnego zakładu z warzelnią, chłodnią, słodownią, młynem, suszarnią i lodownią.


W początkowym okresie piwo było dostarczane do karczm i Zamku Pszczyńskiego. W XIX wieku nastąpił szybki rozwój browaru. Wybudowanie linii kolejowej Warszawa-Wiedeń stworzyło bardzo korzystne warunki rozwoju. W 1824 roku piwo produkowane w tym browarze zaczęto butelkować. W latach 1861-1863 w pobliżu pierwszego, wybudowano drugi browar, który wyposażony był w maszynę parową o mocy 16 KM. W 1890 roku w Browarze Książęcym wprowadzono oświetlenie elektryczne i dodano maszynę parową o mocy 40 KM oraz wybudowano oczyszczalnię ścieków. W 1893 r. pojawiła się linia kolejowa Browar-Dworzec kolejowy.


W 1922 r. Browar Książęcy znalazł się na ziemiach polskich. W okresie międzywojennym rósł popyt na piwo, dlatego inwestowano w browary. Po 1926 roku w Polsce upowszechniło się piwo marki "Książęco Tyskie". Po zajęciu Tychów przez wojska niemieckie 3 września 1939 roku, zmieniono nazwę Browaru Książęcego na "Fürstliche Brauerei A. G. In Tichau". Browar Książęcy został wyzwolony 27 stycznia 1945 roku i przejęty przez pracowników. 1 lutego 1945 został znacjonalizowany, by po dokonaniu niezbędnych napraw wznowić produkcję 6 marca 1945 roku.

 

Następca Jana Henryka XI, książę Jan Henryk XV nie miał już takich gospodarczych talentów. Próbował jednak dorównać ojcu, udzielając się na polu dyplomacji. Został nawet przyjęty przez prezydenta w Białym Domu podczas wizyty w USA. Miał również ambicje architektoniczne. W 1907 roku zaczął trwającą prawie 20 lat wielką rozbudowę swojej dolnośląskiej siedziby, zamku Książ. Wtedy słynne książańskie tarasy o powierzchni 12 ha  otrzymały swoją obecną formę, wieża osiągnęła 47 metrów wysokości, powstały też dwa neorenesansowe skrzydła. Dzisiaj zamek jest trzecią pod względem wielkości budowlą tego typu w Polsce. „Trzeba pamiętać, że Hochbergowie żyli niezwykle wystawnie" – mówi Magdalena Woch z Centrum Europejskiego w Zamku Książ.

 

Zamek Książ

 

 

Panorama Książa na rycinie F. B. Wernera z 1745 r.

Majątek książańskiej linii Hochbergów leżał w południowej części dawnego księstwa świdnicko-jaworskiego i zajmował poważną część dorzeczy Bystrzycy i Pełcznicy. Wtłoczony w góry Wałbrzyskie majątek ciągnął się niezbyt szerokim pasem od Cierni na północy w kierunku południowym, z lekkim nachyleniem na zachód, aż do granic gminy Kuźnice Świdnickie, obejmując dwoma ramionami w kleszcze Sobięcin należący do rodziny Czettritzów. Tu kończyła się północna najbardziej rozwinięta pod względem poziomu rolnictwa, część posiadłości. Następnie dobra ciągnęły się już w kierunku wschodnim i dochodziły do granic majątku Pilatich. Wyjątek stanowiło jedynie dawne dominium mieroszowskie, obejmujące najbardziej na południe wysunięta część posiadłości, zachowywało bowiem kierunek południowo-zachodni i sąsiadowało z Czechami. Różniło się też od regionu południowego charakterem swojej gospodarki. Dobra Hochbergów zajmowały przeważnie teren górzysty, szczególnie na południu.

 

Majątek Książ zajmował ponad 235 km2, czyli prawie 24 tysiące hektarów. Należał więc do pierwszej dziesiątki największych posiadłości panów świeckich na Śląsku. W skład dóbr wchodziło 40 gmin wiejskich, 15 folwarków i 16 lasów.


Na areał znajdujący się w bezpośrednim użytkowaniu dworu czyli najbliższe okolice Zamku Książ przypadało 9400 ha, w użytkowaniu chłopów natomiast – ponad 14 100 ha.

Większość folwarków (80 proc.) leżała w północnej części majątku. Wchodziły one w skład dwóch kluczy: książańskiego i wałbrzyskiego. Pierwszy liczył 9 folwarków, drugi 3. Znajdowały się one w Cierniach, Książu, Starym Lubiechowie, Białym Kamieniu i Wałbrzychu-Podgórzu, czyli we wsiach posiadających stosunkowo dobre gleby.


Trzeci klucz leżał w południowej części dóbr. W jego skład wchodziły folwarki w Starym Mieroszowie, Golińsku i Unisławiu Dolnym. Dwa pierwsze leżały na terenie dawnego dominium mieroszowskiego, trzeci natomiast – chociaż stanowił część tego samego klucza – na terenie dominium książańskiego.

Zamek Książ w połowie XVIII wieku. Grafika F. B. Wernera z Topographia Silesiae.

Zamek został wybudowany w latach 1288–1292 przez księcia świdnicko-jaworskiego Bolka I Surowego, na miejscu dawnego grodu drewnianego zniszczonego w 1263 przez Przemysła Ottokara II. Bolko I przeniósł do nowo wybudowanego zamku swoją siedzibę z Lwówka. Budynek rozbudował jego wnuk, Bolko II Mały. Po śmierci księżnej Agnieszki w 1392 roku i wygaśnięciu linii Książ wraz z resztą księstwa przeszedł pod berło monarchy czeskiego, Wacława IV i stał się siedzibą kolejnych starostów, nie zawsze lojalnych wobec królów. Jerzy von Stein, który na czele wojsk węgierskich i wrocławskich odbił zamek, poczynił starania o odbudowę i powiększenie zamku, co też się stało w latach 1483–1490. W 1497 król czeski i węgierski Władysław II Jagiellończyk zdecydował się sprzedać zamek swojemu dworzaninowi, Janowi von Schellenbergowi, który następnie sprzedał go w 1503 rodzinie von Haugwitzów z Głubczyc.

Widok w 1719 r.

 

Stary Książ

 

Na pierwszym planie ruiny starego zamku, na drugim nowy zamek

Jeszcze do niedawna panowało powszechne przekonanie, że wznoszące się nieopodal zamku Książ malownicze mury to zbudowane dla celów rekreacyjnych tak zwane sztuczne ruiny. Prowadzone około dwadzieścia lat temu badania archeologiczne podważyły jednak ten pogląd i wykazały, iż ruiny te to relikt średniowiecznego zamku tzw. Starego Książa, przekształconego pod koniec XVIII wieku w romantyczny zakątek rekreacyjny. Podczas badań stwierdzono, że na przełomie IX i X stulecia stał już tutaj gród, a pod koniec XIII wieku murowana warownia, której fundatorem był zapewne książę świdnicko-jaworski Bolko I Surowy. W podobnym czasie na oddalonym o około 700 metrów w kierunku północnym wzgórzu Bolko wzniósł Zamek Książ i w związku z tym nasuwają się pewne wątpliwości co do funkcji mniejszego z tych dwóch założeń obronnych.

Rycina z początku XX wieku. Zamek Książ pod koniec XVIII w, jeszcze przed wybudowaniem "ruin" Starego Książa (widoczne są za to pozostałosci autentycznej twierdzy). Akwaforta kolorowana i miedzioryt, według Sebastiana Carla Christopha Reinhardta, grafikę wykonał Daniel Berger, wydał C. Salfeld, Berlin

Istnienie średniowiecznej ruiny visa vis Książa potwierdzają XVIII źródła ikonograficzne, zachowane m.in. w Muzeum Narodowym we Wrocławiu i Instytucie Herdera w Marburgu. Widać na nich wyraźnie niskie relikty budowli na których podstawie wybudowano później „Stary Książ”. Także badania archeologiczne z lat 1991-92 potwierdziły, że obiekt, który dziś znamy jako ruiny Starego  Książa powstał na pozostałościach zamku średniowiecznego.

Stary Książ

Budowlę otoczono fosą i murem obronnym, a wejście do niego prowadziło przez bramę z dwoma wieżyczkami. W budynku głównym połączonym z wieżą znajdowała się sala reprezentacyjna, sądowa, zbrojownie i sypialnie. Pod kaplicą połączoną z głównym budynkiem krużgankami mieścił się loch pochodzący z zamku średniowiecznego. Podczas rozbudowy użyto wiele oryginalnych elementów renesansowych i barokowych przeniesionych z innych obiektów m.in. portale drzwiowe z odziedziczonego przez Hochbergów na początku XVIII wieku pałacu w Trzebieniu (Kittlitzreben).

 

Do Starego Książa prowadziło 355 drewnianych stopni. W XIX wieku przemierzała je coraz liczniejsza rzesza turystów. To dla nich urządzono we wnętrzach zamku restaurację i pokoje noclegowe, a w pozostałych pomieszczeniach rodzaj muzeum. Znajdowało się ono w cylindrycznej wieży, w pomieszczeniu zwanym Klosett. Obok portretów rodzinnych Hochbergów oraz spokrewnionych z nimi Stolbergów i Bibranów, umieszczono tam cenne zbiory militariów (m.in. zbroje i broń biała), obrazów i mebli. Znalazło się wśród nich nawet łóżko polowe Fryderyka Wielkiego na którym spał podczas bitwy pod Dobromierzem.

Dzieje obydwu warowni, przynajmniej w początkowym okresie ich funkcjonowania, niejednokrotnie zbiegały się i być może zarezerwowana dotąd dla rezydencji Książ historyczna nazwa Furstenberg (Książęca Góra) dotyczyła też Starego Zamku. Stary Książ do  1392 roku był własnością książąt świdnicko-jaworskich, by po śmierci wdowy po Bolku II Agnieszki przejść we władanie królów czeskich. Podczas wojen husyckich i bezpośrednio po ich zakończeniu obiekt mógł pełnić funkcję jednej z wielu na Śląsku siedzib rycerzy rozbójników tzw. raubritterów i być może jeszcze przed końcem XV stulecia został zniszczony.

 

Stary Książ powstał prawdopodobnie przed 1288 rokiem i do niego w 1290 roku książę Bolko I Surowy przeniósł swoją siedzibę z Lwówka Śląskiego. Swoje znaczenie warownia straciła po przejściu księstwa świdnicko-jaworskiego do Korony Czeskiej w 1392 roku. W 1428 roku zostaje zdobyty przez powstańców husyckich. W następnych latach staje się on bazą wypadową rycerzy-rozbójników i jako ich siedziba zostaje zniszczony w 1484 roku. Pozbawiony właściciela zamek powoli popada w ruinę. W 1509 roku wraz z całą okolicą zakupił go rycerski ród Hobergów, w których posiadaniu pozostał aż do 1943 roku.

Stary Książ - u góry sala rycerska w której prezentowano zbroje z czasów wojny 30-letniej

W 1794 roku właściciel zamku Książ, hrabia Jan Henryk VI von Hochberg zlecił swojemu dawnemu nauczycielowi rysunku, architektowi Christianowi Wilhelmowi Tischbeinowi (1751-1824) urządzenie otoczenia zamku. Architekt i malarz ze znanej rodziny artystycznej urządził w książąńskim parku tzw. „dziką promenadę”. Teren wokół Książa, wzdłuż koryta rzeki Pełcznicy przekształcono w ogromnych rozmiarów, romantyczny park, tylko nieznacznie ingerujący w ukształtowanie, a uwzględniający liczne, naturalne atrakcje książańskiego wąwozu, m.in. skały i historyczne drzewa. Obszar leśny zwany Fürstensteingrund zaaranżowano w ten sposób, że poprzecinano naturalną gęstwinę siecią krętych dróg.


Kulminację „dzikiej promenady” stanowił, położony po drugiej stronie Pełcznicy tzw. „Alte Burg” czyli Stary Zamek. Tischbein wykorzystał istniejące w tym miejsce relikty siedziby rycerskiej do wybudowania stylizowanej na gotyk, romantycznej ruiny. Rozpoczęta w 1794 roku budowa trwała trzy lata i zakończyła się 1797 r. W jej wyniku powstała letnia rezydencja kryjąca dwukondygnacyjny, bogato wyposażony pałacyk, który przystosowano do przyjmowania gości.

 

W ramach realizowanych prac na murach starej twierdzy ukształtowano stylizowane na gotyk romantyczne ruiny z centralnym elementem w postaci trójkątnego zamku właściwego uzupełnianego przez dwa podzamcza. Do wykończenia nowego-starego założenia użyto oryginalnych elementów renesansowych i barokowych, przeniesionych tutaj z innych historycznych obiektów. W pomieszczeniach zamku urządzono szereg sal, m.in. więzienie z izbą tortur, salę sądową, arsenał, sypialnię, galerię obrazów.

 

W Starym Zamku od końca XVIII w. z inicjatywy Jana Henryka VI prezentowano muzealia świadczące o starej genealogii rodu, np. zabytki średniowieczne, których metryka mogła sięgać panowania Piastów na Książu; szczególnie zaś bogate były zbiory barokowe: obrazy, rzeźby, rysunki, grafika, stalle z chóru katedry w Linzu, rzemiosło artystyczne, w tym niezwykle cenne okazy meblarstwa, gobeliny, dywany, orientalia, duże zbiory porcelany miśnieńskiej (w tym boettgerowskiej), berlińskiej, chińskiej i japońskiej.


Wśród autorów prac z Zamku Książ byli m.in. artyści, którzy pracowali dla Hochbergów (w tym znakomici kolekcjonerzy) oraz światowej sławy malarze, rzeźbiarze i architekci, a wśród nich: Felix Anton Scheffler, Johann Georg Schenck, Felix Anton Hammerschmied, Ignatius Provisore, Friedrich Bernard Wernher, Christian Wilhelm Tischbein, Stephan Kessler, Ernst Wilhelm Bernhardi, Bernardo Strozzi, Pieter Mulier zw. Tempesta, Ludwig Richter, Anton von Werner, Angelika Kaufmann, Hippolyte Destailleur, Oscar Begas, Bolesław Szańkowski, Ellis Roberts, Gustav Kaulbach, Gustav Richter, Adriaen van Ostade i wielu innych.


W bibliotece znajdowało się m.in. blisko 480 prac Friedricha Wilhelma Sennewadta, 317 miniatur portretowych (np. władców i arystokratów europejskich, w tym Sułkowskich) oraz album ze 159 pejzażami tego artysty w technice akwarelowej, a w Gabinecie Sztuki domniemana akwarela Albrechta Dürera i trzy rysunki tego artysty z datą 1521.


Dobra gromadzone w Zamku od jego wzniesienia w końcu XIII w. przez Piastów linii świdnicko-jaworskiej po Hochbergów, którzy panowali tam ponad 400 lat, są niezwykle ważne dla historii i kultury polskiej. Powojenne losy ocalałych z pożogi wojennej zasobów nigdy nie zostały dokładnie przebadane. Obecnie te niejednokrotnie bardzo cenne dzieła sztuki i rzemiosła artystycznego rozproszone są zarówno na terenie Polski, jak i Niemiec, Austrii oraz Rosji i dawnych republik radzieckich.

 

Zamek służył właścicielom Książa do przyjmowania znamienitych gości i organizowania przyjęć oraz zabaw. Wspomina o tym księżna Daisy w swoich pamiętnikach. Jednym z elementów zamku był plac turniejowy z lożami i galeriami, a pierwszy turniej odbył się 20 maja 1799 r. Popisy oglądało wówczas około 1000 osób, wśród których był John Quincy Adams, poseł amerykański przy dworze królewskim w Berlinie, późniejszy prezydent USA, a także pruska para królewska, która do Książa przyjechała z Bukowca.

 

Fryderyk Wilhelm III i jego żona, słynąca z piękności i szlachetności Królowa Luiza Pruska

Otwarty plac turniejowy, powstał przez zniwelowanie części wzniesienia sąsiadującego z cyplem skalnym, na którym posadowiono Stary Zamek. Dla utworzenia placu częściowo wkopano się w zbocze, a częściowo musiano usypać i wzmocnić skarpę opadającą do Pełcznicy. 19 sierpnia 1800 r. odbył się tu uroczysty turniej rycerski, którego honorowymi gośćmi był Król Pruski Fryderyk Wilhelm III i Królowa Luiza. Monarcha, który objął tron trzy lata wcześniej podróżował przez swoje kraje, aby odebrać hołd od stanów i ludności. 18 sierpnia w południe para królewska przybyła do Książa, którego właścicielem był wówczas Reichsgraf Hans Heinrich VI von Hochberg. Nie szczędził on kosztów, aby pobyt królewskiej pary osobliwie i uroczyście urządzić, czemu dał wyraz organizując turniej rycerski, który przeszedł do historii jako ostatnie tego typu wydarzenie na Śląsku.

W turnieju uczestniczyło 16 śląskich mężów, a nagrodą były złote i srebrne medale z rąk Królowej. Pamiątki z turnieju - lance, miecze, flagi, ubiory heroldów przechowywano w Starym Zamku. Dla znakomitych gości wybudowano drewnianą galerię, która uległa rozpadowi w 1887 r. Istniejący do 1945 r. most zwodzony nad rozpadliną skalną łączył plac turniejowy z wejściem do zamku. Informacje te pochodzą  z przewodnika po Ziemi Wałbrzyskiej wydanego przez G. Briegera z 1891 r.


Gdy Fryderyk Wilhelm III został w 1797 r. Królem Prus, udał się niezwłocznie z małżonką, Królową Luizą, w podróż przez swoje kraje, aby odebrać hołd od stanów i ludności. 18 sierpnia 1800 roku królewska para po zwiedzeniu Starego Zdroju i spławnej Lisiej Sztolni dotarła do majątku hrabiego Hansa Heinricha VI von Hochberga w Książu, który został przygotowany na ich dłuższy pobyt.

 

Zachowała się relacja naocznego świadka tego turnieju autorstwa siostrzenicy ówczesnego lekarza ze Świebodzic (Freiburga) doktora Krinisa. W archiwum w Pszczynie odnalazła ją pierwsza polska biografka księżnej Daisy von Pless, Bronisława Jeske-Cybulska.


„Przybyłam do Świebodzic z nadzieją, że dużo będzie do zobaczenia i gdy wujek miał wolny wieczór, szłam z nim do Starego Zamku, aby wszystkie przygotowania do przyjęcia Króla Fryderyka Wilhelma III i jego żony Luizy obserwować – najpierw plac, który wyrównywano, potem salę posiedzeń dla rycerzy, staromodne, ale nowe i piękne krzesła, dzidy, flagi, a w końcu cały ubiór dla rycerzy – przyjemnie było nawet móc to dotykać.

 

Świebodzice były w tym dniu przepełnione gośćmi. Wszystkie gospody zostały wyprzedane, liczni przyjezdni byli umieszczeni w domach prywatnych. Wczesnym  popołudniem tłumy reprezentujące wszystkie stany ruszyły w stronę Starego Zamku. Ciąg wozów był długi na 1 milę, potem szło się pieszo brzegiem rzeki Pełcznicy aż na plac turniejowy. Tysiące osób zajęło miejsce na trybunach, inni siedzieli na drzewach – wszyscy szukali jak najlepszego punktu do oglądania uroczystości. Na wieży Starego Zamku w ten bardzo upalny dzień,  jako strażnik stał giermek w blaszanej zbroi blaszanej. Obok niego łopotał sztandar Hochbergów.

 

Uczestnicy turnieju już rano przybyli do Zamku, aby się przygotować. Chorążym był hrabia Hugh von Bethusy z Wsieska (dziś część Krzyżanowic), pierwszym sędzią był hrabia von Sandretzki na Langenbielau (Bielawa), drugim – hrabia Curt Heinrich von Kahlenberg na Eichler (Dąbrowa Bolesławiecka), trzecim – hrabia von Burghauss na Lassau (z Łażan). Tajnym pisarzem był mandatariusz Kirstein, a heroldem koniuszy Köhler – obaj z majątku Książ. Otaczała  ich straż piesza i giermkowie. Herold był ubrany w barwy rodziny Hochbergów.

 

Rycerze zostali podzieleni na oddziały odróżniające się od siebie barwami szat. Pełne przepychu kostiumy wykonano na podstawie wzorów z XVI wieku. Mieli na sobie stroje z czasów Cesarza Karola V i  Króla Franciszka I, a na głowach aksamitne birety w przydzielonych im wcześniej kolorach, zwieńczone sześcioma strusimi piórami. Ubiór każdego rycerza miał kosztować 500 talarów. Giermkowie towarzyszący szesnastu rycerzom biorącym udział w turnieju, nosili kolory swoich panów.


Rycerze zostali podzielni na cztery kadryle, różniące się barwą strojów. Pierwszą czwórkę tworzyli hrabia Heinrich zu Stolberg-Wernigerode, pan von Mutius na Bertelsdorf (Uniegoszcz), hrabia von Malzahn na Breza (Brzeziny) i baron von Richthofen na Barzdorf (Niedźwiedzice).

 

W drugim szeregu byli baron von Richthofen na Kohlhöhe (Goczałków), pan von Tschirsky na Domanie (Domanice), panowie von Zedlitz-Trützschler na Frauenhain (Chwałów) i hrabia von Nostitz na Zobten (Sobota).

 

W trzeciej rzędzie stali pan von Mutius na Altwasser (Stary Zdrój),  pan  von Röhl na Reichen (Zadroże-Brzeżany), hrabia von Malzahn na Lissa (Leśnica) i pan von Zedlitz na Teichenan (Bagieniec).

 

Czwartą linię tworzyli baron von Czettritz na Schwarzwaldau (Czarny Bór),  hrabia von Matuschka na Arrnsdorf (Miłków), pan von Schulz na Mahlen (Malin) i pan von Tempsky na Ottendorf (Ocice).

 

O godzinie 13:00 para królewska w towarzystwie brata Króla, księcia Henryka, przybyła do Książa na obiad. Po posiłku, jadąc doliną Szczawnika, wszyscy udali się na Stary Zamek, gdzie dotarli o godzinie 16:00. Około godziny 18:00 zajechały pierwsze wozy, pilnie obserwowane przez zgromadzonych. Naprzeciwko parze królewskiej wyjechały straże Królowa pojawiła się na dziedzińcu zamkowym w eskorcie 16 rycerzy zakutych w efektowne i błyszczące zbroje”.


Siostrzenica doktora Krinisa zostawiła szczegółowy opis wyglądu Królowej Luizy tego dnia, a także jej wyjątkowego, czarującego usposobienia:

 

„Po zawołaniu wartownika na wieży: „idą”, ożywili się wszyscy. Obejrzałam sobie tylko 2 pierwsze wozy, właściwie nie wozy, tylko piękną, dobrą Królową Luizę – włosy miała płasko z przedziałkiem uczesane, loki na ramieniu, niedługie, mały srebrny diadem na czole aż pod loki, suknię wysoko pod szyją zapięta i obraz Króla zawieszony na sznurku. Królowa nosiła białą suknię jedwabną przetykaną srebrem, rękawiczki bez palców, wokół szyi koronkę jako kołnierz, białą halkę, w ręku wachlarz.

 

W masie obserwujących wszystkie damy nosiły małe słoneczne parasole, jako nowomodne, ale zobaczywszy mały wachlarz królowej parasole pozamykały. Królowa wokół skłaniała głowę z pozdrowieniami.

 

Drugą parę stanowił Król Friedrich Wilhelm III i pani hrabina Hochberg. Towarzyszyła im duża liczba znakomitych dam i panów, którzy kierowani byli schodami do góry, a ich poddani zajęli miejsca niżej.

 

W tej gromadzie Królowa była najpiękniejsza, najbardziej bezpretensjonalna, najgrzeczniejsza i także najweselsza. Pani pastorowa Meisner z Roztoki na życzenie pani hrabiny Hochberg pomagała przy gościnie. Zanim zaczął się turniej, Królowa odwróciła się i zobaczyła wśród widzów panią pastorową, pozdrowiła ją i skłoniła jej się tak przyjaźnie, że wszyscy, którzy to obserwowali, dziwili się, komu się to pozdrowienie należało.

 

Gdy hejnalista (na Burgfried) dojrzał pierwsze wozy, zatrąbił na „alarm”. Jak tylko goście zajęli miejsca, opadł most zwodzony i herold w towarzystwie trębaczy wyjechał na koniu z Zamku, aby zbadać, kim są „przybyli obcy”. Potem wrócił na Zamek i złożył meldunek chorążemu. Ten w towarzystwie rycerzy konno podjechał przed królewski balkon i prosił w najserdeczniejszej mowie rycerskiej o łaskę, aby rycerze dla potwierdzenia swojej radości z okazji obecności ukochanej pary królewskiej mogli zrobić „Ringelstechen” (karuzel), czyli popisy we władaniu bronią oraz jeździectwie. Naturalnie słów nie rozumiałam, ale widzę, jak Królowa trzymając Króla za rękę i pochylając się dała pozwolenie.

 

Teraz zwrócił się chorąży z krótką przemową do pary królewskiej, do rycerzy, do sędziów walki i do widzów. Potem rycerze – prowadzeni przez chorążego, który niósł królewski sztandar – rozpoczęli uroczysty pochód. Według starego zwyczaju chorąży osadził sztandar przed królewskim balkonem.

 

Na środku był duży czworokątny plac, a po każdej jego stronie małe ogrodzenie, przez co utworzyły się cztery narożniki, które służyły do odkładania złamanych pików. W jednym znajdowały się  piki zapasowe.

 

Rycerze musieli swoje zadanie wykonać częściowo piką, częściowo mieczem. Do tego ustawiono różne figury, a pośrodku stał herold otoczony trębaczami i doboszami, który musiał obserwować rycerzy. Podczas galopu należało starym zwyczajem i porządkiem z postaci kobiecej żgnąć piką wieniec, z niedźwiedzia i syren – pierścień, w końcu figurze Murzyna obciąć mieczem głowę. Imprezie towarzyszyła muzyka na żywo i występy lokalnych chórów.

 

Najpierw rycerze przejechali konno z czterech stron świata na środek ogrodzonego placu. Wszyscy salutowali przed królewską parą  – szybko z wyciągniętą piką jadąc wokół dziedzińca. Gdy gra się zakończyła, pojawił się znów herold i wskazał, kto był szczęśliwym rycerzem. Był to baron Czettritz z Schwarzwaldau. Myślę, że zdobył wszystkie 4 wianki”.

 

"Zwycięzcami byli rycerze: Czettritz, Malzahn, Tschirski, Tempsky. W nagrodę otrzymali z rąk Królowej medale wybite z okazji turnieju z popiersiem pary królewskiej w tradycyjnym stroju i napisem Vorstenburg, den XIX August MDCCC.  Ci czterej szczęśliwi rycerze podeszli do pary królewskiej. Baron Czettritz zgiął kolano i całował suknię Królowej, która przyjaźnie ręką suknię odsunęła i prawą rękę do pocałunku podała i w tym samym momencie złoty medalion na łańcuchu zawiesiła. Maltzanowi zawiesiła złoty medal na czarnej wstędze, trzeciemu przypięła medal igłą, a czwartemu tylko podała rękę. Podczas tej sceny panowała wzruszająca uroczysta cisza. Para królewska pozostała w Starym Zamku aż do zapadnięcia zmroku, podziwiając ruiny w ciepłym wieczornym oświetleniu i uczestnicząc w bankiecie. Pozostali goście po turnieju poszli za chorążym do Zamku, gdzie na moście zwodzonym rycerze stali w szpalerze z uniesionymi w górę lancami.


Zakończeniem uroczystości był bal w zamku Książ w Sali Maksymiliana. Do tego oświetlono 3 piętra budynku z pięcioma rzędami okien, obydwie galerie wieży i park. Przedstawiało to wspaniały widok. Na balu pozostali też rycerze w starych kostiumach

 

Młody leśniczy we wspaniałym uniformie, krewny siostrzenicy świebodzickiego lekarza, któremu się Królowa podobała, konfabulował już przed tą zabawą, że zatańczy z Królową. Starsi panowie wzięli mu to za złe, ale on powiedział, że jest to jednak możliwe. To powiedziawszy kuzyn ustawił się w kręgu, który tworzył się wokół tańczących.

 

Królowa szła z hrabią Hochbergiem pierwszy raz dookoła, potem z innymi panami – i rzeczywiście przyszła także do leśniczego i też zrobiła z nim jedną rundę wokół sali. To szczęście zrobiło go zarozumiałym, ze szczęścia zrobił się nie do użycia dla kręgu towarzystwa i odjechał wcześniej. Już nigdy o nim nie słyszałam”.

 

Na drugi dzień rano, w środę 20 sierpnia, Królowa Luiza wyjechała do Andersach do kamieniołomów (skały Andersach-Weckelsdorf) i wróciła wieczorem na zamek w Książu. Kolejnego dnia królewska para kontynuowała swoją podróż do Kłodzka przez Świebodzice.

 

Jeszcze inna osoba opisała swe wspomnienia z turnieju – poeta ludowy Georg Gustaw Fülleborn. Jeden z jego wierszy (napisany gwarą) był odczytany z okazji przybycia Królowej, drugi opisuje turniej rycerski. Ciekawą relację z przygotowań do turnieju zostawił natomiast jeden z jego honorowych gości, ambasador amerykański w Prusach, a późniejszy prezydent Stanów Zjednoczonych John Quincy Adams.

Niedziela, 17 sierpnia 1800 r.

„Po południu udaliśmy się do Furstenstein, siedziby hrabiego Hochberg, który ma bardzo duże posiadłości w tej części kraju i do którego w szczególności należy miasto Waldenburg. Siedziba znajduje się milę niemiecką od miasta, położoną w jednym z tych pięknych i romantycznych miejsc, które są dla nas tak przyjemne dla oka, ale wątpliwe że mogłeś o nich usłyszeć. Na szczycie wzgórza, w pobliżu pałacu, w którym obecnie mieszka hrabia, znajdują się ruiny Starego Zamku, który został częściowo przez niego odbudowany i który z tego powodu nie wygląda tak czcigodnie jak te w Kynast (Chojnik) i Laehnhaus (Wleń). To miejsce jest jednak tak niezwykłe, że można je podziwiać w malowniczej scenerii, przez co zawsze jest odwiedzane przez nieznajomych jako jeden z głównych przedmiotów ciekawości tej prowincji. Obecnie jest podwójnie interesujące; pojutrze Królowa ma przybyć do Furstenstein, gdzie ma zamiar spędzić kilka nocy: na jej przyjęcie książę przygotowuje rozrywkę dostosowaną do charakteru jego starożytnego zamku. Na tym samym wzgórzu i tuż poniżej mostu zwodzonego nad fosą, która wciąż otacza budynek, ziemia jest odmierzona i zamknięta, ma odbywać się huczny turniej na cześć Królowej. Szesnastu rycerzy, wszyscy w stroju z czasów feudalnych, mają wyłonić się zza ścian Starego Zamku, by spotkać się z Królową po jej podejściu i odprowadzić ją do miejsca, gdzie odbędą się szranki, a zwłaszcza jazda konna: wieczór zamykać będzie bal maskowy. Tego popołudnia odbyła się próba generalna całej ceremonii; a ponieważ było to dla nas konieczne, żebyśmy mogli zobaczyć potyczki we wtorek i by złożyć hołd wcześniej hrabiemu i hrabinie, jednocześnie skorzystaliśmy z okazji, aby zobaczyć ten pokaz, gdzie mieliśmy, niewątpliwie, o wiele lepszy widok, niż będziemy mieli wśród ogromnych tłumów ludzi, którzy będą się ekscytować się już zasadniczym turniejem. Hrabia i hrabina traktowali nas z uprzejmością godną prawdziwych czasów rycerskości." - (J.Q.Adams "Letters on Silesia - written during a tour through that country", Londyn, 1804).

 

Cała uroczystość kosztowała pana na Książu 40 tys. talarów i zdobyła uwagę nie tylko na Śląsku, ale i w całych Prusach.  Okazało się też, że było to ostatnie tego typu wydarzenie w historii naszej ziemi.

 

Turnieje rycerskie były dla średniowiecznego rycerstwa jedyną okazją w czasie pokoju, aby sprawdzić swoje umiejętności i zyskać sławę. Niestety te zawody przynosił czasami więcej ofiar niż prawdziwe wojny. Tradycja ich organizacji sięga XI-wiecznej Flandrii, gdzie pierwsze takie zmagania miał zorganizować Geoffroy de Preuilly w 1066 r. W XII w. rozgrywki rycerskie notowano w krajach niemieckich, a od końca XIII w. moda turniejowa opanowała już całą Europę. (źródło: Mateusz Mykytyszyn – Zamek Książ w Wałbrzychu).

Jan Henryk VI Hochberg

Restauracja w pomieszczeniach na parterze wychodziła na dziedziniec zamkowy, gdzie przygotowano miejsca dla 200 biesiadników. Górne piętra zajmowała sala bankietowa i pokoje gościnne urządzone w średniowiecznym stylu. Na początku XX wieku restaurację prowadził Stephan Schmela,w latach 20-tych Fritz Busse a przed II Wojną Światową obiekt prowadził C. Busse.

Gospoda dla turystów

Tak wyglądały te „sztuczne ruiny” w 1865 roku. Fot. Hermann Krone

Stary Książ zamek został zdewastowany doszczętnie w 1945 r. przez Armię Czerwoną, skradzione zostały wszystkie antyki które Hochbergowie składowali tu przez kilkadziesiąt lat, czyniąc zamek Muzeum. W dobrym stanie zamek przetrwał do końca II Wojny Światowej, kiedy spłonął w niewyjaśnionych okolicznościach.

Ruina Stary Książ położona jest na południe od Zamku Książ, na przeciwległym brzegu rzeki Pełczycy. Pomimo, że obydwie warownie dzieli w linii prostej zaledwie około 700 metrów, to aby tutaj dotrzeć, trzeba obejść całe wzgórze. (źródło: http://www.zamkipolskie.com ).

A tak wyglądają dzisiaj

 

Zamek Książ

Grafika H. Enke - 1810 r.

Panorama z połowy XIX wieku

Początek XX wieku

W 1509 roku został oddany lub sprzedany wraz z rozległymi majątkami w dzierżawę pochodzącej z Miśni i osiadłej od XIV w. w okolicy Jeleniej Góry rodzinie Hochberchgów (która w 1714 r. zmieniła nazwisko na Hochberg). W 1603 albo 1605 roku Hochbergowie, przyszli właściciele Wałbrzycha, otrzymali zamek i przynależne do niego dobra jako wolną własność dziedziczną rodu. Podczas wojny trzydziestoletniej (1618-48) zamek był wielokrotnie zdobywany, plądrowany i dewastowany przez wojska saskie, szwedzkie oraz cesarskie. Przez pewien czas pełnił on funkcję kwatery głównej czesko-austriackiego generała Albrechta von Wallenstena (+1634). Po podpisaniu traktatu westfalskiego i powrocie z Sokołowska Hansa Heinricha I (+1671) oraz jego żony Helene von Gellhorn (+1661), rozebrano zrujnowane umocnienia, zakładając w ich miejscu tarasy ogrodowe w stylu francuskim. Dokonano również naprawy i niewielkiej przebudowy zniszczonych pomieszczeń zamkowych i gospodarczych. Hans Heinrich I zapisał się złotymi literami w historii rodu von Hochberg uzyskując dla niego w roku 1650 tytuł barona, a w 1666 - hrabiego dziedzicznego. W marcu 1683 włączono rodzinę w poczet hrabiów Rzeszy Niemieckiej.

Hans Heinrich I Hochberg - był dwukrotnie żonaty: z Heleną von Gellhorn (1627) i Suzanną Jadwigą von Schaffgotsch

Hans Heinrich I, który zmarł w 1671 r. pochowany został w krypcie kościoła św. Mikołaja w Świebodzicach obok swej pierwszej żony Heleny von Gellhorn, druga żona Zuzanna Jadwiga spoczęła u lewego boku męża 21 lat później. Miała 59 lat. Z pierwszą żoną  Heleną von Gellhorn, (ur. 1610 r., zm. 1662 r.), miał dziewięcioro dzieci, drugie małżeństwo było bezdzietne.

 

Krypta znajduje się w podziemiach południowej kaplicy kościoła pw. św. Mikołaja w Świebodzicach, gdzie składano zmarłych przedstawicieli rodu Hochberg, właścicieli m.in. pobliskiego Książa. Jak wykazały ustalenia archeologów krypta funkcjonowała już pod koniec XVI w., a zmarłych chowano w tym miejscu do początku XVIII w.

 Kościół katolicki w Świebodzicach

W kaplicy grobowej rodziny Hochbergów, właścicieli Świebodzic (niem. Freiburg) w latach 1509–1830 są pochowani w większości katoliccy przedstawiciele tej rodziny. Linia protestancka chowana była natomiast w Wałbrzychu, na Szczawienku oraz na terenie Książańskiego Parku Krajobrazowego (w mauzoleum rodzinnym nieopodal zamku Książ). Na pewno w krypcie spoczęli Hans Heinrich  I (10.12.1598 – 9.08.1671, małżonkowie Anna Emilia Anhalt-Pless (1770 – 1830) i Hans Heinrich VI (22.04.1768 – 7.05.1833) oraz Hans Heinrich X (2.12.1806 – 20.12.1885) i jego dwie żony (nota bene siostry) Ida Philippine Ottilia von Stechow i Adhelheid von Stechow.

Sarkofagi w Świebodzicach przed renowacją

Odrestaurowany sarkofag Zuzanny Jadwigi von Schaffgotsch

Badaczom udało się ustalić, że w miedzianym, polichromowanym sarkofagu spoczęła Zuzanna Jadwiga wywodząca się z rodu Schaffgotsch. Wskazały na to m.in. herby umieszczone na trumnie. Od strony głowy znajduje się herb ojca – Wolfa II Bernarda Schaffgotscha (1597-1632), od strony nóg herb matki – baronowej Barbary Burghaus. Zuzanna Jadwiga była ich jedyną córką. Urodziła się w 1632 r.  Z Hochbergiem związała się w 1664 r. – 22 lutego wyszła za mąż za Hansa Heinricha I (1598-1671). Nie mieli dzieci.

 

Pierwszym właścicielem Książa, jaki mógł pochwalić się tak wysoką rangą społeczną, był Hans Heinrich II (+1698). Za jego czasów przeprowadzono barokizację wnętrz i elewacji zamku, której towarzyszyło połączenie skrzydła południowego z wieżą i jego nadbudowa o jedną kondygnację.

Widok Zamku od strony portalu wejściowego jeszcze z typowo barokowymi zdobieniami na pierwszym planie zabudowania gospodarcze budynek przed zamkiem z dwoma wieżami to biblioteka po lewej dworek (stał nieco bardziej w lewo od zamku) rozebrany w 1909 roku.  Ilustracja pochodzi z początku XIX wieku

Hans Heinrich II von Hohberg, hrabia na Książu i Roztoce - malarz nieznany, XVIII w.

W 1705 roku rezydencję w Książu na własność otrzymał Ernest Maximilian (+1742), by w latach 1718-34 przekształcić ją w okazałą arystokratyczną siedzibę, godną tytułów noszonych przez von Hochbergów. W tym celu zatrudnił znakomitego świdnickiego budowniczego Felixa Antoniego Hammerschmidta, pod kierunkiem którego grupa wybitnych artystów i rzemieślników z rzeźbiarzem Felixem Schefferem, kamieniarzem Janem Szwibsem, sztukatorem Ramellim i marmoryzatorem Ignacym Provisore wznieśli, a następnie wspaniale uposażyli pięciokondygnacyjny gmach w południowej części zamku oraz budynek czterokondygnacyjny w części wschodniej. W ryzalicie nakrytego mansardowym dachem skrzydła wschodniego centralne miejsce zajęła reprezentacyjna komnata zwana Salą Maksymiliana, nakryta lustrzanym sklepieniem, wyposażona w złocone zdobienia i wykwintne marmurowe kominki. Oprócz tej największej, najbardziej eksponowanej sali Książ otrzymał w tym czasie również inne pięknie dekorowane pomieszczenia: Salę Konrada, Salon Biały, Zielony, Chiński, Barokowy, wytworny Salon Gier i reprezentacyjny hall z marmurowymi schodami.

 

Portrety hrabiego Conrada Ernsta Maximiliana von Hochberga, barona na Książu (ur. 19 sierpnia 1682 r. w Świdnicy - zm. 26 czerwca 1742 r. w Cierniach) i jego  żony hrabiny Agnes Helene, z domu baronówny Flemming (ur. 31 grudnia 1690 r. w Basentin - zm. 5 sierpnia 1721 r. w Książu) z ok.1722 r.. Portrety przypisywane Ernstowi Wilhelmowi Bernardi zdobiły salon portretowy na pierwszym piętrze Książa

Konrad Ernest Maxymilian Hochberg był trzykrotnie żonaty: z Agnes Helene Freiin von Flemming; z Regina Isabella von Windisch-Graetz i z Christine Dorothea von Reuß Untergreiz. Miał dwoje dzieci z pierwszego małżeństwa: Countess Juliana Dorothea Charlotte Grafin von Hochberg i Eleonore Elisabeth von Hochberg.

 

Pierwszej wielkiej przebudowie zamku towarzyszyło wytyczenie Dziedzińca Honorowego i osi wjazdowej z budynkiem bramnym, ciągiem oficyn oraz mostem flankowanym rzeźbami lwów trzymających kartusze herbowe, a także ustawionymi wzdłuż otaczających dziedziniec balustrad kamiennymi latarniami i figurami stylizowanymi na postacie alegoryczne. Na Topolowym wzgórzu zbudowano pawilon letni, który w XIX wieku przekształcono w mauzoleum rodowe.

Książ w 1839 r.

Konrad Ernest Maksymilian, wielki miłośnik nauki i sztuki, rozbudował istniejącą już bibliotekę oraz archiwum zamkowe. Jego zasługą jest utworzenie w Książu gabinetu osobliwości. Ten Kunstkabinett gromadził instrumenty fizyczne i matematyczne, starożytności, dzieła sztuki, numizmaty, a przede wszystkim zbiory przyrodnicze, których sława w świecie naukowym, nie tylko Śląska, przetrwała do końca XIX wieku. W kolejnych dziesięcioleciach jego następcy wzbogacali zbiory o cenne eksponaty, zmieniali też miejsca prezentacji kolekcji, by w dwudziestoleciu międzywojennym utworzyć muzeum, mieszczące się w nowo wzniesionym zachodnim skrzydle zamku.

Dziedziniec Honorowy

Zamek Książ od frontu

Po śmierci Ernesta Maximiliana posiadłości ksiąskie przeszły na własność jego bratanka Hansa Heinricha IV (+1758), a następnie jego syna Hansa Heinricha V (+1782), który na mocy aktu królewskiego z 1772 roku uzyskał dla Książa status majoratu wprowadzający zakaz podziału liczącego 4 miasta i 34 wsie majątku, a także przywilej dziedziczenia go zawsze przez najstarszego męskiego spadkobiercę.

Hans Heinrich IV von Hochberg, hrabia, baron na Książu - obraz Franza Stamparta, 1724 r.

 

Hans Heinrich IV Hochberg z żoną Luizą Frydryką von Hochberg (1710-1757) de domo hrabiną Luizą Fryderyką zu Stollberg-Stollberg

 

Hans Heinrich V Hochberg z żoną Christine Henriette von Hochberg de domo zu Stolberg-Stolberg

Jego następca, Hans Heinrich VI (+1833), kontynuował rozpoczęte przez poprzedników zmiany, jakie zgodnie z panującą wówczas w Europie modą przybrały teraz charakter romantyczny. Dzięki małżeństwu Henryka VI z Anną Emilie von Anhalt Kothen-Pless (+1830) majątek Hochbergów powiększył się o księstwo pszczyńskie, a oni sami wkrótce zaczęli tytułować się książętami Hochberg von Pless.

 

Hans Heinrich VI Hochberg z żoną Anną Emilie von Anhalt Kothen-Pless

Podczas gdy syn Heinricha VI i Anny, Hans Heinrich X (+1855) doprowadził do przekształcenia w 1840 roku majoratu ksiąskiego do rangi freie Standesherrsachaft Furstenstein – wolnego państwa stanowego. Brał także czynny udział w życiu politycznym pełniącąc m.in. funkcję prezydenta pruskiej Izby Panów i marszałka Sejmu Śląskiego, jego małżonka Ida von Stechow-Kotzen (+1843),z która miał pięcioro dzieci, zapamiętana została przede wszystkim z prowadzonych na szeroką skalę akcji charytatywnych dla polepszenia warunków życia ludności zamieszkującej w należących do nich dobrach. Na jej cześć w latach 50. XIX wieku utworzono fundację Ida-Stifung, której celem była działalność dobroczynna. Po śmierci pierwszej żony w 1848 r. poślubił Adelheidę v.on Stechow (1807-1868), siostrę swojej pierwszej żony.

 

W 1846 roku brat jego matki – książę Henryk von Anhalt-Pless, ostatni potomek męski tego rodu, związanego historycznie z rodziną von Promnitz na mocy odpowiednich umów sukcesyjnych zapisał siostrzeńcowi Hansowi Heinrichowi X znaczne dobra księstwa pszczyńskiego na Górnym Śląsku. Dzięki pozyskaniu nowych dóbr Hochbergowie (Jan Henryk X, Jan Henryk XI, Jan Henryk XV) stali się jednym z najbogatszych i najbardziej wpływowych rodów arystokratycznych Śląska. Jan Henryk X von Hochberg, syn i spadkobierca budowniczego Starego Książa, zapisał się w annałach rodzinnych wielkimi literami, został pierwszym w tym rodzie księciem. Przejęcie przez Hochbergów księstwa pszczyńskiego, potwierdzone zostało dekretem królewskim z 1848 roku, kolejny dekret – z 1850 roku, przyznawał Janowi Henrykowi X i jego następcom tytuł książąt von Pless. Nadany mu w Charlottenburgu w 1855 roku dyplom, gwarantował rozszerzenie herbu, na którym łączą się otoczone purpurą książęcego płaszcza stary herb hrabiowski, nadany w 1683 r. Hochbergom z herbem sławnego rodu von Promnitz.

 

Hans Heinrich X Hochberg z drugą żoną Adelajdą von Hochberg de domo von Stechov

Po śmierci Heinricha X nowym ordynatem na Książu został Hans Heinrich XI (+1907), przewodniczący Izby Panów, generał kawalerii a la suite i wielki łowczy Cesarstwa, uznawany za najwybitniejszą postać w dziejach rodziny von Hochberg.

Hans Heinrich XI Hochberg

Dwukrotnie żonaty, najpierw z Marie von Kleist (+1883), później z Mathilde Ursulą zu Dohna-Schlobitten auf Kanthen (+1943), większość swojego życia spędził realizując trzy wielkie pasje: politykę, łowiectwo i działalność charytatywną. Jako wielki łowczy odegrał istotną rolę w rozwoju sygnalistyki myśliwskiej, spopularyzował używanie rogu myśliwskiego zwanego odtąd plessówką, doprowadził również do zebrania w całość i opublikowania zbioru wszystkich znanych sygnałów łowieckich. Znacznie bardziej pożyteczna od polowań była dobroczynna aktywność księcia, z inicjatywy którego dla pracowników książęcych kopalni oraz ich dzieci otwierano szkoły i organizowano kursy wieczorowe, zakładano przedszkola, wspierano kasy pogrzebowe, szpitalne, emerytalne i rentowe, fundowano biblioteki. Ponadto kosztem 300 tysięcy marek przekryto i skanalizowano kilka niewielkich rzek płynących w okolicach Wałbrzycha, co w znacznym stopniu przyczyniło się do poprawy warunków sanitarnych w regionie. Warto również odnotować, że począwszy od 1900 roku każdy pracownik pozostający w książęcej służbie od co najmniej 25 lat otrzymywał na specjalnej uroczystości srebrny zegarek z dedykacją (tłum.) "Za 25.letnią wierną służbę, książę von Pless", przy czym mógł on zdecydować, czy chce odebrać prezent, czy jego równowartość w gotówce.

 

Takie zegarki wręczano pracownikom z okazji 25-lecia zatrudnienia w majątku lub przedsiębiorstwach księcia von Pless. Przez wiele dziesięcioleci były cenionymi pamiątkami rodzinnymi w wielu śląskich domach

Dzięki rodzinno-małżeńskim koligacjom i korzystnej koniunkturze gospodarczej w drugiej połowie XIX wieku von Hochbergowie osiągnęli status gigantów finansjery niemieckiej, pod względem bogactwa zajmując trzecie miejsce w Niemczech, a siódme w Europie. Na ich potrzeby i utrzymanie tylko w samym Wałbrzychu pracowało ponad 9 tysięcy ludzi! Bardzo wysoka pozycja społeczna właścicieli i ich osobiste związki z najbardziej wpływowymi osobami na kontynencie europejskim sprawiły, że w Książu często gościła elita arystokracji, koronowane głowy i wielcy politycy. Byli wśród nich między innymi Cesarze niemieccy Wilhelm I i Wilhelm II, Car Mikołaj I z żoną Aleksandrą Fiodorowną, Cesarz Franciszek Józef, następca tronu Austrii Karol I Habsburg, przyszły prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki John Quincy Adams, Winston Churchill, wielcy książęta rosyjscy Borys Władymirowicz Romanow i Michał Romanow, egzotyczny Maharadża Cooh-Behar sir Nripendra Narayan Bhup z synem i cały szereg mniej znaczących królów oraz książąt z całej Europy. (źródło: http://www.zamkipolskie.com ).

1891 rok przyniósł najgłośniejsze bez wątpienia małżeństwo w dziejach zamku. Spadkobierca dóbr – 30. letni Hans Heinrich XV Graf von Hochberg (+1938) ożenił się z 18-letnią Ma¬ry Therese Olivią Cornwallis West z rodu Delawarr, zwaną pieszczotliwie Daisy (Stokrotka). Ich dzieje, dzieje zamku Książ szczegółowo opisuję w dalszej części.

Louis Haourdin książęcy kucharz i fotograf na tle zamku Książ

 

Brama wjazdowa do zamku

Wszystkie stare zamczyska nawiedzają duchy. Nie inaczej było w Książu – dwie zjawy pojawiały się w zamku i dwie na tarasach. Księżnej Daisy szczególnie dał się we znaki garbaty Janek, który straszył w jej sypialni, próbując nad ranem rozpalać ogień w kominku. Pierwszy raz, kiedy męża nie było w domu, obudził Daisy hałas czyniony przez jakąś postać, starającą się rozniecić ogień. Upuszczała ona pogrzebacz, szczypce, ale kominek pozostał nierozpalony.


Działo się to krótko po ślubie Daisy i Hansa. Księżna nie umiała jeszcze wtedy mówić po niemiecku, więc się nie odzywała. Po powrocie do zamku książę Hans Heinrich XV próbował ustalić, kto zakłócił poranek jego małżonce, ale nikt ze służby się nie przyznał. Kiedy to samo powtórzyło się jeszcze dwukrotnie, przerażona księżna przeniosła się do nowej sypialni, a w dawnej urządziła pokój gościnny.


W trakcie późniejszej przebudowy odkryto, kto straszył Daisy w Książu. „Wyobraź sobie, że kiedy kopali pod starą sypialnią mamy, znaleźli wielki szkielet mężczyzny. Musiał być zamordowany, bo pochowano go w kawałkach w różnych miejscach. Nie dziwota, że przychodził cię straszyć, kiedy używałaś matki pokoje”- pisał do Daisy jej szwagier Fritz (Friedrich Hochberg).


Synowi Daisy wujek Fritz, który widział tego ducha wiele razy, opowiadał: „Janka interesowały śluby, pogrzeby, wszystko związane z rodziną”. Nieszczęśnikowi urządzono pogrzeb. Ta część zamku, gdzie szkielet znaleziono, nie była dotykana od czasów reformacji. Przyjęto więc, że Janek był katolikiem i w tym obrządku go pochowano. Po pogrzebie zjawa przestała straszyć.

 

Szczególnie nawiedzany przez duchy był pokój łączący się z wieżą warowną, zbudowaną w XIII wieku. Goście mogli w nim przeżyć prawdziwe załamanie nerwowe. Niektórzy przyznawali, że budzili się zlani potem ze strachu, ale nic nie mogli zobaczyć. Inni twierdzili, że widzieli zjawę zbliżającą się do nich.


W pokoju tym zamieszkał kiedyś brat Daisy, George, w czasie swojej wizyty w Książu. „Jak tylko wszedłem do pokoju, w którym umieściła mnie siostra, wyczułem złowieszczą atmosferę – coś niewytłumaczalnego. W nocy obudziło mnie rytmiczne stukanie w okno: rat-a-tat-tat-tat-tat. Uznałem, że otwarła się okiennica, zapaliłem więc świecę (było to zanim wprowadzono elektryczność), otwarłem okno i stwierdziłem, że z okiennicą wszystko było w porządku. Wróciłem do łóżka i już prawie zasypiałem, kiedy stukanie się powtórzyło. Gdy zapaliłem świecę, wszystko się uspokoiło. Bertie Paget miał pokój niedaleko mnie. Przypomniałem sobie, że tam jest sofa i postanowiłem przespać się u niego. Wszystko było lepsze niż pozostanie w tym pokoju. Ponownie zapaliłem świecę, pozbierałem pościel i skierowałem się do wyjścia. Wtedy odezwało się stukanie do drzwi. Uciekłem.


Następnego ranka, kiedy nalegałem na zmianę pokoju, Daisy koniecznie chciała wiedzieć, dlaczego. Widząc błysk w jej oczach, zmusiłem ją do przyznania, że celowo umieściła mnie w rzadko używanym pokoju, w którym straszy – chciała sprawdzić, czy i ja coś odczuję. Powiedziałem jej, że to był kiepski żart”.


Sprawa wyjaśniła się podczas przebudowy zamku. Wówczas robotnicy przypadkowo odsłonili małą alkowę, a w niej zobaczyli zgarbiony szkielet. Nieszczęśnika pewnie zamurowano żywcem, bo w średniowieczu wierzono, że to sprawi, iż wieża będzie nie do zdobycia.

 

Trzeciego ducha często widywano na tarasach. Wiadomo o nim tylko tyle, że czasem doprowadzał psy do szaleństwa. Jego szkielet też znaleziono i pochowano.

Czy najsłynniejszy duch z Zamku Książ w Wałbrzychu został sfotografowany przez nadwornego kucharza Hochbergów około 1910 roku? Na jednym ze zdjęć wykonanych przez Louisa Hardouina w Sali Rycerskiej uwieczniona została tajemnicza postać w stroju z epoki renesansu. (źródło: Mateusz Mykytyszyn, Zamek Książ w Wałbrzychu).

Kucharz był wesołego usposobienia i zapewe to on wcielił się w ducha

Kucharz Louis Hardouin z rodziną

Żona kucharza. W tle zamek Książ

Rodzina Hardouin przed swoim domem, w tle widoczny fragment zamkowej kotłowni. Od lewej; Louis - szef kuchni na dworze Hochbergów, pierworodny syn Louis junior, drugi syn - Maurice, żona Eugenie oraz nestor rodu - ojciec Louisa

Książę Ples miał najdroższego kucharza z Paryża – Monsieur Hardouina. Był on szefem książęcej kuchni już 5 lat przed narodzeniem najmłodszego syna Daisy (czyli od 1905 roku). J. Koch tak pisze o nim: „Urodził się w St. Bénoit koło de Mons we Francji w 1881 roku. Tu spędził dzieciństwo i młodość. Po odbyciu służby wojskowej i nauce w Szkole Kucharskiej pracował w pańskich domach. Jego droga prowadzi z Paryża do Petersburga i do Londynu. Tu go odkrył Henryk XV – mąż Daisy. W 1905 roku został szefem kuchni w Książu. Dał się poznać jako człowiek o wielkim talencie kulinarnym i fotograficznym. Zrobił tysiące zdjęć o artystycznych walorach. Dokumentował życie codzienne mieszkańców zamku, służby, wielkie wydarzenia i uroczystości rodzinne. Louis Hardouin był zamiłowanym podróżnikiem. Często towarzyszył Daisy i Henrykowi XV w ich wojażach, utrwalając odwiedzane przez nich miejsca. W czasie I Wojny Światowej był internowany w obozie Holzminden nad Wezerą. Po II Wojnie Światowej wyjechał z rodziną do Anglii. Zmarł niedaleko Londynu w 1954 roku. Jego syn przechował tysiące fotografii ojca i innych pamiątek młodości, spędzonej w zamku Książ. Obecnie, zbiór ten znajduje się u jego córki W Kanadzie.

 

Monsieur Hardouin wykazywał się ogromną inwencją i „niewyczerpaną fantazją” w doborze potraw i „cudzoziemskich dodatków”. Nieznany nam autor, z wielkim podziwem i uznaniem opisuje, jak „wyczarowywał suflety, ragout i potrawy będące szczególnym połączeniem owoców morza, egzotycznych ptaków, wschodnich korzeni i owoców”, kończąc na prozaicznych „kartoflach w mundurkach i śledziach”. Była to sztuka na najwyższym poziomie, najwykwintniejsze dania genialnego kucharza z Paryża o międzynarodowej renomie.  

  

Takie torty serwował kucharz na książęce stoły - fot. L. Hardoina                         

Louis Hardouin przy pokocie jakby symbolicznie nawiązuje do pasji łowieckich właścicieli Zamku Książ

Ten wyjątkowy kucharz urodził się w 1881 r. w St. Benoit we Francji. Wiadomo, że pracował w kilku arystokratycznych rezydencjach w Londynie. Potem Louis Hardouin towarzyszył książęcej rodzinie od 1909 r. aż do 1925 r., z przerwą na czas internowania podczas I Wojny Światowej. Był on wówczas jedną z pierwszych ofiar nagonki na obcokrajowców przebywających na terenie cesarskich Niemiec. Hardouin został uwięziony w 1914 r. we Wrocławiu. Dotychczas zawsze pogodny szef kuchni w celi niemal całkowicie stracił nadzieję. Z późniejszych relacji jego syna wiadomo, że dzięki wstawiennictwu księżnej Daisy został przeniesiony do lżejszego więzienia, skąd wyszedł po dwóch latach. Wrócił do pracy na dworze Hochbergów, tam odzyskał siły i pogodę ducha. Wrócił także do swojej pasji – fotografowania. O jego wyjątkowym usposobieniu świadczą nie tylko przekazy, ale i liczne fotografie, na których niemal zawsze jest uśmiechnięty. Również zabawne sceny portretujące życie zamku pokazują jego niezwykłe poczucie humoru.

 

Ulubione zakątki Daisy

 

Jeziorko "Daisy", które dziś nazywane jest Jeziorkiem Zielonym, było kiedyś bardzo często odwiedzane przez Księżną Daisy, podczas jej konnych, romantycznych przejażdżek.


Historia tego miejsca nie jest specjalnie długa, gdyż jeziorko powstało dopiero po roku 1870, gdy zalano wyeksploatowane już wyrobisko wapienia. Pierwsze informacje na temat kamieniołomu i budowy geologicznej skał pochodzą z 1831 roku. Czy, i ile lat wcześniej funkcjonował tutaj kamieniołom, nie jest jasne. Ciekawostką jest, że eksploatowane tutaj rodzaje wapienia, bardzo interesujące dla geologów i mineralogów, po raz pierwszy zbadane i opisane zostały przez polskiego przyrodnika i podróżnika Władysława Dybowskiego w 1873 roku. Wyrobisko to, podobnie jak cały okoliczny teren należało do Hochbergów, dlatego, gdy księżna upodobała sobie to miejsce, po 1892 roku, nadano mu imię księżnej Daisy Hochberg von Pless.

W trakcie funkcjonowania wyrobiska powstało wokół niego szereg budowli niezbędnych do obsługi i przerobu kopaliny. Znajdowały się tam również piece wapienne (wapienniki). To właśnie pozostałości tych budowli stylizowano na romantyczne ruiny zamkowe, utworzono również coś na styl domku myśliwskiego w formie malowniczej baszty nad urwiskiem prowadzącym wprost do jeziorka. Z powodu braku dokumentacji fotograficznej trudno powiedzieć, czy dzisiejszy wygląd tego miejsca daleko odbiega od pierwowzoru.

 

W Książańskim Parku Krajobrazowym znajduje się wiele zakamarków, które warto odwiedzić.  M.in. jest to miejsce, bardzo ważne dla właścicieli zamku. Było tutaj jeziorko, które najprawdopodobniej już w 1913 roku było suche, a na którego wysepce znajdował się grób dzieci. Na płycie były wyryte inskrypcje „Dem Tage der Ernte gesäet 31.12.1795. Im Keime der Erde wieder entnommen den 1.1.1796. H.H. IX. 31.11.1802, gest. 2.12.1802.” Inskrypcja mówi o tym, że pochowani tu byli dwaj pierwsi (w tym pierworodny) synowie Jana Henryka VI. Obaj umarli w drugim dniu swego życia. Umarli na apopleksję. Trzecie dziecko - urodzone w 1804 roku w Berlinie - przeżyło.

 

Moja Fantazja

 

„Ma Fantaisie”, czyli Moja Fantazja, to jedno z ulubionych miejsc wypoczynku księżnej Daisy Hochberg von Pless, znajdujące się na zachód od zamku Książ. Spiętrzono tam wody Czarciego Potoku (zwanego również Poleśnicą oraz Czarnym Potokiem, mającego źródliska na ogrodach działkowych i nieużytkach koło osiedla Podzamcze) u podnóża Borowca Małego i Zwierzyńca, dzięki czemu utworzono staw o pow. 0,75 ha. W jego pobliżu książę Hans Heinrich XV polecił zbudować na prośbę Daisy i według jej pomysłu dwa połączone gankiem niewielkie domki kryte strzechą. Ich przytulne wnętrze dawało księżnej odpoczynek od nudnej etykiety dworskiej. Wokół domków utworzono niewielki ogród wzorowany na tarasach angielskiego zamku Newlands.

Mowa tu o Ma Fantaisie czyli Mojej Fantazji, leśnym domku księżnej Daisy von Pless, wykonanej przez nią, chciałoby się dziś powiedzieć, systemem „Zaprojektuj – wybuduj”, bo nawet drzewa i krzewy sadziła tam własnoręcznie. Zaangażowana mocno w sprawy społeczne i w bujne życie towarzyskie arystokracji Daisy potrzebowała nie tylko ucieczki przed brutalnością świata, ale i czegoś, co przypominałoby jej ukochaną ojczyznę.

Dlatego właśnie powstał mały domek nad Czarcim Potokiem lub Poleśnicą, która wtedy nosiła niemiecką nazwę Schwarzengraben. Jego białe ściany z pruskim murem stanowiły bezpośrednie nawiązanie do tak zwanych "Magpies Cottages" (czyli „sroczych chatek”, bo sroka jest czarnobiała jak one), bardzo modnych w Anglii zabudowań w stylu retro, często jeszcze krytych strzechą. I jak w tych „Magpies Cottages”, w Ma Fantaisie kryło się luksusowe, choć proste i bardzo przytulne wnętrze. Gdyby wciąż istniała, za kilka dni miałaby 110 lat.

Daisy zostawiła wszystkim paniom przykład, jak można skutecznie wykorzystać nieobecność małżonka. – Doprowadziła do budowy podstępem podczas nieobecności księcia. W dniach 11-14 października 1906 roku księżna i jej matka Patsy zaczęły obsadzać wybrane miejsce rododendronami, wrzoścami i piennymi różami. Na prośbę Daisy leśniczy księcia stworzył kosztorys całego przedsięwzięcia, a mając go w ręku zwróciła się do swojego teścia, księcia Hansa Heinricha XI o wcześniejsze wręczenie jej prezentu bożonarodzeniowego, czyli 2000 marek – opowiada Barbara Borkowy, historyk sztuki z Londynu, autorka nowej książki „Siostry. Daisy von Pless i Shelagh Westminster”.

Louis Hardouin z rodziną w Mojej Fantazji

Przyjęcie „al fresco” (na wolnym powietrzu) dla gości na terenie „Ma Fantaisie”, księżna Daisy von Pless jest widoczna pośrodku stołu po prawej stronie

20 października, mając już na to zapewnione finanse, księżna zasadza flance dębów, czerwonych wiązów i złotokapów. Dopiero 24 listopada, korzystając z lepszego humoru księcia małżonka, zwabia go na spacer w te okolice i tam opowiada mu o swoich planach. Nazwał je „nowym wariactwem Daisy”, ale się zgodził. Główne prace ruszyły w marcu, na placu budowy pojawiło się 8 robotników i we wrześniu 1907 roku pierwotna Ma Fantaisie była już w stanie surowym. Z czasem rozrosła się w dwie chatki, mniejszą i większą, połączone pasażem, a przed nimi wybetonowano basen, którego Daisy nigdy nie używała, a potem przerobiła go na ogród różany. Wolała przystań nad jeziorem, gdzie zawsze czekała na nią łódka.

Wkrótce księżna mogła umeblować swój azyl starymi meblami z zamku, zwieźć tu pamiątki z licznych podróży, zdjęcia, starą porcelanę i ulubioną kolekcję miniaturowych srebrnych zwierzątek. Lubiła tutj siadać przy kominku i czytać książki.

Wnętrze Ma Fantasie, na stole kolekcja miniatur Faberge

Wokół domu stworzyła angielski ogród, w którym sama zasadziła każdy krzew i kwiatek, skomponowała z nich tak zwany „łańcuch myśli”. Starała się, żeby wszystko miało naturalny charakter. Wśród kwiatów były jej ukochane pienne róże i konwalie, ale uprawiała też zioła – mówi Barbara Borkowy.
 
Wiosną 1908 roku Ma Fantaisie jest już całkiem gotowa, a Daisy coraz częściej przywozi tam dzieci na pikniki. Posiłki są zawsze na dworze, zimą w namiocie, latem na stołach na zewnątrz, albo po prostu na trawie. I tak zaczynają się najlepsze lata Ma Fantaisie, co widać na rodzinnych zdjęciach. Ale szybko nad tym pejzażem zachodzi słońce.

Daisy z synem Hanselem w Mojej Fantazji

Miejsce wybrane jako letni domek powoli staje się prawdziwym domem Daisy, w miarę jak sypie się jej małżeństwo, a podczas pierwszej wojny światowej jej obecność w zamku Książ, jako potencjalnego „angielskiego szpiega” nie jest mile widziana. Kiedy zaczyna pracę w szpitalach i pociągach sanitarnych jako siostra Czerwonego Krzyża, wpada tam czasami na krótkie chwile z dziećmi, utrwalone na zdjęciach.

 

Daisy przyjeżdża do Książa jeszcze w Boże Narodzenie 1920. Oboje z mężem próbują ratować swój związek, ale na próżno. Daisy mieszka w leśnym domku. Jej ostatnia wizyta w podupadającej coraz bardziej Ma Fantaisie to jesień 1924 roku, ślub najstarszego syna. Być może pod koniec życia, kiedy znów zamieszkuje w Książu, sparaliżowana księżna na wózku znajduje jakiś sposób, żeby odwiedzić to miejsce. Ale można się domyślić, że widok opuszczonej budowli i zarośniętego ogrodu, którego już nie może uporządkować, łamie jej serce.


Kilka miesięcy po jej śmierci, w roku 1944 to, co zostało z Ma Fantaisie, równa z ziemią organizacja TODT. Do dziś pozostało jezioro, potężne zarośla rododenronów, zarysy fundamentów, kamienny mostek, kamionkowe rury, podstawy dwóch kominków i trzy bardzo charakterystyczne schodki. Kilka lat temu odkopano też schody prowadzące do ogrodu, z kamienną ławką.
 
Dokumentacja fotograficzna Louisa Hardouina w pełni potwierdza zachwyt Daisy nad jej ukochaną chatką. Jego doskonałe i dokładne zdjęcia pozwoliłyby z łatwością odtworzyć całe założenie.


Ma Fantaisie - jak pisze Daisy – zaprojektowana całkowicie przeze mnie i w pełni wyrażająca mojego ducha, była chyba jedną rzeczą w Książu, która należała wyłącznie do mnie. Spędziłam w niej wiele szczęśliwych chwil z dziećmi, rodzicami i wybranymi przyjaciółmi”.

 

Zamkowe ogrody

Pałacyk myśliwski na Waligórze nie miał swojej nazwy, inaczej niż Ma Fantaisie. Prosto z lasu wchodziło się do małego przedpokoju, po lewej był salon i pokój Daisy, po prawej jadalnia z pięcioma oknami i charakterystyczną okrągłą wieżyczką, za jadalnią był westybul i garderoba, stamtąd wchodziło się do parterowej części, gdzie była kuchnia i pomieszczenia dla służby. Budynek miał nawet WC i łazienki na parterze i na piętrze, miał też centralne ogrzewanie, oświetlenie, dwie klatki schodowe, na piętrze była sypialnia i buduar Daisy, które miały dwa balkony. Przygotowując pałacyk księżna być może nie spodziewała się, czym on się dla niej stanie, gdy będzie już gotowy.

Pałacyk myśliwski w Waligórze

„To był dom rozwodowy Daisy", co zostało opisane w „Siostrach”. Zaproponowała mężowi układ, separację: w oczach świata mieli zostać małżeństwem, ale mieszkać już osobno i prowadzić oddzielne życie. Daisy na pewno decydowała o tym, jak ten budynek ma wyglądać. Ściany miały być całe z drewna, a dach kryty strzechą. Wiemy, że myślała o budowie już w 1911 roku, a przedstawiciele firmy byli nawet w Książu. Projekt kosztował 1197 funtów.


Projekt dotyczył nie tylko drewna, kamieni i słomy. Daisy wierzyła, że odtworzy na stokach Waligóry swoje życie rodzinne z dziećmi. Dla każdego z synów przygotowała osobny pokój, a średni Lexel posiał dookoła domu łubin, jeden z jej ulubionych kwiatów. Zamierzała zapraszać na swoją górę „tylko lubianych przeze mnie ludzi z różnych krajów, których sama będę dobierać, bez wypominania, że nie należą do „Naszego Świata”, świata kłamstwa i obłudy!” (Barbara Borkowy, „Siostry. Daisy von Pless i Shelagh Westminster”, Wałbrzych 2016). Musiała mieć dość, kiedy pisała te słowa, ale życie znowu zakpiło z jej projektu.

 

Jak symbol ulotności naszych marzeń brzmiał zapis w projekcie, że budynek musi być tak wykonany, aby łatwo można go było zdemontować bez uszkodzenia struktury i przenieść w inne miejsce. Tak się rzeczywiście stało. Jak mówi Mateusz Mykytyszyn, został prawdopodobnie wywieziony w latach 20-tych, może do Austrii, gdzie w górach Hochbergowie mieli swoje posiadłości. Daisy już wcześniej rozstała się ze swoim ostatnim sudeckim domem, z którego okien roztaczał się nieopisany widok na góry Kamienne i Sowie.


Kiedy powstawał, powoli stało się oczywiste, że postępująca choroba, prawdopodobnie stwardnienie rozsiane, odbiera księżnej władzę w nogach i będzie musiała sobie poszukać bardziej miejskiego otoczenia. A mąż nie chciał jej warunków, chciał rozwodu, chciał sobie znaleźć nową żonę. Gdy jej dom na Waligórze był gotowy, Daisy wyprowadziła się z Dolnego Śląska, jak sądziła – na zawsze. Kiedy po latach wróciła do Książa sparaliżowana, prawdopodobnie już nigdy nie odwiedziła swojego ulubionego miejsca w Górach Kamiennych.

h

Fotografia Louisa Hardouina

Zamek Książ od tyłu

Fotografia Louisa Hardouina

Czarny Dziedziniec

Czarny Dziedziniec w XVII wieku otrzymał bogatą dekorację w stylu manierystycznym ze stylizowanymi motywami roślinnymi i zwierzęcymi (m.in. maski, nereidy, delfiny, rozety). Zdobią go sgraffita, kamienne portale i wykusz, a na południowej ścianie dwa rzędy kartuszy herbowych. Dekorację ufundował zapewne Christoph II von Hohberg (1582 – 1625), aby uwiecznić datę wykupienia zamku od Habsburgów w 1605 roku przez jego ojca Konrada III (1558-1613). Podczas remontu i rozbudowy zamku na 400-lecie panowania Hochbergów w Książu w 1909 roku Hans Heinrich XV polecił ją odrestaurować.


Na południowej ścianie Czarnego Dziedzińca umieszczono w dwóch rzędach herby właściciela Książa wraz z datami panowania. W górnym są to kartusze Piastów (1292-1392) oraz bo bokach Luksemburgów (1392-1437) i Habsburgów linii albertyńskiej (1437-1457). W dolnym, pośrodku kartusz z herbem Hochbergów i datą 1605, a po bokach herby władających Śląskiem w XV i XVI wieku, Króla Czech Jerzego z Podiebradów, Króla węgierskiego Macieja Korwina, a także Króla Czech i Węgier Władysława II Jagiellończyka oraz Habsburgów linii leopoldyńskiej.

Salon Biały

Salon Biały, dawniej zwany był Czerwonym, bowiem jego ściany zdobiły czerwone jedwabne draperie, zniszczone podczas II Wojny Światowej. Sufit pokrywa piękna dekoracyjna sztukateria obfitująca w różnorodne motywy zdobnicze (motyw kratki regencyjnej, liści akantu, girlandy i bukiety z róż). XIX – wieczne meble należące do ostatniej właścicielki Zamku – Księżnej Daisy von Pless, stanowiły wyposażenie dawnej jadalni Grand Hotelu w Szczawnie Zdroju.

Sala Krzywa w przeszłości była gabinetem księcia Hansa Hochberga XV von Pless

Sala Konrada

Gobelin w Sali Konrada

Salon Barokowy

Salon Zielony (Porcelanowy)

Salon Gier

Korytarz na pierwszym piętrze

Sala Rycerska

Wąski korytarz południowy na pierwszym piętrze zamku  prowadzący wzdłuż Sali Krzywej i dalej w kierunku Schodów Trawertynowych, uważany za jedną z najstarszych części zamku. Na starych planach figuruje pod nazwą "Bolkogang" czyli "Przejścia Bolka" i uznaje się, że miejsce to pamięta budowniczych Książa, czyli XIV-wiecznych Piastów świdnicko-jaworskich. Na początku XX wieku przestrzeń tę zdobiły liczne portrety rodowe Hochbergów.

Fotografia Louisa Hardouina - kominek w Sali Maksymiliana

Sala Maksymiliana - 1902 r.

W 1923 roku Helen d’Abernon, żona brytyjskiego ambasadora w Berlinie, odwiedzała Zamek Książ i wspominała pokoje urządzone z myślą o goszczeniu Cesarzy Niemiec, Austrii i Rosji. A także swoją komnatę, pełną orchidei i zegarów muzycznych.


Helen d’Abernon, żona brytyjskiego ambasadora w Berlinie, pozostawiła świadectwo swojej wizyty w Zamku Książ w Wałbrzychu w 1923 roku. Pięć lat po zakończeniu pierwszej wojny światowej małżonkę dyplomaty uderzył porażający luksus, jaki zastała w dolnośląskiej rezydencji książąt von Pless - relacjonuje Mateusz Mykytyszyn, rzecznik prasowy Zamku Książ w Wałbrzychu. I dodaje, że Zamek Książ po raz pierwszy postanowił podzielić się relacją z tej wizyty.


Ambasadorowa w 1923 roku spędzała sylwestra w rezydencji Hochbergów. Z mężem, sir Edgarem Vincentem, przyjechała tu na zaproszenie pana na zamku, księcia von Pless Jana Henryka XV Hochberga, który był już rozwiedziny z Daisy.


"Mało widziałam w moim życiu tego, co można byłoby porównać z Książem i jego porażającym luksusem. W tym obrazie nie brakowało niczego co może zapewnić bogactwo i wysoko rozwinięte poczucie komfortu. Zakwaterowano nas w jednym z pięciu przepięknych apartamentów gościnnych, które urządzono z nadzieją, że mogłyby gościć trzech cesarzy jednocześnie" - opisywała ambasadorowa. I dodawała, że na Zamku Książ wierzono, że apartamenty przygotowano dla cesarzy Niemiec, Austrii i Rosji, ale też dla "pomniejszych władców", jak królowie Rumunii czy Saksonii. Na żonę ambasadora czekał pokój pełen orchidei i muzycznych zegarów. Na szafce nocnej, oprócz trzech rodzajów wody mineralnej, znalazła kawior i czekoladki. "Książ jest z pewnością wyjątkowy… Dzisiaj zabrano nas do ogrodnictwa i stadniny koni. W tej ostatniej naliczyłam około pięciu ogierów i ponad sto klaczy i źrebiąt. W czasie sezonu zimowego który trwa tu od trzech do czterech miesięcy, są trzymane w luźnych boksach i od czasu do czasy wypuszczane na przebieżki po dużym dziedzińcu i okolicznych łąkach" - pisała Helen d'Abernon. Na ambasadorowej wrażenie zrobiły nie tylko stajnie, ale też ogrody szklarniowe. Nazwała je nawet "najlepszymi, jakie widziała w życiu". "Choć na zewnątrz termometr wskazywał siarczysty mróz, w środku kultywowano gąszcz tropikalnych roślin, nawilżanych parującymi wodospadami i oczkami z ciepłą wodą. Ogrody zimowe, które są oddalone nieco od głównego domu tworzą pewnego rodzaju przeszklony aneks, zaprojektowany jak coś w stylu hollywoodzkiego filmu czy Zoo w Chicago" - zanotowała w swoich wspomnieniach.


Daisy Pless już tu nie ma, bo rozwiodła się z Hansem osiemnaście miesięcy temu. Są za to obecni jej trzej, wysocy synowie. Odbyłam długą rozmowę z jej najstarszym synem, Hanselem. Ma 23 lata, poważne usposobienie i dobre intencje. Odniósł sukces, zdając wszystkie egzaminy. Jest także zapalonym czytelnikiem, który sam, z potrzeby serca, wybiera swoje pozycje. Wszystko to z własnej inicjatywy, ponieważ wychowanie całej trójki młodych Hochbergów przebiegało w wyjątkowo „relaksacyjnej” atmosferze. Hansel jest zupełnie inny niż Lexel, jego średni brat, który ze swoim atrakcyjnym wyglądem i nadmiernie długimi kończynami, wydaje się być rozkochanym w przyjemnościach lekkoduchem. Zasugerowałam Hanselowi, że być może powinien znaleźć odpowiednią osobę, która zajmowałaby się jego matką i jej sprawami finansowymi. Zdaję sobie jednak sprawę, że dla młodego mężczyzny podjęcie się zadania znalezienia odpowiedniego damskiego towarzystwa dla nieodpowiedzialnego rodzica, a Daisy jest przecież taka niezdyscyplinowana i temperamentna, może się okazać zupełnie niemożliwe”.

Portret Lady Helen Vincent z 1904 r.

Helen Venetia Vincent, wicehrabina D’Abernon (1866 -1954 r.) była brytyjską szlachcianką, znaną członkinią towarzystwa i autorką pamiętników.  Jej ojciec William Duncombe został wyniesiony do parostwa jako Baron Feversham w 1867 r. I ponownie jako hrabia Feversham w 1868 r. Ona i jej siostra Hermiona, księżna Leinster, były znane jako wiodące piękności w swoim kręgu.  Helen poślubiła Sir Edgara Vincenta, ówczesnego gubernatora Cesarskiego Banku Osmańskiego w Konstantynopolu, 24 września 1890 r. Lady Helen w tamtym okresie była „najbardziej znaną gospodynią swojego wieku” i „ze względu na jej wyjątkową urodę, inteligencję i urok, jedną z najbardziej olśniewających postaci ”. Helen była związana z „Duszami”, salonem znanych intelektualistów tamtych czasów, w skład którego wchodzili Arthur Balfour, George Curzon, Henry James i Edith Wharton.  Lady Helen towarzyszyła mężowi, gdy służył w Misji Międzywydziałowej w Polsce i jako ambasador brytyjski w Republice Weimarskiej na początku lat 20. XX wieku. W tym czasie baronowa prowadziła dziennik swoich przeżyć, których części zostały opublikowane w 1946 r. Pod koniec swojej misji dyplomatycznej Sir Edgar został podniesiony do rangi 1. wicehrabiego D’Abernona 1 stycznia 1926 r., a po śmierci starszego brata został 16. Baronetem Stoke d’Abernon.  Małżonkowie nie mieli dzieci, a tytuły Sir Edgara umarły wraz z nim w 1941 r. Lady D’Abernon zmarła w wieku 84 lat 16 maja 1954 r.

Stangret Hochbergów zawsze w przepisowej liberii

Stangreci i woźnice w Książu z czasów ostatnich właścicieli z rodu Hochberg von Pless ubierani byli w charakterystyczne płaszcze koloru beżowego z ciemnobrązowymi kołnierzykiem i końcówkami rękawów, którym towarzyszył ciemny cylinder.

Powozownia w Pszczynie

Galowy powóz Hochbergów ozdobiony jest książęcym herbem

W XIX i pierwszej połowie XX wieku panami na Pszczynie byli przedstawiciele rodu Hochbergów, którzy cieszyli się z posiadania tytułów książąt pszczyńskich, stanowiąc elitę najpierw Królestwa Prus, a później Cesarstwa Niemieckiego. Pszczynę odwiedzali wtedy monarchowie oraz arystokracja z całej Europy. Jednym z wyznaczników prestiżu było wówczas posiadanie koni szlachetnych ras, jak i wielu reprezentacyjnych pojazdów - najpierw powozów, a od początku XX wieku także limuzyn poruszanych końmi mechanicznymi. Dlatego w drugiej połowie XIX wieku Hochbergowie wznieśli na południowych obrzeżach parku, po wschodniej stronie pałacu, zespół efektownych zabudowań, mieszczących stajnię, powozownię i ujeżdżalnię. Na początku zaś XX wieku dodano także garaż.

Powóz Hochbergów przed zamkiem w Pszczynie

Aż do początku XX wieku w wozowniach książąt von Pless stały liczne powozy, wolanty i bryczki, do których zaprzęgano piękne konie.  W czasie oficjalnych wyjazdów korzystano z pozłacanego galowego powozu, w karmazynowo-niebieskim kolorze liberii Hochbergów – nim książęca para udawała się na dwór w Berlinie, a nawet przewoziła go na uroczystości do Londynu.


Kiedy Daisy wracała z dalszej podróży, zawsze czekał na nią na stacji paradny powóz z pocztylionami. Podczas przejażdżki towarzyszyła jej z kolei rota myśliwych i czwórka trębaczy.

Stajnia w Pszczynie - wnętrze

Obecnie istniejący kompleks stajni książęcych został wzniesiony w drugiej połowie XIX w. za czasów Hochbergów, według projektu architekta Oliviera Pavelta. Wozownię wybudowano w 1864 r., stajnie wraz z siodlarnią w latach 1866-1867, natomiast do budowy ujeżdżalni przystąpiono w 1869 r. Murowane garaże, dla dziewięciu książęcych samochodów, wzniesiono pomiędzy 1904 a 1910 r.

Książęce stajnie

Kuźnia zamkowa

Stajnia w Pszczynie - widok zewnętrzny

Stajnie Książęce wzniesiono w stylu historyzującym, nawiązującym głównie do architektury romańskiej i gotyckiej. Zbudowano je z cegły, na rzucie prostokąta. Portale i okna wieńczą półowalne łuki (są też okna okrągłe), a pod dachem biegnie fryz arkadowy. Warto zwrócić uwagę na dekorację rzeźbiarską, np. głowę konia, oraz na basztę pomiędzy stajnią a ujeżdżalnią. Wnętrze stajni z boksami dla koni nakryte jest sklepieniem krzyżowo-żebrowym, wspartym na smukłych, żeliwnych kolumienkach. Ciekawostką jest tu drewniany bruk. Powozownię zaś przykryto drewnianym stropem. Znajdujący się najbliżej pałacu gmach ujeżdżalni został w latach 70. XX wieku przebudowany na halę sportową, co oszpeciło jego wygląd. Stajnie Książęce mają stanowić dodatkową powierzchnię wystawienniczą dla pałacowego muzeum; wygospodarowano tutaj także miejsce na salę konferencyjną, kawiarnię oraz pomieszczenia administracyjne.

Uleżdżalnia przed remontem

Książęce psy myśliwskie i stado koni w Pszczynie

I Wojna Światowa. Niemieccy żołnierze przy stajniach książęcych w 1917 r

Daisy z siostrą Shelagh w 1905 r. na wyścigach konnych w Pardubicach

W drugiej połowie XIX pojawiło się wiele ważnych wynalazków, między którymi  był też silnik spalinowy,  skonstruowany w 1860 roku przez Etienne’a  Lenoira. Od tego momentu zaczął się rozwijać przemysł motoryzacyjny. Pierwsze samochody i motocykle zbudowali Gottlieb Daimler i Carl Benz. Niestety były one mało dostępne ze względu na wysoką cenę. Poza tym większość wykwintnego towarzystwa pogardzała tym najnowszym środkiem transportu, uważając, że jest stosowny jedynie dla utracjuszy. Na dodatek królowa Wiktoria określała samochody jako „straszliwe maszyny”, które „pachną nieprzyjemnie”.


Jeszcze w 1903 roku księżna Daisy of Pless nie została przyjęta przez Cesarzową w Poczdamie, bo… przyjechała autem. Hrabina Brockdorff  tłumaczyła wtedy, że Jej Wysokość nie chce, by Cesarz widywał zbyt wiele samochodów, ponieważ sam mógłby takowego zapragnąć. Pięć lat później był posiadaczem wielu samochodów, a  jego żółte limuzyny zdobiono tarczami herbowymi  z orłami w koronach. Już w 1910 roku podczas licznych wizyt używał tego środka transportu.

Wizyta w Poznaniu - 1910 rok

Cesarz w Biedrusku - 1910 rok

Wizyta w Bytomiu - 1910 rok

Teść Daisy, choć nie był zwolennikiem nowoczesnych wynalazków, to jednak zrobił sobie prezent na siedemdziesiąte urodziny (1903 r.) i nabył luksusowy samochód „Benz-Manlicher”. Być może nie chciał być gorszy od ojca Daisy lub też wziął przykład z Christiana Crafta Hohenlohe ze Sławięcic, który „…pojawił się pojazdem zwanym automobilem. Podjechał nawet pod portal, ale do środka nie mógł wjechać ze względu na smród i możliwe zanieczyszczenie.” Najmłodsza córka księcia Hansa Heiricha XI, hrabianka Anna Hochberg, tak opisała pierwszy samochód, jaki pojawił się w Pszczynie: „Był to krótki i wysoki powóz otwarty, osobno kozioł, a z tyłu była umieszczona wyżej beczka z czterema bardzo małymi okrągłymi siedzeniami, na których można się było kołysać”.

Samochód Benz-Manlicher

Księżna Daisy za kierownicą. Zdjęcie w The Car 27 sierpnia 1902 r.,  wyszukane w angielskiej prasie przez Barbarę Borkowy

Daisy z matką Patsy

Anna z matką dały się zaprosić na przejażdżkę, którą hrabianka później barwnie opisała: „Odpłynęliśmy jak gondolą w kierunku Żor, z zawrotną – w naszym mniemaniu – prędkością. Wywołaliśmy paniczny strach, wszystko uciekało przed nami, konie zupełnie ogłupiały, ludzie zresztą też. Wozy się wywracały, a ludzie klęczeli na poboczach i modlili się”.

Auta książęce (źródlo: Barbara Borkowy)

Istniała wówczas szansa jedna na dziesięć, by dojechać gdzieś na odległość 10 mil bez poważnej awarii. Wielu automobilistów zapominało też, że mogą po drodze natknąć się na wzgórza. Bak, zazwyczaj umieszczony pod siedzeniem, nie miał wtedy zastosowania, gdyż paliwo było dostarczane do gaźnika siłą ciężkości. Nierzadki był więc widok auta jadącego pod górę… tyłem.


Wkrótce samochodów było coraz więcej, w następnym roku „stary książę” kupił dwa kolejne auta dla rodziny a potem następne. W większości arystokratycznych domów zwykle byłego stangreta pasowano na szofera. Z czasem również panie zaczęły prowadzić samochody, co uwieczniano na fotografiach. Zapaloną automobilistką była matka Daisy. Samochody stały się popularniejsze, odkąd Henry Ford w 1913 roku wprowadził masową produkcję swojego auta (model T). Obniżyło to cenę samochodu i więcej ludzi mogło go kupić.

Ks. Hans Heinrich XV na przejażdżce. Zdjęcie w „Motoring Illustrated” 07 lipca 1902 r., wyszukane w angielskiej prasie przez Barbarę Borkowy

Kamerdynerzy księżnej Daisy przed jej automobilem w 1921 r. (źródło: Barbara Borkowy)

Hansel i Sissy przed zamkiem w Pszczynie

Automobiliści nosili śmieszne kostiumy: gogle wielkie jak maski gazowe, a na nogach okrycie przypominające spódnicę, które pozwalało utrzymać nogi w cieple. Damy szyfonowymi szalami przytrzymywały płaskie kapelusze. Z tyłu samochodu przymocowane były usztywnione brezentowe żagle, które zabezpieczały przed kurzem. Dzisiaj to brzmi śmiesznie, ale na początku dwudziestego wieku takie kostiumy i wynalazki były bardzo potrzebne – szyb jeszcze nie wymyślono, nie było też bocznych drzwi zabezpieczających kierowcę przed przenikliwym zimnem. O asfaltowych nawierzchniach jeszcze nie słyszano, więc po długiej podróży włosy pań, ich brwi, a nawet rzęsy były białe od kurzu – mimo że kobiety w czasie podróży samochodem nosiły woalki na twarzy.

Dla dzieci pracowników zamku, na stałe zamieszkujących książańskie służbówki, uruchomiono w majątku szkołę

Karl Endemann był na przełomie XIX i XX wieku bibliotekarzem i nauczycielem w majątku Książ należącym wówczas do książęcej rodziny Hochberg von Pless. Nie tylko sprawował opiekę nad zbiorami Biblioteki Majorackiej, która mieściła się w budynku bramnym Książ, ale prowadził także szkołę dla dzieci pracowników zamkowych.


Karl Endemann sprawował pieczę nie tylko nad Biblioteką Majoracką w Książu, ale również ulokowanym w zamku archiwum Hochbergów. Ponadto opiekował się gromadzoną przez pokolenia właścicieli zamku kolekcją, zgromadzoną w tzw. Kunstkabinett. Składały się na nią m.in.: instrumenty astronomiczne, zbiory przyrodnicze i numizmatyczne oraz pamiątki rodzinne. Dużą część kolekcji stanowiły cenne arrasy oraz malarstwo, głównie portrety i widoki np. okolic Sudetów. Karl Endemann był także nauczycielem dzieci pracowników książęcych, którzy mieszkali w Książu.

Ogromny zamek  Książ musiał posiadać własną drużynę straży pożarnej

Kuchnia

Obsługa kuchni, na wózeczku główny kucharz i zarazem autor wielu fotografii Louis Hardouin

Głównym królestwem Louisa była oczywiście kuchnia. Wyłożona białymi kafelkami, mieściła się na piątym piętrze zamku. Jej lokalizacja nie była przypadkowa, uniemożliwiała bowiem rozprzestrzenianie się zapachów na pozostałe piętra. Znajdujące się w niej trzy piece pozwalały obsłużyć cztery jadalnie, do których prowadziły windy zwożące potrawy. O wyjątkowości tego miejsca i pracującej w nim obsługi może świadczyć niezwykła sterylność naczyń, najnowocześniejszych sprzętów, podłogi, a nawet śnieżnobiałych kitli kucharzy. Również sąsiadujące z kuchnią chłodnie, działające od wiosny do późnej jesieni, były zawsze zaopatrywane nie tylko w świeżą dziczyznę, ryby czy warzywa, ale i w materiał chłodzący, którym były ogromne tafle lodu z pobliskich stawów. Warunki były więc idealne, by armia kuchennych pracowników mogła schlebiać najbardziej wyrafinowanym gustom pary książęcej i ich gościom, wśród których nie brakowało koronowanych głów. Do stołów podawało 24 lokajów, którzy podobnie jak pozostała służba byli traktowani z szacunkiem. Dowodem na to mogą być służbowe pokoje, wyposażone w łazienki, ale również wspólne podróże z rodziną von Pless po Europie, poczynając od Wenecji, przez Paryż, Berlin, aż po Kraków.

Taka atmosfera sprawiała, że każdy zatrudniony w zamku czuł się tutaj dobrze. Pozwalało to nie tylko ze spokojem wypełniać obowiązki, ale również dołożyć do nich nieco humoru, z którego nie tylko szef kuchni był znany. Fotografowani dość często przez Hardouina kominiarze byli na fotografiach prawdziwymi akrobatami, którzy niejednokrotnie popisywali się swoimi umiejętnościami. Kominiarze w tym czasie chodzili boso po kalenicach, nie mieli też żadnych zabezpieczeń. 

Louis Hardouin z zamkowym kominiarzem

Hardouin uwiecznił też na fotografiach dzieci przebywające w zamku. A te nieraz płatały psikusy – chowały się w ogromnych kuchennych garnkach, a w ogrodzie – w stertach dopiero co zgrabionych liści.

Kuchnię wyposażono m.in. w elektryczne urządzenia, które można określić prototypami współczesnych sprzętów AGD. Były tam np. trzepaczki, miksery, ubijaczki i wiele innych. Nowinką techniczną w kuchni były pomieszczenia pełniące funkcję lodówek na dziczyznę czy ryby. Miały podwójne ściany z pustą przestrzenią pomiędzy nimi, która była wypełniana mieszanką lodu i trocin. Takie rozwiązanie sprawdzało się znakomicie i zabezpieczało doskonale żywność przed zepsuciem. W kuchni zamontowano ogromny świetlik z uchylnymi oknami, który dostarczał do wnętrza naturalnego światła i pełnił przy okazji funkcje wentylacyjne. Ściany kuchni zostały wyłożone kafelkami, które na specjalne zamówienie Hochbergów zostały wykonane w Miśni.


W kuchni zamku Książ zatrudniony był sztab ludzi. Pracowało tam 40 kucharzy i cukierników. Ponadto kilkadziesiąt osób, które usługiwały rodzinie książęcej przy posiłkach. Część zajmowała się czyszczeniem i układaniem porcelanowej zastawy stołowej czy srebrnych sztućców. Inni dostarczali potrawy na książęcy stół. W transporcie potraw z kuchni do jadalni na pierwszym piętrze używano niewielkich wind transportowych.


Hochbergowie słynęli z tego, że wspierali swoich poddanych. Dlatego większość produktów spożywczych, które trafiały na książęcy stół, pochodziła z okolicznych gospodarstw – mówi Magdalena Woch. – Świeże owoce i warzywa dostarczane były z należącej do książęcej rodziny palmiarni, która jest położona w pobliżu zamku Książ.


Na książęcy stół często serwowano również dziczyznę. Zarówno tę drobną: zające, bażanty, czy kaczki, jak i grubego zwierza: dziki, sarny, jelenie, a nawet żubry. Hochbergowie posiadali rozległe lasy na Dolnym i Górnym Śląsku. Słynęli także z zamiłowania do polowań, a brała w nich udział również księżna Daisy. (źródlo: Kuchenne rewolucje księżnej Daisy, Artur Szałkowski, https://gazetawroclawska.pl ).

W kuchni zamkowej nie mogło zabraknąć najnowocześniejszych sprzętów

Było tam również pomieszczenie ze zbiornikiem na wodę deszczową, której używano w książęcym gospodarstwie. Kuchnia znalazła się po przebudowie tak wysoko, aby arystokratyczne nosy nie musiały wdychać kuchennych zapachów. Książę zatrudniał ponad 600 osób służby, wśród nich 24 lokajów podających do stołu. Ci, którzy musieli być pod ręką przez całą dobę, mieszkali na czwartym piętrze pałacu - były tam służbowe pokoje, zaopatrzone w łazienki i ubikacje na korytarzu. Reszta mieszkała w służbowych oficynach, po obu stronach budynku bramnego.

Dworscy lokaje

Na dworze książąt von Pless w Książu obowiązywała ścisła hierarchia, która wyrażała się także przez starannie dobrane uniformy. Ich projekt zatwierdził w latach 70-tch XIX wieku, książę Jan Henryk XI, wzorując się na ubraniach służby z Wersalu. Pochodziły z dwóch wytwórni: G. Benedicta, królewskiego dostawcy z Berlina oraz firmy Price Whittaker & Co. z Londynu. Peruczkę, która była obowiązkowym elementem stroju zniesiono dopiero w latach 20-tych po rozwodzie księcia Jana Henryka XV i księżnej Daisy. Czerwone uniformy obowiązywały w Książu, a turkusowe na zamku w Pszczynie do końca funkcjonowania obu dworów.

„Lepiej o kilka fenigów mniej, ale za to w służbie księcia”. To powiedzenie towarzyszyło całym pokoleniom pracowników, zatrudnionych w Zamku Książ. Na początku XX wieku w zamku Książ pracowało u rodziny Hochbergów około trzystu służących. Lokale, pokojówki, kamerdynerzy zamkowi stanowili bardzo dużą grupę mieszkańców zamku. Większość z nich mieszkała w mieszkaniach dla służby na IV i V piętrze zamku, który funkcjonował wówczas jak potężny, rozbudowany organizm. Mieszkania na IV i V piętrze Książa, w zależności od funkcji, sprawowanej przez ich mieszkańców, składały się z jednego do 4 pokoi. Toczyło się w nich życie całych generacji służących Hochbergów. Zniszczone w trakcie II Wojny Światowej czwarte i piąte piętra zamku także w okresie powojennym ulegały powolnej dewastacji.

Książęcy portier Georg Zawischa (Zawisza)

Pracownicy zamkowi niższej rangi

Forysie i wyższa służba w Książu przed 1918 rokiem

Foryś (z niem.) – dawniej u możnej szlachty konny pachołek z trąbką (w nocy ze światłem) poprzedzający karetę w celu zbadania drogi; także pomocnik stangreta powożącego wielokonnym zaprzęgiem. Jechał na koniu z przedniej pary.

 

W samym zamku pracowało 300 osób, o tarasy dbało kolejnych 200. A rodzina księcia składała się przecież zaledwie z pięciu osób. Prócz tego Hochbergowie posiadali dobra rozsiane po całej Europie: pałacyk w Londynie, rezydencje w Berlinie, Wrocławiu, Albrechtburgu, Monachium, Partenkirchen i na Riwierze Francuskiej, a także wynajmowane na dłuższy czas apartamenty we Włoszech, Grecji, Hiszpanii i na Bliskim Wschodzie”.

Ogrodnicy

W XIX i XX wieku w zamku gościło wiele sław, wśród nich Izabela Czartoryska, Zygmunt Krasiński, Car Mikołaj I Romanow, Winston Churchill i inni. W latach 1909–1923 książę Jan Henryk XV Hochberg książę von Pless dokonał kolejnej przebudowy, m.in. dobudował nowe skrzydło i zmodernizował tarasy z fontannami. Przed I Wojną Światową wybudowano także palmiarnię w Lubiechowie i urządzono ogród japoński.

 

Tarasowe ogrody Zamku Książ zostały utworzone w miejscu dawnych fortyfikacji, a zaczęto ja zakłada za panowania w Książu Christopha II von Hochberga, to jest w pierwszej połowie XVII wieku. Jednak dopiero po wyburzeniu w 1646 roku dawnych murów i wałów oraz zakończeniu w 1648 roku wojny 30-letniej pojawiła się możliwość ich powiększenia i wzbogacenia. Wkrótce też, początkowe – gospodarcze przeznaczenie tarasów ustąpiło miejsca ich roli ozdobnej, estetycznej i spacerowej. Wokół zamczyska zaczęły powstawać ogrody kwiatowe utrzymane w stylu renesansowym. W latach 1913 – 1927 nastąpiła ostatnia faza ich rozbudowy i to właśnie wtedy uzyskały kształt i wygląd w większości zachowany do dziś. Przed ostatnią wojną światową książańskie tarasy obsadzano dwa razy do roku (wiosną i jesienią), a potrzebnych do tego było ponad 20 tys. roślin. W większości pochodziły z książęcego ogrodnictwa i palmiarni w Lubiechowie. W czasie II Wojny Światowej i po jej zakończeniu tarasy uległy częściowemu zniszczeniu. Po ich uporządkowaniu i naprawieniu szkód w latach 60-tych i 70-tych ubiegłego stulecia, jak niegdyś są ulubionym miejscem spacerów i odpoczynku turystów odwiedzających Książ.

Palmiarnia w Lubiechowie

Palmiarnia w Wałbrzychu powstała z inicjatywy ostatniego przedstawiciela rodu Hochbergów na Zamku Książ – Jana Henryka XV. Książę budował ją z myślą o swojej małżonce Marii Teresie Cornwallis - West, zwanej Daisy, która była miłośniczką pięknych kwiatów i oryginalnych roślin. Do dziś ten wyraz miłości i największy "bukiet kwiatowy" zachwyca -  jest to jedyny taki obiekt w Polsce zachowany w swej historycznej konstrukcji.


Budowa palmiarni datowana jest na lata 1908- 1911 (część autorów sugeruje lata 1911 - 1914). Inwestycja ta pochłonęła astronomiczną sumę 7 milionów ówczesnych marek w złocie. Na powierzchni 1900 metrów kwadratowych, oprócz palmiarni, wzniesiono również cieplarnie, ogrody utrzymane w stylu japońskim, rosarium, ogród owocowo - warzywny i obszar pod uprawę krzewów. Całe przedsięwzięcie było tak ogromne, że otrzymało nazwę zakładu ogrodniczego. Zaraz po zakończeniu prac budowlanych do wałbrzyskiej Palmiarni sprawdzono ok. 80 gatunków nowych roślin.

Centralną częścią obiektu był 15-metrowy budynek, zbudowany z metalu i szkła, w którym zasadzono palmy daktylowe. Całość została otoczona jednokondygnacyjnymi oranżeriami. Na dachu palmiarni utworzono niewielką galeryjkę widokową, z której można było podziwiać urokliwą panoramę okolicy. Najbardziej niezwykły był jednak budulec, którym wyłożono wnętrze palmiarni. Książę sprowadził z Sycylii siedem wagonów kolejowych, wypełnionych zastygłą lawą z wulkanu Etna. Duże kawały tufu wulkanicznego budowniczy rozbijali na mniejsze i tworzyli z nich groty, wodospady oraz ściany z kieszeniami dla roślin.

Sadzonki krzewów i roślin służących do zmiany wystroju zamkowego otoczenia dostarczała właśnie palmiarnia. Była ona również źródłem świeżych warzyw i owoców dla książęcej kuchni.

Tak prezentowały się kasy do Palmiarni w latach 20-tych i 30-tych ubiegłego stulecia, kiedy obiekt stanowił część otwartego do zwiedzania Książęcego Ogrodnictwa Książąt von Pless

Wejście na tarasy

 

Taras Różany

 

Przed wojna nazywany był Tarasem Różanym z Kaskadą. Tworzą go rozmieszone symetrycznie, interesujące kompozycje z bukszpanu oraz setek, wielokolorowych róż. Ciekawie prezentuje się oglądany „z góry” z Tarasu Kasztanowcowego, z którego można w pełni podziwiać ukształtowaną zieleń.

Taras Różany

Fontanna kaskadowa, która zdobi Taras Różany usytuowana jest w skalistym zboczu pod południową ścianą zamku. Składa się z półokrągłego basenu dolnego oraz sześciu coraz niższych, umieszczonych nad nim zbiorników kaskad, tak jak on zaokrąglonych i stopniowo zmniejszających się ku górze. Wszystkie zbiorniki mają proste ścianki murowane z cegły i otynkowane o zaokrąglonym brzegu.
 
Woda wypływając spod górnego kamiennego nawisu równomiernym wachlarzowatym strumieniem przelewała się coraz szerszymi kurtynami na kolejne stopnie by wypełnić po brzegi zbiornik u dołu, który odprowadzał ją pod ciśnieniem do kolejnych fontann.

 

Fontannę kaskadową widać na zdjęciu lotniczym z 1925 r. przechowywanym w Instytucie Herdera w Marburgu. Jej datowanie wynika z chronologii prac prowadzonych na tarasach południowych, które w większości przeprowadzono w drugiej dekadzie XX w., czyli pierwszym okresie wielkiej przebudowy i modernizacji zamku rozpoczętej w 1908 r. W 1913 r. gotowy był już Taras Kasztanowcowy na którym zamontowano wówczas tzw. Fontannę Donatella.

 

Taras Podkowiasty

 

Jest niewielkim tarasem w kształcie podkowy, łączącym taras Różany z tarasem Środkowym. Mimo małej powierzchni, którą zajmuje, ma interesującą architekturę. Piękne są zwłaszcza reprezentacyjne dwubiegunowe schody oraz ozdobna kamienna balustrada ( z wejściem pośrodku), z neorenesansowymi tralkami. Interesująca jest też niewielka fontanna z kamienną czaszą i misą, umieszczona we wnętrzu (centralnie) między biegami schodów.

Taras Podkowiasty

Fontanna jest prawdopodobnie wyrobem karraryjskim, sprowadzonym przez właścicieli zamku w pierwszym etapie rozpoczętej w 1908 r. rozbudowy i modernizacji zamku i jego otoczenia. Być może nabyta została we Włoszech jednocześnie z fontanną stojącą na podeście schodów ponad tarasem Kasztanowcowym oraz tzw. fontanną Donatella. Tarasy na południe od zamku przygotowywane były w pierwszym etapie przebudów, głównie w drugiej dekadzie po zamontowaniu podziemnego systemu hydraulicznego doprowadzającego wodę do fontann.

Misę zdobi pod zaokrąglonym brzegiem fryz arkadkowy. W jej wnętrzu na osi, przy ścianie stoi na niskiej profilowanej stopie „puklowana” waza ozdobiona symetrycznie dwiema lwimi maskami. Przykrywa wazy o bogatej roślinno-geometrycznej ornamentyce z dwoma maszkaronami na bokach zwieńczona była częściowo wtopioną w ścianę aediculi szyszką.

 

Taras Kasztanowcowy

 

Taras ten znajduje się powyżej Tarasu Różanego. Można do niego dotrzeć z Tarasu Zachodniego przechodząc przez basztę Jerzego, której wnętrze (u podstawy) ma wystrój neoromański. Nazwa tarasu pochodzi od rosnących na jego terenie drzew kasztanowcowych.

Taras Kasztanowcowy

Wolnostojąca fontanna zajmuje centralne miejsce na Tarasie Kasztanowcowym. Różowa, wysmakowana barwa kamienia zbiorników dobrana jest kolorystycznie do otaczających, ją elementów architektonicznych tworząc przemyślaną całość wraz z zielenią drzew i roślin oraz balustradą tarasu.

Sześcioboczny zbiornik ma w narożach sześcioboczne postumenty. Spoczywają w nim dwie różnej wielkości, okrągłe misy, umieszczone centralnie na wtórnym podmurowaniu pozbawione są dźwigającego je wcześniej trzonu, na którym zamontowane były w odwrotnej niż dziś kolejności. Brzegi zbiornika i mis są profilowane, zachowały się metalowe pręty mocujące rzeźby.

Wymienione elementy kamienne stanowiły pierwotnie tło dla bogatej i niezwykle atrakcyjnej oprawy rzeźbiarskiej. Składały się na nią odlane z brązu figury muzykujących satyrów siedzących w narożach dolnego zbiornika oraz syren powożących rydwanami z muszli zaprzężonymi w hippokampy na środkowej misie. Po środku górnej misy z maszkaronami ustawiona była prawie naturalnej wielkości rzeźba Apolla pokonującego Pytona w otoczeniu satyrów siedzących na brzegu misy, mierzących w nią trójzębami i strzałami z łuków.Dysze wodne umieszczone były w pysku Pytona, ustach maszkaronów i biustach syren.

 

Fontanna została w 1912 r. pozyskana przez właściciela zamku Hansa Heinricha XV Hochberg von Pless we Florencji i ustawiona w Książu w 1913 r. Rzeźby te odlane zostały we florenckim Fonderia Artistica Ferdinanda Marinellego.

 

Po wojnie do 1952 r. rozkradzione zostały wszystkie metalowe rzeźby. Zachował się tylko in situ kamienny basen z dwiema misami. Przed wojną fontannę na Tarasie Kasztanowcowym uważano za najpiękniejszą w całych książańskich ogrodach. Pisał o niej w swoim liście do ówczesnej dyrekcji zamku Książ na początku lat 80-tych syn księżnej Daisy, hrabia Aleksander von Hochberg: „…Do niej przylegała rodzinna jadalnia, małe pomieszczenie, w której jeść wolno było tylko rodzinie i krewnym 1 i 2 stopnia. Na sklepieniu tej Sali znajdowały się freski, kupione przez mojego ojca we Włoszech. Te freski oraz włoska fontanna na Tarasie Kasztanowym spowodowały spore trudności, ponieważ Włosi nagle doszli do przekonania, że są to ważne obiekty sztuki narodowej. Z tego powodu musiały one zostać przemycone”.

 

Taras Kasztanowcowy przylega do neorenesansowej części zamku, w którą wbudowano niemalże wierną kopię renesansowej elewacji dziedzińcowej domu Pellera w Norymberdze, wykonaną z czerwonego piaskowca.

 

Taras Zachodni

 

Największy ze wszystkich tarasów, zlokalizowany jest w monumentalnej zachodniej części zamku, wybudowanej na początku XX wieku w stylu neorenesansu reńskiego.

Taras Zachodni

Główną ozdobą tego tarasu są trzy fontanny, otoczone kompozycjami z bukszpanów, uzupełnionymi krzewami, kwiatami i trawą. Największą i jednocześnie najpiękniejszą jest środkowa fontanna o włoskiej proweniencji. Doskonale widoczne z tego tarasu skrzydło zachodnie zamku, wspierające się na skale porośniętej roślinnością górską, imponuje swoją wielkością i pięknem. Flankują je po bokach dwie baszty, po stronie prawej baszta Jerzego (to właśnie w niej mieścił się niegdyś pokój ukochanego syna księżnej Daisy von Pless, Aleksandra), po stronie lewej baszta Biała. W zwieńczeniu fasady tej części budowli, pośrodku między basztami, znajdują się rzeźby lwów, podtrzymujących małżeński kartusz herbowy z symbolami von Hochberg i Earlów de la Warr z których rodu pochodziła księżna Daisy. Na wykonanym w 1925 r. zdjęciu lotniczym Taras Zachodni jest już rozplanowany, ale nie stoją na nim jeszcze fontanny, na kolejnym z 1930 r. jest już gotówy.

Zespół trzech wolnostojących fontann o okrągłych basenach rozmieszczony jest na podłużnej osi Tarasu Zachodniego. Centralna jest najwyższa i ma wielopoziomową strukturę. Boczne są niskie i mają formę okrągłego basenu ujętego prostym wałkiem kamiennego brzegu z wodnymi dyszami po środku.

Główny wodotrysk składa się z najszerszego dolnego zbiornika, pośrodku którego ustawiona jest profilowana stopa. Dźwiga ona szeroką czaszę ozdobioną dołem czterema maszkaronami z umieszczonymi w pyskach wylewami. W zwieńczeniu znajduje się misa w formie ustawionej na akantowym cokole puklowanej wazy z umieszczoną na osi dyszą wodną. Zagłębieniami wazy woda kurtynowo spływała do czaszy z maszkaronami, których pyski tryskały strumieniami wody do dolnego zbiornika o zaokrąglonym brzegu, dzielonego odcinkowymi łukami na cztery kwatery. Stopa czaszy ma wieloboczny plan, jest bogato profilowana, a zdobiący ją w połowie wysokości talerz jest dołem puklowany. Pierwotnie fontanny współtworzyły wysmakowane kompozycje wraz ze strzyżonymi ornamentalnie parterami zieleni. Każdą z nich otaczały podobne do dzisiejszych cztery kwatery z ustawionymi wówczas w narożach donicowymi drzewkami laurowymi przyciętymi w kształt kul i obelisków.

 

Taras Środkowy

 

Ozdobiony jest dwoma fontannami figuralnymi (we wschodniej i zachodniej stronie tarasu). Fontanny wykonał odnotowany w leksykonie Vollmera rzeźbiarz akademicki Max (?) Blichmann ze Świebodzic zapewne w zespole z mistrzem budowlanym Heubnerem. Na zdjęciu lotniczym z 1925 widać fontanny ustawione po dwóch stronach roślinnego parteru na tym symetrycznie zakomponowanym tarasie. Wcześniejsze datowanie wynika z chronologii prac prowadzonych na tarasach południowych, które w większości przeprowadzono w drugiej dekadzie XX w., czyli pierwszym okresie wielkiej przebudowy i modernizacji zamku rozpoczętej w 1908 roku przez księcia Jana Henryka XV.

Taras Środkowy

Boczne płaszczyzny balustrad basenów obu fontann są bogato dekorowane płaskorzeźbami o motywach geometrycznych i roślinnych. Ze środka każdej fontanny wyrasta kolumna zwieńczona głowicą koryncką. Trzony głowic ozdabiają maski, z których tryska woda. Nie zachowały się do naszych czasów posążki postaci z dzbankami, które niegdyś stały na szczytach kolumn tych fontann. Z dzbanków także wytryskiwała strumieniami woda. Pierwotnie fontannę zachodnią wieńczyła figura nagiej dziewczyny z dzbanem, z którego w górę tryskała woda, zaś na kolumnie fontanny wschodniej ustawiona była analogicznie postać nagiego chłopca unoszącego rybę z dyszą wodotrysku zamontowaną w pysku. Figury zrabowano po drugiej wojnie światowej.

Taras zachwyca pięknem i bogactwem roślinności skalnej porastającej skarpę. Można podziwiać z niego południową część zamku charakteryzującą się różnorodnością styli architektonicznych.

 

Taras Wodny

 

Znajduje się poniżej tarasu Środkowego, z którym połączony jest niewielkimi kamiennymi schodami. Przez wielu uznawany jest za najpiękniejszy z tarasów. Na prostokątnej powierzchni tarasu rozmieszczonych jest 27 fontann otoczonych kompozycjami z bukszpanu. W dwóch zewnętrznych narożnikach zlokalizowane są niewielkie kamienne baszty o czterech bokach, pokryte ceramicznymi dachami.

Taras Wodny

Jest to zespół 27 fontann o płytkich basenach, nieznacznie wystających ponad poziom gruntu. Umieszczone w trzech rzędach po 9 mają one alternujące kształty koła oraz kwadratu o lekko wklęsłych odcinkowo bokach. Jedynie centralny basen ma odmienną formę gwiaździstą, o ośmiu wklęsłych bokach. Płaskie, proste brzegi zbiorników wraz z roślinnością tworzą wzory geometryczne wypełniające powierzchnię całego tarasu, który na ogół obserwowany jest z góry. Każda z fontann ma centralnie umieszczoną w cembrowinie dyszę wodną. Wylewy miały różne formy tworząc skupione lub rozproszone strumienie tryskającej w górę wody. Zespół fontann zasilany był w wodę przez, zachowany do dziś lecz niesprawny, podziemny system hydrauliczny.

Pierwotnie fontanny współtworzyły parterowe kompozycje wraz z rabatami kwiatowymi, których udokumentowany wygląd zmieniał się w czasie zależnie od użytych nasadzeń.


Fontanny, wykonane być może w bolesławieckiej firmie kamieniarskiej Zeidler & Wimmel, zamontowane zostały zapewne pod koniec drugiej dekady XX w. po wykonaniu na tarasach południowych instalacji hydraulicznej.

Zieleń jest nieodłącznym składnikiem kompozycyjnym wzmacniającym regularny, neorenesansowy charakterze tarasu z rytmicznie usytuowanymi wodotryskami o geometrycznych kształtach. Na wykonanym w 1925 r. zdjęciu lotniczym Taras Wodny jest już wyposażony w fontanny, ale jego roślinność jest znacznie skromniejsza od tej jaką zaprojektowała właścicielka zamku,– księżna Daisy Hochberg von Pless. Jej zamysł stworzenia barwnej i bujnej, naturalistycznej kompozycji kwiatowej oddają akwarele Josefa Menzla z 1924 r. Barwne zdjęcia przechowywane w Instytucie Herdera w Marburgu potwierdzają, że plan ten został w pełni zrealizowany. Regularne kwatery są tam obsadzone żywopłotem z bukszpanu i wypełnione rozmaitymi odmianami róż. Wzdłuż osłoniętych bluszczem murów oporowych na rabatach swobodnie przenikały się rośliny typowe dla wiejskich ogrodów, jak malwy, nawłoć, naparstnica i astry.

 

Taras Bogini Flory

 

W przedwojennych przewodnikach określano go mianem „Tarasu Ogrodu Rozkoszy”. Obecna nazwa pochodzi od posągu bogini Flory, który umieszczony jest w skalnej niszy porośniętej bluszczem. Nisza znajduje się w murze oporowym położonego wyżej dziedzińca Honorowego. Główną ozdobą tarasu jest bogato rzeźbiona fontanna z Gryfonami, zlokalizowana w centralnej części założenia. Została wykonana ok. 1910 roku z piaskowca w stylu secesyjnym.

Taras Flory

Na zdjęciu lotniczym z 1925 r. fontanna znajduje się na swoim obecnym miejscu. Datowanie wiąże się z jej stylem, ale wynika także z chronologii prac prowadzonych na tarasach południowych, które w większości przeprowadzono w drugiej dekadzie XX w., czyli pierwszym okresie wielkiej przebudowy i modernizacji zamku rozpoczętej przez ksiecia Jana Henryka XV von Pless w 1908 r.

Z okrągłej sadzawki wynurzają się trytony podtrzymujące dużą, fantazyjnie powyginaną czaszę. W czaszy tej, na małym postumencie stoją figurki putt, które podtrzymują czaszę mniejszą ozdobioną na szczycie muszlą perłopławu.
 
Fontanny na Tarasie Flory zostały kompleksowo odrestaurowane w ubiegłym roku. Renowacja zabytkowych wodotrysków kosztowała 217 tysięcy złotych i została sfinansowana ze środków władnych Zamku oraz dotacji z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Znajdująca się w niszy zamkowego muru Fontanna Flory reprezentuje dwa style: historyzm i eklektyzm. Wykonana z jasnego, ziarnistego piaskowca figura Flory powstała pod koniec XIX wieku, prawdopodobnie w firmie kamieniarskiej Zeidler & Wimmel z Bolesławca. Basen fontanny pochodzi z około 1915 roku i wykonany jest z piaskowca dolnośląskiego.


Flora – to jedna z podobnych, różniących się pozą, figur kobiecych zdobiących pierwotnie postumenty balustrady tarasu Południowego. Jego elementy kamieniarskie i rzeźbiarskie wykonane zostały prawdopodobnie w Bolesławcu przez jedną z największych wówczas w Niemczech firm kamieniarskich Zeidler & Wimmel (założona w 1776 r. w Berlinie). Po likwidacji tarasu, związanej z rozbudową i modernizacją zamku prowadzoną od 1908 r. rzeźbę ustawiono w obecnym miejscu.

 

Z tarasu tego można wejść schodami (widocznymi na lewo od posągu bogini Flory) na znajdujący się wyżej taras Orzechowy. Nazwa ta związana jest z rosnącymi na nim niegdyś drzewami orzechowymi.

 

Taras Orzechowy

 

Jego nazwa pochodzi od rosnących kiedyś na nim drzew orzechowych. Obecnie latem na tarasie wystawiane są ławki i stoły dla klientów położonej po sąsiedzku Karczmy Rycerskiej.

Taras Orzechowy

 

Taras Prochowy (Taras Baszty Prochowej) 

Jego nazwa związana jest z basztą Prochową, znajdującą się w jego południowo-zachodnim narożniku. Górna kondygnacja tej wielobocznej, kamiennej (krytej ceramicznym dachem) baszty, została wzniesiona na fundamentach średniowiecznej wieży o tej samej nazwie. W starszej części zachowały się oryginalne okienka strzelnicze i gotycki portal. Kamiennymi schodami, znajdującymi się przy ścianie tej baszty, można zejść w dół do niżej położonego tarasu Bogini Flory.

Taras Prochowy

Baszta Prochowa

Ogrody Daisy

Brama w parku

W 1891 roku Jan Henryk XV ożenił się z młodziutką angielską arystokratką Daisy – Stokrotką, która choć pochodziła z zubożałej rodziny Cornwallis-West, była skoligacona z angielskim rodem królewskim. O strojach Daisy i jej biżuterii do dzisiaj krążą legendy. Jedna z nich mówi, że podczas podróży poślubnej Jan Henryk zabrał ją na połów pereł w arabskim Adenie i podarował bardzo długi sznur tych klejnotów. Pod wodą umarł ponoć jeden z nurków i dlatego księżna uważała perły za przeklęte. W rzeczywistości sznur pereł długości 6,70 m został kupiony w Paryżu za złoto o wartości 3,5 mln marek! To robi jeszcze większe wrażenie niż legenda. Daisy uznawana była ówcześnie za najpiękniejszą kobietę epoki.

Daisy z gitarę - 1890 r.

Fotografia  młodziutkiej, 14-letniej, Daisy Cornwallis West

Ostatnia ćwierć XIX w. to ciągle jeszcze był okres, w którym kobiety nie musiały otrzymać formalnego wykształcenia. Wystarczyła nauka w domu i umiejętność obycia towarzyskiego, odpowiedniego zachowania się na salonach. Zgodnie więc z obowiązującymi zwyczajami Daisy uczyła się w domu pod okiem guwernantek. Warto jednak zaznaczyć, że jej pierwszym nauczycielem muzyki był Sir Paolo Tosti (1846-1916), włoski kompozytor muzyki salonowej, który osiadł w Londynie i został później mistrzem śpiewu na dworze królewskim. Uczył jej także dyrektor opery we Florencji Venuchini, a Jan Mieczysław Reszke, jeden z najwybitniejszych tenorów, regularnie występujący w latach 1888-1900 w londyńskiej Royal Opera House, kształcił jej głos.

 

Ponoć miała niezły głos i włodości chciała zostać artystką. Jako osoba obdarzona ładnym głosem chętnie śpiewała w salonach, także na wetach charytatywnych. Z chwilą gdy została księżną von Pless jej mąż niechętnie patrzył na występy Daisy, uważając, że księżnej to nie wypada.

Na ponad stuletniej pocztówce dom rodzinny Daisy – zamek Ruthin w Walii

Daisy Cornwallis-West wyszła za mąż za Hansa Heinricha XV, Księcia von Pless, kiedy była wciąż jeszcze dziewczynką w wieku szkolnym i dziewczynką w wieku szkolnym pozostała przez całe swoje życie. (por. Harold Nicolson - angielski dyplomata i wybitny biograf. Artykuł o Daisy ukazał się w magazynie The Spectator z 22 lipca 1943 roku, niecały miesiąc po śmierci księżnej Daisy von Pless w Wałbrzychu)

 

Pani Cornwallis West z trójką dzieci, 17-letnia Daisy w jasnym kapeluszu, George z lewej i Shelagh w górze kadru. Newlands, 1890. Rok przed ślubem z Hansem.

 

Daisy z matką Patsy tuż przed ślubem

Pułkownik William Cornwallis-West (1835 – 1917), ukochany ojciec Daisy, nazywany Popettem, polityk i kolekcjoner sztuki. Rysunek Spy’a z Vanity Fair

William Cornwallis Cornwallis-West (1835–1917)

Urodziła się w rodzinie słynnej z dobrego wyglądu, aczkolwiek w dzieciństwie nie uchodziła za ładną. Nawet kiedy już uznano ją za jedną z najcudowniejszych kobiet Europy, z jej nosem ciągle było coś nie tak: był zbyt ruchliwy, zuchwały i podniecający, by zrobić z niej statycznie klasyczną piękność, ale jakimś cudem niejednego zastanawiał, jak ktoś tak śliczny może być zupełnie nieświadomy swojej urody. Łobuzerskie niedyskrecje, w które ten nos wsadzała, przerażający brak taktu jej wielu pytań i uwag nigdy nikogo nie oburzały: wręcz przeciwnie, zachwycały odkryciem, że w tym wyrachowanym świecie znaleźć wciąż można osobę aż tak nierozważną. Nie była pod żadnym względem przebiegła; choć całkowicie pozbawiona kalkulacji, swoim gorącym sercem ujmowała ludzi tak różnych, jak egoistycznego Edwarda VII, introwertycznego Williama II, swojego poważnego, aczkolwiek łaskawego teścia oraz niezliczoną ilość innych, którzy z uwielbieniem ją otaczali. Nawet w środku pierwszej wojny światowej, kiedy już brakowało jedzenia, zawiadowca stacji w Berchtesgaden przemycał do jej przedziału kiełbaski zawinięte w potłuszczony papier z odręcznie napisanym ołówkiem życzeniem: „Gröss Gott!“ (por. Harold Nicolson - angielski dyplomata i wybitny biograf. Artykuł o Daisy ukazał się w magazynie The Spectator z 22 lipca 1943 roku, niecały miesiąc po śmierci księżnej Daisy von Pless w Wałbrzychu)

 

Ich ślub, obwieszczony wydarzeniem roku, interesował wszystkich. Prasa domagała się szczegółów i szukała fotografii do zilustrowania artykułów. Narzeczeni wybrali się więc na sesję zdjęciową do prestiżowego atelier „Walery“ na Regent Street.  Można sobie wyobrazić, że Hans poczuł się tam jak u siebie w domu. Jego angielski nie był wtedy płynny, ale od dzieciństwa mówił bardzo dobrze… po polsku! „Walery“ zaś,  był zawodowym pseudonimem hrabiego Stanisława Ostroroga, którego ojciec, Stanisław Julian Ostroróg, wyemigrował na zachód po powstaniu listopadowym i dla celów zarobkowych otworzył, najpierw we Francji, a potem w Anglii, profesjonalne studio fotograficzne. Zrobił im cudowne portrety, które wkrótce pojawiły się na stronach ówczesnych czasopism towarzyskich.

Rysunek sukni ślubnej Daisy

Jej ślubna suknia, w stylu „Empire“, odzwierciedlała modę późnej epoki wiktoriańskiej. Uszyta z bogatej perłowo-białej satyny, miała dół obrębiony tiulem łapanym garlandami kwiatów pomarańczy. Spod nisko ciętego stanika wychodziła, bogato haftowana srebrem we wzór „Empire“, suknia spodnia z długimi wąskimi rękawami, zakończonymi szpiczasto na dłoniach i przykrytymi bufkami na ramionach. Długi na pięć jardów tren, przyczepiony był do ramion jedwabnym kołnierzem. Uszyty z przepysznego brokatu, podbitego pikowaną satyną, był również obrębiony na brzegach tiulem łapanym garlandami kwiatów pomarańczy. Welon z brukselskich koronek przypięty był do włosów wspaniałą koroną z diamentów i pereł, którą ofiarował jej w prezencie ojciec narzeczonego, książę Jan Henryk XI von Pless. Szyję zdobił niesłychanej piękności diamentowy krzyż (prezent od księżnej Matyldy von Pless) i naszyjnik z pojedynczym diamentem (prezent od narzeczonego). Całość uzupełniał bukiet z prawdziwych kwiatów pomarańczy.

Rzekomy portret ślubny Daisy

Powyższy opis i ilustracja stoją w przeciwieństwie do „ślubnego portretu“ Daisy rozpowszechnionego przez książkę Johna Kocha. Zamieszczone w niej zdjęcie pochodzi z około 1910 roku, dziewiętnaście lat po ślubie!!! Przedstawiona na nim księżna von Pless jest już dojrzałą, 38-letnią kobietą, w sukni i fryzurze epoki edwardiańskiej. Jej uroda, podkreślona elegancją i wyrafinowaniem, nadal zachwyca, ale trudno się w niej dopatrzyć niewinności i nieśmiałości młodej dziewczyny, która w 1891 r. stanęła przed ołtarzem, by powiedzieć „Tak“ mężczyźnie, którego ledwo znała i przyszłości, która kryła dla niej tyle niespodzianek." (źródło: Barbara Borkowy)

Księżna Daisy w koronie, która była prezentem ślubnym teścia Jana Henryka Hochberga XI von Pless

W Książu i w Pszczynie, normą były olbrzymie przyjęcia dla czterdziestu gości; status utrzymywany w jej kilku pałacach był taki, że kiedy opuszczała pokój rozlegał się dzwonek i wypudrowany lokaj towarzyszył jej gdziekolwiek szła; jednocześnie, nawet tak dostojny gość, jak Ambasador, kładąc się do łóżka rozgniatał położony tam przez nią żartem placek z jabłkami, a chichot towarzyszący bitwie na poduszki rozbrzmiewał po korytarzach. Nie znaczy to jednak, że nie zajmowała się poważnymi sprawami. Od chwili przyjazdu do Niemiec, przerażona była okropnymi warunkami, w jakich mieszkali ludzie na Śląsku. Molestowała o to Kanclerza Rzeszy, zadręczała Cesarza oraz zjednała sobie sympatię i uwagę Cesarzowej. Nic więc dziwnego, że biedni poddani w jej majątkach obdarzali tą wesołą angielską dziewczynę sympatią i czułością, która oparła się dwóm wojnom. (por. Harold Nicolson - angielski dyplomata i wybitny biograf. Artykuł o Daisy ukazał się w magazynie The Spectator z 22 lipca 1943 roku, niecały miesiąc po śmierci księżnej Daisy von Pless w Wałbrzychu)

Prześliczne burko z epoki Ludwika XIV-go było osobistym prezentem ślubnym jej ojca Williama Cornwalllis-West zwanym Popetta dla swojej córki Daisy. Foto: J.Paul Getty Museum, Los Angeles

„Znacznie bardziej podobał się Daisy jej nowy dom – romantycznie położony na szczycie skały zamek Książ na Dolnym Śląsku. Dotarli tam z Hansem 6 lipca 1892 roku. Ulice leżących pod zamkiem Świebodzic zostały na tę okazję udekorowane łukami triumfalnymi z napisami w rodzaju „Witamy Niemieckiego Orła i Różę Anglii” . Setki dorosłych i dzieci przypatrywały się przejazdowi ich karocy, która kilkakrotnie musiała się zatrzymać na przemowy lokalnych dygnitarzy. Przy drodze z wioski Pełcznicy do bramy zamku stali paradnie ubrani górnicy i chłopi w ludowych strojach z błyszczącymi sierpami, kosami i widłami. Na zamku powitała ich służba ustawiona na schodach prowadzących do sali balowej: kamerdynerzy w niebieskich frakach i białych getrach, z upudrowanymi perukami na głowach oraz pokojówki w szkarłatnych sukniach, z białymi fartuszkami, kołnierzami i batystowymi czapeczkami na włosach splecionych w długie warkocze. „Ich olbrzymia liczba zdziwiła mnie i przestraszyła” – wyznała potem księżna. Uroczystości powitalne zakończyły się późnym wieczorem wspaniałymi ogniami sztucznymi w górach naprzeciwko zamku. Nic jednak nie było w stanie ukoić jej poczucia izolacji i samotności.” ( Barbara Borkowy, Siostry)

 

Po ślubie małżonkowie zamieszkali w Książu. Urządzali polowania i wystawne przyjęcia dla śmietanki towarzyskiej europejskich dworów. Daisy początkowo nie czuła się dobrze w zamku, pośród dworskiej etykiety i sztywnych pruskich zasad.  Męczył ją brak prywatności, służba na każdym kroku oraz przepych z jakim obnosili się Hochbergowie. Trzeba jednak dodać, że lubiła się bawić. Cóż - była młoda a jej mąż chciał młodej żonie zaimponować. Zresztą sam lubił się bawić.

Jedna z zamkowych jadalni

Początki małżeństwa  Daisy i Jana Henryka to życie w niebywałym przepychu i nieustanne wojaże po europejskich kurortach (chociażby w Cannes), a także podróże m.in. do Brazylii, czy Japonii. Niestety, z takim trybem życia wiązały się też skłonności do hazardu i ogromne długi. Odziedziczoną w 1907 roku po ojcu fortunę Jan Henryk XV trwonił. Prowadził niezwykle wystawny tryb życia. Długo, hucznie i z wielka fantazją - tak w dolnośląskich zamkach bawiono się równo sto lat temu.  Normą były kuligi, polowania i bogaty program artystyczny. Nie brakowało prawdziwych szaleństw. Podczas jednej imprez w zamku Książ, goście na srebrnych tacach schodami cesarskimi zjeżdżali wprost do Sali Maksymiliana.


Ananasy przylatywały samolotem z Berlina, dania podawał mistrz kucharski z Francji, a gościom przygrywała cygańska orkiestra w pełnym składzie. Bale kosztowały majątek. Często towarzyszył im program artystyczny, a nad zabawą czuwało kilkaset osób ze służby. Pretekstem do świętowania był nie tylko sylwester czy karnawał, ale przede wszystkim przyjazd doskonałych gości. Inicjatorką większości imprez była księżna Daisy, która w Książu pojawiła się pod koniec dziewiętnastego wieku.


Opisy przyjęć arystokratycznych w zamku Fürstenstein na Dolnym Śląsku (dziś Książ) na przełomie XIX i XX wieku.

 

Prezentujemy wybrane fragmenty „Lepiej przemilczeć“ – prywatnych pamiętników Księżnej Daisy von Pless z lat 1895-1914 w tłumaczenie Barbary Borkowy. Wydawnictwo Zamku Książ i Fundacji Księżnej Daisy von Pless, Wałbrzych 2013.


19 września 1896. Książ:


Tylko parę linijek, bo śpieszę się, żeby dokończyć swoją nowelę, jako że w ogóle nie miałam ostatnio czasu. 14-go do 17-go, codziennie mieliśmy tutaj tańce. Na te, które odbyły się 16-go, postanowiliśmy się przebrać. Wpadliśmy na ten pomysł w ostatniej chwili, ale i tak był wielkim sukcesem; wszystkie panie miały upudrowane włosy. Ja, Patsy (matka księżnej Daisy, pułkownikowa Cornwallis-West) i Shelagh (siostra Daisy, Konstancja księżna Westminster) pożyczyłyśmy klejnoty od Maharadży [Cooch Behar]. Wybrałam szmaragdy. Maharadża włożył tradycyjny niebiesko-złoty strój, turban i wielką ilość biżuterii.


Wielki Książę Rosji Michał wyglądał wybornie w ślicznym japońskim odzieniu, jakie kupiłam niedawno we Wrocławiu, turbanie na głowie i z długim mieczem przy boku; Pan „Nimrod“ Sen, szwagier Maharadży, miał też na sobie tradycyjny strój, a turban zwinął z haftowanego materiału, który przywiozłam z Indii. Ktoś przyszedł przebrany za kucharza; Książę Turynu, jako neapolitański rybak, wszedł w parę białych skórzanych bryczesów, które znalazł w stajni i luźną, czerwoną koszulę z jedwabiu, na głowę zaś wsadził jedną z czerwonych jedwabnych pończoch Hrabiny Torby, na końcu której przywiesił moje czerwone pompony. Gordy był kapitalny w japońskim szlafroku i czerwonych kapciach, z głową obwiązaną kawałkiem różowego perkalu z przyszytym do niego sztucznym kucykiem, jaki kupiliśmy w Świebodzicach i z całą, pomalowaną twarzą.


Niektórzy mężczyźni, zresztą ze świetnym efektem, poprzyszywali sobie do klap i mankietów fraków kawałki kolorowej satyny. Wielu miało na sobie pumpy. Ja użyłam mnóstwo ozdób, jakie znalazłam w domu, co także zrobił Hans, który zaprezentował się w czerwonym myśliwskim żakiecie... Ja miałam na sobie suknię z niebieskiej satyny ze złotymi haftami indyjskimi i wysokim kołnierzem á la Medici. Na upudrowane włosy wsadziłam małą czapeczkę z różowego aksamitu z piórami.


Wielki Książę Michał, Hrabina Torby, Gordy i Maharadża jeszcze tu są; wszyscy inni wyjechali przedwczoraj. Wśród moich gości, w sumie trzydziestu, byli: Książę Turynu z dwoma adiutantami, Książę Fée i Książę Carpeneto, Maharadża z Panem Plowden i Nimrod Senem, Wielki Książę Rosji z Hrabiną Torby, Hrabiostwo Dohna, Hrabiostwo Harrach z kuzynką, Lotka Hohenau z mężem oraz Pan Towsend z żoną. Czuję ulgę, że już wyjechali. Patsy właśnie weszła do pokoju; Maharadża gra na pianinie…


22 października 1902. Północ. Książ:


Olbrzymie przyjęcie w domu. Okropnie zmęczona, dopiero teraz dotarłam na górę. Tańczyliśmy i graliśmy w karty każdego wieczora, ale ponieważ Matylda i Vater tego nie robią, zamówiłam na dzisiaj orkiestrę. Goście przybyli wczoraj; są wśród nich: Hrabia i Hrabina Hatzfeldt; Hrabia i Hrabina Czernin, która jest z domu Kinska... To chyba wszyscy; aczkolwiek są mili, z niecierpliwością czekam na ich wyjazd, żeby móc spędzić trochę czasu z ukochanym maluszkiem, zanim pojadę do Pardubic. Poza tym, mając dom pełen ludzi od końca sierpnia, mam już tego dosyć.


Dzisiejsze polowanie zakończyło się wielkim sukcesem; Hans jest, oczywiście, bardzo zadowolony, ponieważ to dopiero trzeci aktywny tutaj sezon i jak tak dalej pójdzie, polowania w Książu będą poprawiać się z roku na rok.


Na dzisiejszy wieczór włożyłam niebieską suknię, do której przypięłam fioletoworóżowe orchidee. Hrabia Voss podarował mi śliczny wenecki wazon dekorowany en relief orchideami naturalnej wielkości. Jest bardzo delikatny; osiemnaście takich wazonów rozkruszyło się w piecu, zanim ten jeden wyszedł w całości. Podobnie jest w życiu: zanim pojawi się doskonały mężczyzna lub kobieta, miliony ludzi musi cierpieć i zejść z tego świata.


11 grudnia 1902. Książ:


Odkąd wróciliśmy do Książa, mamy dom pełen ludzi na polowania. Pierwsi goście zjawili się 4 [grudnia] i byli wśród nich: Ksiażę Joachim Albrecht, drugi w linii kuzyn Cesarza, który przywiózł ze sobą wiolonczelę, jak również adiutanta z wielkimi zębami; portugalski książę Michał Bragança, Książę Salm, Książę Gorttfried Hohenlohe...


Tańczyliśmy po obiedzie i graliśmy w karty. Panie dołączały do myśliwych na lunch; ja byłam z nimi zwykle od rana. Niektórzy z mężczyzn przerywali polowanie po lunchu i dochodzili do nas na saneczkowanie na zboczach Schweizerei (Szwajcarka w Świebodzicach). Jednej nocy poszliśmy po obiedzie na sanki; pełnia księżyca, bezwietrznie, każda gałązka na drzewach pokryta szronem. Kazałam powiesić chińskie lampiony na drzewach biegnących wzdłuż toru saneczkowego i jako dodatkową niespodziankę, zapalić bengalskie ognie u wylotu alejek oraz po obu stronach wzgórza. Całe miejsce żarzyło się na czerwono, by potem przejść w kolor bladoniebieski i zielony; było to coś tak pięknego, że niektórym z nas chciało się aż płakać; pragnęłam wtedy przytulić się do kogoś, lecz pozostało mi tylko westchnienie.


Była to naprawdę zwariowana noc; każdy z moich pięciu arabskich koni ciągnął sanie z takim pędem, że fruwały nad śniegiem. Pojechaliśmy do Riesengrab popatrzeć na Zamek z drugiego końca doliny; przy świetle księżyca wyglądał ogromny i bardzo odległy, ale i tak zauważyłam uspokajające światełko w oknie pokoiku Dzidziusia. Potem popędziliśmy polami w kierunku Alterburgu, czyli Starego Zamku. Kiedy tam przybyliśmy rozszczekały się psy. Nikt nie zareagował na dzwonek, więc dwóch panów, pomimo mojego sprzeciwu, wyważyło bramę. Bałam się, że spuszczone z łańcucha psy mogą się na nas rzucić, ale jak się okazało jeden mały kundelek z krzywymi łapkami pomachał na nasz widok ogonkiem, a drugi, choć znacznie większy, powarczał trochę i uciekł do budy.

 

Brakowało jej jednak ciepła rodzinnego i podstawowych warunków higienicznych. Prawdopodobnie z jej inicjatywy Jan Henryk rozpoczął kosztowną rozbudowę zamku, w wyniku której powstało dodatkowe skrzydło a pokoje gościnne otrzymały łazienki. Dokonano również znacznego remontu zamku w Pszczynie. Daisy była wielką miłośniczką zieleni i oryginalnych kwiatów. Jej ulubione rododendrony zapełniły parkowe tereny wokół zamku.


Z Anglii został sprowadzony ogrodnik, który przebudował bezpośrednio przylegające do zamku zieleńce zwane tarasami, na styl angielskich ogrodów. Aby zapewnić małżonce zawsze świeże kwiaty, Jan Henryk wybudował w pobliskim Lubiechowie palmiarnię. Na terenie 1900 m kwadratowych oprócz palmiarni powstała cieplarnia, ogród japoński, rosarium, ogród owocowo-warzywny i obszar pod uprawę krzewów.  Materiał, którym wyłożono wnętrze palmiarni to  tuf wulkaniczny, czyli zastygła wulkaniczna lawa.  Jan Henryk sprowadził 7 wagonów tego materiału spod wulkanu Etna na Sycylii! Cała inwestycja pochłonęła zawrotną kwotę 7 mln marek w złocie. Palmiarnia zaraz po otwarciu, została udostępniona zwiedzającym. Było to zgodne ze społeczną i charytatywną działalnością księżnej, która zakładała w Wałbrzychu i okolicy sierocińce, przychodnie i szkoły dla ubogich.

 

Swoje pierwsze święta księżna Dais